Witam Cię serdecznie w moim świecie, w mojej kolorowej przestrzeni, w której przelewam na płótno to, co widzę oczami Duszy. Maluję Anioły, odzwierciedlam Twoją unikalną energię. Do każdego obrazu dostaję przesłanie będące dopełnieniem istotnych dla Ciebie informacji. Obrazy intuicyjne to doskonały sposób na skontaktowanie się ze swoją Istotą.

Harmonia Żywiołów

Zapraszam Cię na pełne magii warsztaty dla Kobiet, odkrywające przed Tobą Harmonię Żywiołów.
W kameralnej grupie, będziesz mogła spotkać się ze swoją Kobiecą Naturą, po to by w pełni zamanifestować i przejawić swoją kobiecość. Otworzysz się na prowadzenie intuicji, połączysz z Ziemią, zadbasz o ciało, uruchomisz przepływ, odkryjesz swoją pasję i z lekkością zaczniesz kreować swoje życie.

Dowiesz się:

• Jak pozbyć się tych ciężarów, które dźwigasz przez całe życie
• Jak bezpiecznie uwolnić zablokowane w ciele emocje
• Jak wrócić świadomością do ciała
• Jak zacząć oddychać pełną piersią
• Jak rozpalić ogień, który przygasł, zasypany popiołem
zmartwień i problemów
• Jak poczuć ziemię pod stopami
• Jak wrócić do własnych korzeni i zacząć czerpać z nich siłę
• Jak dzięki wewnętrznym oceanom, udrożnić przepływ i skorzystać z miękkości i elastyczności wody
• Jak poczuć radość z prostego bycia w ciele
• Jak to jest być wśród innych kobiet i czuć przepływającą między nimi energię
• Jak przestać się martwić i zacząć żyć
• Jak zacząć tworzyć swoje życie

Dla umysłu, który przyzwyczajony jest do tego, że musi mieć plan, określę oczywiście pewne ramy i program, wiedz jednak, że najważniejsza jest dla mnie miękkość i elastyczność, w podążaniu za energiami. Bo tak naprawdę, to one będą nas prowadzić, w zależności od tego, jaka będzie grupa i co będzie do zrobienia.

Ja będę tylko kanałem dla energii, które w tej naszej unikalnej grupie zapragną się zamanifestować.

Jeśli jesteś otwarta na warsztaty, w czasie których wszystko może się wydarzyć, a nic nie jest tak do końca określone, zapraszam Cię serdecznie i z całego serca.

A oto program dla umysłu 😉

Sobota 24 października, godz. 10.00-20.00

Tego dnia zajmiemy się energią kobiecą, czyli Żywiołami Ziemi i Wody.

Zgodnie z tym, co już teraz mi się pojawia, wejdziemy w energię Matki. Sprawdzimy jakie mamy przekonania i obciążenia związane z tą energią. Spotkamy się z naszymi Matkami i sprawdzimy, czy nie ma tam blokad, które zatrzymują lub ograniczają dopływ karmiącej nas energii z Ziemi. Zrobimy medytację, która porozwiązuje węzły, jeśli takowe będą. Praca w mocnym kręgu przynosi natychmiastową zmianę energii, jeśli tak zdecydujesz.

Potem połączymy się z Matką Ziemią. Poczujemy bicie jej serca, dowiemy się jakie ma dla nas przesłanie.

Po obiedzie, wejdziemy w energię Żywiołu Wody. Sprawdzimy czym jest dla nas i jak możemy z nią pracować. Otworzymy się na przepływ, sprawdzimy co nas blokuje. Wejdziemy w energię Łona, energię seksualną i umiejętności otwierania się na przyjemność w życiu. I znowu tutaj najważniejsza będzie energia grupy i to, z czym przyjdzie nam się zmierzyć.

Dla mnie na warsztatach najważniejsi są zawsze uczestnicy. To oni wyznaczają kierunek, w którym należy podążać. Ja mam tylko uważnie słuchać, odczuwać, tworzyć bezpieczną przestrzeń i prowadzić.

Zakończymy kąpielą w dźwiękach mis kryształowych. Wszak Woda jest kryształem. Dźwięk mis połączony z moim śpiewem, wypłucze resztki blokad z naszych ciał.

Niedziela 25 października, godz. 10.00-18.00

Tego dnia spotkamy się z dwoma męskimi Żywiołami – Ogniem i Powietrzem. Poruszymy mój ulubiony temat pasji, odwagi w działaniu, wychodzenia do świata zewnętrznego. Sprawdzimy co stoi na przeszkodzie, byśmy podążali za głosem swojego serca? Co sprawia, że boimy się wykonać pierwszy krok? Będziemy przyglądać się tym blokadom i będziemy je rozpuszczać.

Żywioł Ognia jest bardzo połączony z Przodkami, dlatego w medytacji spotkamy się również z Nimi. Odzyskasz pełne mocy połaczenie ze swoim Rodem. Poczujesz ich siłę i wsparcie.

A na koniec z lekkością wejdziemy w Żywioł Powietrza i oddech. Przyjrzymy się jak wygląda nasza Święta Przestrzeń. Zrobimy w niej energetyczny porządek. Dowiesz się jak zarządzać swoją energią na co dzień. Wejdziemy też w trudny temat stawiania granic. Popracujemy z dźwiękiem i wyrażaniem swojej prawdy.

Zakończymy wspólnym śpiewem w kręgu. Uhonorujemy w ten sposób Żywioły, które nas prowadziły przez te dwa dni.

Inwestycja – 440 zł
(w cenę wliczony jest ciepły posiłek, kawa, herbata, owoce, ciastka)

Ilość miejsc ograniczona. Grupa maksymalnie 11 osób. Decyduje kolejność zgłoszeń. Warunkiem uczestnictwa jest rezerwacja miejsca na maila: obrazyintuicyjne@wp.pl, oraz wpłata bezzwrotnej zaliczki w wysokości 220 zł na konto:

Tęczowe Wibracje
Anna Sernawit

35 1750 0012 0000 0000 3857 5112

W tytule: zaliczka na warsztaty
Kwota: 220 zł

O prowadzącej:

W 2012 roku odkryłam swoją pasję i zaczęłam malować obrazy Anioły i obrazy intuicyjne. Zaufanie tej pasji, zaowocowało kolejnymi. Zaczęłam rozwijać cały swój potencjał. Otworzyłam się na pracę z ludźmi.

Prowadzę sesje indywidualne i warsztaty pracy z emocjami, docieraniem do siebie i budzeniem wewnętrznego potencjału. Moim marzeniem jest, by każdy mógł odkryć drogę swojej Duszy i zdobył się na odwagę by nią podążać. Bardzo mocno zaangażowana jestem w pracę z Polem Ziemi.

W 2016 roku przyszła do mnie informacja o misach kryształowych i pracy z dźwiękiem.

Misy swoją wibracją pomagają uzdrawiać nasze ciała. Przypominają nam kim jesteśmy i skąd pochodzimy. Przywracają komórkom pamięć, pomagają odkryć na nowo to światło, które jest w każdym z nas. Są niezwykle mocnym narzędziem pomagającym nam w transformacji. Dotykają najczulszych strun, poruszają najgłębiej ukryte emocje, traumy i lęki. Dzięki nim możemy im się przyjrzeć, możemy się z nimi zmierzyć i wreszcie możemy je uwolnić. Dźwięk mis oraz ich wibracja, rozpuszcza blokady i udrażnia przepływ energii w ciele.

Dzięki pracy z własnym ciałem, bardzo silnie połączyłam się z Ziemią i z Żywiołami. Dzięki podążaniu za intuicją, dzięki wsłuchiwaniu się w prowadzenie, rok temu powstała grupa Pieśń dla Matki Ziemi. Tam przez 160 dni pracowaliśmy po kolei z każdym żywiołem. Dzięki temu dogłębnie poznałam wartość, jaką niesie dla nas każdy z nich, stałam się ich częścią, a one są we mnie.

Od 2017 roku organizuję kręgi i warsztaty on-line
Wydałam album „Na skrzydłach Aniołów”.
Nagrałam 3 płyty: Powrót do korzeni, Pieśń dla Matki Ziemi i Kryształowe Kręgi.

Wydałam karty: Aktywacja Mistrza
Prowadzę bloga: http://www.obrazyintuicyjne.wordpress.pl

Kanał na You Tube: https://www.youtube.com/user/ANKAS72/
Strony na FB:

Tęczowe Wibracje: https://www.facebook.com/sernawitanna/

Anioły i nie tylko: https://www.facebook.com/Anio%C5%82y-i-nie-tylko-528006770553570/

Ocean Dźwięków: https://www.facebook.com/AniaSernawit/

Taniec Żywiołów: https://www.facebook.com/Taniec-%C5%BBywio%C5%82%C3%B3w-102400934706150

Rozmowy z Gają: https://www.facebook.com/Rozmowy-z-Gaj%C4%85-100419955075170

Rozstania

FB_IMG_1583939775462

MĘŻCZYZNO,

jeśli kochałeś kiedyś kobietę, jeśli była dla Ciebie ważna, jeśli coś Was łączyło, jeśli oddawała Ci swoje ciało, jeśli pozwalała wniknąć w nie głęboko, tak byś tym samym dotknął jej serca i otworzył je na oścież dla Ciebie…

NIE ZNIKAJ BEZ SŁOWA Z JEJ ŻYCIA.

Wiedz, że zostawiasz po sobie ziejącą pustkę, która nie ma szansy na to, by się zagoić. Wiedz, że pokazujesz jej swój brak szacunku. Wiedz, że zostawiasz za sobą otwarte drzwi, przez które cały czas płynie do Ciebie jej miłość. Wiedz, że jej przestrzeń cały czas jest zajęta przez Ciebie, mimo że Ciebie nie ma już w jej życiu. Wiedz, że takie zniknięcie sprawia, że trudno jej zamknąć te drzwi do końca i ostatecznie…

Bo kobieta, która szczerze i żarliwie kocha widzi to, czego Ty nie widzisz lub nie pozwalasz sobie zobaczyć.
Widzi cały Twój potencjał, widzi kim jesteś i skupia się właśnie na tym.
Ona czeka bo wierzy, że Ty też to zobaczysz.
Wierzy, że Twoje serce bez niej da Ci znać, że nie potrafisz bez niej żyć.
Wierzy całym sercem, że potrzeba Ci tylko czasu, żeby to pojąć i zrozumieć, a wtedy wrócisz.

Więc cały czas czeka…

Czeka bo nie miałeś w sobie odwagi, żeby stanąć przed nią, spojrzeć jej w oczy i powiedzieć wprost nawet najbardziej bolesną prawdę…

Że pokochałeś kogoś innego.
Że wcale nie chcesz się angażować w prawdziwą relację.
Że jest Ci dobrze tak jak jest.
Że skacząc z kwiatka na kwiatek spijasz tylko słodki nektar, nie dotykając głębi życia.
Że nie potarfisz i nie chcesz wziąć odpowiedzialności za siebie, a co dopiero za Was oboje.
Że Twoje serce jest zamknięte na miłość, bo nikt oprócz niej nie pokazał Ci czym ona jest, a ona dotknęła bardzo bolesnej i starej rany.
Że boisz się poczuć ból odrzucenia, dlatego sam ją wcześniej odrzucasz.

Mężczyzno, pozwól sobie stanąć w swojej prawdzie i w swojej mocy, po to, żeby być szczerym i uczciwym w stosunku do kobiety, której serca dotknąłeś.
Pozwól jej poznać prawdę i podjąć decyzję.
Zmierz się z konsekwencjami swoich wyborów.

Zanim powiesz jej tę najgorszą prawdę, powiedz jej że była dla Ciebie bardzo ważna.
Powiedz jak bardzo jesteś jej wdzięczny za to, co dla Ciebie zrobiła i co Ci pokazała.
Powiedz, że starałeś się kochać ją całym sercem, ale dłużej już nie chcesz i nie potrafisz…

Stój przy niej wtedy, kiedy z rozpaczą padnie na kolana powalona słowami płynącymi z Twoich ust…. nie uciekaj
Stój wtedy, kiedy będzie krzyczeć, wyklinać i grozić Ci…. wytrzymaj
Stój wtedy, kiedy Twoje słowa sprawią, że opadnie całkiem z sił… przytrzymaj ją.
Stój wtedy, kiedy na kolanach będzie błagała Cię byś został… uklęknij przy niej.

I jeśli cały czas jesteś pewny, że nie chcesz, nie potrafisz, nie możesz z nią być, powiedz to jasno i wyraźnie. Nie karm jej słodkimi kłamstwami. Nie lawiruj i nie próbuj manipulować. Powiedz prawdę, a potem wyjdź i zatrzaśnij za sobą drzwi.

Tak, żeby ona wiedziała, że odszedłeś na zawsze.
Tak, żeby mogła sama zmierzyć się ze swoim bólem i odrzuceniem.
Tak, żeby mogła upaść na kolana i wyć jak zranione zwierzę tak długo, aż wypłacze i wykrzyczy cały swój ból.

Daj jej możliwość by Cię pochowała w swoich myślach.
Daj jej możliwość przeżycia żałoby.
Pozwól jej poczuć, że to, co się stało jest nieodwołalne i nieodwracalne.
Pozwól, żeby umarło do końca.

Nie zostawiaj sobie otwartych furtek, przez które cały czas, od każdej potraktowanej w ten sposób kobiety, płynie do Ciebie jej miłość.
Miej odwagę pozamykać wszystkie drzwi po to, żeby odnaleźć miłość w sobie.

Tylko wtedy, staniesz się Mężczyzną gotowym na to, by kochać prawdziwie. Jeśli taka będzie Twoja wola. Jeśli tak zdecydujesz. Jeśli się na to odważysz.

Ja w Ciebie wierzę. Widzę Twoją Moc Mężczyzno ❤ Dziękuję Ci za wszystko czego mnie nauczyłeś i pokazałeś o mnie samej 🙏
Ale dzisiaj, z szacunku do samej siebie, zamykam te wszystkie drzwi. Tym samym zwracam wolność Tobie i Sobie.

Kapłanki Ziemi

FB_IMG_1596272113195

KAPŁANKI ZIEMI 🌍

Jeżeli to określenie sprawiło, że poczułaś dreszcze na całym ciele, wstrzymałaś oddech, poczułaś łzy napływające do oczu… ta wiadomośc jest DLA CIEBIE.

Jeśli nie poczułaś nic, nie czytaj dalej 😉

Moja codzienna praca z kartami i Mistrzyniami na mojej grupie Aktywacja Mistrza, doprowadziła mnie do Skarbu. Dzisiaj nurkowałyśmy w głębiny. Dotarłam do samego rdzenia swojej Istoty. Znalazłam coś, co jest zwieńczeniem, a jednocześnie początkiem mojej Nowej Drogi.

Informacje spływają same, ja tylko spisuję to, co się pojawia, w zaufaniu podążając za energiami.

A energie doprowadziły mnie właśnie do miejsca, w którym uświadomiłam sobie, że mam stworzyć cykl warsztatów dla Kobiet, które czują silne połączenie z Gają.

Dla tych, które chciałyby z Nią pracować, ale nie wiedzą jeszcze jak.
Dla tych, które już znają swoją „specjalizację”, a chciałyby poznać inne i poszerzyć swoje odczuwanie Matki Ziemi.
Dla tych, które chcą więcej, dalej, szerzej, głębiej.
Dla tych, które chcą cały czas otwierać kolejne drzwi, żeby sprawdzić, za którymi czują się najlepiej.
Dla tych, które cały czas szukają swojej drogi i dla tych, które już ją znalazły.
Dla tych, które chcą tworzyć Nową Ziemię.
Dla tych, które wiedzą czym jest Siostrzeństwo i współpraca oparta na zaufaniu i szczerości.
Dla tych, które znają moc grupy i chcą z niej skorzystać.

Warsztat będzie obejmował 13 spotkań on-line. Połączymy się z różnymi energiami Kapłanek Ziemi. Będziesz mogła poczuć tę, która najmocniej Cię zawoła. Będziesz mogła dotknąć każdej i zobaczyć, z którą najbardziej Ci po drodze. Odnajdziesz swoją „specjalizację”, swój Dar, z którym pojawiłaś się na tej Planecie, właśnie w TYM CZASIE.
A na zakończenie warsztatów spotkamy się na żywo w kręgu by dotknąć siebie i poczuć moc płynącą z POŁĄCZENIA.

Już w 2016 roku podczas medytacji w Łonie Ziemi, przyszła do mnie informacja, że mam rozpalać ogień Shakti w innych kobietach. Mam je inicjować i aktywować ich ukryty potencjał, by działały na powierzchni Ziemi. By współpracowały z Gają jako Jedność.

Dzisiaj poczułam to do szpiku kości.
Jeśli i Ty czujesz gotowość, napisz do mnie.

Warsztaty rozpoczną się 3 września 2020 r. Spotkania będą 2 razy w tygodniu w poniedziałek i czwartek. Będą też zadania do samodzielnej pracy w domu.
Kapłanek będzie 12, tak bym mogła każdej z Was poświęcić tyle czasu, ile będzie potrzeba.

Decyduje kolejność zgłoszeń. Więcej szczegółów podam w wiadomości prywatnej osobom zainteresowanym.

#kaplankiziemi

FB_IMG_1589479560693

NA CZYM POLEGA MOJA CODZIENNA PRACA Z CIAŁEM 🙂

Ciągle dzisiaj pada, nie mogę pracować w ogrodzie, więc pomyślałam, że spróbuję napisać o tym, co dzieje się na warsztatach Świadome Ciało.

Miały trwać 22 dni, miały skończyć się 8 maja. Miałam pięknie przygotowane Moduły, w których jak leci, wpisałam kolejno wszystkie części ciała i narządy, które wydały mi się ważne.

Ale oczywiście energie musiały mi wszystko powywracac do góry nogami i pokazać, że ładnie, pięknie, struktura strukturą, ale one wiedzą lepiej i poprowadzą nas tak, żeby wszystko ułożyło się w harmonijną całość.

A że jak wiecie, kocham podążać za energiami, ucieszyłam się, że nie muszę więcej nic planować, nic kontrolować, nie muszę trzymać się sztywno czegoś, co wydawało mi się słuszne, a mogę po prostu popłynąć z tym, co pojawia się TERAZ, na ten moment. Wystarczy słuchać i wyczuwać to, co dzieje się w Polu.

Dosyć szybko okazało się, że warsztat jest tylko dla kobiet, a my żeglujemy bardzo w mocno w kierunku uzdrowienia naszej kobiecości, w kierunku docenienia jej natury, delikatności i miękkości, w kierunku odwagi by zacząć ją w pełni przejawiać.

Ćwiczenia QiGong, od których zaczynamy nasze codzienne zajęcia, sprawiają, że pięknie zaczynamy wyczuwać energie, które są wokół nas. Stajemy się ich coraz bardziej świadome i zaczynamy decydować o tym, co chcemy mieć w swojej przestrzeni, a czego nie. Rozpoznajemy energie, które już nam nie służą, blokują nas, rozpraszają, zakłócają, zaciemniają obraz, odbierają przestrzeń. Świadomie uwalniamy się od nich, wzmacniając jednocześnie cały czas swoją własną energię. Wracamy do siebie, przywołujemy ją, budujemy każdego dnia od nowa. Mało tego, w jednym z ćwiczeń mając do dyspozycji swoją energię, energię Kosmosu i Ziemi, kreujemy i przywołujemy taką jakość, która danego dnia jest nam najbardziej potrzebna. Uczymy się wyczuwać subtelne zmiany w ciele i w polu, które nas otacza.

Po ćwiczeniach siadamy do medytacji z częścią ciała, która pojawiła się na dany dzień. Wchodzimy w nią, łączymy się z nią na bardzo głębokim poziomie. Widzimy jak ważnym jest elementem w funkcjonowaniu naszego ciała i nas jako Istot. Medytacje płyną tak, żebyśmy uświadomiły sobie jakie energie mogą nas tutaj blokować i zatrzymywać. Na bieżąco, w trakcie tych sesji medytacyjnych uwalniamy zarówno w sobie, jak i kolektywnie programy i blokady związane z tą częścią ciała. Pracujemy świadomie, często z otwartymi oczami, będąc jednocześnie w dwóch wymiarach, tym fizycznym i energetycznym. Możemy się komunikować. Dziewczyny wrzucają do kręgu to, co się pojawia i wspólnie to rozpuszczamy.

Robią się z tego takie grupowe sesje on-line. A jak wiadomo moc grupy jest wielka, więc wszystko można naprawdę hurtowo pouwalniać, jeśli podejmiemy decyzję, że już nam wystarczy ciągnięcia za sobą energii, które zaburzają naszą wewnętrzną równowagę.

Właśnie przez to, że pracujemy nie tylko ze sobą, ale z całym Polem Kobiet, te procesy są dosyć mocne i ciało potrzebuje czasami trochę więcej czasu, żeby zintegrować to, co się zadziało. Dlatego płynąc harmonijnie za tym, co się pojawia pozwalamy sobie na 2-3 dniowe przerwy integracyjne. W tym czasie tylko ćwiczymy i śpiewamy.

A na samym końcu naszego spotkania, łaczymy się z jedną nową, młodą, pełną energii komórką tej części ciała, z którą pracujemy i wydajemy jej polecenie, żeby informacje o swojej młodości i witalności wysłała do pozostałych komórek danego narządu.

A my, żeby jej już nie przeszkadzać, śpiewamy najczęściej nasza mantrę cudów. Ale oczywiście, w zależności od panujących danego dnia energii, pojawiają się też inne pieśni.

Tak to sobie płynie od 17 kwietnia i potrwa jeszcze przynajmniej kolejny tydzień, czyli wszystko wskazuje na to, że modułów będzie 33.
Pracujemy codziennie o godz. 11.11, ale oglądać można oczywiście w dowolnym dla siebie terminie. Ważne jest jednak, żeby robić to codziennie.
Można dołączyć w dowolnym momencie, bo i tak najsensowniej jest zacząć od 1 Modułu.

Jak dołączyć?

Najlepiej napisz do mnie lub zadzwoń:

501 257 897

Koszt warsztatów, do końca maja cena promocyjna 220 zł

 

20200508_173819

W połowie lipca 2019 roku usłyszałam wyraźne polecenie od Gai: zaśpiewaj mantrę cudów Ardas Bhaee publicznie. Śpiewaj ją z ludźmi przez 40 dni w intencji uzdrowienia Ziemi.

Pamiętam wtedy swoją reakcję. Po pierwsze udałam, że tego nie słyszę, po drugie pomyślałam sobie, że to wykluczone, żebym się tak publicznie wydurniała, nie potrafiąc śpiewać.

Ale Gaja nie dawała za wygraną. Po dwóch dniach uległam i zaśpiewałam, a 15 lipca stworzyłam grupę Pieśń dla Matki Ziemi. Myślałam, że pośpiewamy 15 minut codziennie przez 40 dni i po sprawie. Ale Gaja znowu miała chytry plan. Zaangażowała mnie w ten projekt całkowicie. Okazało się, że nie skończy się na 40 dniach. Zaczęliśmy śpiewać dla wody, a skończyło się na tym, że mamy przejść przez wszystkie 4 żywioły. Oprócz śpiewania cały czas pracowaliśmy z Polem Ziemi. Oczyszczając siebie, wspomagaliśmy Ziemię w procesie transformacji.
W międzyczasie zaczęły się pojawiać inne mantry i pieśni.
Potem słowa i pieśni zaczęły przypływać same.

I znowu dostałam kolejne polecenie: nagraj płytę z tymi pieśniami, niech ludzie śpiewają dla Matki Ziemi. Niech uwalniają swój głos, niech swoją wibracją tworzą Nową Ziemię.

Usłyszałam kiedyś leżąc w morzu:
Śpiew kieruje cię do wnętrza.
Śpiew przypomina ci o tym, kim jesteś.
Śpiewem stwarzasz swoją rzeczywistość.

Wtedy te słowa wydały mi się kompletnie niezrozumiałe i przesadzone. Dzisiaj wiem, że to Prawda.

Dzisiaj wiem, że śpiewając uzdrawiamy swoje wewnętrzne oceany, a tym samym zmieniamy kody w naszym ciele. Sprawiamy, że one powracają do swojej pierwotnej, boskiej wibracji.
Mało tego, nasz śpiew ma zdolność wpływania na energię wokół nas. Zmienia Pole Ziemi. Stwarza je na nowo. Zmienia naszą rzeczywistość.

Wiem, że ta płyta działa na wielu poziomach.

Moją intencją jest, żeby jak najwięcej osób, dzięki niej odkryło swój unikalny dźwięk, swoją wibrację, po to byśmy swobodnie i odważnie mogli wyrażać siebie.

Niech te pieśni popłyną w świat i niech stworzą dla nas Nową Ziemię.

Dziękuję wszystkim, którzy śpiewając ze mną od lipca, tak pięknie pracowali z Polem Ziemi. Zmiana płynie zawsze od środka na zewnątrz. Zmieniając swoją wibrację, zmieniasz wszystko wokół Ciebie ❤

Płytę można zamówić tutaj:

http://www.obrazyintuicyjne.pl

Wybór

Fotolia_79237927_XS copy

Są tylko dwie drogi: Miłość i Strach, lub innymi słowy Raj i Piekło.
Kiedyś mogliśmy sobie przeskakiwać z jednej na drugą, bo byliśmy w przedszkolu, a ścieżki były blisko siebiei biegły prawie równolegle. To był czas dualizmu, przeciwieństw, dobra i zła, światła i ciemności.

Ale stało się coś, co zmusiło nas do tego, żebyśmy szybko dorośli. Doszliśmy do miejsca, w którym drogi się rozchodzą. Nie da się już przeskakiwać z jednej na drugą. Jako dorasła, świadoma Istota dokonujesz wyboru i na tej drodze już zostajesz.

Na pewno wiesz, gdzie teraz jesteś.

Jeżeli czułeś, że utknąłeś, bo dźwigasz za dużo bagażu, mogę pomóc Ci go zobaczyć i uwolnić się od niego. Zajmuję się tym od lat, podobnie jak budowaniem swojego Raju, w którym teraz po prostu jestem.

Mam dużo czasu, podobnie jak większość z nas i przestrzeń do tego, żeby pomóc Ci jeszcze przeskoczyć na tę lżejszą ścieżkę. Mam dar, dzięki któremu zrobisz to zaśmiewając się do łez.
Tak działam, pomagając ludziom zmienić energię, w jakiej utknęli.
Lekkość i radość, to takie moje słowa – klucze.

Jeżeli poczujesz impuls, żeby zmienić ścieżkę – skontaktuj się ze mną.
Nie jestem obładowana terminami, bo to też jest ociążenie, a ja kocham wolność. Prawdopodobnie jak Ty poczujesz impuls, ja będę miała dla Ciebie czas. Taki mam układ z moją Duszą Manawą. Bo właśnie wtedy, kiedy czujesz, że już dłużej nie dasz rady, że zaraz się udusisz, wtedy jest idealny moment, żeby to zmienić.

Manawa – Moment Mocy jest TERAZ.

Świadome Ciało

76ee453516603e36f64ddff1626bfc68

Zachwycona efektami jakie obserwuję u siebie po 33 dniach codziennych medytacji, poczułam, że nie mam ochoty zatrzymywać się po 44 dniach i chcę to robić dalej.
Wiedziałam, że coś przyjdzie. No i przyszło 😀

4 marca zaczęłam pracę z Tęczowymi Aniołami. Pracowaliśmy w energiach, ucieleśnialiśmy je, manifestowaliśmy. Teraz przyszedł czas, żeby zająć się CIAŁEM.

Zawsze czułam, że chorujemy, starzejemy się i umieramy przez nasze przekonania. Przez to, że zatraciliśmy naturalne umiejętności uzdrawiania i odmładzania. Jedyne co trzeba zrobić, to przywrócić połączenie i komunikację z ciałem. Przywrócić mu naturalną umiejętność utrzymywania harmonii, witalności i zdrowia. Zacząć z nim śpiewać, nastroić ten idealny instrument, który się po prostu rozstroił, bo nie potrafiliśmy o niego właściwie zadbać.

Wykorzystam w tym celu moc medytacji. Widzę jak mocne mają działanie, co się podczas nich dzieje. Bardzo konkretnie pracuję tam z energiami. Sprawiam, że one naprawdę wpływają na nasze życie, energetykę, umysł i emocje. Dlatego najwyższy czas zająć się ciałem.

Przez 21 dni przejdziemy przez wszystkie ważne części naszego ciała. Będziemy je poznawać bardziej świadomie, zobaczymy, że w ogóle są, jak nam służą, jaką pełnią rolę. Oczywiście te najważniejsze rzeczy. To nie będą nudne wykłady z anatomii. Każda medytacja będzie miała swój moduł, w którym krótko i treściwie postaram się przedstawić tę część ciała, z którą danego dnia będziemy pracować. To będzie cześć dla umysłu.

Natomiast w medytacji będziemy łączyć się z tą częścią ciała, przede wszystkim ją zobaczymy, docenimy i uhonorujemy. A potem połączymy się z jedną tylko komórką, która właśnie się narodziła, jest młoda, w idealnej harmonii i sprawimy, że ta komórka zacznie się komunikować z innymi, zmieniając wadliwe i zmutowane zapisy.

W ten sposób w ciągu 22 dni przywrócimy harmonię całemu ciału. A przede wszystkim je poznamy i nauczymy się z nim świadomie komunikować.

Zaczynamy 17 kwietnia 2020 r.
Medytacje będą się odbywać codziennie o godzinie 11.11
Będą trwały ok. 30-40 minut.
Będzie można je robić w dowolnym dla siebie czasie.
Warunkiem sukcesu jest SYSTEMATYCZNOŚĆ. Trzeba je robić codziennie.

Możesz dołączyć w dowolnym momencie.

Medytacje będą odbywały się na FB w grupie warsztatowej Świadome Ciało. Po wykonaniu przelewu, osoba zainteresowana zostaje dołączona do grupy i ma do niej nieograniczony dostęp. Pracujemy w grupie, więc energie będą mocno wspierające. Tak działa dynamika grupy. Będziemy się wzajemnie motywować i inspirować.

Konto do wpłat:
Tęczowe Wibracje Anna Sernawit
35 1750 0012 0000 0000 3857 5112
W tytule: warsztat Świadome Ciało
Kwota: 220 zł
Wystawiam faktury

A tutaj filmik, w którym opowiadam co dokładnie będziemy robić 🙂

#swiadomecialo

44 – Mistrz

9fc7c1114d0d38f723531a8a9ff0e204

🌈 44 MISTRZ 🌈

Grupa Tęczowe Anioły powstała przede wszystkim z myślą o wydaniu kart mocy, będących kontynuacją mojego albumu „Na skrzydłach Aniołów”. Taki pojawił się pomysł i jak zapytałam jak to ma wyglądać, dostałam dokładne instrukcje:

🌈 Założyć grupę
🌈 Przez 44 dni o godzinie 11.11 prowadzić medytacje, łącząc się z energią, która tego dnia będzie chciała się zamanifestować
🌈 Trenować wchodzenie w Pole Serca
Łączyć się za każdym razem z sercem Ziemi i ze Źródłem
🌈 Przywoływać konkretną energię i sprawiać, żeby się ucieleśniła, żeby żyła w naszym ciele, żeby pulsowała, żebyśmy zaczeli nią oddychać.

Ale to co się wyprawia przeszło moje najśmielsze oczekiwania. W sumie to chyba nie miałam oczekiwań. Po prostu wiedziałam, że mam to zrobić, więc zrobiłam.

W międzyczasie sytuacja zmieniła się diametralnie, zaskakując mnie każdego dnia coraz bardziej.
Pragnę nadmienić, że nigdy wcześniej nie medytowałam regularnie. Zdażało mi się raz na jakiś czas, jak brałam udział w jakichś warsztatach 😉

Przede wszystkim okazało się, że każda kolejna medytacja jest kontynuacją poprzedniej. Czyli zrobił nam się z tego 44 odcinkowy serial, w którym akcja rozwija się w niespodziewanym kierunku.

Dosyć szybko opanowałyśmy sztukę wchodzenia w Pole Serca i bycie w nim przez cały czas trwania medytacji.
Bardzo mocno poczułyśmy połączenie z Gają i ze Źródłem. Widziałyśmy jak to połączenie się wzmacnia, jak ewoluuje, jak się zmienia jego obraz. Nie będę pisać jak się zmieniło, żeby nie psuć zabawy tym, którzy będą chcieli dołączyć 😀

W pewnym momencie okazało się, że mamy otworzyć oczy i medytować mimo „zakłóceń” w domu, przybierających formę hałasujących dzieci, miauczących kotów, czy rodziny oglądającej TV za ścianą.
Wywołało w nas to falę radości, bo uświadomiłyśmy sobie, że tak oto dobija się do nas Życie domagając się zauważenia i przyjęcia w takiej formie, w jakiej na ten moment chce się nam objawić.

Od tego momentu akcja potoczyła się już bardzo wartko. Medytacje zmieniły się na interaktywne. Trenujemy swoją WIELOWYMIAROWOŚĆ, będąc jednocześnie w Polu Serca, medytując, odpowiadając dzieciom na pytania nie cierpiące zwłoki, wypuszczając koty na dwór, pisząc komentarze i odbierając wiadomości od energii, które się do nas dobijają. Istna kołomyja 😀 Ale da się.

Jednocześnie cały czas dostajemy obrazy tego, co dzieje się w Polu Ziemi i pracujemy wspólnie z energią, która się wytwarza. Można powiedzieć, że odbieramy sygnały płynące od innych świadomych Istot, łączymy się z nimi i wspólnie wzmacniamy to połączenie, tworzymy siatkę krystaliczną, sprawiamy, że ona się rozświetla, staje się coraz bardziej żywa i pulsująca. Widzimy jak się zmienia, jak się rozrasta i widzimy jaki to ma wpływ na wszystko, co się dzieje wokół nas.

A w połowie warsztatu pojawiła się wiadomość, która wprawiła mnie w osłupienie.

W naszym DNA mamy 64 aminokwasy, z czego aktywnych jest tylko 20.
44 pozostają w stanie uśpienia. Dotarło do mnie, że każda z tych medytacji jest aktywacją kolejnego z tych aminokwasów. Po zakończeniu całości, będziemy mieli w pełni aktywne nasze DNA. Warunek jest jeden: trzeba je robić CODZIENNIE. To jest jakby reakcja łańcuchowa. Fale nakładają się na siebie. Każda poprzednia wzmacnia kolejną – tak mi teraz przychodzi.

44 to Mistrz, a żeby stać się Mistrzem, trzeba być systematycznym i zdeterminowanym. Każdy sportowiec doskonale o tym wie.
Liczba 44 to najrzadziej spotykana liczba mistrzowska występująca w drodze życia. Związana jest z ogromem pracy, zarówno fizycznej, jak i psychicznej, wymaga niesamowitej odwagi i pomysłowości. Mistrzostwo to, odpowiada za siłę i kontrolę nad własnym życiem.
Nosząc wibrację 44 jest się skazanym na sukces 😉

Teraz jest czas Mistrzów.
Anioły, Przewodnicy Duchowi, wszyscy, którzy nas wspierali, inspirowali, kibicowali nam – odeszli.

Zostajemy sami, po to by odnaleźć wreszcie tę moc w sobie i żeby zacząć z niej korzystać. Nikt już za nas tego nie zrobi i nie ma już na kogo zwalić winy.
Wszystko w naszych rękach.
Twoja decyzja co z tym zrobisz 😊

W każdej chwili można dołączyć do medytacji. Wiem już tylko, że jeśli chcesz podjąć to wyzwanie stania się Mistrzem dla siebie, trzeba zacząć od początku i kontynuować pracę codziennie, przez 44 dni. Tylko wtedy ma to sens.
Koszt warsztatu 440 zł.

#teczoweanioly #44mistrz

Tęczowe Anioły

IMG_20200302_195113_263

🌈 TĘCZOWE ANIOŁY 🌈 – Źródła naszej Mocy

Od 2012 roku zamykam oczy, przywołuję ludzkie Dusze i maluję to, co się pojawia. Jest to energia, która pomaga ludziom otworzyć się na to, co w środku, na to, co jeszcze nieodkryte. Uchylam drzwi prowadzące do wnętrza ich Duszy, a obraz, który powstaje jest dla nich inspiracją do dalszych poszukiwań.

W 2016 roku wydałam album „Na skrzydłach Aniołów”.
Po 8 latach malowania przyszedł czas na kolejny projekt.

Chcę wydać karty Tęczowe Anioły – Źródła naszej Mocy.

Energie zawarte w tych obrazach i przesłaniach są dla nas, ludzi niezwykłym wsparciem. To tak, jakbyśmy my z przyszłości dawali sobie wskazówki co zrobić, żeby nam tutaj żyło się lepiej. Jesteśmy dla siebie samych takimi właśnie Aniołami. Dlatego wiem, że druga część musi powstać.
Poczułam, że to będą niezwykle mocne i transformujące karty dla tych, którzy chcą świadomie połaczyć się z tymi energiami.

One wręcz upominają się o to, żeby z nimi pracować, żeby je ucieleśniać i zakotwiczać tu, na Ziemi. Nie zostały stworzone tylko po to, żeby fruwać bezczynnie w powietrzu. One chcą nam pomagać, chcą nas wspierać, chcą nam pokazać, że wszystko jest w nas. Czekają na naszą decyzję o tym, żebyśmy zaprosili je do swojego życia, tak jak zaprasza się gości do domu.
Możemy to zrobić, wczoraj pokazały mi jak i bardzo chcą nam w tym pomóc.

Dlatego założyłam grupę Tęczowe Anioły.
Dzięki niej zbiorę środki potrzebne do tego, by karty mocy powstały.
Będę te energie jeszcze mocniej zakotwiczać w ciele i w Polu Ziemi.

Możesz się do mnie przyłączyć, jeśli chcesz:

🌞 Podnieść swoją świadomość.
🌞 Przyspieszyć proces wchodzenia na ścieżkę Duszy.
🌞 Brać udział w tworzeniu Nowej Ziemi
🌞 Poczuć wreszcie lekkość i radość.
🌞 Odnaleźć źródło szczęścia.
🌞 Bawić się swoją pracą
🌞 Zacząć świadomie kreować swoje życie.

Ta grupa została stworzona dla osób, które chcą zamanifestować w swoim życiu Tęczowe Energie, poprzez systematyczną, 44 dniową pracę z podświadomością, świa-domością i boską świadomością.

Codziennie o godz. 22.00 zaproszę Cię do medytacji, przez którą poprowadzi nas jeden z 44 Tęczowych Aniołów.

Celem tych medytacji jest:
💎 wyrobienie w sobie nawyku i umiejętności szybkiego wchodzenia w Pole Serca
💎 nauka poprzez odczuwanie, jak wielką mocą dysponujemy tworząc z przestrzeni serca
💎 uruchomienie w ciele pełnego przepływu energii poprzez codzienne zakotwi-czanie świadomości w centrum Ziemi i w Źródle
💎 głębokie poczucie na wszystkich trzech poziomach świadomości tego, jakie przesłanie niesie ze sobą energia danego Anioła
💎 przyjęcie i zamanifestowanie tej energii w Twojej swojej Świętej Przestrzeni, jeśli taka będzie Twoja wola.

Opłata za te 44 dniowe warsztaty, wynosi 440 zł
Są 4 opcje do wyboru:

1.Opłata jednorazowa – w bonusie otrzymujesz ode mnie na zakończenie talię kart i pierwszą część, czyli album „Na skrzydłach Aniołów”
2.Opłata w 4 ratach po 110 zł
3.Opłata po 10 zł za każdą medytację
4. Jeśli chcesz mi pomóc w wydaniu tych kart, możesz wpłacić 80 zł i wziąć udział w 8 medytacjach, żeby zobaczyć jak ten proces będzie wyglądał. Zaznacz wtedy, że kupujesz karty w przedsprzedaży.

Każdy kto ukończy cały, 44 dniowy proces, dostanie w prezencie karty Tęczowe Anioły do samodzielnej pracy w domu.

Konto do wpłat:

Tęczowe Wibracje Anna Sernawit
35 1750 0012 0000 0000 3857 5112
W tytule: warsztat
Wystawiam faktury

Zapraszam Cię, jeśli poczujesz, że chcesz się do nas przyłączyć 🙂

Zaczynamy 4 marca, ale dołączyć możesz w każdym momencie 😊

Link do grupy na Facebooku
https://www.facebook.com/groups/1468559543320122/

A tutaj opowiadam o tym, co się będzie działo na medytacjach:

https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=2766911403362305&id=100001304177390

 

 

Woda i kryształy

IMG_20200227_125640_033

Woda to ciekły kryształ, my jesteśmy kryształem i tak jak one mamy w sobie zakodowane wszystkie informacje od początku naszego istnienia. Woda w nas, przechowuje ogromną ilość danych. Naszym celem jest ją oczyścić z tych, które zostały nam wgrane. Z tych, które się w nas utrwaliły, wskutek trudnych doświadczeń.
One to zamiast zaufania, niosą wątpliwości. Zamiast odwagi – strach, który zatrzymuje nas w miejscu, paraliżuje.

Te informacje trzeba świadomie zmienić, te trudne przetransformować, a te płynące z głebi naszej Istoty odkodować.

Dlatego odbywa się teraz wymiana starej wody na nową. Zmieniamy oprogramowanie. Pozbywamy się ze swoich ciał wody, która ma zniekształcone struktury. Dlatego możesz mieć częste objawy przeziębienia, katar, kaszel, możesz się pocić bez powodu.
Bardzo ważne jest, żeby nauczyć się programować swoją wodę.

Śpiew kieruje nas do wnętrza, śpiew przypomina nam o tym, kim jesteśmy, śpiewem stwarzamy swoją rzeczywistość.

Te słowa przyszły do mnie jak leżałam w morzu na Malcie, całkowicie połączona z wodą wokół mnie. Wtedy były one dla mnie kompletnie niezrozumiałe i nieprawdopodobne. Teraz wiem jak wielką mają wartość. Im więcej śpiewam, im bardziej nurkuję w swoje wewnętrzne oceany, tym mocniej czuję ten przekaz. Docieram do coraz głębszych jego poziomów.

Śpiewając dla wody, odpowiednio ją programując, błogosławiąc wręcz, zmieniamy strukturę naszych kryształów. Sprawiamy, że wracają do swojej pierwotnej, geometrycznej struktury. Na poziomie fizycznym uzdrawiamy w ten sposób nasze ciała, przywracamy im boską doskonałość.

Dlatego tak mocno czuję tę japońską pieśń, pt. Błogosławieńtwo dla wody.
To dlatego nie mogło jej zabraknąć na mojej płycie. Śpiewana z odpowiednim zaangażowaniem i świadomie, ma wielką moc. Czuję ją fizycznie w całym ciele. To są słowa duchowej mocy i przez to, że wiele osób na całym świecie śpiewa ją z określoną intencją, ona ma już te informacje w sobie zakodowane.

To dlatego misy kryształowe mają tak niesamowite działanie. To czysty kwarc wprost z Ziemi. On zna tę boską wibrację i poprzez dźwięk, po prostu nam ją przekazuje. Do tego dołączam swój śpiew, jak Wieloryb, który nawołuje swoje Tęczowe Plemię… 🌈

Wszystko się pięknie krystalizuje 💎

Pierwszy koncert mis kryształowych, połączony z medytacją już 21 marca w Astanga Yoga Studio.

A cały tekst powstał dzięki temu zdjęciu… Natura zawsze mnie tak inspiruje 😁

#rozmowyzgaja #krysztaly #misykryształowe #programowaniewody #spiew #piesnduszy #astangayogastudio

Bogini Żywiołów

82215215_2652693388117441_4022625305251282944_o

Nie zgaszę swojego Ognia, tylko dlatego, że Ty nie potrafisz rozpalić swojego.
Nie przestanę płynąć, tylko dlatego, że Ty boisz się wskoczyć do Wody.
Nie wyrwę z Ziemi moich korzeni, żeby oddać Ci swoją stabilność i połączenie.
Nie przestanę latać, tylko dlatego, że Ty nie chcesz zaufać i skoczyć.

Mogę Ci pokazać jak to zrobić, ale nie zrobię tego za Ciebie.

Jestem Kobietą.
Jestem Sobą.
Nie zmienię się dla Ciebie.
Taka JESTEM i taką siebie kocham 

Wybieram Mężczyznę, który jednym spojrzeniem rozpali mnie do czerwoności.
Wybieram Mężczyznę, który bez wahania skoczy w dół wodospadu, po to żeby mnie złapać na dole.
Wybieram Mężczyznę, który ma tak silne korzenie, że żadna burza nie jest dla niego wyzwaniem.
Wybieram Mężczyznę, którego skrzydła są większe i mocniejsze od moich, tak bym mogła się w nich schować, tak by mógł mnie nimi objąć całą…

82852287_2678503835536396_6995468089764610048_n

Przychodzi taki dzień w życiu kobiety, w którym ona zamyka oczy i widzi siebie w otuleniu. Widzi, że w jej energii jest już wszystko. Czuje, że to wszystko co jest, jest doskonałe i nie ma w niej tęsknot, ani chcenia. Jest otulenie jej własną, czystą energią.

I nagle zdaje sobie sprawę, że nie można jej już skrzywdzić, nie można obrazić, nie można wykorzystać. Bo ona patrzy i wie. I czuje czym jest to, na co patrzy. I obserwuje z dziecięcą ciekawością inne Istoty przebywające w jej przestrzeni. I patrzy na nie oczyma pełnymi miłości. Oczyma, w których nie ma oceny, potępienia, czy krytyki. Nie może tego być, bo ona wie, że sama nie była święta, a wszystko czego doświadczyła, miało doprowadzić ją do tego właśnie miejsca. W zasadzie cały czas jest w drodze i cały czas się uczy od innych Istot.

Dotarła do miejsca, w którym objęła wreszcie samą siebie. Do miejsca, w którym ukochała i przytuliła każdą swoją najbardziej mroczną, najbardziej zawstydzającą, najbardziej żenującą czy żałosną część siebie. Ona wie, że wszystkie te cząstki cały czas czekały, aż ona je wreszcie zobaczy i przytuli , tak jak matka przytula dziecko.

Taka kobieta patrzy na mężczyznę i widzi maski, które próbuje przed nią założyć. Patrzy z miłością na te maski, ale widzi co się kryje pod nimi. I patrzy tak długo, aż maski zaczynają spadać.
To może być przerażające, bo nagle stajesz przed nią nagi…

Potrzeba wielkiej odwagi i wzięcia odpowiedzialności za swoje życie, żeby być w przestrzeni takiej kobiety. Ona pokaże Ci prawdę. Ta prawda może sprawić, że ją znienawidzisz, że będziesz próbował zaprzeczać, że spróbujesz ją obrazić. Ale ona i tak wie. To, że nie jesteś w stanie jej zranić, nie znaczy, że ona pozwoli się tak traktować.

Widzi co jej pokazujesz i jest Ci za to wdzięczna. Ale znając swoją wartość i szanując każdą cząstkę siebie, nie pozwoli Ci na to, byś był dalej w jej przestrzeni. Nie znaczy to, że Cię odrzuca. Nie znaczy to, że Cię skreśla ze swojego życia. Po prostu się odsunie, zabierze swoją energię i pozostawi Cię sam na sam z tym, czego nie chciałeś zobaczyć przy niej. Być może nigdy nie będziesz chciał tego zobaczyć. To też jest w porządku i ona uszanuje Twoją wolną wolę.

Doświadczając wcześniej wszystkich objawów nie kochania siebie, nigdy więcej już sobie tego nie zrobi. Dlatego nie pozwoli Ci na to, żebyś ją uderzył, żebyś na nią krzyczał, czy żebyś przekraczał jej granice.
To, że ma uwolnioną i swobodnie płynącą energię seksualną, nie znaczy, że pozwoli Ci na to byś mówił do niej językiem jaki znasz z filmów pornograficznych. Nie pozwoli Ci na to, byś swoim zachowaniem bezcześcił jej świętą, czystą energię. Nie ma w niej zgody na to, byś traktował ją jak zabawkę. Byś korzystał z jej energii, nie dając nic z siebie. Byś przychodził i odchodził wtedy, kiedy Ty chcesz. Nie ma w niej zgody na to, byś odchodząc, zapominał o jej istnieniu. Pokaże Ci całą swoją miłość, ale jeśli nie potrafisz docenić skarbu, jaki dostałeś – odejdzie.

Bo nie ma w niej już lęku przed samotnością. Nie ma strachu, że sama sobie nie poradzi. Nie chce być u boku mężczyzny za wszelką cenę. Za bardzo ceni siebie i to, co w sobie pokochała, to, co odkryła szukając prawdy o sobie.

Taka kobieta nie wybierze zająca, czy wilka w owczej skórze. Taka kobieta wybiera Lwa. Ona wie, że jest Królową godną tylko Króla. Wybierze go nie dlatego, że czegoś jej brak. Ona po prostu chcę się dzielić sobą najpiękniej jak potrafi. Ale wie, że prawdziwe dzielenie się jest ciągłą wymianą, jest jak wdech i wydech, jak przypływ i odpływ. Jest szacunkiem i wolnością. Jest przyjaźnią i miłością. Jest śmiechem i ciszą. Jest bliskością i przestrzenią. Jest otuleniem pełnym ciepłej miłości. Jest wszystkim 

Powrót do korzeni

74269372_409759939969209_1296475520845742080_n

POWRÓT DO KORZENI 🐳

Nagranie mojej pierwszej płyty było dla mnie niezwykłym przeżyciem i bardzo mocnym procesem.

Jako dziecko bardzo nie lubiłam swojego głosu. Pamiętam do dziś chłopaka z podstawówki, który się ze mnie wyśmiewał, że mówię przez nos, bo ciągle miałam katar. Jako dorosła już kobieta nigdy nie śpiewałam, bo wiedziałam, że nie potrafię. Natomiast zawsze jak byłam sama, uwielbiałam śpiewać przeboje, które leciały w radiu. Znałam je wszystkie na pamięć. Ale jak próbowałam śpiewać przy swoich już dzieciach, to zawsze widziałam przewracanie oczami i wrzask: momoooo, nie śpiewaj!

I pewnego dnia podczas medytacji, dostałam bardzo mocną informację, że mam kupić misy kryształowe i zacząć na nich grać.

Poszłam i kupiłam. A za jakiś czas misy oznajmiły mi lakonicznie, że mam zacząć śpiewać. Popukałam się w czoło, ale nieśmiało zaczęłam…

A potem pojawiły się w moim życiu Wieloryby ze swoim przekazem, że nasz dźwięk ma wielką moc. Ma moc uzdrawiania naszych wewnętrznych oceanów. Nasz dźwięk, nasza wibracja, ma moc uzdrawiania innych ludzi.

W lipcu tego roku dostałam informację od Gai, że nasz dźwięk uzdrawia nie tylko nas, ale też całą Planetę. Dlatego 15 lipca założyłam grupę Pieśń dla Matki Ziemi, w której codziennie śpiewamy dla niej pieśni.

Jak zaśpiewałam publicznie pierwszy raz, usłyszał mnie jakimś cudem Mareek Tomasz Tomczak X i zaproponował, żebyśmy nagrali razem płytę. Wydało mi się to szalone, ale podążyłam za tym, co się pojawiło, nie wiedząc co tak naprawdę mam zrobić.

Dosyć szybko pojawiła się informacja, że mam zaśpiewać mantrę, od której wszystko się zaczęło. Mantrę Ardas Bhaee.
Pojechałam więc posłusznie do Gdańska, by wspólnie z Markiem nagrać swoją pierwszą płytę.

Możecie sobie wyobrazić moje przerażenie, jak zobaczyłam te wszystkie głośniki, mikrofony, suwaki, monitory i zdałam sobie sprawę, że TO SIĘ DZIEJE NAPRAWDĘ, a ja przecież nie potrafię śpiewać i zaraz wszystko się wyda!

Marek zaraz usłyszy, że nic z tego nie będzie, że przyjechał tyle kilometrów na darmo, że tylko stracił czas i będzie miał do mnie całkiem słuszną pretensję.

Nasz mistrz ceremonii, Pan Tadeusz Hofman poprosił bym zaczęła śpiewać. Z mojego gardła wydobył się jakiś żałosny dźwięk. Zdruzgotana i zawstydzona spojrzałam na Marka, czekając na oburzenie, czy w najlepszym wypadku zaskoczenie tym, co właśnie zaprezentowałam.

Ale Marek powiedział wtedy do mnie tak: Aneczka, ty się w ogóle nie przejmuj. Przestań się oceniać, wyłącz umysł i zacznij po prostu śpiewać. Wejdź w serce i zacznij śpiewać…

Nigdy nie zapomnę tych słów. Nigdy nie zapomnę ulgi jaką wtedy poczułam i wdzięczności do Marka za to, co powiedział i za to, że mnie nie ocenił.

Z drżeniem w głosie i w sercu zaczęłam śpiewać. Najpierw po cichu, słabym, łamiącym się głosem próbowałam podążać za melodią, którą pamiętałam z naszej mantry. Ale nie starczało mi oddechu, nie jestem profesjonalistką. Nikt mnie nigdy nie uczył jak się śpiewa. Dlatego w pewnym momencie zamknęłam oczy i zaczęłam podążać ZA SOBĄ, za swoim rytmem, za swoim oddechem, robiąc przerwę tam, gdzie potrzebowałam ją zrobić. Zaczęłam siebie słuchać, zaczęłam słuchać swojego głosu.
Na początku strasznie się go wstydziłam, nie podobał mi się, odrzucałam go, chciało mi się płakać. Ale w miarę jak wchodziłam coraz głębiej w swoje serce, skupiałam się na tym, że robię to dla naszej Matki Ziemi, śpiewam przecież dla niej najpiękniej jak potrafię, z całego mojego serca, z całej mojej Duszy….

I dopiero jak skupiłam się na tym, usłyszałam wreszcie siebie. Usłyszałam swój głos i zaczął mi się coraz bardziej podobać, zaczęłam się nim zachwycać. Pomału zaczęłam się w nim zakochiwać. Śpiewałam i słuchałam siebie z zachwytem. Nie chciałam kończyć, nie chciałam przestawać. Mogłabym tak śpiewać bez przerwy. Wchodziłam w ten dźwięk coraz głębiej i głębiej, razem z dźwiękami gongu i Wielorybów, które tam słyszałam. Marek swoją grą stworzył dla mnie podkład muzyczny, o jakim chyba nawet mi się nie śniło. On wszedł razem ze mną do mojego serca, do mojego oceanu i pływał w nim razem ze mną i ze swoim gongiem.

Przyszło do mnie kiedyś, że mój głos ma niezwykłe właściwości. Ma moc transformowania, moc przypominania, przywracania pamięci o tym kim naprawdę jesteśmy.
Wtedy w to nie uwierzyłam, wydawało mi się, że znowu coś sobie wymyślam.

Ale dzisiaj, jak słucham tej swojej pierwszej płyty, wiem, że to prawda. Wiem, kiedy potrzebuję jej posłuchać…
Wtedy, kiedy coś mnie wytrąci z mojej przestrzeni, wtedy, kiedy jestem zagubiona lub rozstrojona. Wtedy, kiedy coś mnie bardzo mocno rozproszy. Włączam ją wtedy i jej dźwięk natychmiast sprawia, że WRACAM DO SIEBIE.

Zawsze wiedziałam, że to bardzo ważne, żeby odnaleźć Pieśń swojej Duszy. Ja ją odnalazłam.

Życzę każdemu, żeby odnalazł swoją pieśń. Ona swoim wołaniem sprawia, że zawsze znajdziemy drogę do Domu. Przypomnimy sobie skąd pochodzimy, gdzie są nasze korzenie.

Mareek, dziękuję Ci z całego serca za to, co dla mnie wtedy zrobiłeś. Uwierzyłeś we mnie, uwierzyłeś, że potrafię to zrobić, a ja uwierzyłam wtedy Tobie. Nigdy tego nie zapomnę 

Fragmentu mojej płyty można posłuchać tutaj:

A jeśli chcesz ją kupić i wesprzeć mnie w projekcie śpiewania dla Matki Ziemi, kliknij tu:

https://sklep.przelewy24.pl/zakup.php?z24_id_sprzedawcy=67641&z24_kwota=3500&z24_currency=pln&z24_nazwa=Powrot+do+korzeni+%28plyta%29&z24_language=pl&k24_kraj=PL&z24_crc=d433b8a2

458813b9b3b88d27a907350e043c2bb8-james-darcy.jpg

Dzisiaj moje ciało bardzo mocno pokazuje mi tęsknotę za Twoją Obecnością, za zwykłym i niezwykłym jednocześnie przytuleniem.

Przytuleniem, w którym nie będzie naszych obaw, lęków i oczekiwań.

Przytuleniem pełnym obecności, ciepła naszych ciał, pełnym milczenia i odpuszczenia.

Przytuleniem, w którym oboje oddychamy spokojnie, odczuwając siebie nawzajem.

Przytuleniem, w którym otworzymy nasze serca i nie będziemy się bali tego, że coś zaboli.

Przytuleniem, w którym pozwolimy sobie być sobą, bez masek, bez udawania kogoś, kim nie jesteśmy.

Przytuleniem pełnym miłości płynącej z otwartych serc.

Przytuleniem, które nie skończy się próbą zawłaszczenia sobie Ciebie na własność.

Przytuleniem, w którym Ty nie będziesz próbował zawłaszczyć sobie mnie na własność.

Przytuleniem, które pokaże nam jak bardzo w tej przestrzeni jesteśmy połączeni, a jednocześnie jak bardzo jesteśmy wolni.

Przytuleniem, w którym będę mogła rozluźnić moje ciało napięte do granic wytrzymałości, próbujące pokazać sobie i innym, że daję radę sama…

Przytuleniem, w którym będę mogła pokazać Tobie jak miękką i delikatną jestem kobietą.

Przytuleniem, w którym Ty będziesz mógł pokazać jak wrażliwym i pełnym czułości jesteś mężczyzną.

Przytuleniem, które nie kończy się zbliżeniem seksualnym i nie jest wstępem krótszym lub dłuższym do tego, żebyś się ze mną przespał.

Przytuleniem, które jest tym, czym w istocie jest… pełną obecności bliskością z drugim człowiekiem.

Obecnością, która wspiera, karmi i napełnia Ciebie i mnie.

Za tym tęsknię, tego bardzo potrzebuję…. A na razie liczę gwiazdy i czekam 😉

 

Jeśli czytając ten tekst uśmiechasz się pod nosem myśląc: no maleńka, już ja bym cię przytulił tak, że byś głośno krzyczała… to znaczy, że nie jesteś mężczyzną, tylko chłopcem i nie widzisz tak naprawdę żadnej kobiety.

Jeśli czytając ten tekst, czujesz tęsknotę za tym samym, a nawet pozwoliłeś sobie poczuć wzruszenie, to jesteś świadomym mężczyzną, który widzi świadomą kobietę.

Jeżeli jesteś mężczyzną, który potrafi tak przytulić kobietę… to Twoja kobieta ma w domu SKARB.

Kobieto, jeśli masz taki skarb w domu – DOCEŃ GO ❤

Przyjaźń damsko-męska

hqdefault.jpg

PRZYJAŹŃ DAMSKO- MĘSKA 💃🕺

Tak sobie myślę, że w tym naszym świecie, wszystko jest postawione na głowie. Miłość też. Czy raczej to, co wydaje nam się, że miłością jest….

Mylimy miłość z początkowym zauroczeniem i pożądaniem. Widzimy kogoś wtedy, gdy pociąga nas jego fizyczność, gdy czujemy do niego pociąg seksualny. I nazywamy ten stan zakochaniem, podczas gdy to energia seksualna bierze nas w posiadanie i nakłada nam na oczy i umysł różowe okulary, w których widzimy tylko to, co chcemy zobaczyć. Udajemy, że wszystko jest cudownie, bo przez pewien czas jest. Jest tak długo, jak silna była energia seksualna. Od stopnia jej natężenia zależy, jak długo pozostaniemy ślepi na wszystko to, co miłością nie jest…

Na próby manipulacji, na wykorzystywanie, na szantaż emocjonalny, na brak uwagi i zainteresowania naszą osobą, na wiele innych rzeczy. Godzimy się na to, bo energia seksualna przesłania nam oczy.

Ale jak mgła opadnie, widzimy już prawdę i nie wierzymy własnym oczom. Zaprzeczamy temu co widzimy, zaprzeczamy swoim uczuciom i emocjom, bo nie chcemy stracić czegoś, co było takie piękne i tak intensywne. Nie chcemy znowu zostać sami, więc godzimy się żyć tak, jak ktoś nam zagra, zapominając o własnej melodii, która nam w Duszy gra. Zapominamy o sobie, bo tak bardzo pragniemy, by ktoś nas kochał i był z nami.

Taki stan może trwać bardzo długo…

Ale jak zobaczymy wreszcie SIEBIE i zdecydujemy się podążać za sobą, otwiera się przed nami możliwość spotkania drugiego człowieka w zupełnie innej przestrzeni.

W przestrzeni serca 

W tym miejscu miłość nie razi Cię jak piorunem. Miłość zaczyna Cię muskać jak delikatny, wiosenny wiatr. Tak subtelny, że początkowo nawet nie czujesz go na swoim ciele. Miłość, która tam rozkwita jest miękka, niewinna i delikatna. Nie wymusza, nie krzyczy, nie obraża się, nie robi scen.
Pojawia się niepostrzeżenie w miarę, jak poznajesz drugiego człowieka na zupełnie innym poziomie. Jak otwierasz się na niego i przed nim, bez wchodzenia w energię seksualną. Tworzy się wtedy przestrzeń na przyjaźń. Buduje się relacja, z której oboje czerpiecie wielką radość i siłę. Dajesz wsparcie, a za chwilę je otrzymujesz. Upadasz i podnosisz się, ale nikt nikogo nie wykorzystuje.
Jest między Wami tak wielka szczerość, że oboje stajecie się dla siebie transparentni. Widzicie wszystko, każdy swój ból, każdą ranę, każde słabe i czułe miejsce. Odkrywacie przed sobą te miejsca, bo wiecie, że ta druga osoba tego nie wykorzysta. Wiecie, że w tej przestrzeni wszystkie Wasze rany mogą zostać zobaczone, przytulone i uzdrowione. Bo jest między Wami uważność i obecność, która CZUJE I WIDZI.
Idziecie ramię w ramię, a każde spotkanie sprawia, że Wasza przestrzeń się poszerza. Dostajecie skrzydeł i możecie latać, a życie wydaje się jeszcze piękniejsze.

W takiej relacji rodzi się miłość bezwarunkowa. Miłość, która zrobi wszystko by Twój Przyjaciel był szczęśliwy. A on zrobi to samo dla Ciebie. W takiej relacji nikt nikogo nie zagarnia dla siebie, nie zamyka w więzieniu swoich oczekiwań i pomysłów na życie. W takiej relacji jest przestrzeń, lekkość i oddech. I jest zgoda na wszystko co się zadziewa.

Takiej relacji z Przyjacielem teraz doświadczam i jestem za nią bardzo wdzięczna 

Drzewo Życia

dęby

Cisza znowu do mnie powraca…

Wczoraj podczas transmisji na żywo, na mojej grupie Pieśń dla Matki Ziemi, pojawił się temat, który bardzo mnie zaintrygował.

Drzewo Życia…

Doszłam do takiego momentu, w którym uświadomiłam sobie, że stałam się jak drzewo. Mam mocne korzenie, silne połączenie z własnym ciałem i jeszcze silniejsze z Gają. Mogę czerpać z jej zasobów, mogę się dzięki niej oczyszczać, transformować, zasilać i karmić.
Mam też wielkie konary, które sięgają Nieba i jak antena wyłapują wszystkie subtelne sygnały z kosmosu. Dzięki temu nie muszę gromadzić wiedzy. Wystarczy, że się zatrzymam, zamknę oczy i wiem co robić. Odpowiedzi przychodzą zawsze. Prędzej czy później, ale wiem, że przyjdą.

Wczoraj obejrzałam wywiad z Markiem Taranem, w którym mówił, że kobieta jest właśnie takim drzewem życia. Ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że tylko kobiety mają w sobie taki dar. Wydaje mi się, że jako Istoty jesteśmy pełnią.
Tutaj na tej Ziemi przyjęliśmy formę męską lub kobiecą, niemniej jednak pozostajemy pełnią. Naszą rolą jest tę pełnię odnaleźć w sobie. Zobaczyć, że przynależymy zarówno do Nieba jak i do Ziemi. Odnaleźć to połączenie, tę równowagę w sobie. Zdać sobie sprawę, że jesteśmy:

czarnym i białym,
światłem i ciemnością,
kobietą i mężczyzną,
dobrem i złem,
zimą i latem,
matką i ojcem,
ptakiem i drzewem
Jesteśmy WSZYSTKIM.

A jak to odnajdziesz w sobie, to chcesz odnaleźć Istotę, która tak jak Ty, wszystko ma w sobie. I chcesz z nią doświadczać prostego życia, chcesz BYĆ.

I zdałam sobie sprawę, że jestem takim Drzewem Życia.
Jakim jestem drzewem, zapytałam siebie?

No wiecie, najlepiej byłoby być Brzozą, bo jest taka smukła i wiotka… Ale ja zdałam sobie sprawę, że jestem Dębem 😊

Usiadłam, żeby napisać ten tekst. Weszłam w swoje dokumenty, w foldery, których mam pełno. Otworzyłam jeden, ale wyszłam z niego, bo coś tam było nie tak. Weszłam w jakiś stary z kwietnia 2018 roku, zatytułowany Tiyoweh (cisza) i patrzcie co przeczytałam…

„Czuję się jak chorągiewka miotana wiatrem. Nie ma we mnie stabilności, jest totalne rozchwianie. Nie może tak być. Muszę się ugruntować. Ciągle płaczę, nic mi się nie chce, najchętniej bym spała. Straciłam poczucie, że to co robię ma jakiekolwiek znaczenie. Wszystko stało się bezcelowe.

Wzięłam do ręki moją ukochaną książkę Matki Klanowe. Akurat miałam do przeczytania rozdział o Kobiecie Słuchającej, o tej która jest Matką Tiyoweh – Ciszy. Postanowiłam pójść za jej mądrością i zanurzyć się we własnej ciszy, żeby odnaleźć sens.
Położyłam się i instynktownie wzięłam do ręki mój stary kamień, Labradoryt. Położyłam go sobie na sercu i nagle bardzo mocno poczułam jego bicie. Przypomniałam sobie, że on mówił mi kiedyś coś o biciu serca i o połączeniu z Gają. Wyszperałam przekaz od niego:

Jestem Lama – opiekun kamienia, kamienia który współgra z twoim sercem, kamieniem w którym bije też serce Matki Ziemi. Pracując z nim łączysz się z Gają i poprzez tę pracę wspierasz ją w rozwoju. Staraj się zawsze dopasować bicie swojego serca do bicia serca Matki Ziemi. Wchodząc z nią w synchronię wiele otrzymujesz. Jej rytm, jej tętno pomaga ci ustabilizować, zharmonizować własne życie. Docierasz do swoich korzeni, a to sprawia, że jesteś silniejsza, stajesz się jak dąb, który czerpiąc z głębokich pokładów Ziemi, czerpiąc z jej odżywczych soków, staje się drzewem pełnym siły i wewnętrznej mądrości. Łącząc się z Ziemią poprzez ten kamień wrastasz coraz mocniej energetycznymi korzeniami wgłąb Ziemi. One odżywiają twoją Duszę dając ci siłę i mądrość dębu. Dadzą ci też spokój i pewność, że wszystko co robisz ma swój cel i swoje znaczenie. Będziesz jak skała, która niezachwianie trwa w swoich postanowieniach. Nabierzesz mocy, stabilności i wytrwałości. Jestem tu by połączyć cię z twoją Duszą, z rdzeniem twojej Istoty. A zadziać się to może tylko przy pełnym miłości połączeniu z naturą, połączeniu z sercem Matki Ziemi.

STAJESZ SIĘ JAK DĄB… wtedy nie śniło mi się jeszcze, że moim wielkim przyjacielem zostanie Dąb Dobromir…
Energetyczne korzenie – wyobraziłam sobie, że zaczynają one wyrastać z moich stóp i łączą się z korzeniami Dobromira. Skoro on może się łączyć z innymi drzewami, to ze mną przecież też.. I w tym momencie poczułam bardzo silny przepływ energii, tak silny, że zaczęło mną telepać, jakbym się podłączyła do prądu, tyle że bezboleśnie… Wiedziałam, że powstało jeszcze silniejsze połączenie między nami.

Dają ci spokój i pewność, że wszystko co robisz ma swój cel i swoje znaczenie – powiedział do mnie wtedy…
Popłakałam się ze wzruszenia.”

Dzisiaj dostałam potwierdzenie, że to się zadziało. Zrobiłam to, o czym powiedział mi Labradoryt kilka ładnych lat temu. Wiem już czego szukam, wiem na co czekam… Na swojego Dobromira w ciele Mężczyzny.

W tym moim lesie był Dobromir, ale dopiero po długim czasie byłam w stanie podejść do Szeptunki, która stała obok. Mogłam ją zobaczyć, mogłam ją usłyszeć, dopiero wtedy, jak dotarłam do swojej Kobiety.

Trwają tak obok siebie. Każde z nich ma swoją przestrzeń, ale splatają się swoimi konarami, tam się spotykają… w Niebie, w lekkości, w powietrzu…
Tego nie widać, ale pod Ziemią na pewno ich korzenie są bardzo mocno splecione i połączone, cały czas wymieniają się sokami, zasilają siebie nawzajem…

Kończymy teraz 40 dniową pracę z Ogniem.

4 października zaczynamy 40 dni pracy z Żywiołem Powietrza, a na końcu zajmiemy się Ziemią 🌍

 

Pieśń dla Matki Ziemi

gaja

Pieśń dla Matki Ziemi – dzień drugi

Jeszcze jak mieszkałam w Izabelinie, przyszła do mnie taka informacja, że mam grać na bębnie, łączyć się z Gają i przekazywać ludziom przesłania od Niej. Oczywiście tego nie zrobiłam, bo nie wierzyłam w to, że będzie do mnie mówić.

Więc Gaja znalazła inny sposób, żeby jednak do mnie dotrzeć. Poczułam bardzo mocno to wezwanie od Niej, jak przeczytałam, że Marta Kostrzewa organizuje wspólne śpiewanie mantr. Wiedziałam, że muszę tam być, bo Matka Ziemia mnie woła. Nie dyskutowałam już i poszłam. W ostatnim momencie poczułam, że mam zabrać ze sobą kryształową misę serca.
Usłyszałam tam mantrę, którą bardzo mocno poczułam. Nie chciała mnie zostawić w spokoju, ciągle ją śpiewałam. I wtedy pojawiła się bardzo wyraźna informacja:

Mam ją zaśpiewać dla ludzi na jednym ze swoich filmików. Mam ją śpiewać przez 40 dni z intencją oczyszczenia Matki Ziemi. Mamy się łączyć przez internet i śpiewać ją razem. Takie wspólne śpiewanie ma wielką moc. Widziałam to na kręgu. Widziałam jak swoim dźwiękiem oczyszczamy wielką przestrzeń.

Oczywiście umysł zbojkotował te informacje i udałam, że tego nie słyszę. Ale tym razem nie czekałam dwa lata. Po dwóch dniach wiedziałam już, że się nie wywinę.

TO MUSI BYĆ ZROBIONE.

Więc robię Kochani. Dla siebie, dla Nas, a przede wszystkim dla naszej Matki Ziemi.

Założyłam grupę, w której śpiewamy wspólnie.
https://www.facebook.com/groups/523156394891822/

Myślałam, że to będzie takie lekkie, radosne śpiewanie i koniec… 13 minut i każdy wraca do swoich zajęć.

Ale jest inaczej.
Gaja znalazła sposób, żebym jednak przekazywała ludziom przekazy od Niej.

Wczoraj śpiewaliśmy drugi dzień.

Miałam wizję, w której zobaczyłam Ją jako upodloną kobietę… tylko takie słowa mi przychodziły. Leżała porzucona gdzieś pod płotem, zaniedbana, zapomniana, jak wyrzucona na śmietnik…
Widziałam nas, śpiewających, jak pochylamy się nad Nią z miłością i z szacunkiem.
I wiecie co było w tym wszystkim najgorsze?

Te jej oczy, który patrzyły na nas Z NIEDOWIERZANIEM…

Czy naprawdę jest ktoś, kto przejmuje się Jej losem?
Czy naprawdę jest ktoś, kogo Ona obchodzi?
Czy naprawdę ktoś może traktować Ją z miłością i z szacunkiem?

Jeszcze teraz łzy mi lecą ciurkiem jak sobie to przypomnę.

Płakałam ja, płakały inne osoby, które czuły ten wielki smutek i ból w sercu.
Ktoś mi napisał: nie bierz na siebie bólu tego całego świata…

Nie biorę, ale pozwalam go sobie POCZUĆ. Wiem, że on mnie nie zabije. I wiem, że tylko czując i przepuszczając go przez swoje ciało mogę się od tego uwolnić.

Śpiewając mimo zaciskającego się gardła, fałszując, łkając przez łzy, oddychając głęboko, uwalniamy ten ból z Pola Ziemi. Transformujemy go swoim głosem, swoją wibracją. To jest nasz ból, nasz smutek, nasze upodlenie. Pracujemy z kobiecą energią, która jest bardzo poraniona. Pracujemy ze sobą i z przestrzenią wokół siebie.

Nie miałam pojęcia jak mocny to będzie proces dla każdego z nas.

A to dopiero drugi dzień…

Przez 40 dni łączymy się we wspólnym śpiewie, we wspólnej przestrzeni połączonych serc. Nasz dźwięk, nasza wibracja sprawia, że powracamy do swojej pierwotnej, czystej energii. Emanując coraz mocniej tą energią, pomagamy Matce Ziemi oczyścić jej krew, całą wodę na naszej Planecie.

Działamy z zupełnie innego poziomu, niż nasz umysł jest w stanie ogarnąć. Uaktywniamy bardzo mocno wodę w sobie, poruszamy nasze wewnętrzne oceany, docieramy do pokładów kobiecej, MIĘKKIEJ I DELIKATNEJ energii i tym emanujemy, tym promieniujemy, żeby zasilić Gaję. Ona potrzebuje teraz, tak jak my, powrotu do swojej pierwotnej wibracji.

Skupiamy się na tej intencji:

KRYSTALICZNIE CZYSTA WODA NA CAŁEJ PLANECIE.

Jeśli czujesz, że chcesz do nas dołączyć, zapraszam Cię z całego serca 
Zaczynamy o 21.00. Wpadnij do nas i zobacz jak to czujesz 
Matka Ziemia czeka na Ciebie 🌍🌊💧💧🌊

 

#pieśńdlaMatkiZiemi

Pieśń Duszy

om-tree-of-life-meditation-laura-iverson

PIEŚŃ DUSZY 🎼🎶🎵

Bo wiesz jak to jest, Dusza ma nieograniczone możliwości i nieskończoną ilość pomysłów i tylko przebiera nogami, żeby wprowadzić je w życie, bo one wszystkie są genialne…
Ale jest coś, co stoi jej na przeszkodzie. Tym czymś jest to, że przeważnie człowiek, nie jest w stanie usłyszeć jej głosu, bo zajety jest walką o przetrwanie w tym trudnym świecie. Cały czas odgania się od niej jak od natrętnej muchy i powtarza zniecierpliwiony: nie teraz, to przecież niemożliwe, to się nigdy nie uda, jesteś szalona, daj spokój, są ważniejsze rzeczy do zrobienia….

A ona usycha pomału,
i zamyka się w sobie…

I coraz cichszy jest jej głos bo wie, że i tak jej nie posłuchasz, i tak jej nie zaufasz…
Nie jesteś w stanie uwierzyć, że ona przecież chce dla Ciebie jak najlepiej, chce żebyś był szczęśliwy, chce żebyś robił to, co kochasz, to do czego zostałeś stworzony, bo tylko wtedy poczujesz, że żyjesz naprawdę, a ona poczuje to razem z Tobą….

Ale żeby ją usłyszeć trzeba się na chwilę zatrzymać. Trzeba posłuchać co ma Ci do powiedzenia. Trzeba zaufać jej mądrości….
Jeśli czujesz, że życie przecieka Ci przez palce, jeśli czujesz, że czegoś szukasz i ciągle nie możesz tego znaleźć, być może warto spróbować zrobić coś inaczej niż do tej pory?
Skoro to się nie sprawdza, czemu uparcie odtwarzasz tę samą płytę?
Może czas posłuchać Pieśni Duszy?

Kurcze, ten post miał wyglądać inaczej…
Te słowa popłynęły prosto od Niej…

Moja Dusza ma wiele talentów, ale jej sztandarową misją jest wyszukiwanie talentów innych Dusz i wydobywanie ich na powierzchnię jak najcenniejszych skarbów…
To jest coś, co kocha najbardziej. To ona oczywiście wymyśliła kolejny sposób na to, jak można robić to częściej 😊

Natura aż prosi teraz, żeby korzystać z jej darów, dlatego powstał pomysł sesji w lesie, w czasie której pomogę Ci skontaktować się z Twoją Duszą. Razem odkryjemy z jaką misją przyszedłeś na ten świat, czym Twoja Dusza chce się dzielić, do czego została stworzona, jaką chce śpiewać pieśń…

Czas trwania sesji: ok. 3 godz.
Inwestycja: 350 zł

#pieśńduszy, #misjaduszy

p1270357

Praca z ciałem to spacer po polu minowym. Nigdy nie wiesz, kiedy wejdziesz na minę, która roztrzaska Cię na milion kawałków, tylko po to, byś mógł urodzić się na nowo, byś mógł odczuwać więcej i mocniej…

Wiecie, że pojawił się w mojej przestrzeni radosny pomysł spotkań połączonych z przytulaniem. Wczoraj odbył się pierwszy krąg tego typu. Stworzony spontanicznie, trochę bez namysłu, dzień po moich pierwszych warsztatach, więc z lekka lekkomyślnie.

Ale do głowy mi nie przyszło, co się może zadziać…

Spotkanie robiłyśmy z Izabell Gryko. Z racji warsztatów nie miałam jak się zająć promocją tego wydarzenia, więc wydawało mi się, że nikt nie przyjdzie. Ale z Izą ustaliłyśmy, że najwyżej my się spotkamy, a dziewczynki się pobawią. Ale w dniu wydarzenia okazało się, że przyjedzie do nas
3 Mężczyzn. Zaskoczyło mnie to, ale przyjęłam z wdzięcznością i zaciekawieniem. I nagle pytanie Mileny: ale mamo, czemu oni przyjeżdżają? Bo co, bo jest Święto 3 Króli?

Spojrzałyśmy z Izą po sobie…. Przyjadą do nas 3 Królowie…
To już wiedziałyśmy, że będzie grubo. W tej przestrzeni i z nami, chyba inaczej już być nie może. Spotkanie było zaplanowane na 17.00 i miało trwać 3 godziny… Skończyło się po 10 godzinach, o 3 nad ranem.

Nie da się opisać słowami tego co się dzieje, jak ludzie świadomie otwierają się na przepływ swojej energii. W życiu bym nie pomyślała, że tak prosta i pierwotna czynność, jaką jest przytulenie drugiego człowieka, odpali tak silne procesy.

Nie będę opisywać tego co się zadziało, bo musi to zostać w naszym kręgu. Mogę tylko napisać o tym, co jestem w stanie ogarnąć umysłem. Wiem, że prawie wszystko jednak zadziało się poza nim i pozostanie dla niego zakrytą tajemnicą. Jedynie moja uważność na to jak się czuję i co się dzieje teraz z moim ciałem, jest w stanie pokazać mi ogrom pracy, którą wykonaliśmy.

W moim odczuciu przybyły do mnie moje 3 męskie aspekty: Umysł, Serce i Dusza.

Każdy z nich pokazał mi coś innego. Każdy poruszył inne obszary. Każdy z nich był niezbędny, bo dopiero wszystkie razem tworzą nierozerwalną całość.

Umysł, którego rolą jest zadawać pytania, wątpić, czasami prześmiewać, żartować, flirtować. Umysł, który nie czuje, bo on ma analizować, zbierać informacje, przetwarzać i wyciągać wnioski. Dzięki niemu mogę dokonywać wyborów. Mogę zobaczyć czego nie chcę już kreować i na jakie doświadczenia chcę się otworzyć. Umysł silny i potężny, który trzyma mnie mocno, wtedy kiedy wiem, że nie mogę się rozpaść i muszę działać. Pokazał mi moją wewnętrzną siłę, moje oparcie, które sama sobie wytworzyłam. Mogłam się w tym bezpiecznie poczuć. Mogłam wreszcie odpocząć.

Serce – otwarte, wdzięczne, neutralne, obejmujące i ciepłe. Serce, które przytula wszystko i dziękuje za wszystko. Serce bijące, tętniące, radosne, skore do zabawy. Serce uśmiechnięte, o pięknych niebieskich oczach i jasnym spojrzeniu, w którym można się zatracić. Serce pełne miłości.

Dusza, do której poszłam na końcu.
W zasadzie pożegnać się…
Bez słów powiedziała tak: to teraz poczuj… zamknij oczy i poczuj, to co przepływa przeze mnie i to co przepływa przez ciebie. Zamknęłam posłusznie oczy i odczuwałam całym ciałem. Strumień energii zaczął przepływać przez całe moje ciało, najpierw delikatnie, potem coraz mocniej. Stałam tak i odczuwałam całą sobą, a łzy płynęły mi po twarzy. Otworzyłam oczy i spytałam Duszy: jak to? To mam się teraz rozpaść na tysiąc kawałków? Wszystko drżało i wiedziałam już, że nie dam rady powstrzymać roztrzaskania się. Musiałam pozwolić umrzeć kolejnej części zaskorupiałej mnie, po to by pozwolić sobie czuć jeszcze mocniej.

Energia życiowa, która przepływała przeze mnie dotarła do starej rany i poruszyła ją. Pokazała gdzie jest i znów bez słów powiedziała: już możesz, już możesz to puścić i uwolnić. To jest Ten Czas.
Dusza widząc co się dzieje położyła mi rękę na sercu i ustabilizowała energię. Wzmocniła oparcie, tak bym miała siłę przez to przejść.

I po raz kolejny przez to przeszłam, używając swoich sposobów: ruchu, oddechu, dźwięku. Przeszłam w asyście Izy i w obecności Trzech Króli. Pozwoliłam sobie rozpaść się na tysiące kawałków, po to by energia, która mnie wypełnia od środka, większy miała kontakt z tym, co na zewnątrz.

I tak sobie myślę, że podążanie za Duszą jest wielkim wyzwaniem. To jak jazda na rollercoasterze, jazda bez trzymanki w dodatku. Ona chce doświadczać i zrobi wszystko, żebyś czuł jeszcze więcej, jeszcze mocniej. I dochodzisz do takiego momentu, że czujesz się kompletnie nagi i bezbronny. I stajesz tak naprzeciw świata i wiesz, że jesteś wystawiony na wszystkie możliwe ciosy. Bo czujesz wszystko, nie tylko to co w Tobie, ale także to, co w innych. I siłą rzeczy pozwalasz temu przepływać przez swoje ciało, bo nie ma już skorupy, która od tego świata by Cię odgradzała. Ale mimo, że nagi, czujesz w sobie wielką siłę. Tą siłą jest Twoja delikatność. Ona po prostu wie, że nic Cię już nie może zranić, bo z nikim nie walczysz. Nic Cię nie może zranić, bo nawet jeśli ktoś uderzy w Twój czuły punkt, to Ty będziesz wiedział, że to tylko kolejna rana, którą trzeba

ZOBACZYĆ, POCZUĆ I PRZYTULIĆ.

A jak to zrobisz, stajesz się jeszcze większą miłością, która może przytulić każdą ranę, każdy ból, każdy smutek i każde cierpienie. W Twoich czułych objęciach to wszystko może zostać przemienione i przetransformowane.

I tak się zastanawiam teraz, czemu piszę to w męskiej formie i od razu mam odpowiedź…
Wczoraj uzdrowiłaś swojego wewnętrznego Mężczyznę. Pokazał ci się w trzech odsłonach i każdą z nich przytuliłaś, każdą ukochałaś i zaakceptowałaś, właśnie taką, jaka jest.

Moja wdzięczność za to, co się wydarzyło nie ma granic. Nie potrafię jej wyrazić słowami. Próbowałam, ale one i tak nie oddają całej reszty, która zadziała się na innych poziomach.

I tak sobie myślę, że muszę jakoś inaczej zorganizować te spotkania z przytulaniem, bo tego procesu nie da się kontrolować. Czas przestaje istnieć i dzieje się to, co ma się zadziać i nikt nie wie jak wielką będzie to miało moc. Nie może to być w środku tygodnia na pewno. Najchętniej położyłabym się na 3 dni do łóżka, żeby ciało nadążyło za energią, która w nim teraz pulsuje. Czuję się tak, jakbym wszystkie nerwy miała na wierzchu. Taki czas inkubacji byłby dla mnie zbawieniem.

Tego jest za dużo, nawet dla mnie…

konsekwencja

Słowo klucz – KONSEKWENCJA

Dzisiaj postanowiłam wziąć na warsztat kolejne słowo klucz, które podrzuciła nam na grupie Kasia Butryn – mianowicie KONSEKWENCJA.

Powiało nudą? 
No wiem, ale zachęcam do przeczytania. Może odnajdziesz w tym siebie 

Kim jest człowiek konsekwentny?

Nie miałam problemu z odpowiedziami. Dla mnie to człowiek, który przede wszystkim wie czego chce. Człowiek sukcesu, ten który idzie prosto do celu i nie zbacza z drogi. Nie ma wątpliwości i nie rozprasza swojej energii na głupoty. To co powie i to co postanowi, ma moc. Trzyma się tego i jest stabilny w swoich decyzjach. Tym samym jest bardzo skuteczny, szybko dociera do celu i osiąga bardzo dobre wyniki w tym co robi.

W czym możemy być konsekwentni?

Tak naprawdę we wszystkim: w wychowywaniu dzieci, w chodzeniu na spacery, w dbaniu o naszą przestrzeń, w ćwiczeniach, w organizacji pracy, w rozwoju osobistym, w dążeniu do celu, w rozwijaniu swojego biznesu, w zasilaniu siebie w swoją energią.

I teraz pytanie podchwytliwe:

Dlaczego Kobiety Mocy nie są konsekwentne…
Dlaczego Ja nie jestem konsekwentna?
W czym tak naprawdę nie jestem konsekwentna?

Wiem od razu w czym nie jestem. Z Nieba i z Ziemi przychodzą do mnie ponaglenia, żebym CODZIENNIE (czyli konsekwentnie) pracowała ze swoją intuicją. Mam na to bardzo łatwy sposób. Dobijają się do mnie Anioły, dobijają się zwierzęta, drzewa, kamienie… jedyne co mam zrobić, to codziennie usiąść i pogadać z jednym z nich. I zapisać to do swojej książki, która miała powstać. Trąbią mi o tym odkąd pamiętam. Już parę ładnych lat. A ja konsekwentnie się od tego wymiguję 
WIEM, że to cholernie ważne, bo tak jak kulturysta ćwiczy mięśnie, tak ja powinnam ćwiczyć moją wrażliwość i umiejętność odbierania informacji od Istot widzialnych i niewidzialnych, które nie mówią naszym językiem.

Dlaczego więc tego nie robię konsekwentnie i systematycznie?

Bo boję się sukcesu, bo moja moc będzie rosła zastraszająco każdego dnia i nie będzie już można wejść rolę ofiary (!). Nie będzie dramatu, będzie sukces, którego nie da się schować pod dywan. Bo jestem leniwa i wolę siedzieć na fejsbuku zamiast zrobić coś, co będzie coraz bardziej rozwijać moją intuicję. Bo nie lubię rutyny. Bo kojarzy mi się to z dyscypliną, czyli czymś, co mnie ogranicza. Bo wydaje mi się, że muszę się temu podporządkować, że to jest jakiś reżim, a ja jestem przecież wolną buntowniczką, więc nie zniżę się do poziomu bycia konsekwentną i nudną jednocześnie…

Tak mi się napisało, tak wypłynęło i aż japę rozdziawiłam ze zdziwienia, co ja sama sobie robię? Jakież to przekonanie zagnieździło się w mojej podświadomości, które tak pięknie samą mnie sabotowało?

Widzicie co my sobie robimy? Jakich forteli używamy, żeby tylko nie osiągnąć sukcesu i nie pokazać na co nas stać?
Tak naprawdę konsekwencja, podobnie jak działanie i wychodzenie do świata, na zewnątrz, jest męską energią. Czyli tak naprawdę, gdzieś głęboko zakopane miałam cały czas poczucie, że moja męska energia chce mnie sobie podporządkować. Chce mnie znowu zamknąć, uwięzić, ograniczyć. I tu jest pies pogrzebany. To jest pokłosie jakichś tam poprzednich wcieleń, kiedy mężczyźni w moim życiu coś takiego ze mną robili. Wiem to, bo parę razy to zobaczyłam. Ale patrzcie, tego już NIE MA, a podstępnie działa dalej, bo było nieuświadomione.
Dlatego tak kocham zadawać sobie pytania i pisząc, odpowiadać na nie. Wtedy jestem w przepływie i wtedy dostaję informacje, które rozświetlają różne moje ciemne zakamarki. Oświetlają je światłem świadomości i sprawiają, że samo zobaczenie tego, staje się samoistnym i błyskawicznym uzdrowieniem. Energia po prostu się zmienia, a ja mogę znowu ruszyć do przodu.

Zatem konkludując… hmmm, no przecież nie napiszę teraz, że od dzisiaj codziennie pogadam sobie z Aniołem, zwierzakiem, czy kamieniem… 

Ale taki mam zamiar  

moc

Słowa klucze – MOC

Jestem na takiej fajnej grupie: Świat za kurtyną – Kobieta Mocy kocha pieniądze. Prowadzi ją Kasia Butryn. Codziennie wrzuca filmiki, które są, jak dla mnie bardzo inspirujące. Był taki cykl kilku filmów o słowach kluczach. Wczoraj postanowiłam sobie do nich zajrzeć i uczciwie popracować z pytaniami, które Kasia zadawała. Doszłam do bardzo ciekawych jak dla mnie wniosków i pomyślałam, że się z Wami jak zwykle podzielę.

Słowem, które zainspirowało mnie do napisania tego tekstu, było słowo Moc. I tutaj zadziało się ciekawie.

Nie będę opisywać wszystkich pytań. Tylko te, które okazały się kluczowe.

No więc pierwsze pytanie: Co to jest Moc?
Odwaga do bycia sobą. Połączenie z Ziemią i Kosmosem i wyrażanie tego. Potęga, siła, zaniechanie potrzeby walki i udowadniania innym swoich racji. Skuteczność działania. Umiejętność manifestacji. Tworzenie rzeczywistości. Emanowanie taką energią, przy której inni ludzie dokonują skoków kwantowych w swojej świadomości. Przy której niejako samoistnie odpalają się różne procesy, a ty potrafisz je przetransformować na wyższy i lżejszy poziom.

W jakich warunkach i sytuacjach Moc staje się destrukcyjna?

W momencie dużego wzburzenia, wtedy kiedy zalewają mnie emocje. Wtedy ona staje się destrukcyjna dla mnie lub dla osób, które są blisko, a ja często nawet nie zdaję sobie z tego sprawy.
Wtedy, kiedy cierpię lub kiedy ktoś próbuje skrzywdzić mnie, lub kogoś bliskiego.
Wtedy, kiedy na scenę wkracza strach, wtedy moc obraca się przeciwko mnie i mogę na własnej skórze poczuć jej niszczącą potęgę. Wpadam do czarnego leja z gęstą smołą, który zaczyna mnie pochłaniać i trudno jest się z tego wygrzebać. Im bardziej się szarpię, tym mocniej grzęznę w smole.
Dlatego nie każdy ma dostęp do całej swojej Mocy, bo za tym idzie ogromna odpowiedzialność za siebie i za to, co robimy innym ludziom.

I teraz pytanie najważniejsze, które skłoniło mnie do zadania sobie kolejnych pytań, już „nadprogramowo”. Kasia spytała gdzie na skali od 1 – 10 jest twoja Moc?
Zobaczyłam, że gdzieś tak w połowie. Czyli wykorzystuję jakieś 50% swojej mocy – tak ogólnie. To mnie zastanowiło i to mi się nie spodobało, ale musiałam szczerze przed sobą przyznać, że tak właśnie jest, skoro cały czas tak naprawdę uczę się ogarniać materię, rachunki i staram się nie utonąć… Taka prawda niestety.
Więc dzisiaj w lesie, zaczęłam sobie zadawać kolejne pytania:

Dlaczego nie korzystam ze 100% swojej Mocy?
Co mnie blokuje?

Odpowiedzi nie przychodziły…

Zadałam zatem inne pytanie:
Kiedy czuję, że wykorzystuję 100% swojej Mocy?

Tu odpowiedź przyszła od razu: Wtedy, kiedy pracuję, czyli przy malowaniu, masowaniu, kiedy gram na misach, kiedy prowadzę warsztaty, czy jestem z osobą, dla której prowadzę sesję. Wtedy, kiedy rozkładam moje karty anielskie i zaczynam je odczytywać…

Czyli za każdym razem, kiedy jestem W PRZEPŁYWIE. Wtedy, kiedy otwieram się na połączenie z Ziemią i z Niebem. Wtedy, kiedy znikam ja – Ania, a pojawia się Manawa – moja Dusza i to ona przeze mnie przemawia. Kiedy nie kontroluję tego, co ze mnie wypływa, a po prostu pozwalam się temu przejawić. Kiedy mam zaufanie do tego, że jeśli coś ma być powiedziane, to właśnie mówię. Jeśli coś ma być namalowane, to maluję. Jeśli mam wydać z siebie jakiś dźwięk podczas masażu, po prostu go wydaję, bez oceniania, czy jest ładny czy brzydki. Taki ma być na ten moment i nie mnie to oceniać.

A zatem kiedy robię to, co kocham, używam 100% swojej Mocy.

Kiedy więc tracę swoją Moc?
Kiedy nie mam do niej dostępu?

Kiedy kontrolę przejmuje umysł, kiedy ulegnę lękom i strachom, które wypływają ze mnie i zaczynają mnie zalewać jak smoła…
Tak mi przyszło w pierwszym momencie i to jest prawda. Ale potem przyszło głębsze rozpoznanie, którego nie wzięłam wcześniej pod uwagę.

Jakiś czas temu podjęłam bardzo świadomą decyzję o tym, że chcę pracować z Polem Ziemi. Może inaczej, pracowałam z nim już od dłuższego czasu, ale w pewnym momencie, wreszcie doceniłam to, co robię, uszanowałam i poprosiłam Gaję, żeby w takim razie trochę mi pomogła, mnie jako człowiekowi, ogarnąć się z materią. Tym samym uznałam swoją rolę, przyjęłam tę pracę u Gai całkiem świadomie i z pełną odpowiedzialnością za to, co się będzie działo. Wiedziałam, że nie będzie łatwo, ale świadomie wyraziłam intencję, że chcę wejść w to jeszcze mocniej. Gaja spytała mnie wtedy:
Czy naprawdę chcę czuć jeszcze więcej?
Czy dam radę?

Odpowiedziałam wtedy hardo, że tak, dam radę.

I tu chyba odnalazłam swój klucz jeśli idzie o słowo MOC.

Już wiem co robić w momencie, w którym zacznę wpadać do leja ze smołą. Przede wszystkim muszę pamiętać, że te strachy, które się pojawiają w dużej mierze nie należą do mnie. Ja po prostu CZUJĘ to, co pojawia się masowo w Polu Ziemi. Czuję to, co ludzie na potęgę uwalniają ze swoich ciał. To przeze mnie przepływa, bo taką mam rolę i na to się zgodziłam. Swoim ciałem, swoją mocą, swoją świadomością, mam to oczyszczać i transformować. Mam to wznosić na wyższy, lżejszy poziom.

A zrobić to mogę tylko wtedy, jeśli sama będę stabilna i spokojna.

Spokój, to będzie chyba takie moje prywatne słowo mocy, które sobie rozpracuję.
Jak niezwykłą moc ma w sobie Spokój, przekonałam się kilka razy. Ale jeden był wyjątkowy. W zagrożeniu życia, kiedy jadąc samochodem wpadliśmy w poślizg, ten spokój odpalił się we mnie natychmiast. Później zobaczyłam co się zadziało. Nastąpiło potężne połączenie z Niebem i z jądrem Ziemi, które ustabilizowało moją energię i sprawiło, że „siła rażenia” mojego spokoju była jak wybuch bomby atomowej. Tak to zobaczyłam w energiach. To stworzyło jakby fizyczną poduszkę powietrzną, która zatrzymała samochód w bezpiecznym miejscu i zgasiła silnik.

Zatem jedna „prosta” rzecz. Jeśli chcę mieć dostęp do 100% swojej Mocy, muszę zrobić wszystko by jak najczęściej być w przepływie i w połączeniu. A nade wszystko muszę pamiętać o tym, by w trudniejszych momentach, nie dać się pochwycić strachom i nie pozwolić umysłowi przejąć kontroli. Najważniejsze by pamiętać o tym, że mam pozwolić temu przepłynąć, podczas gdy ja, tak jak wtedy w samochodzie, mam zachować Spokój.

tęcza

Kochani, nastąpił jakiś kwantowy skok w mojej świadomości, świat przyspieszył jeszcze bardziej. Informacja, która się pojawiła, że obrazy, które maluję, to tak naprawdę my z przyszłości, zmieniła wszystko…

Nagle w lesie pojawił się impuls, wręcz przymus, że mam wydać drugi album ze swoimi obrazami.
Nie mam przecież na to pieniędzy… pomyślałam po ludzku.
Nie szkodzi, jest program WSPIERAM TO, więc skorzystaj z niego. Jeśli ma być, to będzie, jeśli nie to nie – przyszła natychmiast odpowiedź.

I jak to piszę wyskakuje mi komunikat na komputerze:
JESTEŚ CHRONIONY 
Napisałam więc projekt i wysłałam do akceptacji. Jakoś długo to trwało, zastanawiałam się czemu i nagle mnie olśniło! Przecież nie mogę zacząć w starym roku numerologicznym, który u mnie akurat wszystko kończył bo dla mnie cały poprzedni rok od września do września był 9. Nawet zamieszkałam na Końcowej… jaki ten świat jest niemożliwy.
Projekt musiał się zacząć właśnie dzisiaj, w nowym roku, który dla mnie jest 1. Jest to rok wszelkich początków, zmian na zupełnie nowe.

Tak więc poddaję się temu, co przypłynęło.
Pokazała mi się okładka i tytuł: TĘCZOWE ANIOŁY.
Poczułam, że to będzie niezwykle mocny i transformujący album dla tych, którzy chcą świadomie pracować z energiami.

Tak więc Kochani, jeśli poczujecie, że warto w jakikolwiek sposób wesprzeć ten projekt, będę bardzo wdzięczna za każde dobre słowo, każde udostępnienie, czy każdą złotówkę. Wierzę, że jeśli ten album ma być, to powstanie właśnie dzięki Wam, dzięki ziemskim Tęczowym Aniołom. Będą w nim obrazy Waszych Dusz i wieści od nich dla nas… 

Jeśli nie uzbieram potrzebnej kwoty, wszystkie pieniądze zostaną zwrócone Wspierającym, także nie ma strachu 

Link do projektu tutaj:

https://wspieram.to/obrazyduszy

domek

I stało się tak, że moje wizje się rozszalały…
Nie muszę już siadać na tyłku i wchodzić w medytację, żeby coś mi się pokazało. Jedna z tych wizji jest wyjątkowo uparta, chodzi za mną cały czas, nie pozwala o sobie zapomnieć i wręcz naciska mnie, żebym ją WYPOWIEDZIAŁA…
Wypowiadam zatem publicznie moje szalone marzenie:

Bardzo chętnie przytulę do opieki jakiś piękny, słoneczny domek z ogrodem w okolicach Izabelina 😀

Pomyślicie pewnie, że mi odbiło bo przecież mam już swoją anielską przestrzeń. Też mnie to zadziwiło, ale ta wizja nie odpuszcza. Zaczęłam się temu przyglądać i w pewnym momencie pojawiło się wytłumaczenie:
Tu, na Końcowej wszystko się skończyło, czas na Nowy Początek…
To cały czas chodzi o PRZEPŁYW, o nie przywiązywanie się do miejsc i rzeczy, a także o trening KREACJI.

Co jeszcze możesz wyczarować, żeby lepiej służyć innym?

I tak oto narodził się szalony pomysł, który cały czas widzę przed oczami. Widzę dom, w którym jest przede wszystkim duży ogród. Widzę małe ścieżki, zagubione wśród kwiatów i ziół ławeczki, które zachęcają, żeby na nich przysiąść i nasycić oczy pięknem jaki się wokół roztacza. Słyszę szum przepływającego obok strumyka i śpiew ptaków. Widzę piękny przestronny, kolorowy salon, w którym odbywają się spotkania Tęczowego Plemienia. Słyszę jak gram tam na misach kryształowych. Widzę jasną kuchnię z wyspą pośrodku. W tej kuchni razem z ludźmi, którzy do mnie przyjeżdżają wyczarowujemy zdrowe jedzenie. Widzę pokoje na górze, w których mogą nocować moi goście. Widzę, że to miejsce pełne uroku i magii zamienia się w taką Baśniową Przystań, którą każdy chce odwiedzić. Każdy chce choć przez chwilę poczuć się jak w bajce. Chce wyrwać się z szarej rzeczywistości, by w takim magicznym miejscu jego Dusza mogła się wreszcie wyrazić, mogła wypowiedzieć o czym sama marzy i by nasyciła się odwagą do tego, by zrobić ten pierwszy krok. Widzę te dzielne Dusze, które raz zarażone pasją życia, śmiało realizują swoje pragnienia, dzieląc się talentami, które u mnie odkryły w sobie. W ten sposób magia się rozprzestrzenia, a świat staje się kolorowym, przyjaznym, ciepłym i słonecznym miejscem do życia. Bo obfitość jest wszędzie wokół nas, trzeba tylko pozwolić sobie ją przyjąć.

Ta wizja mnie nie opuszcza więc karmię ją swoją uwagą, swoją energią. Dlatego postanowiłam w taki sposób pokazać Wszechświatowi, że mówię jej TAK  W ten sposób daję jej szansę, by mogła się zamanifestować.

I tak sobie myślę, że może jest gdzieś ktoś, kto ma taki dom i musi na przykład wyjechać za granicę? Albo może jest ktoś, kto chce coś takiego zbudować i szuka kogoś, kto nasyci to miejsce anielską energią?
A może jest jeszcze inny, magiczny sposób, który nie przyszedł mi do głowy, tak bardzo jest szalony i nieprawdopodobny? 
Otwieram się na wszystkie możliwości, bo wiem że WSZYSTKO JEST MOŻLIWE 

wieloryb

Wszechświat nigdy nie przestanie mnie zadziwiać… Wiem, że powtarzam to często, ale tak właśnie jest. W ten nów 13 lipca zadziwił mnie tak, że mam wrażenie iż śnię cały czas, a to wszystko nie dzieje się naprawdę.

Zaczęło się wczoraj. Przyjechała do mnie Ewa z Krakowa na masaż Manawa. Dojechała do nas Joasia, która dzisiaj miała sesję całodniową. Dziewczyny chciały się po prostu poznać. Wiedziałyśmy, że jak spotkamy się we trzy, coś mocnego się zadzieje. No i zadziało się. W pewnym momencie Ewa spytała: jedziemy razem na Maltę? Jadwiga Najra, moja kochana Szamanka, prowadzi tam warsztaty. Popatrzyłyśmy z Joasią na siebie i niewiele myśląc, powiedziałyśmy TAK, jedziemy 🙂 Napisałyśmy do Jadwigi, żeby nas zapisała. Późnym wieczorem otrzeźwiałyśmy trochę. Zaczęłyśmy czytać wszystko dokładnie, sprawdzać koszty i włączył się umysł: po co ci to? Nie masz pieniędzy, zwariowałaś?! Niczego już nie potrzebujesz…
Byłam gotowa zrezygnować. Rano Joasia wstała z propozycją, która dosłownie zwaliła mnie z nóg… Musiałam tylko podjąć decyzję…
Z wielką radością w sercu powiedziałam: DOBRZE, JADĘ 🙂 Jedziemy razem. Zadzwoniłyśmy do Jadwigi… jak zaczęła mówić, poczułam: tak, chcę tam być, do będzie dla mnie bardzo ważne…
Zamówiłyśmy bilety. A potem Joanna wyciągnęła swoje farby, koszulki i zaczęła malować. Asia maluje intuicyjnie piękne koszulki dla ludzi i dla siebie. Można je zobaczyć na jej stronie Motylarnia. Poczułam, że i ja chcę spróbować. Wybrałam sobie koszulkę, wzięłam do ręki talię kart z Boginiami i zapytałam jaką część siebie odnajdę na tej wyspie?

Wyciągnęłam Boginię o imieniu Sedna – Nieskończone źródło – Nie zabraknie ci niczego dziś, ani w przyszłości… z Wielorybem w tle…

Wiedziałam już co będę malować. Zaczęłam tworzyć, pierwszy raz w taki sposób. Boże, ileż miałam z tego radości, jak bardzo byłam wdzięczna Asi, za tę możliwość. Pieściłam tę koszulkę długo, bawiąc się procesem tworzenia. Nie chciało mi się kończyć… Byłam dumna ze swojego dzieła. Wiedziałam już po co jadę na Maltę. Połączyć się z Wielorybami i dokończyć to, co zaczęło się w Australii.

Ale okazało się, że najważniejsze dopiero przede mną…
Zaczęłyśmy masaż Manawa. Wiele rzeczy się uwalniało, mnóstwo pokazywało. W pewnym momencie Asia poczuła, że jest w wodzie, w jakiejś klatce. Wali ogonem, jest rybą. Im mocniej wali, tym większa staje się klatka. Widzi, że jest Wielorybem. W końcu klatka znika, a ona czuje, że jest na brzegu i pali ją ogień. Nie może oddychać i mówi przy tym: ale to nie ja… to nie ja… Ania, czy to ty? Spytałam swojego ciała… potwierdziło… Weszłam i ja w swój proces. To ja byłam tym Wielorybem, a Asia razem z innymi ludźmi pomagali mi przeżyć. Role się odwróciły… Teraz ja zaczęłam płakać i wydawać z siebie dziwne, wielorybie dźwięki, jakby płacz, ale nie do końca ludzki… A Asia słowami prowadziła mnie ku zaufaniu.
Przyjmij tę pomoc, zaufaj, że fale nadejdą. Bądź cierpliwa i ufaj, że się uda. Wraz z falami przyjdzie twoje uwolnienie. Zobacz, już są coraz bliżej. A teraz przyjmuj od ludzi tę wodę z wiadra. Przyjmuj i ufaj. Przyjmuj naszą pomoc… Co dajesz, powraca do ciebie… To co dajesz, powraca…
Przyjmuję, ufam, jestem wdzięczna ludziom za ich pomoc, za poświęcenie….
W końcu przychodzi upragniona fala, która zabiera mnie z powrotem do Oceanu. Szczęśliwa i wolna odpływam. Skaczę, pokazując ludziom zgromadzonym na brzegu, że żyję, że jestem wolna i tak bardzo im wdzięczna…
To wydarzenie sprawia, że z czasem postanawiam przyjąć postać człowieka, by dźwiękiem uzdrawiać innych ludzi i tę piękną planetę.

Wieloryby powiedziały mi kiedyś:
Nie rozumiesz ? Wracasz do KORZENI. Jesteś jedną z nas. Twoja gwiazda jest w Oceanie. To są twoje wewnętrzne oceany. To twoja muzyka i twój śpiew. Masz to w sobie połączyć. Masz przywoływać tę energię dla ludzi, by działała na nich tak, jak nasza energia działała na ciebie w Australii. Masz nieść spokój, wzruszenie i wyciszenie. Masz otwierać ludzkie serca na to, by czuli Naturę.
A kilka dni wcześniej Ewa przysłała mi filmik, na którym ludzie ratują młodego Wieloryba. Pamiętam jaki wewnętrzny szloch wywołał on we mnie…
Wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce… Chociaż wiem, że najważniejsze jeszcze przede mną… Teraz dopiero zacznę wchodzić w to misterium, które się przede mną otworzyło…

I znowu pozostaję oniemiała… kto komu bardziej pomógł? Ja Asi, czy Asia mnie? Wszystko jest połączone i wszystko się przenika. Tak to działa jak spotykają się Dusze, które znają swoją ścieżkę i mają odwagę by nią podążać. Magia dzieje się na każdym kroku.
Co nie zmienia faktu, że pozostaję oszołomiona… i głęboko wdzięczna za wszystko co się zadziało dzięki tym pięknym Duszom.
I jak tu nie kochać takiej „pracy”?  

radość

Wydarzenia ostatnich dni pokazały mi jak ciasny mam umysł, mimo tego, że sporo z nim pracuję. Jak trudno jest mi pewne rzeczy dopuścić do świadomości. Jak bardzo tym samym zamykam się na obfitość, która mogłaby do mnie płynąć, a nie płynie bo najzwyczajniej w świecie nie wierzę, że mogłoby mnie to spotkać.

Postanowiłam to zmienić bawiąc się w pewną grę…

Zastanawiałam się jak to się stało, że coś co było niemożliwe, stało się możliwe jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki? Mówię o moim wyjeździe na Maltę. Co się tak naprawdę stało?

I wymyśliłam, że wszystko zadziało się w momencie, w którym radośnie stwierdziłyśmy wszystkie trzy, że jedziemy. Wybuch radości był tak ogromny, pragnienie tak mocne, że intencja pomknęła do Wszechświata, a on ma wielkie poczucie humoru…
Dlatego zadziało się tak, jak się zadziało. Późniejsze moje wątpliwości nie były już w stanie zatrzymać pędzącej lawiny.

Dlatego wpadł mi do głowy pewien pomysł.
Nazwałam to: Co by było gdyby?
Szłam sobie dzisiaj po lesie i mówiłam na przykład:

Co by było gdyby pewien właściciel salonu samochodowego zakochał się w tym co robię i powiedział do mnie tak:
Pani Aniu, pani tak pięknie gra na misach, pani musi jeździć bezpiecznym samochodem. Proszę, tu są kluczyki i karta na paliwo. Proszę nim jeździć po Polsce i zarażać innych swoją pasją, proszę dla nich śpiewać, proszę ich uzdrawiać swoim głosem. Pani jest do tego stworzona, taki talent nie może się marnować.
Takie to było szalone, że śmiałam się w głos jak to sobie mówiłam. Im bardziej szalone, tym bardziej mnie bawiło 😀

Drzewa były moimi świadkami. A drzewa jak wiadomo to najlepsze nadajniki do wysyłania intencji w kosmos.

A co by było gdyby pewien bardzo znany projektant wnętrz zachwycił się moimi obrazami i powiedział do mnie tak:
Pani Aniu, pani maluje takie niezwykłe obrazy. Będę potrzebował ich do swoich projektów. Ale wie pani, ja mam bardzo bogatych klientów, oni nie kupią obrazu za 500 zł. Nawet się po niego nie schylą. To muszą być drogie obrazy i na większych formatach. Będę pani podawał kolorystykę, a pani będzie malowała energie, które będzie pani dla nich widziała w tych kolorach. Taki obraz musi kosztować przynajmniej 5-7 tys. Co pani na to?
No dobrze, zgadzam się 😀

A co by było gdyby pewnego dnia las odsłonił przede mną wszystkie swoje tajemnice. Gdybym nagle zaczęła widzieć oczami wróżki, elfy, strażników tych miejsc i wszystkie energie jakie tam krążą? Co by było gdyby drzewa same mi pokazywały swoje właściwości i swoje uzdrawiające moce?

A co by było gdyby pewien właściciel sali kinowej zechciał mi zorganizować koncert na misach. Na wielkim ekranie płynęłyby leniwie moje obrazy. Sala wypełniona byłaby po brzegi. Kolorowe światła zapalałyby się adekwatnie do misy, na której właśnie bym grała. Mój głos wzmocniony nagłośnieniem płynąłby delikatnie między ludźmi uzdrawiając zranione miejsca, rozpuszczając wszystkie blokady.
Kryształ, kolor, dźwięk – wszystkie zmysły byłyby poruszone. Ludzie wychodziliby radośni, szczęśliwi, odmienieni…

Co by było gdyby…. 

pióro

NIE MUSISZ tkwić w relacji, która Cię niszczy.
NIE MUSISZ wybierać ludzi, którzy są surowymi nauczycielami.
NIE MUSISZ wiecznie przerabiać swoich cieni.

POZWÓL SOBIE doświadczać w radości i lekkości.
POZWÓL SOBIE otaczać się ludźmi, którzy dodają Ci skrzydeł.
POZWÓL SOBIE spotykać na swojej drodze ziemskie Anioły.

ZOBACZ, że tak jest łatwiej, radośniej, bardziej naturalnie… Oni nie są Twoimi nauczycielami, to Twoi Przyjaciele, dzięki którym wzrastasz każdego dnia.

To nieprawda, że najlepiej uczymy się poprzez cierpienie. Kiedyś tak było, ale to jest stary świat, stara energia, stare programy. Naprawdę nie musisz już się na to godzić z racji tego, że się rozwijasz. Nie musisz pozwalać na to, by ktoś wiecznie Cię kopał i wpychał do dołu, z którego nie masz siły już wyjść. Nie pozwól sobie wmówić, że skoro Ci się to przydarza, to znaczy że jeszcze masz coś do przerobienia.

NIEPRAWDA

Dużo szybciej, dużo łatwiej, dużo przyjemniej uczymy się wtedy, kiedy ktoś widzi nasze światło i na tym się skupia. Dużo prościej jest, jeśli ten ktoś potrafi spojrzeć na Ciebie z prawdziwą miłością. Nawet nie z akceptacją, bo akceptacja zakłada, że coś trzeba tolerować i zmienić… z miłością… tak po prostu. Wtedy cienie, które masz w sobie widzą, że są bezpieczne, że nie muszą się już ukrywać w ciemnej piwnicy, nie muszą się barykadować i zbroić. Mogą po prostu wypłynąć, bo wiedzą, że zostaną zauważone, przytulone, a tym samym uzdrowione.
Dlatego proszę Cię, POZWÓL SOBIE wyjść z koła cierpienia, w którym tkwisz.
POZWÓL SOBIE zobaczyć, że jesteś doskonałą Istotą już teraz.
POZWÓL SOBIE na otaczanie się ziemskimi Aniołami. Zrób dla nich przestrzeń, uwalniając się od osób, które próbują Cię kontrolować czy manipulować i widzą w Tobie samo zło. Nie jesteś złem, nie ma zła… jest tylko brak miłości.
Mam wokół siebie mnóstwo ziemskich Aniołów, ale dzisiaj chciałam podziękować dwóm niezwykłym Istotom.
Doro Roecker i Sebastian Czeremcha – dziękuję, że JESTEŚCIE i pokazujecie mi, że tak można, że mam prawo BYĆ SZCZĘŚLIWA 

P1250962

„Nie lubię rozmawiać o pieniądzach.
No ale one niestety są nam potrzebne”.

Takie zdanie dzisiaj przeczytałam i odruchowo odpisałam: czemu niestety? To przecież energia, a energia lubi być doceniana…

I dopiero jak to napisałam poczułam jakie to ważne, jak wielkie to ma znaczenie, żeby DOCENIAĆ. Pierwszy raz pokazało mi się to wtedy, jak sobie uświadomiłam, że mam wielkie wsparcie od Aniołów i od świata przyrody. To wsparcie jest bardzo konkretne. Nie dostaje od nich pieniędzy, ale dostaję ich energię w postaci obrazów, które sprzedaję za pieniądze przecież. W lesie dostaję mnóstwo pomysłów na to, co jeszcze mogłabym zrobić. Jak jeszcze mogłabym wykorzystać przestrzeń, w której żyję. Co mogę zrobić, by pojawili się wokół mnie ludzie, bo wraz z ludźmi pojawią się też pieniądze. I one wcale nie są celem samym w sobie.
Próbowałam sobie kiedyś poczuć jak by to było, jakbym miała na koncie jakąś pokaźną sumę, bardzo pokaźną. Patrzyłam i patrzyłam na to konto – i nic. Nie byłam w stanie nic poczuć. Ale jak przyszła mi myśl, że tak jak na gołych drzewach pojawiają się nagle liście, tak u mnie zaczną pojawiać się klienci… jak te świeże, zielone listki. Pojawią się tak nagle, nie wiadomo skąd, jak na moim Dobromirze. Jak wyjeżdżałam na majówkę to jeszcze miał gołe konary. Gdy wróciłam, cały był w listkach. Jak zobaczyłam te liście w swojej głowie, jak połączyłam je z ludźmi, którzy się pojawią, poczułam tak wielką radość w sercu, taki zachwyt, że aż sama się zadziwiłam. TO byłam w stanie poczuć i poczułam doskonale.
A dzisiaj chyba inaczej spojrzę na pieniądze. Czas chyba DOCENIĆ tę energię. Ona jest tak samo cenna jak energia Aniołów, czy Ziemi. Energia to energia. Lubi jak się ją docenia, lubi jak się ją zauważa, jak ma się świadomość jej istnienia.
Tak, doceniam pieniądze, które do mnie płyną. Szanuję fakt, że jak każda energia nie lubią zastojów, nie lubią stagnacji, nie lubią jak się je kisi. Lubią płynąć. Pojawiają się po to, by za chwilę popłynąć dalej. Najważniejsze, żeby się pojawiały wtedy, kiedy są potrzebne. Bez żalu, bez złości, pozwolę im popłynąć dalej.
Pieniądze to bardzo potężna energia. Od nas zależy jak mocno odkręcimy kurek. Jeśli nie lubisz rozmawiać o pieniądzach, to znaczy że ich nie lubisz. Nie dziw się więc, że nie przychodzą do Ciebie. Jeśli traktujesz je jak zło konieczne, nie dziw się, że do Ciebie nie płyną. Omijają Cię szerokim łukiem. Energia nie pcha się tam, gdzie jest niemile widziana.
Boże, ile razy myślałam sobie: byłabym taka szczęśliwa, gdyby nie te cholerne pieniądze. One mi spędzają sen z powiek, ciągle się muszę o nie martwić! Ciągle ich nie ma, ciągle się boję, że nie zarobię na czas…

Doceń nas, doceń naszą energię. Doceń, że dzięki nam masz co jeść, masz gdzie spać, masz się w co ubrać, możesz spełniać marzenia, możesz podróżować. Doceń ten luksus, w którym żyjesz. Doceń tę przestrzeń, którą też dzięki nam stworzyłaś. Doceń jak dbamy o ciebie.

DOCENIAM 
PRZYJMUJĘ 
DZIĘKUJĘ 

 

Zanim napisałam ten tekst, namalowałam tło do mojego obrazu. Potem wyłonił się ten Anioł.

O rany to było przeżycie ! Rzadko zdarza mi się płakać ze wzruszenia malując Anioła. Ale tu płakałam, bo poczułam jego wielkość, piękno i mądrość, jakie z niego płyną…

Anioł Bogactwa

Przyjrzyj mi się dokładnie? Jak Ci się podobam? Jak mnie odbierasz? Czy mnie odrzucisz, bo ktoś Ci powiedział, że jestem złem? 
Zobacz jak działam, a wszystko stanie się jasne. Jedno skrzydło zagarnia, drugie posyła dalej. Ty decydujesz ile zagarniesz. Jak wielki masz rozmach, ile potrafisz sobie wyobrazić, na ile jesteś w stanie sobie pozwolić?
Wystarcza Ci minimum, dostaniesz minimum. Martwisz się o rachunki? Wiedz, że korzystasz wtedy z niewielkiego procenta mojej energii. Jak wielki bezmiar bogactwa potrafisz sobie wyobrazić? Jak daleko sięga Twoja wyobraźnia? Dla Ciebie mogę zagarnąć wielką ilość, ale wiedz jedno. Jest coś, co reguluje ten przepływ. Tym kluczem jesteś Ty i Twoje nastawienie w chwili, w której musisz wypuścić to, co zagarnąłeś. Im większa lekkość w puszczaniu, tym większa lekkość w otrzymywaniu tego, co na Ciebie czeka. Naucz się puszczać z lekkością i radością w sercu. Poczuj to i oczami wyobraźni zobacz już następną falę, która do Ciebie płynie.

Po tym wszystkim pokazał mi się jeszcze strach przed wydawaniem pieniędzy. Jak wydam, znowu nie będę miała… I to jest klucz.

UWALNIAM STRACH PRZED BRAKIEM PIENIĘDZY. One pojawiają się przecież po to, żeby je wydawać 🙂

412B3303-Edit

Jak przestać tęsknić? zapytałam dziś moje drzewa…

Czekałam na odpowiedź. Pojawiło się zdanie: Tęskniąc jesteś w przeszłości, nie jesteś w tu i teraz… bla, bla, bla
Odeszłam zastanawiając się nad tym co się pojawiło, co raczej wypłynęło z mojej głowy niż od drzew. Szłam i płakałam tęskniąc. Pozwoliłam sobie na smutek związany z tęsknotą. Pozwoliłam sobie zapłakać nad moim życiem, tak szczerze i bez oceniania tego co się dzieje. Stałam się Tęsknotą…
I nagle zaczęły płynąć inne słowa…
Tęsknota nie jest zła. Tęsknota potrafi wspierać.
Pokazał mi się Anioł Rodzących się Pragnień.
Zobacz, zadałaś kiedyś pytanie: co mam dalej robić w swoim życiu? Dostałaś w ręce książkę o Aniołach. Ona obudziła w tobie tęsknotę, za czymś co było ci bliskie. Ta tęsknota była tak wielka, że czytając ją, płakałaś jak dziecko, tęskniąc za tym, o czym czytasz. Nagle WIEDZIAŁAŚ już co masz robić – masz pracować z Aniołami. Na ten czas kompletnie nie wiedziałaś jak, bo było to pragnienie raczej szalone. Ale nie przejęłaś się tym kompletnie. Po prostu WIEDZIAŁAŚ. Twoja wielka tęsknota za tym sprawiła, że zaczęłaś malować Anioły, zaczęłaś z nimi rozmawiać, zaczęłaś je czuć i widzieć wewnętrznym okiem. Gdyby nie tęsknota, byłaby to jedna z wielu przeczytanych przez ciebie książek.
A przypomnij sobie co się działo jak czytałaś książkę o Matkach Klanowych. Tak bardzo zapragnęłaś kontaktu z naturą, ze zwierzętami, drzewami, kamieniami. Tak wielka była twoja tęsknota, że w końcu zamieszkałaś w lesie, gdzie masz pod dostatkiem tego, za czym tak bardzo tęskniłaś.
Przypomnij sobie tęsknotę za tym, żeby chodzić na spacery z psem, który będzie szedł obok ciebie, a nie na smyczy. Próbowałaś go puszczać, ale on cały czas uciekał. Jednak twoja tęsknota była silniejsza. W końcu zaufałaś swojemu Wilkowi i puściłaś go wolno, ufając że zawsze do ciebie wróci. Zmieniłaś program. Przeczytałaś, że husky nie są psami, które chodzą przy nodze. Inne może nie, ale twój tak. Zwiedza swoje przestrzenie, ale jest coraz bliżej ciebie. Nie zdarza mu się już uciekać. Chodzicie zawsze razem, tak jak widziałaś to oczami wyobraźni i za czym tak bardzo tęskniłaś.

Tęsknota jest naszą siłą napędową. Tęsknota pozwala nam poczuć i zobaczyć, czego tak naprawdę chcemy, o czym marzymy, co jest dla nas najważniejsze…

Wszystko co się działo do tej pory w moim życiu sprawiło, że dotarłam do swojej pełni. Czuję się kompletna. Nie szukam kogoś, kto uzupełni mój brak. Mam w sobie wszytko czego potrzebuję do życia. Ale bardzo mocno poczułam zdanie z filmu Into the Wild…
Prawdziwa pełnia szczęścia jest wtedy, kiedy możemy je z kimś dzielić…
Właśnie tak… właśnie za tym tęsknię. Trudno jest przytulić samą siebie. Można, ale to nie to samo. Tęsknię za bliskością z drugim człowiekiem. Tęsknię za przytuleniem, za tym żeby czuć ciepło męskiego ciała obok siebie. Tęsknię za miękkimi ustami, które mogłabym całować, za językiem który igrałby z moim językiem. Tęsknię za dłońmi, które sunęłyby po moim ciele odnajdując stęsknione dotyku miejsca. Tęsknię za zapachem, w który mogłabym się wtulić nasycając się tym co czuję. Tęsknię za seksem szybkim, namiętnym, gwałtownym. Tęsknię za kochaniem się czułym, delikatnym, niespiesznym. Tęsknię za czułością i cichymi słowami szeptanymi do ucha. Tęsknię za gwałtownymi wybuchami śmiechu, za wygłupami i wspólnym szaleństwem. Tęsknię za zwykłym: dzień dobry kochany… Tęsknię za budzeniem się obok nagrzanego snem ciała. Tęsknię za cichym patrzeniem sobie w oczy, tak głębokim, że lecą łzy wzruszenia, bo widzisz tam WSZYSTKO.
Tęsknię za mężczyzną, który zobaczy prawdziwą mnie, zachwyci się tym tak mocno, że stanę się dla niego tą jedyną.

Pozwoliłam sobie dzisiaj za tym zatęsknić, tak jak zatęskniłam za moimi Aniołami czy Naturą. I poczułam jak tęsknota z tej rozpaczliwej, wynikającej z poczucia braku, pomału zamieniła się w taką wspierającą. W taką, która wie że to już jest w mojej przestrzeni, właśnie dlatego, że tak bardzo tęsknię. Wiem czego chcę, a skoro wiem Wszechświat spełni moje marzenie. Tęsknię WIEDZĄC, że to już jest 

twin-flame-eye-contact

Mam ochotę napisać dzisiaj jeden tekst. Mianowicie o podążaniu za iluzją Bliźniaczego Płomienia. Nie obalam tutaj tego mitu, w który wierzy bardzo wiele osób.

Chcę tylko zwrócić uwagę, że czasami możemy się niepotrzebnie zafiksować….
W jednym z przesłań napisałam kiedyś, że jest to program wgrany nam w głowy po to, byśmy tęskniąc za Bliźniaczym Płomieniem szukali tak naprawdę SIEBIE. Byśmy dążyli do odnalezienia szczęścia w swojej własnej pełni. Bo dopiero będąc pełnią, możemy doświadczać niezwykłych rzeczy z osobą, która również nią jest. Możemy się dzielić sobą na zupełnie innym poziomie. Nie z poziomu programów, lęku i braku, tylko z poziomu wzajemnego przenikania się naszych energii. Taka relacja ma wtedy niesamowitą wartość dla obu stron. Nikt nikogo nie wykorzystuje, nie żerujemy na sobie, nie wyciągamy od siebie energii. Nie musimy, bo wiemy kim jesteśmy, znamy swoją wartość. Jesteśmy ze sobą dlatego, że wielką radość daje nam dzielenie tych samych doświadczeń. Wzrastamy wspólnie zwiedzając różne przestrzenie. Rosną nam skrzydła i wiemy, że możemy latać na nich tam, dokąd zechcemy, sami bądź razem.. to zależy tylko od nas.

Powiem Wam, że w moim przekonaniu spotkałam już co najmniej kilku swoich Bliźniaczych Płomieni. Jeden z nich był gejem, a drugi umarł. W zasadzie nic tylko palnąć sobie w łeb. Co mnie spotka dobrego w życiu, jeśli mój Bliźniaczy Płomień umarł?
A ja przecież chciałam żyć… Mało tego, byłam tak bezczelna, że chciałam dalej CIESZYĆ SIĘ ŻYCIEM. Gdybym zafiksowała się na myśleniu, że właśnie oto mój Bliźniaczy Płomień umarł, zamknęłabym samą siebie w potrzasku. Takie myślenie jest bardzo ograniczające. Wiecie, że słucham znaków i podążam za nimi. W tym wypadku znaki były bardzo wyraźne. Ale one nie świadczyły o tym, że to był mój Bliźniaczy Płomień. Świadczyły tylko o tym, że mam iść za NIMI, za znakami. One mnie gdzieś doprowadzą.
Gdzie?
Jeszcze nie wiem…

Wiem tylko jedno. Zawsze spotykamy na swojej drodze ludzi, którzy mają najbardziej zbliżoną do nas wibrację. Mają nam coś pokazać, być może czegoś nauczyć, wydobyć program, którego sobie jeszcze nie uświadamiamy. A może mają nam pokazać jak daleko zaszliśmy, skoro jesteśmy w stanie szczerze i z wielką pasją zachwycić się drugim człowiekiem?
Często w tych czasach spotykamy osoby, z którymi byliśmy bardzo blisko w poprzednich wcieleniach. Często spotykamy je po to, żeby dokończyć coś, czego w tamtych życiach nie udało nam się zrobić. Tylko taki jest cel tych spotkań. Zrozumieć po co znowu się spotkaliśmy, wyczyścić to energetycznie i iść dalej. Nie ma szans, żebyśmy nagle mogli być ze wszystkimi partnerami ze swoich poprzednich wcieleń. Często czujemy do kogoś niezwykłe uczucia, bo to było nasze dziecko czy rodzic. Warto spróbować chociaż to rozpoznać, a nie myśleć od razu: TAK TO TEN!
Ileż ja energii namarnowałam próbując rozkminić, czy to ten, czy nie ten? Wiecie jak to wyczerpuje? A w tym czasie tracimy z oczu to, co najcenniejsze. Tracimy doświadczanie chwili obecnej w takim kształcie w jakim ona nam się ukazała.
Piękne zdanie usłyszałam kiedyś w bajce dla dzieci. Miłość nigdy nie umiera… ona tylko zmienia formę.
A co by było, gdyby tak przyjąć Miłość, która nam się pokazuje w takiej, a nie innej formie, tak po prostu? Bez wkładania ją w szufladkę Bliźniaczy Płomień? Gdyby cieszyć się tym co jest, w tej właśnie chwili, nie obciążając jej wyobrażeniami jak długo ma to trwać i w jaki sposób?
Tak po prostu… Skoro Miłość pojawiła się w takiej formie, czemu nie otworzyć przed nią serca?

krok

Minęła najpiękniejsza w moim życiu majówka. Co najdziwniejsze, nie zrobiłam ani jednego zdjęcia. Doświadczałam całą sobą, nasycałam się tą energią, a wszystkie wspomnienia, uczucia i emocje zapisały się na zawsze w moim sercu. W każdej chwili mam do nich dostęp, bo dałam temu całą siebie w momencie, w którym wszystko się działo… Czas nie płynął szybko, bo wszystko było tak intensywne właśnie przez samą Obecność mojej energii w tym konkretnym czasie. Z ufnością obserwuję jaką niespodziankę ma dla mnie Życie. Bo tylko dziś mogę stworzyć swoje jutro.

I tak sobie uświadomiłam dzisiaj na spacerze z całą mocą, jak wiele tracimy żyjąc przeszłością. Jak bardzo obciążamy siebie rozpatrując bez końca to, co się zdarzyło. Jak marnujemy swoją energię wysyłając ją w miejsce, którego już nie ma. To się stało i się nie odstanie, choćbyśmy sobie flaki wypruli. Tego NIE MA.
Podobnie jest z przyszłością. Nadmiernie planując i tworząc w głowie możliwe scenariusze, znowu zasilamy coś, czego jeszcze NIE MA. To tylko jedna z możliwych opcji. Pół biedy jeśli nasz scenariusz jest pozytywny. Ale jeśli targają nami wątpliwości, zasilamy swoją niezwykle mocną energią coś, czego nie chcemy. Sprawiamy, że to rośnie i rośnie, aż w końcu przyciągamy to w naszą rzeczywistość mocą myśli. Nawet pozytywne wizualizacje są dla mnie stratą energii. Czemu? Bo nasza wyobraźnia jest zwykle ograniczona. Nie zdajemy sobie sprawy z nieograniczonych możliwości Wszechświata, a skupiając się na własnej wersji, zamykamy sobie być może dostęp do dużo śmielszych rozwiązań. Dużo łatwiejszych, dużo prostszych, czasami może wręcz magicznych z ludzkiego punktu widzenia. Dobrze jest wiedzieć czego się chce, ale nie wymuszać i nie wymyślać konkretnych na to rozwiązań. Pozwólmy Wszechświatowi, żeby nas zaskoczył.
A jak możemy to zrobić?
Jak dla mnie tylko w jeden sposób. Żyjąc całym sobą w DZIŚ. Tylko dzisiaj mamy wpływ na to, jakie będzie jutro. Jeśli uda nam się skoncentrować całą swoją energię dziś, jeśli uda nam się wysycić tą energią wszystko co robimy dziś, zmierzamy prosto do celu, który sobie postawiliśmy. Nie zajedziemy daleko, jeśli całe paliwo wylewamy kręcąc się po miejscach, które znamy od lat. Nie ujedziemy daleko, jeśli stojąc w miejscu gazujemy silnik myśląc o tym, gdzie możemy pojechać. Całe paliwo się skończy, a my i tak będziemy stali w miejscu.

Każdego dnia mamy do dyspozycji pełen bak paliwa. Pomyśl gdzie chcesz dojechać i po prostu rusz w tym kierunku. Koncentracja energii, własnej energii, na tym konkretnym kroku do przodu, z całym zaangażowaniem, z pewnością, że w tym właśnie kierunku chcę DZISIAJ iść – to chyba jedyna droga.
A jutro? Jutro być może wybiorę inny kierunek… i to też jest w porządku. Ale to będzie dopiero jutro 😉

jaszczurka

Wczorajszy spacer napełnił mnie energią. Na masaż przyszła Ania, ta której pierwszy raz stawiałam karty na stoliczku. Niesamowita osoba. Nie wiem kto komu dał więcej. W każdym razie na pewno energia popłynęła w obie strony. W pewnym momencie Ania spytała – a co ciebie wspiera? Bo o mnie dba joga. To system, który nie da mi zginąć z głodu i zawsze o mnie zadba. A co dba o ciebie? Zastanowiłam się przez chwilę. Odpowiedź była prosta, nawet Szeptunka mi to ostatnio powiedziała: całe zastępy Aniołów i cała armia świata Natury… Ale, że oni tak KONKRETNIE o mnie dbają? Ta myśl mnie zaskoczyła. Czasami wystarczy przyjąć coś do swojej świadomości, by zobaczyć zupełnie inny obraz… Nagle zobaczyłam całą swoją ignorancję, brak wiary i wątpliwości. Wiedziałam, że Oni gdzieś tam są, że dostaję od nich przekazy, bla, bla, bla… Ale, że te energie NAPRAWDĘ robią wszystko co w ich mocy, żeby mi pomóc, a tylko ja ślepa nie potrafię tego zauważyć i PRZYJĄĆ?!!!! O zgrozo… dotarł do mnie ogrom mojej głupoty. A to jeszcze nie wszystko…
Następnego dnia Ania przyjechała pospacerować ze mną po lesie. Zaczęła mi mówić coś o moich obrazach, o tym czy potrafię je uznać i uhonorować. Chodziło o ceny. W tym momencie krzyknęła, bo niechcący nadepnęłam na małą Jaszczurkę. Niestety straciła ogon, odrzuciła go, odbiegła kawałek dalej i przystanęła. Ogon wił się jeszcze…
Jakie możliwości odrzucasz? spytała Ania.
Raczej odrzucam to, co już mi nie służy – odpowiedziałam wtedy. Ale teraz jak to piszę dotarło do mnie, że Ania miała rację. Odrzucałam nieograniczone możliwości jakie płynęły do mnie od moich wspierających energii. Łapię je tylko na chwilę, te pomysły, które do mnie przychodzą, szybko przelewam na papier, tworzę wydarzenia, warsztaty, cokolwiek, po czym NATYCHMIAST to puszczam, odrzucam od siebie jakby mnie parzyło, z takim przekonaniem: no dobra, reszta niech się zadzieje sama… Mnie to nie interesuje. Teraz niech Oni się tym zajmą… Och IGNORANCJO 
Co pięknego pokazała mi Jaszczurka, mój majański totem skądinąd? Odbiegła parę kroków i zatrzymała się. Siedziałam blisko i przepraszałam ją za swoją nieuwagę. Podziwiałam jej piękne umaszczenie. Nie była brązowa jak większość Jaszczurek. Miała piękne, zielone wzorki… Siedziała tak, jakby wygrzewała się w słońcu.
Pokazała mi ZATRZYMANIE, wysycanie się energią. TO muszę robić, zanim coś wypuszczę w świat. Wszystko co do mnie przychodzi ma jakieś znaczenie, przychodzi w konkretnym celu. Zatrzymaj się, dowiedz jaki ma dla ciebie dar, wysyć się nim. Wtedy dopiero, jak poczujesz, jak dowiesz się, że możesz… puść dalej.
O to chodziło z tym całym zatrzymaniem. Nigdy nie mogłam tego do końca zrozumieć. Dlaczego mam się zatrzymywać, skoro Wszechświat podsuwa mi coraz to nowe rzeczy? Po co mam się zatrzymywać, przecież energia musi płynąć. Tak, ale energie po coś przypływają, mają coś do zrobienia. Jeśli ich nie przyjmę, to zachowuję się jak ktoś, kto dostaje do ręki plik banknotów i wypuszcza je na wietrze, nie wykorzystując ich potencjału. Ułańska fantazja, owszem, ale i głupota jednocześnie…

Pozwól by energie przez ciebie przepłynęły, by wysyciły twoją przestrzeń, napełnij się nimi po brzegi i dopiero wtedy daj im popłynąć dalej.

A ja rzucałam nasiona daleko od siebie i dziwiłam się, że nie mam owoców.. Nie dawałam im swojej energii, nie poświęcałam uwagi, nie zasilałam i dziwiłam się, że usychają, giną bez echa gdzieś w przestrzeni.
Jeszcze jedna gorzka pigułka? To samo robię z obrazami. Nie potrafiłam ich uhonorować. Nie wiedziałam, że mogę z nimi rozmawiać, że one mają swoją świadomość i mówią do mnie. Wydawało mi się, że dostaję przesłanie i jest to jednokierunkowy dialog, a w zasadzie monolog z ich strony. Wstyd się przyznać, wiem. Ale wiem też, że uczę się cały czas i przyjmuję fakt, że nie miałam tej świadomości. Najważniejsze, że teraz już mam i mogę to zmienić. Już zmieniłam.
Co za magiczny dzień. Jestem bardzo wdzięczna za tego ziemskiego Anioła na mojej drodze. Podobno został przysłany przez jeden z moich obrazów – Lekkość. Namalowałam go sobie i chciałam sprzedać, podczas gdy on na razie nie chce być sprzedany i jest dla mnie. Po to, żebym poczuła wreszcie tę Lekkość w swoim życiu, bym się nią wysyciła… Powiesiłam go więc tak, by mi o tym przypominał.

A co Ciebie wspiera? Zadaj sobie pytanie, poczekaj na odpowiedź i uhonoruj te energie… 

P.S. Otóż Ania upomina się o edycję  Mam uhonorować jeszcze mojego Wilka, bo to on ją do mnie pierwszy zawołał, a sprawką obrazu był dzisiejszy spacer 

P1240765

Wszechświat uczy mnie zaufania w każdy możliwy sposób. Ewentualnie to ja sama organizuję sobie sposobność, żeby to zaufanie ćwiczyć. Teraz trenuję zaufanie do mojego Wilka. Mam psa, jak pewnie wiecie. To mieszanka huskiego. A husky jak wiadomo to psy szczególne. Rasa pierwotna, uwielbiająca wolność. Te psy mają dużo z kota, lubią chadzać własnymi ścieżkami. Oto kilka cech charakterystycznych dla tej rasy 😉
Husky to nie są psy chodzące „przy nodze”. Większość husky, gdy będzie mogła wybrać między człowiekiem a wolnością – wybierze wolność.
Husky, chociaż charakteryzuje się świetnym słuchem, spuszczona ze smyczy, robi co chce. Nie lubi przychodzić na zawołanie, i potrafi „udawać” przez kilka godzin, że nie słyszy nawoływań. Dobrze jeżeli biega w zasięgu wzroku. Część psów jednak, najczęściej oddala się w błogą przestrzeń nieznanego dotychczas miejsca.
Husky ma trudny do ułożenia charakter wynikający z niezależności oraz ogromnego pragnienia i poczucia wolności.
Tak sobie kiedyś przeczytałam i oczywiście wszystko mi się zgadza. Oprócz tego mój pies histerycznie reaguje na inne, pojawiające się w pobliżu psy płci tej samej. Mówiąc oględnie najchętniej każdemu rzuciłby się do gardła.
Jak był jeszcze u Michała i biegał gdzie go oczy poniosą, wpadł pod samochód i złamał sobie łapę z poważnymi komplikacjami. To wszystko sprawiło, że postanowiliśmy chodzić z nim na spacery tylko na smyczy. Próbowałam go puścić parę razy, ale efekt był zawsze taki sam. Prawie natychmiast znikał w zaroślach i wracał szczęśliwy po kilku dobrych godzinach.
Jednak nie dawało mi spokoju to, że muszę go trzymać na uwięzi. Chciałam, żeby był wolny. Chciałam, żeby był szczęśliwy na tych spacerach tak jak ja. Zaczęłam go więc puszczać trenując zaufanie do niego. Przez chwilę biegnie obok mnie, po czym znowu znika. Rzeczywiście mogę sobie wołać, gardło zedrzeć, merda tylko ogonem i znika radośnie. Najgorsze było to, że podczas jednego z takich zniknięć z mojego pola widzenia, rzucił się na jakiegoś psa, większego od siebie. Postanowiłam pogadać z Adrianą Laube, specjalistką od komunikacji ze zwierzętami. Dosyć szybko sprowadziła mnie na ziemię mówiąc, że przyczyna leży we mnie. Ja mam w głowie rozbiegane myśli, to on też. I żebym nie traktowała go tak, jakby był głupszy od drzewa, bo to błąd. Uświadomiłam sobie, że właśnie tak robiłam. Mówiąc do niego, że jest mądry i grzeczny, sama siebie chyba chciałam tylko przekonać. On swoje wiedział, dlatego mi to cały czas pokazywał.
Zaczęłam więc zupełnie inaczej. Puszczam go, a w myślach cały czas sobie z nim rozmawiam. Zaczęłam mówić, jak bardzo szanuję jego umiłowanie wolności, że to rozumiem, bo mam tak samo. Szanuję to, że zwiedza las na swój sposób i chadza swoimi ścieżkami, ale mentalnie pokazywałam mu obraz, że jesteśmy na tym spacerze razem. Jesteśmy parą przyjaciół, którzy cieszą się z tego, że idą razem. Wiedziałam, że same myśli nic nie dadzą. Jak mawia mój Przyjaciel: WIBRACJI NIE OSZUKASZ. Wiedziałam, że naprawdę muszę mu zaufać, on musi to czuć. Musi wiedzieć, że naprawdę pozwalam mu robić to, co czuje i do niczego go nie zmuszam.
Największa próba pojawiła się jak wreszcie stanął na naszej drodze potężny owczarek. Oczywiście próbowałam go zawołać, ale machnął tylko ogonem i zadowolony pobiegł przed siebie. Nie pozostało mi już nic innego, jak zachować spokój i naprawdę mu ZAUFAĆ. Przeszedł obok owczarka, zjeżył się tylko na karku, ale nie wydał z siebie nawet jednego dźwięku. Dopiero jak go minęliśmy podbiegł do mnie z charakterystycznym uśmiechem na pysku i prawie usłyszałam jak powiedział: no i co? mówiłem, że możesz mi zaufać?
Nooo, powiem Wam, potężna dawka zaufania… Ale jaka radość, jak widzę jak to pięknie procentuje. Spacery są teraz zupełnie inne. Wolność i radość u obojga przyjaciół. Mój Wilk jeszcze nie jednego mnie nauczy, tak coś czuję.

 

 

 

soul

Dostałam dziś niezwykły przekaz. Jest bardzo osobisty. Wydawało mi się, że mam go zachować dla siebie, ale moja Dusza jak zwykle przekonała mnie, żeby go opublikować, bo przyniesie ulgę wielu osobom.

Tym którzy są w samym centrum potężnych zmian w swoim życiu.
Tym którzy stoją przed murem i nie wiedzą co dalej.
Tym którzy marzą o tym, by pójść za wołaniem swojej Duszy, ale nie mają odwagi…

Dla Was więc Kochani 

Poszłam dziś jak zwykle do moich przyjaciół. Przytuliłam się do Dobromira, spytałam: co jeszcze mogę zrobić?
ODPOCZNIJ, powtórzył trzy razy.. Nie jest zbyt rozmowny.
Poszłam do Szeptunki, przytuliłam do niej ucho i czekałam co ona mi powie. Na szczęście jak to kobieta, jest trochę bardziej rozmowna. Zaczęła mi szeptać niezwykłe słowa. Słuchałam i płakałam ze wzruszenia…

Potężne energie zostały uruchomione dla ciebie. Kumulują się i płyną w twoim kierunku. Zdziwisz się jak bardzo są potężne. Wszystko już zrobiłaś. ODPOCZNIJ, tak, możesz wreszcie odpocząć. Nie rób już nic z poczucia obowiązku. To tylko stwarza napięcie i opóźnia cały proces. Zaufaj że Wszechświat o ciebie zadbał. Wszystko czego potrzebujesz już jest. Teraz to przyjmuj z wdzięcznością w sercu. Nie jesteś sama i nigdy nie byłaś… Jesteśmy przy tobie zawsze, tylko ten twój strach i panika nie pozwalały nam działać tak skutecznie jak byśmy chcieli. Wreszcie pojęłaś, że trzeba PRZYZWOLIĆ działać wyższej sile. Nie jesteś sama, nigdy więcej tak nie mów i nie myśl. Masz za sobą całe zastępy Aniołów, całą armię świata Natury. Jesteś potężna a my jesteśmy po to by cię wspierać w twojej odwadze. Niewielu ma taką odwagę jak ty. Musimy dbać o taki klejnot… jesteś już tak blisko. Zaufaj i odpocznij. Tak, możesz wreszcie ODPOCZĄĆ…

Zawsze wydawało mi się, że będę mogła odpocząć dopiero w ramionach jakiegoś silnego mężczyzny. A tymczasem wczoraj, jak siedziałam w korzeniach Dobromira, poczułam jak jego potężna energia otula mnie całą, poczułam jak zamyka mnie w swoim kręgu…
Szłam i płakałam, przyjmowałam z wdzięcznością to, co przypłynęło do mnie w tak piękny sposób. Z każdą moją łzą te słowa wpływały w moje serce, rozluźniając napięte ciało. Nagle wszystko stało się takie lekkie, klarowne, jasne i oczywiste. Nagle zobaczyłam cały obraz.
To wszystko było planem mojej Duszy. Siedząc sobie bezpiecznie na mojej wysepce zwanej domem i rodziną, nie robiłam prawie nic. Ponieważ siedziałam w domu i „nic nie robiłam”, zasilałam swoją energią męża. Moja Dusza uznała, że nie ma na mnie innego sposobu. Musiała mnie wyrwać z tego domu i rzucić na głęboką wodę, żebym wreszcie uruchomiła cały swój potencjał. Żebym zaczęła robić, to do czego zostałam stworzona. Żeby ona, moja Dusza, mogła się realizować w pełni. Zrozumiałam i poczułam, na tym niezwykłym dzisiaj spacerze, że ona kocha doświadczać z ludźmi. Zrobi wszystko co w jej mocy, żebym pracowała z ludźmi. Wtedy ona i ja działamy w niezwykłym połączeniu. Mamy potężną moc, która budzi inne Dusze. Przywołujemy pamięć o tym KIM JESTEŚMY.

30738995_1635101113210012_4893401405932437504_n

Poszłam dziś do Dobromira. Usiadłam sobie pod nim, chciałam się z nim stopić w jedno. Chciałam poczuć się jak on, jak drzewo. Usiadłam w takim miejscu, że naprzeciwko widziałam drugi dąb, który tam rośnie. Jest jeszcze potężniejszy, ale przez te 8 miesięcy nigdy do niego nie podeszłam, chociaż bardzo mnie intrygował.
Teraz Dobromir powiedział do mnie:
Idź do niego, tam znajdziesz dopełnienie.
Zdziwiłam się i spytałam czy nie będzie mu przykro. Prawie się oburzył i powiedział, że wśród drzew nie ma przecież rywalizacji. To tylko nam ludziom się tak wydaje, że przyroda ze sobą walczy. Tutaj wszystko współistnieje w harmonii, nawet jeśli to wygląda inaczej.
Poszłam więc i obeszłam to wielkie drzewo dookoła. Ze zdziwieniem zobaczyłam to, co jest na zdjęciu i już wiedziałam, dlaczego mnie tu przysłał i dlaczego nie mogłam podejść do niego wcześniej… Nie byłam na to gotowa, to nie był ten czas…
Przytuliłam się do Dębu i od razu poczułam, że emanuje bardziej kobiecą energią. Spytałam jak ma na imię, ale nie odpowiadała. Usiadłam pod nią i spytałam w myślach jeszcze raz. Wtedy powiedziała: stań do mnie przodem i przytul się. Ma takie miejsce, które wygląda jak ucho. Przytuliłam się tam i usłyszałam: Szeptunka…
Poczułam wielkie wzruszenie i wdzięczność. Zaczęłam płakać.
Usiadłam znowu, a ona zaczęła szeptać:

Dotarłaś do celu. Połączyłaś to, co zawsze było połączone. Tylko twój umysł tworzył oddzielenie, powodując nieustanne cierpienie. Nigdy więcej nie twórz oddzielenia. Poczuj, że naprawdę wszystko istnieje w połączeniu. Wszytko jest nierozerwalną całością, a jedno nie może istnieć bez drugiego. Kobieca i męska energia, światło i ciemność, góra i dół, ziemia i niebo, ciało i dusza, umysł i serce.
Nie rozdzielajcie tego, co od zawsze jest połączone. Nie wprowadzajcie sztucznego podziału, bo to sprawia, że żyjecie w iluzji oddzielenia. Wszytko separujecie zamiast zobaczyć jak pięknie się to przenika, uzupełnia i współistnieje w harmonii. Tajemnica tkwi w prawdziwym zespoleniu się z tym, co was otacza. Kiedy przestajecie tworzyć sztuczny podział, stajecie się jednym, ze wszystkim co istnieje. Będąc w lesie, jesteś lasem. Pływając w oceanie, stajesz się wodą. Siedząc przy ogniu, płoniesz od środka jak on. Czujesz te wibracje, stajesz się nimi. Wsłuchując się w wiatr, lecisz tam gdzie on.
Czy to możliwe?
Wszystko jest grą świadomości i od was zależy jak wiele pozwolicie sobie doświadczyć… W poczuciu jedności, wszystko staje się możliwe.

29510880_1813870831998744_2583822604099911680_o

Wieloryby powróciły, albo może inaczej… ja wreszcie dostrzegłam, że są ze mną cały czas…
Kilka dni temu ściągnęłam sobie śpiew Wielorybów, taki bez muzyki, tylko ich dźwięki. Nazwałam sobie ten folder Whales (Wieloryby), przegrałam go na palucha, a w odtwarzaczu nie wiem w jaki sposób zmienił nazwę na Root… co po angielsku znaczy korzeń, źródło, rdzeń, pień !
Przyjechała do mnie przyjaciółka z Krakowa Ewa. Poszłyśmy do Dobromira. On zawsze jak przyprowadzę mu kogoś nowego, tak się cieszy, że zaczyna emanować jakąś energią. Przy niej zobaczyłam piękny, ciemnozielony kolor. Dopiero w domu uświadomiłam sobie, że dokładnie taką energię widziałam w Australii przy Wielorybach.
Jakby tego było mało, wieczorem, kolejnego dnia pisze do mnie Joasia, o której myślałam w lesie. Masowałam ją niedawno i bardzo mocno się połączyłyśmy.
Aniu, przywołałaś mnie i musiałam to namalować. Wysyła mi zdjęcie koszulki, a na niej Drzewo, Jeleń, a w środku Wieloryb. Asia pisze, że czuła taki ogromny smutek, coś jak wołanie o pomoc. To było wtedy jak Dobromir się bał, bo wycinali drzewa kilka metrów od niego..
Wycinka trwa nadal, ale ja dzisiaj w lesie poczułam bardzo mocno, że nie będę tego zasilać, nie będę się na tym skupiać. Las dał mi tyle spokoju i siły, wtedy kiedy ja byłam przerażona jak małe dziecko, kiedy nie wiedziałam co ze mną będzie, kiedy się bałam… Zrozumiałam, że teraz przyszedł mój czas, żeby mu się odwdzięczyć. Żeby zachować spokój, żeby nie wpadać w panikę i przerażenie, bo przyjdzie jeszcze więcej mężczyzn z piłami…
Mam być spokojna, mam WIEDZIEĆ I WIDZIEĆ, że mój Las jest bezpieczny, że jest oazą spokoju. Mam to czuć całą sobą… TO mam zasilać swoją energią.
Wieczorem znowu puściłam sobie dźwięki Wielorybów i nagle popłynęło przesłanie tak mocne, że szlochałam jak dziecko… WIEM, że to prawda.
Nie rozumiesz ? Wracasz do KORZENI. Jesteś jedną z nas. Twoja gwiazda jest w Oceanie. To są twoje wewnętrzne oceany. To twoja muzyka i twój śpiew. Masz to w sobie połączyć. Masz przywoływać tę energię dla ludzi, by działała na nich tak, jak nasza energia działała na ciebie w Australii. Masz nieść spokój, wzruszenie i wyciszenie. Masz otwierać ludzkie serca na to, by czuli Naturę.
A ta energia bijąca z Dobromira? – spytałam. Czy to znaczy, że jesteście w drzewach?
Przybyliśmy tu za tobą. Zabrałaś nas w swoim sercu do Polski. Energia to energia. Nie ma dla niej znaczenia odległość. Znaleźliśmy po prostu Istoty, które odpowiadają naszej wibracji i zdolne są ponieść ją w sobie. Tak, jesteśmy w Dobromirze, jesteśmy w twoim Lesie…

 

Od kilku dni jestem w takim stanie, że nie spotkałam żadnego zwierzęcia. Dzisiaj wychodząc na spacer pomyślałam sobie: jeśli spotkam Łosia, to znaczy, że wracam do swojej przestrzeni, do swojej równowagi. I spotkałam Matyldę z Leonem. Odpoczywały na tym zimnym śniegu, brrr. Przeszłam cicho obok nich, podniosły się niespiesznie i zaczęły odchodzić. Mogły sobie uciec głęboko w las, ale nie, przebiegły po mojej ścieżce i przystanęły. Mogłam znowu nawiązać z nimi kontakt. Wydawałoby się, że Łosie są takie duże i niezgrabne, ale poruszają się z wielką gracją. Rzeczywiście są mistrzami kamuflażu, bo potrafią stać nieruchomo, tak że zlewają się z otaczającymi je drzewami. Odeszłam od nich w końcu i zatoczyłam koło. Myślałam, że już się nie zobaczymy, ale po chwili ujrzałam je znowu. Leon nie jest mną zainteresowany, ale Matylda wyraźnie próbuje mi coś powiedzieć. Stała tak i patrzyła na mnie. Odebrałam od niej przekaz, że nie muszę pędzić przed siebie jak szalona. Tak robiłam z moim Wilkiem. Pędziliśmy przed siebie na oślep, ale zawsze w końcu przychodził moment zatrzymania. Siadaliśmy na polanie i czekaliśmy na zwierzę, które się pojawi i na mądrość, którą ma nam do przekazania. Matylda pokazuje mi, że wystarczy zrobić z gracją kilka kroków, a potem trzeba się zatrzymać, by nie przegapić tego co ważne… By nie przegapić tego, co czeka na ciebie, jeśli jesteś czujna i uważna.
Podobno Łosie to Wieloryby, które wyszły na ląd. Niezwykle poruszyło mnie to zdanie. Pamiętam swój ostatni dzień w Australii. Powiedziałam wtedy, że pokochałam Wieloryby tak bardzo, że zabieram je w swoim sercu do Polski. Dzisiaj wiem, że są ze mną naprawdę. Podobno pojawiają się też w czasie gdy gram na misach kryształowych. Wczoraj oglądałam film o Wielorybach, a w nocy śniło mi się, że wróciłam do Australii by znowu się z nimi spotkać. Dzisiaj Łosie…
Jak niezwykle przeplatają się nici połączeń wszystkiego ze wszystkim. Jestem wdzięczna, że mogę być częścią tej sieci, częścią życia, które płynie sobie leniwie i niespiesznie. Czas zimowy jest przecież czasem ZATRZYMANIA I ODPOCZYNKU. Czasem kumulowania sił przed wiosną, przed nagłym uwolnieniem energii życiowych. Wplatam się więc w ten rytm i ja, pozwalam sobie na zatrzymanie i odpoczynek.

łoś

To niesamowite co mnie spotyka. Właściwie jak wychodzę na spacer, idę z przekonaniem, że spotkam Łosia i tak się dzieje. One chyba samoistnie stały się moim Zwierzęciem Mocy. Ale to co się zadziało dzisiaj przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Idę w miejsce, gdzie często je spotykam, patrzę JEST! Młody Łoszak. Stoi sobie spokojnie, nie ucieka. Popatrzyłam na niego w zachwycie i poszłam dalej, ale coś mnie tknęło i wróciłam. Pomyślałam, że pójdę do miejsca mojego przyszłego noclegu, tam gdzie wczoraj je spotkałam. Musiałam przejść niedaleko Łoszaka, ale był schowany za drzewami. W pewnym momencie patrzę, a z drugiej strony stoi jego mama, potężna Łośka. Mały przebiegł przez drzewa, wyszedł na drogę, na której stałam i zatrzymał się patrząc spokojnie na mnie. Potem pobiegł do mamy i tak sobie wszyscy staliśmy spokojnie i patrzyliśmy na siebie. Przepełniała mnie wdzięczność za to, co się dzieje. Tak blisko jeszcze nie byłam. Widziałam dokładnie kłęby pary wydobywające się z pyska mamy Łośki. Pomyślałam, że fajnie byłoby je nazwać. Od razu pojawiły się imiona: Matylda i Leon, bo ten mały to chyba chłopak  Stałam naprawdę długo i chłonęłam magię tego spotkania. Na szczęście nie wzięłam telefonu i nie psułam tego wszystkiego koniecznością robienia zdjęć, czy filmików. Po prostu BYŁAM tam z nimi. Przepełniona wdzięcznością odeszłam wreszcie, a uśmiech z tego mrozu zastygł mi na twarzy. Idę dalej i oczom nie wierzę ! W miejscu, w którym niedługo będę spać, trzeci Łoś ! Chyba babcia Leona – Klementyna 
I tak sobie myślę, że zestroiłam się chyba z tym moim Magicznym Lasem i dlatego odkrywa on przede mną swoje najcenniejsze skarby. Życie jest takie piękne ! Przepełnia mnie wdzięczność za wszystko, co mnie spotyka. A przy okazji przypomniałam sobie przesłanie, które dostałam jakiś czas temu… od Matyldy chyba… Było mi to dzisiaj bardzo potrzebne…
Pokazałam ci się, żebyś zobaczyła, że to ty decydujesz o wszystkim. Im głębiej zanurkujesz w siebie, im bardziej trwały odnajdziesz tam spokój, tym większy masz wpływ na to co się wokół ciebie dzieje. To ty zarządzasz swoją przestrzenią. Nic przypadkowego ci się nie przydarza. Emanacją swojego spokoju przyciągasz do swojego życia to, czego pragniesz. Akceptujesz to, co się pojawia bo jest to zgodne z tym, co z ciebie wypływa. Nie błądzisz po omacku, nie miotasz się, wiesz kim jesteś. Ale twoja przygoda z samą sobą dopiero się zaczyna. Dopiero weszłaś do przedsionka. Im głębiej w las, tym więcej drzew. Im dalej pójdziesz, tym więcej skarbów odnajdziesz. Twój Las cały czas czeka, aż odkryjesz jakie ma dla ciebie Dary…
P.S. Zdjęcie z września, ale to ta jest właśnie Matylda i Leon, tak czuję 

solea

Właśnie sobie uświadomiłam, że po raz pierwszy Las zawołał mnie 5 lat temu, we wrześniu 2013 roku. Wtedy narodziła się Leśna Kobieta. To ona sprawiła, że po kilku latach, w tajemniczy sposób zamieszkałam blisko lasu, po to by dalej kontynuować moją wędrówkę w połączeniu z Naturą i w połączeniu ze Sobą. Ależ jestem jej wdzięczna.

Oto jej historia, która jednocześnie będzie początkiem mojej książki o Magii Lasu i jego mieszkańców.

Przeżyłam właśnie 3 wspaniałe dni… 3 dni sama ze sobą, 3 dni sama w lesie…
Wyruszyłam na szlak 6 września. Ścieżka od razu prowadziła w gęsty las. Od samego początku skonfrontowałam się ze swoim najgłębszym lękiem – muszę wejść SAMA do lasu. Weszłam z intencją, z przeświadczeniem, że jestem BEZPIECZNA, chroniona przez Anioły i swoją wewnętrzną siłę. Na swojej drodze spotykam tylko pozytywnych ludzi i przyjazne zwierzęta.
Mój pierwszy przystanek przy pięknej, ogromnej i rozłożystej sośnie. Poprosiłam ją o siłę i wsparcie w wędrówce. W pewnym ujęciu ujrzałam w niej kobietę wyciągającą ręce do słońca, Kobietę niosącą Światło. Skoro tak mnie poruszyła, była aspektem mnie samej. Jednocześnie pełna była siły, niezachwiania, pewności siebie.
Tak do mnie przemówiła:
Jestem Solea. Moje korzenie tkwią głęboko w Ziemi, a konary wyciągają się ku Słońcu. Jak na twoim obrazie, czerpię z Matki Ziemi i Ojca Niebo. Stoję tu niezachwianie od wielu lat, dzieląc się swoją siłą z każdym, kto zechce przysiąść w moim cieniu. Jestem i trwam, niczego nie oczekując w zamian. W sposób naturalny biorę to, co do mnie należy, gdyż jestem częścią Natury. To co pobiorę z ziemi, oddam w postaci tlenu. Jestem doskonałym przykładem życia w zgodzie z Naturą. Dzielę się też swoim spokojem i siłą. Daję ci wsparcie do dalszej wędrówki. Nie lękaj się moje dziecko, jesteś jednym z nas, więc tutaj w naszym świecie nic ci nie grozi. Zaufaj sobie i nam. Jesteś bezpieczna.
Rzeczywiście w pewnym momencie poczułam się bezpiecznie, poczułam że jestem w domu. Ale zadziwiające w jaki sposób, w takim środowisku wyostrzają się wszystkie zmysły. Oczy, oprócz znaków na drzewach, cały czas obserwowały bacznie teren. Uszy wychwytywały każdy najmniejszy szelest. W pewnym momencie zaczęły mnie nawet denerwować moje własne kroki. Czułam, że powinnam iść bezszelestnie. Tylko w ciężkich, górskich butach jest to średnio wykonalne, a obuwia nie chciałam się pozbywać. Zmysł węchu wyławiał coraz to zmieniające się zapachy. Dominował zapach żywicy, mieszany czasem z wilgocią unoszącą się znad trzęsawisk. W pewnym momencie weszłam w dość gęsty i ciemny las. Tutaj zmysły wyostrzyły się jeszcze bardziej. Nie było już jednak we mnie tego lęku, tylko świadomość, że teraz nie ma już odwrotu. Musze dotrzeć do celu. Niezależnie od drogi jaka jest przede mną, muszę nią iść. W zasadzie nie kotłowały mi się w głowie żadne myśli. Tylko ta wzmożona czujność, radość z wędrówki i z tego, że się odważyłam. Solea bardzo mi pomogła. Szczególnie te słowa: „jesteś u siebie” sprawiły, że poczułam się bezpiecznie, co nie znaczy beztrosko. Cały czas czułam jednak respekt wobec otaczającej mnie przyrody.
Kolejnego dnia weszłam na szlak już dużo odważniej. Coś jednak musiało jeszcze siedzieć we mnie, bo spotkałam jakieś 3 kobity, grzybiarki. Jedna z nich oburzonym głosem spytała: a czemu pani chodzi sama ? To nie wie pani, że gwałcą ? Przecież nawet w radiu mówili ! Odpowiedziałam, że nie słucham radia. Na to druga odezwała się nieśmiało: ale to nie u nas, to w Kabackim…
Minęłam je czym prędzej, ale wybiły mnie z mojej bezpiecznej przestrzeni na jakieś 20 minut. Spokój lasu pomógł mi wrócić do siebie.
Tak… poprzedniego dnia obudziłam w sobie Leśną Kobietę, ona była we mnie cały czas, tylko ja nie miałam pojęcia o jej istnieniu. Podoba mi się jej odwaga i uparte dążenie do wyznaczonego celu. Podoba mi się jej uważność z jaką porusza się po lesie. Podoba mi się jej wytrzymałość.
Zadziwiające jest dla mnie, że decydując się na takie 3-dniowe odosobnienie wyobrażałam sobie, że spędzę mnóstwo czasu na medytacjach, rozmowach z kamieniami, ze zwierzętami, drzewami czy samą sobą. Przyjechałam tu po to by odnaleźć (?), odbudować (?) swoją siłę i moc. Wybrałam jednak wariant dosyć forsowny jak dla mnie, ale teraz widzę że tak musiało się stać. Decydując się na odosobnienie stacjonarne, owszem miałabym więcej czasu na przemyślenia, medytacje, ale nie miałabym możliwości zmierzenia się ze swoim lękiem. Nie byłabym też świadkiem narodzin Leśnej Kobiety. Musiałam tak naprawdę zmierzyć się ze sobą samą, ze swoimi słabościami, po to by odkryć siłę i odwagę jaka we mnie drzemie. O to mi tak naprawdę chodziło: by POCZUĆ siłę jaką mam w sobie. Nie poczułabym jej siedząc sobie bezpiecznie na jakiejś polance i medytując. Poczułam ją działając niejako wbrew zdrowemu rozsądkowi, robiąc coś, czego nie robiłam nigdy do tej pory. Nie wszystko da się wymedytować, wyobrazić, zwizualizować. Żeby to poczuć musiałam coś ZROBIĆ. Musiałam pobiec za moim wilkiem w dziki las i musiałam pobyć w nim SAMA. To naprawdę było dla mnie wielkie wyzwanie i dumna jestem z siebie, że mu sprostałam.
A co do siły, której szukałam… ona nie może być stworzona sztucznie, poprzez jakieś wyobrażenia, poprzez sztuczne tworzenie wokół siebie jakichś barier, tarczy czy osłon. Ona musi wypływać z wewnątrz, z nas, z głębi naszej Istoty. Tylko wtedy taka siła jest prawdziwą siłą, a nie bańką mydlaną znikającą z byle powodu. Taką siłę mają właśnie drzewa. Czerpią ją z Ziemi i ze Słońca. Czerpią z Natury, ze swojego wnętrza. One po prostu są siłą i spokojem. Tego nauczył mnie las, to pozwolił mi odkryć w sobie, za to jestem mu wdzięczna.
Tak naprawdę zdaję sobie sprawę, że nie dokonałam niczego wielkiego. Ot pochodziłam sobie po lesie, w sumie jakieś 55 km. Pewnie setki ludzi spaceruje po Kampinosie. Dla mnie jednak ważne było to, co udało mi się odkryć w sobie dzięki tej wędrówce. Skłania mnie to ku refleksji, że warto czasem zaryzykować, żeby POZNAĆ SAMEGO SIEBIE.

dziecko

Miłość potrafi być ślepa, a zaufanie komuś bezgranicznie może się skończyć bolesnym rozczarowaniem.

Oślepła i pozwoliła zepchnąć swoje uczucia głęboko do piwnicy. Na szczęście wewnętrzne oceany pokazały jej, co bezmyślnie zrobiła. Pokazały, że nie ma prawa tak siebie traktować. Nie ma prawa stawiać siebie zawsze na drugim miejscu, tylko dlatego, że ktoś ją w dzieciństwie wykorzystał. Nie jest już tą małą, bezbronną dziewczynką. Jest kobietą, która powinna wreszcie docenić kim jest. Powinna wiedzieć co jest warta i powinna wiedzieć, że nie musi zasługiwać na czyjąś miłość. Nie musi dawać z siebie wszystkiego, tylko po to, by ten ktoś przy niej był. Powinna wiedzieć, że to co czuje, jest najważniejsze nawet jeśli ktoś inny uważa, że to głupie, że nadaje się na terapię, że się miota.
Zaufała komuś, bo myślała: nareszcie jestem w dobrych rękach, mogę się otworzyć, mogę pokazać całą siebie, jestem bezpieczna… i dostała cios poniżej pasa, bo zdradziła samą siebie. Bo nie posłuchała swojej intuicji, bo zepchnęła ją głęboko na dno brzucha. A brzuch jej o tym przypominał, pokazywał, zapalał czerwone światło i krzyczał: ZOBACZ, TO JEST NIE W PORZĄDKU ! Pozwoliła po raz kolejny sobą manipulować i udawać, że tego nie widzi. Sama przed sobą udawała, że wszystko jest w porządku, byle tylko on został, byle nie odszedł… To się musiało na niej zemścić.
To co czuje jest dla niej jedynym barometrem. Za tym powinna podążać, bo wtedy pokazuje światu: patrzcie, mimo strachu, mimo konsekwencji wybieram siebie, idę za sobą, bo wiem, że to jedyna słuszna droga. W końcu zobaczę wszystkie swoje ograniczenia, w końcu przyjdzie taki dzień, w którym Wszechświat nie będzie musiał sprawdzać, czy dobrze odrobiłam swoją lekcję. W końcu osiądzie to we mnie tak mocno, że nie dopuszczę do siebie najmniejszego nawet ziarenka zwątpienia i zawsze będę wiedziała, co jest dla mnie najlepsze. Będę wiedziała, że najważniejsza jest moja intuicja i to co czuję na tym niezwykle subtelnym poziomie. Dlatego tak łatwo to przegapić… bo kiedy się pojawia, jest tylko delikatnym impulsem… musisz być czujna. Jeśli przegapisz ten impuls, życie boleśnie ci to uświadomi.
Im bardziej jest świadoma, tym bardziej to czuje. A najgorsza jest później wściekłość na siebie… jak mogła być taka głupia? Jak mogła na to pozwolić? Jak mogła dać się tak dziecinnie wykorzystać?
No właśnie… dziecinnie…
Ale już wystarczy. Zobaczyła, połknęła gorzką pigułkę, skrzywiła się, pokrzyczała, popłakała… Nie ma już dziewczynki. Wzięła małą Anię na ręce i powiedziała jej, że nie musi pozwalać się wykorzystywać, żeby kogoś chronić. Że jest bezpieczna, nic jej nie grozi, a mężczyznom będzie można znowu zaufać…

bańka

Aszsz, dawno nie pisałam i już mnie palce świeżbią, żeby coś skrobnąć, choćby malutkiego 😉
Napiszę dzisiaj o oczekiwaniach. Rozmawiałam sobie z moją Przyjaciółką i nagle zobaczyłam ciekawy obraz.
Załóżmy, że czegoś bardzo chcemy, czekamy na to, wizualizujemy dokładnie w głowie, robimy dwupunkty, niecierpliwimy się, że to nie przychodzi i dziwimy się dlaczego ? Przecież wszystko robimy jak należy, myślimy pozytywnie, tworzymy obraz w wyobraźni. Czemu to się nie dzieje do cholery ?
Ano wszystkiemu winne są nasze oczekiwania. Zobaczyłam to energetycznie tak: czekając na coś niecierpliwie, zaczynamy dmuchać w balon. Balon wypełnia się powietrzem, a jego ścianki stają się coraz bardziej napięte, coraz mocniejsze. Jednocześnie powietrze, które wypełnia balon, odsuwa od nas to, o czym marzymy. Mało tego, ścianki balonu stawiają opór nie do przeskoczenia. Nie ma do nas dostępu, droga jest zamknięta, bo za bardzo chcemy. Tym chceniem stwarzamy dla energii mur nie do przebycia. One nie będą przecież na nas napierać, to nie jest w ich zwyczaju. Skręcą sobie i pójdą do kogoś, kto jest całkowicie rozluźniony. Do kogoś, kto być może, tak się zmęczył dmuchaniem w balon, że postanowił spuścić z niego całe powietrze, tudzież wziął igiełkę i po prostu go przekłuł. Tym samym zrobił energiom przestrzeń do tego, by go odnalazły i bez problemu mogły wykonać to, o czym sobie zamarzył 🙂
Morał z tej bajeczki jest taki: Jeśli dokładnie wiesz czego chcesz, wyślij intencję, a potem spuść powietrze i zajmij się swoją robotą 😀

 

bezsilność

Poczułam dzisiaj jakiś taki brak energii i bezsilność. Stanęłam przy Dobromirze i poskarżyłam mu się, że jakoś opadłam z sił.
POZWÓL TEMU WPŁYNĄĆ DO TWOJEJ PRZESTRZENI. ZOBACZ CZYM TO JEST ?
Znowu proste słowa, jak to u Dobromira i znowu, po raz kolejny olśnienie. Pozwoliłam bezsilności wpłynąć w moją przestrzeń. Przestałam napinać ciało, żeby jej uniknąć, żeby jej nie czuć. W związku z tym przepływając przeze mnie nie zrobiła mi żadnej szkody. Nagle okazało się, że ona wcale nie jest zła… po prostu jest.
Zdałam sobie sprawę z tego, że mam tendencję do klasyfikowania moich emocji, odczuć, czy samopoczucia na złe lub dobre. Pożądane lub niemile widziane. Oczywiście bezsilność zaliczyłam od razu do odczuć, które są BARDZO niemile widziane. Jak to ? Ja mam być bezsilna ? Znowu mam TO czuć ? Niedoczekanie !
Ale jak się tak zatrzymałam nad tym pytaniem: czym to jest, zdałam sobie sprawę, że to zwykłe zmęczenie spowodowane stresem, bo do dzisiaj musiałam uzbierać sporą kwotę na wynajem domu i ZUS. I to musiałam ją uzbierać w krótkim czasie, bo życie robiło mi różne psikusy, żeby nie było za łatwo. W związku z tym w kółko liczyłam w prawo i w lewo, ile obrazów muszę namalować i czy aby na pewno mi starczy. No i udało się, dałam radę zarobić kompletnie sama na wszystko i jestem z siebie cholernie dumna 😀
W związku z tym postanowiłam przyznać sobie dzisiaj nagrodę. Pójdę do mojego ukochanego miejsca, które nazywam rajem – do Sante 🙂 Podaruję sobie i swojemu ciału odrobinę luksusu. Sama świadomość tego, sprawiła że przestałam się czuć bezsilna… odzyskałam MOC.
A Dobromirowi jestem wdzięczna za to, że w tak prosty sposób stawia mnie do pionu.

galaktyka1

To była moja pierwsza Pełnia w Lesie. Godzinę wcześniej były chmury i myślałam, że nic z tego nie wyjdzie, ale jak wyszłam do lasu, Księżyc świecił pięknie jak latarnia. Było cicho i bardzo magicznie. Doszłam do Dobromira i podziękowałam mu za poranne słowo-klucz na 2018 rok. Tym słowem jest SPEŁNIENIE.
Przytuliłam się do niego i poprosiłam by został moim świadkiem, by był moim wsparciem i moją siłą. Oparłam się o niego plecami, a twarz zwróciłam w kierunku Księżyca. Wyciągnęłam ręce i połączyłam się z energią mojego opiekuna płynącą z najwyższych, dostępnych i bezpiecznych poziomów energetycznych. W momencie, w którym poczułam, że mam połączenie, zaczęłam wypowiadać swoje intencje spełnienia na ten Nowy Rok:
Prosiłam o spełnienie w relacji, w której oboje dajemy sobie miłość, wolność, radość, bliskość i ciepło.
Prosiłam o spełnienie w kontaktach z moimi dziećmi, o to, żeby było między nami coraz więcej harmonii.
O spełnienie w moim życiu zawodowym, żebym wyszła do świata z moimi misami kryształowymi.
Prosiłam o spełnienie w kontaktach z moimi przyjaciółmi, by nasze relacje wzbogacały nas podczas każdej rozmowy czy spotkania.
O spełnienie w odzyskiwaniu niezależności finansowej, tak by obfitość na zawsze zagościła w moim życiu, bym dzięki temu mogła z większą lekkością służyć innym.
Na koniec poprosiłam o spełnienie w docieraniu do wewnętrznej mądrości, w odkrywaniu nowych, fascynujących ścieżek mojego życia i w docieraniu do mojej własnej Pełni.
Te wszystkie słowa, wypowiedziane z mocą spłynęły w moje ręce, połączone z energią Księżyca. Przyłożyłam je na koniec do serca i pozwoliłam by ta cała energia wpłynęła w moje ciało. Serce wyraźnie się ożywiło, przyjęło to, co miało przyjąć i wiem, że jego pole będzie teraz działało dla mnie. A potem trzy razy zawyłam do Księżyca. Dźwięk jaki się ze mnie wydobył i jaki popłynął, samą mnie zadziwił. Może dlatego, że Las wzmocnił jego siłę. Miałam wrażenie, że dotarł prosto tam, gdzie miał dotrzeć. Wszechświat usłyszał na pewno moje wołanie.
I może się komuś wydawać, że jestem stuknięta skoro łażę w nocy po lesie i wyję do księżyca, ale zdałam sobie sprawę, że jest w tym moim działaniu wielka moc, jak się tak „logicznie” zastanowić. Po pierwsze wiem bardzo dokładnie czego chcę, a to już połowa sukcesu. Po drugie napisałam to i wypowiedziałam z wielką mocą, przekonaniem i uczuciem. Moje myśli działają w tym momencie jak wiązka lasera skierowana w konkretny punkt. Działam więc na poziomie świadomym. Rytuał pójścia do lasu, wzięcia sobie świadka w postaci Dobromira, wycie do Księżyca, to taki ukłon w stronę mojej podświadomości, która uwielbia wszystko co magiczne i tajemnicze. Więc skoro w tym uczestniczyła, ona także zamiast mnie sabotować będzie mnie wspierać w urzeczywistnianiu moich marzeń i wizji.
I tak naprawdę wiem, że to się JUŻ DOKONAŁO. Tak jak powiedział mi kiedyś Anioł Intencji: wyłapuję w twoją przestrzeń ludzi z podobną do ciebie wibracją, ludzi, którzy tylko czekają na to by ci pomóc, by urzeczywistnić twoją intencję…
To już jest, do mnie należy tylko ROBIĆ SWOJE.

26195242_1528760387177419_1806944192_o

Byłam dzisiaj jak zwykle, na spacerze w moim lesie. Mam tak, że zawsze chodziłam sobie stałą trasą. Robiłam tylko niewielkie modyfikacje. Oczywiście widziałam to, zdawałam sobie z tego sprawę, uśmiechałam się do siebie i pozwalałam sobie na to, żeby chodzić ciągle tymi samymi ścieżkami. Byłam dla siebie życzliwa, bo być może musiałam poznać charakterystyczne drzewa i miejsca, żeby później orientować się w lesie po ciemku. Dawało mi to poczucie bezpieczeństwa. Ale dzisiaj było inaczej. Doszłam do Dorbomira, przywitałam się z nim, bo nie wyobrażam sobie dnia bez spotkania z moim przyjacielem dębem. Przytuliłam się do niego i podziękowałam mu za mądrość, którą mi przekazuje.
TO TWOJA MĄDROŚĆ, JA JĄ Z CIEBIE TYLKO WYDOBYWAM – powiedział…
Podziękowałam mu więc za to, że tak cudnie ją wydobywa i postanowiłam pójść w przeciwnym kierunku niż zwykle, do lasu po drugiej stronie drogi. Poszłam i zachwyciłam się. Pogoda dzisiaj przepiękna. Błękitne niebo, szron skrzypiący pod nogami, słońce, które zafundowało mi niezwykłą grę światła i cieni, słońce, które mnie prowadziło. I tak się uśmiechnęłam do siebie na symbolikę tego co się zadziało.
Mam takie marzenie na ten nadchodzący rok. Chcę urzeczywistnić wizję, którą pokazał mi Metatron, wtedy gdy spytałam go, czy mam kupić misy kryształowe. Nic wtedy nie powiedział, po prostu pokazał mi obraz: mnie grającą na misach, w tle na dużym ekranie płynące leniwie moje obrazy i ludzie zasłuchani w dźwięki, zapatrzeni w kolory jawiące się przed ich oczami.. To jest coś z czym chcę wyjść do świata. To jest coś, czym chcę się dzielić, bo wiem, że to jest wartościowe. To coś, co omija umysł i trafia prosto w serce, trochę tak, jak Natura. To coś, co pozwoli poczuć tęsknotę za odnalezieniem w sobie tego piękna, które jest w każdym z nas. To coś, co będzie pracowało jeszcze długo potem w każdym, kto tego doświadczy.
Otwieram się na szeroki świat, otwieram się na podróżowanie z moimi misami tam, gdzie pojawią się ludzie, chcący tego dotknąć, usłyszeć i poczuć.
I tak jak z moimi spacerami… nie zmienię nic w moim życiu, jeśli będę chodziła cały czas utartą ścieżką. Nic się nie wydarzy, jeśli będę wykonywała te same czynności, za każdym razem tak samo. Nic się nie zmieni, jeśli nie zejdę z utartej ścieżki i nie odnajdę własnej, unikalnej drogi. Trzeba do tego odwagi, trzeba samozaparcia, by przełamywać swoje lęki i ograniczenia, ale warto, bo przekraczamy wtedy samych siebie i nagle dowiadujemy się, że daliśmy radę. Radość jest wtedy ogromna.
Pamiętam swoje przerażenie po tym, jak te misy znalazły się u mnie w domu. Zadawałam sobie pytanie: ty głupia, po co żeś je kupiła ? Przecież nigdy nie odważysz się wyjść z nimi do ludzi ! Nigdy nie odważysz się na nich zagrać, nie mówiąc już o śpiewaniu ! Przecież nie masz o tym pojęcia ! Znowu wydałaś pieniądze bez sensu. Znowu będzie jak ze wszystkim co robiłaś do tej pory, słomiany zapał…
I pamiętam słowa mojego męża wtedy: wiesz co, zanim zaczniesz grać na stadionach, po prostu graj na nich w domu, dla siebie…
Minęły słynne dwa lata, od momentu kiedy je mam… I po tych dwóch latach jestem gotowa, żeby zagrać na stadionach 🙂
Życzę sobie i nam wszystkim, odwagi do tego, by urzeczywistniać swoje marzenia. Życzę wytrwałości i samozaparcia w odnajdywaniu własnej, niepowtarzalnej drogi i niezwykłej radości w podążaniu nią. Niech ten Nowy Rok będzie rokiem, w którym odnajdziesz siebie i zakochasz się w tym, co w sobie odkryłeś.

uważność

Taki mam teraz czas, że jestem dużo sama ze sobą. Kiedyś mi tego brakowało. Ten czas, który miałam dla siebie zawsze szybko się kończył, za szybko. Teraz ten czas się rozciągnął. Mam go dla siebie bardzo dużo. Jest w moim lesie jeszcze jedno drzewo, które mnie przyciągnęło. To okazała sosna z dwoma potężnymi konarami. Przedstawiła się jako Lumina i powiedziała, że ma w sobie kobiecą mądrość. Dzisiaj przeszłam obok niej i po raz pierwszy poczułam, że chce ze mną porozmawiać. Wróciłam do niej, przytuliłam się i spytałam:
Co zrobić, żeby nie czekać, nie tęsknić ?
Przecież wiesz… Zanurzaj się coraz głębiej w siebie. To jest teraz dla ciebie najważniejsze. Ten czas zatrzymania, obserwowania siebie, akceptacji tego co się pojawia i tego, co się nie pojawia jest teraz darem dla ciebie. Zajmuj się tym, co najbardziej kochasz. Masz tego tak dużo: maluj, graj, śpiewaj, pisz, czytaj, masuj, spaceruj, rozmawiaj z przyjaciółmi, tańcz, otul siebie uważnością. Stań się dla siebie najcenniejszym towarzystwem, ciesz się swoją Obecnością. Podaruj ją sobie. Bądź na siebie uważna.

Niezwykłe jest dla mnie to, jak różnią się przekazy, które dostaję od Aniołów, od mądrości którą przesyła mi Las. Mam to szczęście, że gadam z jednymi i drugimi. Chociaż nie zawsze tak było. To nie był dar, z którym się urodziłam. Zawsze to powtarzam, że każdy może się tego nauczyć, jeśli ma w sobie odrobinę wytrwałości i samozaparcia.
Fascynuje mnie jak różny jest mój odbiór tych energii. Anioły przemawiają bardziej do naszej świadomości. Wykorzystują umysł, dzięki któremu dociera do nas jaką informację chcą nam przekazać.
Natura działa w zupełnie inny sposób. Ona omija umysł i trafia prosto do serca, prosto w odczucia. Byłam tego świadkiem już wielokrotnie. Dobromir powie na przykład jedno proste zdanie, banalne, oczywiste… ale ono jest jak taka porcja energii, która zmierza prosto do miejsca, do którego miała być dostarczona i tam następuje jej rozpakowanie. A rozpakowanie skutkuje natychmiastową zmianą energii w ciele. Odczuwam to bardzo mocno fizycznie. Tekst, który pisałam ostatnio o uwolnieniu, to nie były tylko puste słowa, które sobie powtarzałam i natychmiast o nich zapomniałam. One naprawdę COŚ zrobiły w moim ciele. I zrobiły to trwale. Jak już wszystko co miałam uwolnić wypłynęło ze mnie, poczułam natychmiast lekkość w ciele. Zniknęło napięcie, zniknęła niepewność o to, co będzie. Pojawiła się naprawdę przestrzeń wokół mnie. I ta przestrzeń mogła zostać wypełniona nowym, odżywczym, radosnym doświadczeniem, mimo tego co się stało… Tamtego już nie było. Było za to dwoje ludzi cieszących się tak prosto i naturalnie swoją bliskością i byciem razem.

I o ile prawdą jest, że wszystko mamy w sobie, to nie jest prawdą, że nikogo nie potrzebujemy do życia. Cudownie jest dzielić przestrzeń z kimś, kogo kochamy, cudownie jest czuć bliskość i ciepło drugiej osoby. Nic nam tego nie zastąpi. Sztuką jednak jest mieć w sobie spokój i zgodę na chwile w życiu, w których tego nie ma.
Z własnego doświadczenia wiem, że dopiero wtedy jak poczuję się naprawdę dobrze w jakimś miejscu, czy w jakiejś sytuacji, może zadziać się coś, co tę sytuację zmieni… I fajne jest to, że wcale już na to nie czekam, to się dzieje samo, bo jest mi dobrze tak, jak jest.

I taką mam teraz intencję do Życia. Odnaleźć w sobie równowagę między byciem razem i byciem samej. I cieszyć się każdym z tych stanów. Z każdego czerpać w stu procentach.
A wiem, że to się udaje wtedy, kiedy jesteśmy skupieni na chwili, która właśnie trwa.

dar

W tę wigilię dostałam od Przyjaciela prezent, jakiego nigdy bym się nie spodziewała…
ZDRADĘ.
Staliśmy akurat przy Dobromirze. Przytuliłam się do niego w rozpaczy i spytałam, co teraz ?
ODKRYJ W TYM DAR – powiedział Dobromir.
Poczułam, że świat znowu osuwa się spod moich nóg. Niedowierzanie, smutek, ból, rozpacz, wzbierająca w ciele wściekłość. Wrzasnęłam ile miałam sił w płucach. Nie zatrzymałam tego w ciele. Szliśmy dalej, kopałam ze złością nic nie winne szyszki. Ukucnęłam na Ziemi. Czemu to wszystko? Czemu tak? Czy to jakiś żart? Czy ktoś naprawdę ma ze mnie taką zabawę? Grzebałam ręką w Ziemi prosząc o odpowiedź, prosząc o siłę.
W końcu wstałam i wywrzeszczałam:
NIE JESTEM TAKA SILNA, SŁYSZYCIE ?!!!
NIE JESTEM I NIE CHCĘ BYĆ !!!
NIE MAM JUŻ SIŁY BYĆ SILNA !!!
…………….
JESTEŚ – usłyszałam w odpowiedzi…

Jaki dar? Jaki w tym jest dar?

Te słowa nie dawały mi spokoju. Sprawiły, że na nowo zaczęłam sobie zadawać pytania: Co jest dla mnie naprawdę ważne? Czego chcę? Na co jestem gotowa się otworzyć? W zasadzie odpowiedzi pojawiały się te same, ale dałam swoim pragnieniom i wyobrażeniom o życiu, o relacji, dużo więcej przestrzeni. Zobaczyłam, że może tam być więcej miejsca… na wszystko co przyjdzie.
Nocą poszłam znowu do Dobromira.
Czym jest ten Dar ?
UWOLNIENIEM OD WSZYSTKIEGO CO WIĄŻE…
Zaczęłam sobie powtarzać te słowa, zaczęłam nimi oddychać, zaczęłam je czuć w swoim ciele. I nagle wszystko stało się takie proste.

Popłynęło UWOLNIENIE.
Zaczęłam mówić:
Uwalniam się od potrzeby posiadania kogokolwiek na własność.
Nikt nie jest moją własnością, tak jak ja nie należę do nikogo.
Jestem wolnym Duchem, który teraz mieszka w tym ciele. To ciało należy tylko do mnie i do mojego Ducha.
Nawet moje dzieci nie są moją własnością. Chwilowo się nimi opiekuję i robię to najlepiej jak na dany moment potrafię.
Uwalniam się od potrzeby mieszkania z kimkolwiek. Mam swoją przestrzeń i świetnie się w niej czuję sama. Robię co chcę, zachowuję się jak chcę, wyglądam jak chcę, ubieram się jak chcę.
Uwalniam się od potrzeby wiecznego przerabiania czegoś. Jestem doskonała taka jaka jestem już teraz, ze wszystkimi moimi niedoskonałościami, wadami, fochami czy złymi humorami.
Uwalniam się od strachu przed popełnianiem błędów. Nie ma błędów, są tylko doświadczenia, z których moja Dusza czerpie życiową mądrość. To dzięki moim błędom jest we mnie tyle mądrości, bo najlepiej uczymy się na tak zwanych błędach. Najlepiej uczymy się po prostu DOŚWIADCZAJĄC.
Uwalniam się od strachu przed podejmowaniem złych decyzji. Nie ma złej decyzji, jeśli podejmuję ją w zgodzie ze sobą. Nawet zła decyzja jest tylko kolejnym doświadczeniem, które czegoś nas przecież uczy, coś nam pokazuje.
Uwalniam się od przywiązania do mojej przestrzeni, którą stworzyłam. Będzie ze mną tak długo, jak ma być. Jak przyjdzie czas na inną przestrzeń, to też się na to otworzę. Tak naprawdę miejsce nie jest ważne. To JA, sobą, tworzę swoją Świętą Przestrzeń. Ja uświęcam sobą przestrzeń, w której JESTEM…
Jakie to uwalniające…
Tym samym otwieram się na wszystko co przynosi mi życie. Wszystkiemu mówię TAK. Rozkładam szeroko ramiona i otwieram się na przepływ. Pozwalam, by życie przeze mnie przepływało ze wszystkim co ma dla mnie w zanadrzu.
I chyba magia lasu zadziałała. Magia świąt zadziałała, bo jeszcze rano czułam, że jestem na skraju depresji i załamania nerwowego. Czułam, że łatwiej byłoby umrzeć… teraz mogę oddychać. Poczułam wokół siebie piękną, wielką Przestrzeń i jest mi w niej dobrze… całkiem samej. Moja Święta Przestrzeń – JA ❤

 

bańka

Mam w swoim magicznym lesie przyjaciela. To dąb Dobromir. Chodzę do niego codziennie, żeby się przywitać i zapytać jaką mądrość ma dla mnie ?
Dzisiaj powiedział mi tak: Doceń dar, który się pojawił, pozwól mu wpłynąć w swoją przestrzeń… a potem nie było słów, ale jakby obrazy, które były dopełnieniem wiadomości od niego.
Obraz pokazywał jak to jest, jak spotka się dwoje ludzi, którzy są dla siebie ważni. Bardziej chodziło o przekaz w sensie energii, co się wtedy dzieje i jak to wygląda na tym niewidocznym poziomie. Pokazał mi się bardzo mocno temat wolności w relacji. Czyli jakby ciąg dalszy mojej lekcji, którą zaczęłam z Michałem. Wydawało mi się, że zrobiłam wszystko, a tymczasem teraz odkrywają się przede mną nowe niuanse. Zobaczyłam, że jak dwoje ludzi spędza czas razem, a każdy z nich ma swoją przestrzeń, to w pewnym sensie, podczas tego bycia razem z dwóch przestrzeni, z dwóch jakby baniek, robi się jedna. Oni robią to świadomie i jest im dobrze w takiej wspólnej, powiększonej przestrzeni. Ale przychodzi czas rozstania, na przykład do swoich obowiązków, do pracy, wyjazd, cokolwiek. Co się wtedy dzieje ? Bańki się rozdzielają i każdy zostaje znowu w swojej przestrzeni.

Czym jest prawdziwa wolność ? Tym, żeby pozwolić drugiej bańce odpłynąć i nie zakłócać jej swoimi oczekiwaniami, swoimi myślami o tym, że ten który odpłynął w zasadzie powinien być ze mną, że mi go brakuje, że powinien zadzwonić, napisać coś chociaż… Takie czekanie jest tak naprawdę energetycznym wkładaniem pazurka w nie swoją przestrzeń. Jest takim szarpaniem, które ta druga osoba na jakimś poziomie zawsze odbiera. Może sobie tego do końca nie uświadamia, ale odbiera i w związku z tym, że ktoś rozdrapuje jego przestrzeń, zaczyna się spinać. Pojawia się opór by się odezwać, czy coś napisać. Nie wiemy dlaczego, ale coś nas przed tym powstrzymuje. Tym czymś jest właśnie niewypowiedziana potrzeba drugiej osoby, która gdzieś tam czeka, aż wpłyniemy znowu w jej przestrzeń. Zaobserwowałam to już wcześniej, bardziej na poziomie odczuć, ale dzisiaj pięknie dopełniło mi się to obrazem.

Co w takim razie zrobić, żeby dać prawdziwą wolność w relacji ? W momencie, gdy druga osoba, ta najbardziej ukochana znika z twojej przestrzeni, ty wracasz do swojej i robisz swoje 🙂 To nie znaczy, że nie możemy myśleć o kimś kogo kochamy. Chodzi o to, by myśleć o niej ciepło, z miłością, ale bez oczekiwań, że ma zrobić coś co ty chcesz. Za każdym razem jak pojawi się w tobie napięcie spowodowane oczekiwaniem na coś, odetchnij głęboko, wraz z oddechem uwolnij to napięcie i wróć do własnej, pięknej przestrzeni. Masz tam co robić i tym się zajmij 🙂
Taka mądrość od Dobromira na dziś, w związku z tym co się wydarza…

 

matka

Las działa na mnie magicznie. Wydobywa mądrość, dzieli się ze mną swoim spokojem i siłą. Dzisiaj przyszło kolejne olśnienie. Pisałam Wam, że Michał był Miłością, a ja Świadomością.
Miłość bez świadomości jest ślepa, Świadomość bez miłości jest zimna. On sprawił, że poczułam czym jest miłość, dotknęłam jej ciepła, ogrzałam się nią, pozwoliłam się otulić… Michał wydobył ze mnie kobietę. Pokazał, że mogę być delikatna, słaba, łagodna, wrażliwa i że w tym tkwi największa moja siła.
Jak umarł poczułam, że muszę znaleźć jakieś słowa, moje słowa, które sprawią że utrzymam się na powierzchni w tym najtrudniejszym momencie. Próbowałam słów, które kiedyś przeczytałam, ale to nie działało. Wiedziałam, że muszę znaleźć własne słowa, coś co wypłynie ze mnie…
I pojawiło się: JAM JEST ŚWIADOMĄ MIŁOŚCIĄ, KTÓRA WSZYSTKO OBEJMUJE I UZDRAWIA.
To poczułam i to dawało mi wewnętrzną siłę. Dzisiaj przyszło pogłębienie tych słów. Dzisiaj zrozumiałam jak mogę sprawić, żeby te słowa żyły we mnie, były mną.
Czuję, że teraz dla nas wszystkich jest bardzo ważny czas. Dużo się dzieje, mamy trudne doświadczenia, które zdają się nas przygniatać. Ale do dyspozycji mamy siły, które nas wspierają.

Każdego dnia możemy zacząć od nowa. Każdego dnia możemy wybrać inaczej. Możemy zdecydować, że wybaczamy sobie stare błędy, bo gdyby nie one, nie bylibyśmy tu, gdzie jesteśmy. Nie bylibyśmy tym, kim jesteśmy teraz. Błędy popełnia każdy. Dobrze jest pamiętać, że zawsze zachowujemy się NAJLEPIEJ jak potrafimy na dany moment.
A co jeśli popełniam ciągle te same błędy, nie chcę tego, ale nie potrafię inaczej ? Co jeśli ciągle wrzeszczę na dziecko ? Wiem, że nie powinnam, ale to się dzieje CIĄGLE. Co z tym zrobić ? Dzisiaj mnie olśniło. Dostałam tę informację już jakiś czas temu. Pewnie jakbym sprawdziła, okazałoby się że ze dwa lata temu. Jak dziecko krzyczy, przytul je do siebie. Co z tego, że o tym wiedziałam ? Nie byłam w stanie fizycznie tego wykonać. A dlaczego ? Bo nie kochałam jeszcze siebie. Bo przytulając krzyczące dziecko, musiałabym przytulić siebie. Musiałabym sobie wybaczyć, że krzyczę. Musiałabym zobaczyć i przyznać się do tego, że moje dziecko krzyczy, bo ja krzyczałam. Ja je tego nauczyłam. To przeze mnie ono krzyczy. Musiałabym wybaczyć sobie, musiałabym OBJĄĆ I UZDROWIĆ SIEBIE. I pokazało mi się, że następnym razem jak moje dziecko będzie do mnie krzyczało, zatrzymam się i powiem sobie: obejmuję i uzdrawiam siebie krzyczącą. A potem pokazał mi się obraz, że mam to zrobić fizycznie… mam podejść i przytulić to krzyczące dziecko, bo to tak jakbym przytulała za każdym razem siebie. DOPIERO TO będzie pełnym uzdrowieniem, dopiero to sprawi że do końca sobie wybaczę. Czy to zadziała ? Nie wiem… pozostaje mi poczekać na krzyczące dziecko 😉

 

Wiem jedno, poczucie winy jest bardzo destrukcyjną energią. Trzyma nas jak w potrzasku i sprawia, że kręcimy się w kółko powtarzając wciąż ten sam schemat. Wyjście jest jedno: WYBACZYĆ SOBIE, wybaczać za każdym razem i wciąż od nowa. Aż w końcu nadejdzie dzień, w którym nie będziemy już musieli nic sobie wybaczać. Staniemy sie Świadomą Miłością.

 

Kochani, dzięki uprzejmości Gaja TV, mogłam przemówić ludzkim głosem i opowiedzieć o tym, czym są dla mnie Anioły, jak maluję swoje obrazy, co się wtedy dzieje i jak postrzegam energie,  kłębiące się teraz na naszej Ziemi. Opowiadam też o tym, jak można wyjść z programu cierpienia, w który nieustannie dajemy się wciągać.

Zapraszam serdecznie, jeśli zechcecie posłuchać 🙂

 

P1250151

Kochani opowiem Wam o jeszcze jednym, bardzo ważnym dla mnie aspekcie tego co się zadziało. Wyjeżdżając do Michała w czerwcu, wiedziałam że to tylko na chwilę. Wiedziałam, że we wrześniu muszę wrócić do dzieci, muszę być blisko nich. Wiedzieliśmy, że będziemy musieli sobie coś wynająć. Jako że oboje byliśmy właściwie bez grosza przy duszy, rozglądaliśmy się za jakimś małym mieszkankiem. Ale ceny i tak nas powalały. Wszystko wydawało się takie nierealne, nie do przeskoczenia. Materia była bezlitosna.
W czerwcu byłam na Zlocie Aniołów i Motyli. Tam, Bogusia Andrzejewska zrobiła nam medytację na przyciąganie do naszego życia tego, o czym najbardziej marzymy. W wizji pokazał mi się dom. Biały, z brązowym dachem w kształcie litery L, gdzieś w lesie…
Piękna wizja, ale taka nierealna…
Przeglądając ogłoszenia, nagle mnie olśniło. Przecież, gdybym znalazła niedrogi dom, mogłabym otworzyć swój gabinet i w ten sposób mielibyśmy większą szansę go utrzymać. Poza tym zależało mi, żeby moje dzieci urodzone i wychowane w domku, nie wylądowały nagle w jakiejś kawalerce. Były też jeszcze dzieci Michała i chciałam, żeby one też miały takie swoje miejsce, swój pokój, jak będą nas odwiedzać.
Wiem, że tę myśl podsunęły mi Anioły, dlatego pełna optymizmu zaczęłam szukać domu w okolicy, w której mieszkałam. I znalazłam. Jest biały, z brązowym dachem, w kształcie litery L, w lesie…
To wszystko było jak sen… Mało tego, dom był pusty, bez mebli. Było to pewne utrudnienie, bo przecież nie mieliśmy pieniędzy, ale dało mi też możliwość wypełnienia go całkowicie moją energią. Z pomocą przyszła moja Babcia, która odeszła od nas w maju. Jakimś cudem, z głodowej emerytury odłożyła dla trójki swoich wnuków pieniądze. Dostałam je od Mamy i dzięki temu mogłam niewielkim nakładem finansowym urządzić nasze nowe gniazdko. Resztę dopełniły moje obrazy i ukochane kwiaty, które zabrałam ze sobą.
Stworzyłam od nowa swoją własną, piękną Przestrzeń.
Jak już wiecie 13 października mój piękny sen się skończył. Zostałam w tym domu sama i spotkałam się z największym ze swoich lęków: nie dam rady go utrzymać, nie zarobię na niego sama…
Z pomocą znowu przyszły mi Anioły. Nagle mnie olśniło…
Masz przecież albumy, puść je, niech lecą wreszcie do ludzi. Nie ustalaj sztywnej ceny. Niech każdy kto chce, może i poczuje, kupi od ciebie album.

Tak zrobiłam i z pomocą przyszliście mi Wy. Najpierw byliście wielkim wsparciem, otuleniem i obecnością. Teraz wspieracie mnie w materii, zamawiając moje Anioły. To już nie są tylko słowa, czy serduszka, które tak łatwo jest wysłać i zapomnieć. To jest Wasza wielka, realna pomoc dla mnie. Dużo z siebie dawałam, a teraz widzę, jak to wszystko wraca. Widzę, że nie jestem sama. Jestem Wam ogromnie wdzięczna, wszystkim i każdemu z osobna. Dziękuję za wszystko co dla mnie robicie, za każdą ciepłą myśl, dobre słowo, za każdą złotówkę. Dzięki Wam, wierzę że uda mi się pozostać tutaj tak długo, jak tylko zapragnę.
Zapraszam każdego, kto będzie miał ochotę pobyć ze mną, w mojej Przestrzeni… w Przestrzeni Obecności, w której dzieją się CUDA ❤

https://obrazyintuicyjne.wordpress.com/gabinet-anielska-przestrzen/

 

Ja

W ciągu 4 miesięcy całe moje życie stanęło na głowie i jeszcze obróciło się parę razy. Rozstałam się z mężem, zostawiłam z nim dzieci, opuściłam mój ukochany dom, dwa koty, ogród i wyprowadziłam się do Miłości mojego życia – do Michała.
Było tak pięknie, ale krótko. Michał umarł, a ja zostałam sama patrząc z niedowierzaniem na to, co się wokół mnie dzieje. To było jak sen, jak bardzo zły sen. Chciałam się obudzić.
Pojawił się ból, straszliwy ból i rozpacz rozrywająca serce na strzępy.

Dzisiaj wiem, że przetrwałam ten sztorm. Przetrwałam bo już na samym początku się poddałam. Zaufałam, że to jakiś boski plan, bo nikt z nas ogarnąć rozumem tego nie potrafił.
Przetrwałam, bo w momencie największej próby pozwoliłam, by to wszystko przeze mnie przepłynęło. Stanęłam naprzeciw ściany wody i pozwoliłam by ta, wściekła, zwaliła się na mnie z hukiem. Jej siła przygniotła mnie do ziemi, padłam na kolana nie raz, ale teraz wiem już czemu przeżyłam…
bo NIE STAWIAŁAM OPORU.
Pozwalałam by emocje jak tajfun wtargnęły w moją energetykę, w moje ciało, do mojego serca i z całą premedytacją pozwoliłam sobie je przeżywać. Płakałam gdy chciałam płakać. Wyłam gdy chciało mi się wyć. Łapczywie nabierałam powietrza jak brakowało mi tchu. Leżałam na podłodze i zwijałam się z bólu, tak wielki to był szok dla mojej ludzkiej części.
Nie złożeczyłam, nie zaciskałam pięści, nie walczyłam…
BYŁAM W TYM DOŚWIADCZENIU CAŁĄ SOBĄ.

I to mnie ocaliło. To sprawiło, że nie rozpadłam się na milion kawałków, jak betonowy kloc będący tamą nie do skruszenia. Prędzej czy później napór wody byłby tak ogromny, że musiałby runąć pod jej naporem… Wtedy nie byłoby co zbierać. Wtedy przez kolejne wcielenia musiałabym szukać utraconych części siebie.
A ja przecież siebie odnalazłam… O to w tym wszystkim chodziło…
O POWRÓT DO SIEBIE.

płomień

Zebrałam się w sobie… Zaczęłam pakować Twoje rzeczy a w radiu leciała piosenka:

Z Tobą nie umiem wygrać,
Gdy patrzysz mi w oczy znów tracę grunt.
Nie wiem jak Cię zatrzymać,
Następnym razem nie wracaj już.

Nie ma nas, nie ma nas, nie ma nas….

Napisałam list, podziękowałam Michałowi za to, co zrobił. Za to co robił podobno od wielu wcieleń, bo taką umowę miały nasze Dusze… Pojawiał się tylko na chwilę by wyrwać mnie z relacji, w których nie mogłam być sobą. Pojawiał się by mnie uwolnić, bo sama nie potrafiłam. Bo sama nie dawałam sobie prawa, żeby zawalczyć o siebie. Bo zapominałam O SOBIE.
Zwolniłam Go z tej umowy. Oddałam Jemu wolność. Oddałam wolność Sobie. Obiecałam, że już nigdy nie zapomnę o sobie. Nigdy, nikomu nie pozwolę się zniewolić, stłamsić czy wykorzystać.
Wiem kim jestem, wiem, którędy mam iść i wiem co mam robić.
BYĆ SOBĄ…. tak po prostu.

Zapiski z podróży – Michał

P1240862

Opowiem Wam moją historię…
24 maja poznałam niezwykłego Mężczyznę. Cudownie nam się pisze, jeszcze cudowniej rozmawia. Kocham jego śmiech, rozpływam się jak płacze, uwielbiam jego wrażliwość i zdecydowanie jednocześnie. Rozumiemy się bez słów, czujemy na odległość. Nie wiem co się dzieje i nie chcę wiedzieć… Puszczam to, otwieram się przed nim jak najpiękniejsza róża. Oddaję mu całą siebie. Wszystko co mam najcenniejszego. Kocham go, a nawet nie wiem jak wygląda.
Rozmawialiśmy pierwszy raz. Bałam się, że jego głos mi się nie spodoba. Bałam się, że mój głos nie spodoba się Jemu. Pokochaliśmy swoje głosy od razu. Śmialiśmy się jak dzieci, nie mogliśmy przestać rozmawiać, wszystko płynęło tak lekko. Czułam się tak, jakbym Go znała od zawsze. Nie chciałam przestawać, chciałam, żeby ta chwila trwała wiecznie…
W nocy przyśnił mi się biały Jednorożec. Wiedziałam, że to dla niego. Kiedy się dopytywał jak on wyglądał, poszukałam zdjęcia i nagle mnie olśniło ! Przecież to był „mój” Jednorożec….
Ktoś kiedyś wstawił grafikę Jednorożca. Tak mnie zafascynował, że dostałam od niego przesłanie:
Anioły otworzyły twoje serce, po to bym ja mógł dotknąć twojej Duszy. Zafascynowałem cię, zwróciłaś na mnie uwagę, bo nadszedł czas by pracować z Duszą i dla Duszy. Na ten czas zostanę twoim przewodnikiem, by wspierać cię w twojej misji rozmawiania z Duszami innych ludzi. Razem ze mną dotykać będziesz najbardziej czułych strun Duszy ludzkiej. Energia mojego rogu pomoże ci dotrzeć do najgłębiej skrywanych pragnień. Moje białe światło prowadzić cię będzie przez zakamarki ludzkiej psychiki, oświetlając cel z jakim Dusza przyszła tu, na świat. Gotowa już jesteś do współpracy ze mną. Imię moje Avatarion.
Nie dawało mi to spokoju, więc postanowiłam go namalować:

Powiedział do mnie wtedy tak:
Przybyłem z dalekich światów by uleczyć twoją Duszę. Połączyć w Jedność, to co przez wieki było podzielone. Trzy warstwy twojej Jaźni na powrót stapiają się w Jedno, by Mocą swojej energii zabłysnąć jak latarnia. Dzisiaj w pełni odzyskałaś swoją Duszę. Od dzisiaj w pełni należy już ona do ciebie. Od dzisiaj w pełni możesz z nią współpracować. Świętuj narodziny swojej świadomości w poczuciu Jedności. Od dzisiaj z mocą kroczyć będziesz przez życie, a ja Avatarion, kroczyć będę u twego boku by wspierać cię i dodawać sił.

Czytając to wszystko nagle mnie olśniło ! To nie był Jednorożec „dla niego”…. To był ON !

W rozmowach z Nim uświadomiłam sobie, że tak oto
Ja jestem Duszą a On jest Duchem…. Odnaleźliśmy się Tu na Ziemi….

Przeczytał mi list, który napisał pod koniec kwietnia. Napisał go do kobiety, którą chciałby spotkać na swojej drodze. Przypomniał sobie o nim, przeczytał i uświadomił, że opisał mnie…
Złożył zamówienie i przesyłka została doręczona….

2 czerwca postanowiliśmy się wreszcie spotkać na żywo. Czekałam na dworcu, rozładował mu się telefon, a ja chodziłam i zaglądałam obcym mężczyznom w oczy, żeby poznać czy to on. Czekałam i czekałam… Zastanawiałam się, co teraz? Jak się odnajdziemy ? Ale tak jak napisałam mu wcześniej, ufałam, że nasze serca się rozpoznają. Wreszcie wpadliśmy na siebie. Zajrzeliśmy sobie w oczy i przytuliliśmy się.
Na początku było dziwnie. Nie wiedzieliśmy co mówić, oboje milczeliśmy, spoglądając na siebie od czasu do czasu. Usiedliśmy, żeby coś zjeść i patrzyliśmy na siebie.
Co się stało Aniu ? Kochasz mnie tylko przez telefon ? – zapytał mnie wreszcie.
Chyba tak, odpowiedziałam. Nie potrafię połączyć Twojego głosu z tym co widzę. Jakiś obraz widocznie sobie wytworzyłam i umysł jest zdezorientowany teraz, coś mu nie pasuje…
Musisz do mnie mówić, będę zamykać oczy a potem pomału otwierać i nakładać sobie Twoją twarz na ten mój fałszywy obraz.
Poszliśmy do pokoju, położyliśmy się, rozmawialiśmy, przytulaliśmy się, całowaliśmy… Nagle ogarnęły mnie straszne wątpliwości. Umysł podjął ostatnią próbę ucieczki: co ty robisz ? Niczego nie jesteś pewna ! To na pewno nie on ! Znowu robisz coś głupiego, znowu robisz coś źle ! Przestań, wstań, uciekaj !
Powiedziałam mu, że się boję… Wszystko rozumiał, wszystko przyjmował, wszystko ode mnie zabierał, jakimś cudem uwalniał mnie od poczucia winy…

Chcę być obok niego cały czas. Leży wtulony, ale dla mnie i tak jest za daleko. Przyciskam go do siebie mocno, chciałabym go wchłonąć, otulić sobą, nigdy nie czuć już rozdzielenia. Chcę go dotykać, patrzeć mu w oczy, całować i tulić. Ciągle mi mało. Ciągle pytam: kochasz mnie ? Kocham Cię, odpowiada z uśmiechem za każdym razem. A czasem mówi: no co ty ! Wtedy znowu zaśmiewamy się jak dzieci.

 

Po porannej rozmowie i bardzo mocnym połączeniu na poziomie energii, położyłam się i zapytałam:

Co ja robię ?
Pozwalasz, żeby przypływało przez ciebie Życie. Dlaczego jak jedna osoba to sprawia, wszystko jest w porządku, a jak zrobi to inna, to już jest źle ?
Przecież to cały czas ta sama energia.
Kto tego zabronił ? Ktoś, kto chce ciebie kontrolować, ktoś kto chce mieć ciebie tylko na własność… Ale ty nie należysz do nikogo, jesteś wolna…
Ale mam rodzinę…
Nie mogę ich skrzywdzić
A możesz krzywdzić siebie ?
Możesz zabić część siebie ?
Kto dał ci do tego prawo ?
Kto od ciebie tego wymaga ?
………………………………………
Nie możesz zabić płynącego w tobie życia, nigdy ci się to nie uda, bo za bardzo je kochasz. Dzięki tej energii żyjesz, oddychasz, tworzysz, jesteś szczęśliwa, unosisz się…. dlaczego chcesz to stłamsić? Zakneblować ? To strumień Życia, nie zatrzymasz go, nawet gdybyś chciała. Owszem, możesz, ale to cię zniszczy. Właśnie to sprawi, że zaczniesz umierać za życia…. Bo chcesz kontrolować coś, czego kontrolować się nie da. Temu trzeba pozwolić płynąć, trzeba za tym podążać, podążać za nurtem życia.
A konsekwencje ?
To wymysł ludzi, którzy umierają za życia…
To wymysł tych, którzy całe życie próbują cię kontrolować. To wymysł miłości warunkowej. To program, który trzyma cię w klatce i nie pozwala odetchnąć pełną piersią. To kompromis, a życie nie idzie na kompromisy. Jeśli się od niego odwrócisz, ono odwróci się od ciebie.
Tego chcesz ?
NIE !
Co mam robić ?
Poddaj się…..
PODDAJĘ SIĘ

4 czerwca byłam na warsztatach, na których gościem specjalnym był Archanioł Michał. Poprosiłam go w myślach, żeby powiedział coś tylko do mnie. W zasadzie mówił cały czas do mnie. Zaczął się po prostu wydurniać tak jak on. Chciał, żebyśmy się śmiali… Nie mam wątpliwości, że to było show specjalnie dla mnie 🙂
Podczas jednego ćwiczenia w parach zapytałam swojej Wyższej Jaźni: co mam robić ?
Bądź tak wolna jak potrafisz
Podążaj za znakami
Nic nie musisz robić
Wszystko jest już zaplanowane
Poddaj się boskiemu planowi, który jest doskonały
Nie twórz więcej cierpienia
Wszystko ma się dziać w lekkości.

Jak rozmawialiśmy pierwszy raz, w nocy przyśnił mi się Jednorożec, a rano usłyszałam muchę obijającą się o szybę. Wstałam, żeby ją wypuścić, ale jej tam nie było. Było za to małe, szare piórko przyczepione do pojedynczej nitki pajęczej… Wiedziałam, że to od niego…
Następnego dnia Milenka mówi: mamo, zobacz co mam dla ciebie… i pokazuje mi kolejne, piękne szare piórko, trochę większe od tego pierwszego. Odłożyłam do pudełeczka jak najcenniejszy skarb. Pomału zbiorę całe skrzydła mojego Michała i oddam mu je, by wolny mógł doświadczać tego, czego tylko zapragnie jego piękna Dusza….

W naszej ostatniej rozmowie Michał powiedział mi: jedyny błąd jaki popełniłaś to to, że dałaś mi za dużo wolności…
Nie uważam, że to błąd, tak czuję, a to ty podejmujesz decyzje…

Tej nocy, 13 pażdziernika postanowił odejść na zawsze…

Nie mogłam uwierzyć w to, co się stało. Upadłam na podłogę i wyłam jak zranione zwierzę. Wpadłam w najczarniejszą otchłań w swoim życiu. Wpadłam w nią bardzo głęboko i nie widziałam sposobu, żeby się z tego wygrzebać. Z pomocą przyszły mi ziemskie Anioły. Przyszliście Wy, znajomi i przyjaciele z fejsbuka. Każdy wpis był dla mnie otuchą, każdy telefon, każdy sms. Czułam że wchodzicie w ten dół razem ze mną, że nie jestem sama, że mnie wspieracie, wysyłacie miłość, otulacie jak tylko potraficie. Nie byłam w tym SAMA i to było dla mnie najcenniejsze.
Przez zupełny „przypadek” akurat tego dnia przylatywała do mnie moja kochana Dorcia Rocker z Niemiec. Ona też weszła ze mną do tego koszmarnego dołu i cierpiała tak jak ja. Ocierała mi łzy, głaskała po głowie, budziła się w nocy gdy płakałam, wstawała i tuliła mnie jak matka. Podnosiła z kolan jak upadałam… Nie wiem co bym bez niej zrobiła. Tak mi było ciężko, bo widziałam, że cierpi razem ze mną i niesie ze mną ten ciężar. Resztkami świadomości pytałam siebie, co mam robić ? Przecież to nie tak miało być wszystko… przecież miałam nie tworzyć więcej cierpienia…
Potem pojawił się kolejny Anioł – moja kochana Szamanka, Jadwiga Najra. Powiedziałam jej co się stało, a ona się uśmiechała… Pomyślałam, że chyba zwariowała, chyba nie dotarło do niej co mówię, dlaczego ona się uśmiecha ?!!!
Chciałam tylko, żeby sprawdziła czy jest bezpieczny, czy nie wciągnęło go coś ciemnego w otchłań. Sprawdziła i okazało się, że jest na statku pirackiem i świetnie się bawi. Ma zamiar podróżować, a ja mam się o niego nie martwić.
Ale się wkurzyłam ! Jak to świetnie się bawi ? Przecież ja tu cierpię !

I to był przełom. Nagle wszystko się rozjaśniło. Michał miał duże poczucie humoru, tym mnie ujął najbardziej. Przecież on nie chce, żebym ja cierpiała. Skoro on jest szcześliwy, ja też chcę żyć dalej. Kto powiedział, że żałoba ma trwać rok, czy 9 miesięcy ? Mam na taki szmat czasu zatrzymać swoje życie ? Przecież to kompletnie bez sensu. Największy nasz błąd to to, że myślimy o śmierci. Jej przecież nie ma. On nie umarł, on tylko zmienił formę, na lżejszą. Cierpiało tak naprawdę moje ego, które uświadomiło sobie, że on wybrał wolność zamiast mnie… Ale przecież dałam mu tę wolność, więc Wszechświat krzyknął: SPRAWDZAM !
I sprawdził, czy dałam naprawdę, czy to były tylko puste słowa.
W tym doświadczeniu przerabiałam ewidentnie czakrę korony, którą blokuje przywiązanie…
Musiałam puścić wszystko co kochałam. Najpierw męża, dzieci, dom, ogród, moje koty i firmę… A na samym końcu musiałam puścić Michała. Musiałam uznać jego prawo do podejmowania własnych decyzji. Musiałam dać mu tę wolność naprawdę. Tak zdecydował z miłości do mnie. Uznał, że stamtąd bardziej mi pomoże, niż będąc tu i zmagając się z ciężką chorobą. Ciało było za słabe, a Duch chciał latać wysoko…

Miłość nie zniknęła. Przejawia się cały czas w różnej formie. Cały czas dostaję od niego znaki. Pierwszy to było słońce, które wyszło zza chmur w kształcie serca, z promieniem skierowanym prosto na mnie.
Ale najmocniej zadziałał w niedzielę. Wracałyśmy z Dorcią z pogrzebu. Było już ciemno, nagle samochód wpadł w dziurę, zapaliły się wszystkie kontrolki i natychmiast temperatura silnika skoczyła na maksa. „Przypadkiem” przejeżdżałam obok stacji benzynowej, mogłam natychmiast zjechać i zatrzymać się. Otworzyłam maskę i jakoś zupełnie spokojnie stwierdziłam, że pewnie trzeba kupić płyn do chłodnicy. Jak wracałam, okazało się, że przy samochodzie stoi kolejny Anioł – Staszek. Poświecił telefonem, posprawdzał i stwierdził: no dziewczyny, dalej nie pojedziecie, jest duży wyciek, jedziecie ze mną do Warszawy. Odwiózł nas pod sam dom, nadrabiając mnóstwo kilometrów. Mało tego, po drodze załatwił mechanika i transport na miejsce. Samochód został 140 km przed Warszawą. Nie mogłyśmy uwierzyć w nasze szczęście. Wiedziałam, że to sprawka Michała, bo Staszek tak nas rozśmieszał, że mogłyśmy odreagować przygnębiającą ceremonię pogrzebową.
Później razem z Dorotką zaczęłyśmy się zastanawiać o co chodziło z tym samochodem, bo wiadomo przecież że to przedłużenie mnie i odzwierciedlał mój stan. Nagle wszystko stało się jasne… Wpadłam w dół, wylała się cała woda – moje łzy, a to sprawiło że silnik (serce) omal nie pękło… Trzeba się było natychmiast zatrzymać. Przerwać to. Tak zrobiłam i przeżyłam. Moje serce nie pękło… Wróciłam do siebie.
Michał zawsze mi powtarzał, że jestem bardzo silna. Wiem, że cieszy się widząc mnie szczęśliwą. Wiem, że życie ma dla mnie jeszcze mnóstwo dobrych niespodzianek.
Spotkaliśmy się po to, żeby poznać czym jest miłość bezwarunkowa. Spotkaliśmy się po to, by dać sobie WOLNOŚĆ.
U Iwonki Mazurek na Zlocie Aniołów wyciągnęłam kartę i zadałam pytanie: czy to wszystko prawda ?
Pojawiła się Nieśmiertelna Miłość z wytłumaczeniem: Miłość, której doświadczasz jest wieczna bez względu na towarzyszące jej okoliczności.

Dziękuję Kochany za wszystko, czego dzięki Tobie doświadczyłam. Pozostaniesz w moim sercu na zawsze ❤

 

porządki

Już jakiś czas chodzi za mną, żeby napisać co się dzieje. Jak ja odczuwam energie kłębiące się teraz na Ziemi. Jest trudno, czas decyzji. Wszystko dzieje się w oszałamiającym tempie i jesteśmy sprawdzani co zrobiliśmy, na ile jesteśmy świadomi, jak zareagujemy. Nieważne przez jakie doświadczenia przechodzimy. One są różne, ale wszędzie chodzi o to samo – o wybór, po której staję stronie ?
Co wybieram ?
Ciemność czy Światło ?
Strach czy zaufanie ?
Problem, zamartwianie się i wyklinanie czy szansę na rozwój ?
Ugrzeznę w bagnie, czy wzlecę wyżej ?
„Ciemne siły” robią teraz wszystko co mogą, by pokazać nam nasze najsłabsze miejsca i za pomocą strachu wciągnąć nas w otchłań. To nasi najsurowsi nauczyciele, ale i najbardziej skuteczni. W momencie, w którym to zrozumiemy – stają się naszymi sprzymierzeńcami, dzięki nim odkrywamy własną siłę…
Odbywa się to bardzo prosto. Pojawia się trudna sytuacja, przerażająca wręcz. Taka, która wydobywa na wierzch nasze największe lęki. Co trzeba zrobić ? Stanąć naprzeciw tego co widzimy. Spojrzeć temu odważnie w oczy. UŚWIADOMIĆ sobie: co to jest ? Czego się boję ? Poczuć to w ciele, każdą komórką, każdym mięśniem. Poczuć ten strach, poczuć ten smutek, poczuć to przerażenie… poczuć wszystko, cokolwiek to jest. A potem po prostu PUŚCIĆ. Odetchnąć głęboko i puścić. Zaakceptować że przyszło, podziękować że się ujawniło, że się pokazało, że wypełzło z nory i stanęło przed nami. Uśmiechnąć się do siebie, do tego co widzimy i ZAUFAĆ. Skoro przyszło, znaczy że jest dla naszego dobra, że mi służy, że dam radę, że wszystko jest tak jak ma być. Taki jest plan, tak sobie wybraliśmy.
Za każdym razem jak pojawia się opór – PUŚĆ. Puszczaj wszystko co staje okoniem. Puszczaj wszystko co idzie jak po grudzie… znaczy nie ten czas, znaczy że to Tobie nie służy. Odetchnij i puść, a zobaczysz co się stanie.
Za każdym razem jak odpuszczałam, sytuacja diametralnie się zmieniała na taką, jakiej bym rozumem swym nie wymyśliła, ale na najlepszą jaka mogła się wydarzyć. Wszystko zaczyna się układać, jak puszczamy. Trudno iść swobodnie przez życie,  trzymając na smyczy dziesięć psów, z których każdy rwie się w inną stronę. Ileż na to trzeba energii, żeby je utrzymać… Po co ? Puść, a poczujesz się wolny jak ptak, który może wszystko. Zaufaj i skocz z rozpostartymi skrzydłami. Twoja Dusza uniesie Cię tam, gdzie będzie Ci najlepiej. Poprowadzi takimi ścieżkami o jakich nie marzyłeś nawet we snach. Ona sprawi, że wszystko stanie się lekkie, a Ty znajdziesz się w raju stworzonym przez siebie.

 

galaktyczne-spotkanie

Coś potężnego się dzieje, nie wiem czy to czujecie ?

Miałam wczoraj trudny dzień, wyszłam na spacer z moim Wilkiem. W naturze szukam ukojenia i odpowiedzi. Poprosiłam o nie, ale czułam że chyba nie przyjdą bo temat trudny i sama muszę się z nim uporać. A tymczasem zbliżała się burza. Fajnie, pomyślałam – zmoknę, oczyszczę się trochę z tych wszystkich emocji…
Zaczęło podać, błyskać się i grzmieć. Szłam przed siebie i nagle przyroda wszystko mi pokazała, a wraz z obrazem pojawiły się słowa:
Słońce miesza się z Deszczem
Światło z Ciemnością
Wszystko się przenika
A jedno nie może istnieć bez drugiego…
Jeśli to wreszcie przyjmiemy wejdziemy do Raju

Co obserwuję ? Tego nie da się już nie zauważyć. Widzę to u siebie, u innych, widzę u Was jak komentujecie moje obrazy. Zaczynamy się wzajemnie przenikać, łączyć, czuć, odbierać. Zaczynamy wychwytywać z przestrzeni te same obrazy, słowa, dźwięki, energie. Zaczynamy ze sobą współpracować. Jeszcze trochę po omacku, jeszcze jak we mgle, ale wytrwale idziemy do przodu budując dla siebie i dla naszych dzieci nowy, lepszy świat.
Kluczem jest zrozumienie, że wszystko jest w nas. Kluczem jest to, żeby niczego nie odrzucać, z nikim nie walczyć, a we wszystkim co jest, zobaczyć SIEBIE. I choćby nie wiem jak brzydkie to było, choćby nie wiem jak mroczne czy złe… spróbować przejrzeć to na wylot, odłożyć na bok strach, odłożyć emocje i zobaczyć, że to co najmroczniejsze najbardziej się boi. To co ciemne najbardziej jest nieszczęśliwe i najmocniej potrzebuje naszej miłości, naszego otulenia, naszego TAK. Polegamy jak gramy na ich zasadach. Przegrywamy wtedy, jak pozwolimy się zastraszyć, jak wejdziemy w niskie energie złości, zazdrości, pożądania, smutku czy agresji. Ale jeśli spojrzymy ponad to, jeśli sięgniemy wyżej, ciemność zostanie rozświetlona naszą Świadomością i Miłością. To musi iść w parze… bo Świadomość bez Miłości jest zimna i obojętna. Miłość ją rozgrzewa sprawiając, że staje się pełnią.

 

 

 

zachod_jeden krok2

Tak mi chodzi po głowie jeden tekst. Spróbuję to ubrać w słowa…
W życiu możemy iść dwoma drogami: drogą cierpienia i drogą radości.
W naszym życiu funkcjonują dwa rodzaje ludzi: ci którzy w sposób bolesny pokazują nam nasze cienie i tacy, którzy widzą naszą prawdziwą Istotę. Jest zasadnicza różnica w jaki sposób się uczymy. Ale jedno jest pewne jedni i drudzy czegoś nas uczą.
Jest w nas zakotwiczone przekonanie, że cierpienie uszlachetnia, że tylko wtedy, kiedy cierpimy rozwijamy się tak naprawdę. Ale ja czuję, że jest w tym pewien fałsz. Nasz umysł uwielbia cierpieć. Uwielbia dostarczać nam sytuacji, w których rwiemy włosy z głowy, w których mamy okazję, żeby się pozamartwiać. Kochamy to, bo wtedy czujemy że żyjemy. Coś się dzieje, adrenalina tryska uszami… Znam to doskonale, bo tak właśnie funkcjonowałam przez lata, przez miliony wcieleń. Tak naprawdę jest to jedyna rzecz jaką znałam dogłębnie i od podszewki. To była jedyna stała w moim życiu: cierpienie…
Aż pewnego dnia pojawiły się w moim życiu Anioły i pokazały mi, że można inaczej. Że wcale nie muszę cierpieć, że jest mnóstwo innych, ekscytujących stanów, które dadzą mi to, czego pragnę. Które pozwolą mi poczuć, że naprawdę żyję. Anioły są nauczycielami, które uczą nas właśnie w ten drugi sposób. Pokazują nam Kim naprawdę Jesteśmy i z tego poziomu pomagają nam zobaczyć, zaakceptować i ukochać nasze cienie. Wyciągają je na światło dzienne, oświetlają, ale robią to w sposób pełen miłości i delikatności. Nigdy nie poczułam się przy nich gorsza, nigdy nie wzbudziły we mnie poczucie winy, nigdy mnie nie poniżyły. W łagodności leży ich moc. Nikt nigdy nie nauczył mnie tyle o sobie, ile moje Anioły. Trzymając się kurczowo cierpienia tkwiłam w kółko w tym samym schemacie. Wiedziałam, że coś jest nie tak, ale nie potrafiłam tego zmienić. Kręciłam się jak koń w kieracie powtarzając wiecznie te same błędy i tworząc coraz więcej i więcej cierpienia. Anioły pokazały mi, że jest inna droga, że potrafię to zmienić, że mogę uczyć się inaczej.
Aż wreszcie uznały, że jestem gotowa i mogę całkowicie się poddać… że moje ego wreszcie na tyle osłabło, że jestem w stanie zaufać Wyższej Sile, która pojawiła się w moim życiu. Pierwszy raz w życiu poddałam się woli Boga. Nie wiem co będzie na końcu drogi, nie wiem jaki jest jej cel, wiem tylko, że mam nią podążać z tak wielką ufnością na jaką mnie stać.
I stało się tak, że pojawił się w moim życiu Nauczyciel, który uczy właśnie tak jak uczą Anioły. Uczy poprzez radość, poprzez śmiech, poprzez miłość i zrozumienie. Ale prawda jest taka, że tamta Ania, znana jako Drama Queen, musiała wreszcie umrzeć. Musiała zdecydować, że nie chce tworzyć więcej cierpienia, że nadszedł czas by wybrać inną drogę. Nadszedł czas by Śmiech był moim nauczycielem, bo śmiech to napotężniejsza z uwalniających energii.
Zdecydowałam, umarłam i narodziłam się na Nowo. Teraz prowadzi mnie Radość.

P1240661

W połowie stycznia pojawiła się na moim tarasie kotka. Na grzbiecie miała wielki kołtun, była słabiutka, zmarznięta i głodna. Karmiłam ją i myślałam, że wróci do domu, ale ona koniecznie chciała być u nas. Mam już dwie kotki i bałam się, że Szpulka, ta najstarsza znowu sobie pójdzie, bo uzna że nie ma tu już dla niej miejsca. Było tak już raz, jak przyplątał się do nas mały kotek. W końcu zdaliśmy się na mądrość Natury i postanowiliśmy z Jankiem, że ją weźmiemy. Okazało się, że to staruszka. Nie miała części zębów, widać to było w sposobie poruszania się, po sierści… nawet nie miała siły się myć. Okazało się, że moje dwie kotki są mądre i wiedziały że Misia nie jest dla nich żadnym zagrożeniem. Obyło się bez awantur.

Zastanawiałam się po swojemu: czemu ona do nas przyszła ? Co mi ma pokazać ?

Odpowiedź była bardzo prosta. Miałam zaopiekować się starością, miałam się jej przyjrzeć, miałam wreszcie POZWOLIĆ jej godnie odejść.

Była zupełnie innym kotem niż moje. Nie przychodziła na kolana, nie lubiła za bardzo głaskania, ale na swój sposób pokazywała nam swoją wdzięczność. Była blisko nas, ale wymagała szacunku dla siebie. Dwa dni temu poczułam nagle potrzebę, żeby położyć się obok niej na dywanie, nie próbując nawiązać z nią kontaktu fizycznego. Pozwoliłam jej zdecydować czy ma na to ochotę. Przysunęła się do mnie i otarła łebkiem o moją twarz, przytuliła się. Rozczuliła mnie tym bardzo.

Wczoraj o 4 nad ranem obudziła nas krótkim, ale głośnym, rozdzierającym miauczeniem. Leżała pd łóżkiem Zuzi i tak szybko oddychała. Wiedziałam, że nadeszła jej pora. Poleżałam przy niej, ale za chwilę się uspokoiła i zasnęła. Rano zeszła na dół i koniecznie chciała wyjść. Położyła się w krzakach. Po jakimś czasie poprosiłam Zuzię, żeby jej poszukała i przyniosła delikatnie do domu. Zła byłam później na siebie, wiedziałam że to był błąd. Była bardzo niezadowolona, że się ją przyniosło i natychmiast chciała znowu wyjść.

Nigdy wcześniej żadne zwierzę przy mnie nie umierało, więc nie wiedziałam… ale zrozumiałam, że chce być sama, chce mieć spokój. Tym razem schowała się lepiej. Nie można jej było znaleźć. W końcu zobaczyłyśmy gdzie leży. Podeszłam do niej i cichutko zawołałam, odwróciła głowę, nie chciała nawet na mnie patrzeć, albo nie chciała żebym ja patrzyła na nią.

Głos ludzki w środku mnie wykrzykiwał, że może trzeba ją zabrać do weterynarza, może się czymś zatruła, może trzeba ją ratować ? Na szczęście drugi głos był silniejszy: zostaw ją w spokoju, pozwól działać Naturze według jej praw. I mimo że serce się wyrywało, bo noc, bo ciemno, bo wiatr… zostawiłam Misię tam gdzie chciała. Odeszła pod osłoną nocy.

Zostałam sama w domu i pozostało mi spełnić ostatnią przysługę. Musiałam znaleźć miejsce w ogrodzie, wykopać dół i pochować ją.

Nigdy nie dotykałam fizycznie śmierci. Ale maj był dla mnie łaskawy. Pozwolił mi jej dotknąć aż dwa razy, najpierw Babcia, teraz Miśka. Zaskoczył mnie dotyk jej ciałka. Śmierć pozbawia ciała miękkości, ciepła, lekkości. Sprawia, że to co było żywe staje się sztywne, zimne i ciężkie.

Najtrudniej było mi ją ułożyć w dole i zasypać. To było takie trudne doświadczenie, płakałam, było mi ciężko. Ale jak skończyłam zakopywać przyszło mi nagle do głowy, żeby od razu posadzić w tym miejscu krzak. Mam w ogrodzie pełno małych sadzonek. Same mi się wysiewają. Wykopałam jedną z nich i zasadziłam. I wtedy pojawiła się taka oczywista myśl, która nadała lekkości całemu temu rytuałowi przejścia:

W miejsce śmierci pojawiło się nowe życie….

I tak to przecież jest w Naturze, której my jako ludzie tak bardzo próbujemy się przeciwstawić.

Moja Babcia odeszła, ale na jej miejsce przyjdzie dwoje jej wnucząt… Zrobiła im miejsce…

Usiadłam przy Misi i podziękowałam jej za Dary, które mi przyniosła: za możliwość zaopiekowania się starością, za zaufanie, za to że wybrała właśnie nas, za to że pokazała mi na czym polega świadome umieranie, za całe to trudne, ale niezwykle oczyszczające doświadczenie. Była krótko, ale nauczyła mnie tak wiele…

P1110304

Kochana Babciu,

Miałam Cię odwiedzić w poniedziałek… Nie zdążyłam, miałaś inny plan… Bawiłam się z przyjaciółmi, ale Ty znalazłaś sposób, żeby dać mi znać. Wszyscy poszli spać, a ja spojrzałam na zegarek i nie wierzyłam własnym oczom. Byłam przekonana, że jest po północy, była 21.46 – w tym czasie Twój Duch opuścił już ciało. Żyłaś tak cicho i skromnie, ale Twoja Dusza była potężna. Biły pioruny, grzmiało i pomrukiwało, a niebo nad Twoim domem płakało strugami ciepłego deszczu.

Tyle rzeczy chciałabym Ci powiedzieć, ale żyjemy tak, że nigdy prawie sobie tego nie mówimy, zawsze czekamy na lepszy moment, zawsze nam się wydaje, że jeszcze zdążymy…

Wiem jak bardzo nas kochałaś i wiem, że Ty wiesz jak bardzo my kochaliśmy Ciebie. Nazywałaś mnie zawsze swoją czwartą córeczką. Jak się urodziłam miałaś mniej lat niż ja teraz. Już jako dziecko czułam, że jesteś za młoda, żeby być Babcią więc przez długie lata mówiłam do Ciebie Basiu….

To światło, które towarzyszyło Twojemu odejściu uświadomiło mi jak potężną byłaś Istotą i jak wiele nas nauczyłaś. Życie doświadczyło Cię tak boleśnie, że już od młodych lat wiedziałaś, co ma największą wartość. W czasie wojny straciłaś wszystko, dlatego wiedziałaś, że to, co materialne nie ma żadnej wartości. Jedyną wartością dla Ciebie była zawsze Rodzina. Bo rodzina to siła, to nasze korzenie, to wartość której przecenić się nie da. Mój los potoczył się tak, że zamieszkałam w Babicach, w miejscu, które znałaś od dziecka i z czasów młodości. Tam spotkałaś miłość swojego życia, mojego Dziadka Sylwka, którego mnie nie dane już było poznać. Po jego śmierci rzadko tam już bywałaś, ale jak Cię odwiedzałam, zawsze zadawałaś mi te same pytania: widziałaś Tereskę ? Jak tam Broncia ? Jak się czuje Marysia ? Jak ci się tam mieszka, jesteś tam szczęśliwa Aniu ?

Babciu,chcę żebyś wiedziała, że jestem tam bardzo szczęśliwa, to moje miejsce na Ziemi i wdzięczna jestem, że dane mi było właśnie tam założyć mój dom. To Ty opowiadając mi historie rodzinne, opowiadając o własnych korzeniach, już od dziecka zaszczepiłaś we mnie tęsknotę za tym, by wiedzieć jak najwięcej o moich przodkach, o ludziach którzy żyli przede mną, o tych dzięki którym ja istnieję. Rodzina to potężna siła i czuję to wsparcie codziennie mieszkając w otoczeniu Twojej i naszej Rodziny. Jestem tam taka bezpieczna, wystarcza mi świadomość, że tyle bliskich osób jest tuż obok mnie.

Kolejną wartością, którą mi przekazałaś była wiara w ludzi i to, żeby nigdy nikogo nie oceniać niesprawiedliwie. Miałaś 14 lat i po powstaniu warszawskim zostałaś sprzedana na targu do pracy w niewoli. Mogłabyś całe życie hodować w sercu złość i żal do ludzi, którzy zmuszali Cię do pracy ponad siły. Ale ja nigdy nie usłyszałam z Twoich ust złego słowa na nich. Wręcz przeciwnie, zawsze powtarzałaś, że miałaś wielkie szczęście i dobrze trafiłaś. Nie byli Twoimi wrogami, widziałaś w nich dobrych ludzi, bo sama taka byłaś – chodząca dobroć i życzliwość.

Babciu, wiem że jesteś tu teraz z nami. Wiem, że jesteś szczęśliwa bo masz wokół siebie tak wielu swoich bliskich. Wiem, że obserwujecie nas z góry i wspieracie swoją miłością i mądrością. Pamiętasz jak opowiadałyśmy sobie historie o duchach? Uwielbiałam je. Mam nadzieję, że pamiętasz o naszej umowie i przyjdziesz do mnie, skoro ja nie zdążyłam. Czekam na Ciebie. Zawsze nam powtarzałaś: pamiętajcie, tylko po mnie nie płaczcie…

Obiecuję, że nie będę już płakać bo chcę się cieszyć Twoim szczęściem, Twoim życiem wśród bliskich, bez ułomności i niewygód zmęczonego ciała. Wiem, że Twój potężny Duch jest teraz wolny, a miłość przecież nie zna granic. W naszych sercach pozostaniesz na zawsze jako Najukochańsza Babcia na świecie ❤

P1240595

Kim Jestem ?

Zadaję sobie to pytanie i płaczę, bo nic nie czuję. Czuję się jak pusta skorupa, tak jakbym nie istniała. Nie wiem co robić, nie wiem w którą stronę iść. To mnie przeraża. Rozpadam się na kawałki…

Jestem nad Wisłą. W naturze szukam odpowiedzi, ale nic się nie pojawia. Jestem z tym sama i czuję, że tak ma być, chociaż umysł rozpaczliwie szuka osoby, która mogłaby mi pomóc, kogoś do kogo mogłabym zadzwonić i się wypłakać. Nie ulegam mu, zostaję z tym sama…

Jestem i słucham dźwięków, które mnie otaczają. W końcu kładę się na piasku. Od razu czuję spokój i otulenie. Gaja nigdy jeszcze mnie nie zawiodła… Zasypiając wiem, że dostanę w końcu swoje odpowiedzi. Budzi mnie głos jakiegoś dziecka. Przez sen myślę sobie, że to Milena i dopiero za chwilę uświadamiam sobie gdzie jestem. Trochę mnie irytuje, że przyszli jacyś ludzie. Widać potrzebuję pobyć sama, we własnej energii, potrzebuję się nią napełnić.

A Kim Jestem ?

Życiem, które uczy się życia.

Świadomością, która stara się ogarnąć samą siebie.

Energią, która próbuje dopasować się do formy jaką przyjęła.

Czy to wszystko ma sens ?

A czy musi mieć sens ?

Jestem zmęczona pytaniami. Chcę płynąć leniwie i spokojnie jak rzeka przede mną i nie zadawać więcej pytań. Nie chcę zastanawiać się wiecznie co robię źle, a co robię dobrze. Nie chcę dopasowywać się do czyichś oczekiwań.

Płynę przez życie we własnym tempie, moim własnym nurtem. Nie chcę, żeby ktoś mnie regulował, zmieniał mój bieg, spiętrzał moje wody, mówił co mam robić, żeby płynąć lepiej, że płynę za wolno. Każda rzeka jest inna, ale wszystkie i tak płyną w tym samym kierunku, wszystkie i tak spotkają się w tym samym Oceanie.

Rzeko, dziękuję Ci za Twoją mądrość, za spokój i za to płynięcie, którego mnie uczysz. Włączam się w nurt Twojego Istnienia.

 

P1240331

Wreszcie po 13 latach mieszkania w domu zdecydowałam się na odnowienie salonu. Już dawno wiedziałam, że jest taka potrzeba, ale nie było siły, żeby zadziałać. Ciągle coś stało na przeszkodzie. A to silnik stojący w salonie, a to brak czasu, czy chęci do podjęcia wysiłku. Ale w tym roku zdecydowałam, że muszę to wreszcie zrobić. Zapisałam to jako jeden z punktów na mojej mapie marzeń i on się właśnie realizuje. Janek pojechał na Białoruś, a ja i jego brat działamy. Prace przygotowawcze zaczęły się już wcześniej, toteż wszędobylski pył dokucza mi już od jakiegoś czasu. Jestem wyjątkowo niechętna takim atrakcjom w domu, ale przekonałam samą siebie, że trzeba zacisnąć zęby i jakoś to przetrwać.

I tak mi dzisiaj przyszło, że tak jak dom jest świątynią dla naszego ciała, tak nasze ciało jest świątynią dla Duszy. Robiąc ten remont, napotykam mnóstwo podobieństw. I tak sobie myślę, że nasze domy pokazują nasze wnętrze. Moje było już bardzo zakurzone. W każdym zakamarku odłożyło się mnóstwo kurzu i pajęczyn. Wszystko było zlepione, zasklepione, zastygłe. Trzeba było zajrzeć w każdy kąt i wyczyścić dokładnie, mozolnie, miejsce przy miejscu. Nie robi się tego na bieżąco, bo nie ma czasu. Robi się tylko tam, gdzie widać. Nigdy nie ma czasu i chęci na gruntowne porządki. Dobrze jest, jak jest… No i uzbierało się tyle, że aż mnie przeraziło jak zaczęłam to wszystko odkrywać.

I w zasadzie analogia nasuwa się sama. Gruntowne porządki robiłam ostatnio w swojej cielesnej świątyni malując obrazy wszystkich czakr. Malując i grając na misach „przeczyściłam” energetycznie każdy zakamarek swojego ciała. I zgodnie z regułą, to co zadziało się w energii, teraz musi zamanifestować się w materii. Dociera do mnie, czemu nie mogłam tego remontu zrobić wcześniej. Nie było odpowiedniej przestrzeni. Teraz wszystko dzieje się samo. Nawet nie wiadomo skąd pojawił się Anioł Świętej Przestrzeni, rozpostarł nade mną swoje skrzydła, po to bym mogła uporządkować moją własną, domową przestrzeń.

I tak sobie myślę, że z tym naszym domem, jest tak samo jak z ciałem. Jak decydujemy się na zmiany, musimy się liczyć z tym, że na początku pojawi się chaos. Będzie niewygodnie, będzie się trzeba namęczyć, będzie czasem bolało, będzie dużo pyłu i kurzu, będzie pot i łzy. Trzeba to przetrwać. Trzeba się skupić na tym, co przed nami. Na tym, że będzie pięknie, że idziemy ku lepszemu, że szlifujemy swoje ciało by zabłysnąć całą swoją jasnością, całym blaskiem. Że ten blask będziemy mogli objawić światu.

Od bardzo dawna miałam świadomość istnienia czakr, ale nigdy nie brałam na poważnie potrzeby „czyszczenia” ich. Wydawało mi się, że jakoś tam się ogarniają, że jest ok. Dopiero misy i malowanie odkryły mi całe pokłady, które trzeba było gruntownie obejrzeć i coś z tym zrobić. Dopiero jak się za to wzięłam, zobaczyłam efekty. Jednym z nich, bardzo namacalnym, jest moja nowa przestrzeń w domu. Kolejnym jest świadomość, że moje ciało, moja energetyka również się zmieniły.

Poza tym im więcej robimy przestrzeni wokół siebie, tym więcej może się wydarzyć. Mam wrażenie, że wszystko co się teraz u mnie dzieje ma swój cel. Wszystko to przygotowuje mnie na coś nowego. Nie wybiegam za bardzo w przyszłość, bo i po co ? Skupiam się na tym, co jest do zrobienia TERAZ. Krok za krokiem, dzień za dniem, każdego dnia buduję siebie od nowa. I cieszę się z każdej zmiany, bo każda z nich prowadzi mnie do najlepszej wersji mnie samej.

negatywne-emocje

W niedzielę wybrałam się na wykład prowadzony przez Anię Burakowską i Pawła Bartnika. To cykl wykładów poświęconych dostrajaniu się do świadomości Ziemi, do jej wizji zmian. Bardzo dużo mi to daje. Porządkuję sobie to, co sama gdzieś tam odkrywam. Wszystko fajnie się rozjaśnia i układa. Wczoraj było ciekawie. Poruszony został temat emocji i sposoby radzenia sobie z nimi. Rozgorzała zacięta dyskusja. W powietrzu zawrzało wręcz od emocji. Ania super wyczuła ten moment i zaproponowała ćwiczenie, w którym mogliśmy natychmiast zobaczyć co tworzymy i jeśli zechcemy – uwolnić się od tego.

Emocja jest energią w ruchu. Jeśli pomyślimy o czymś i damy temu swoją energię, ona zaczyna krążyć w naszym ciele i coś nam w ten sposób robić. Jeśli w danym momencie skupimy się na odczuciach płynących z ciała, będziemy w stanie od razu stwierdzić, czy dana myśl i idąca za nią emocja, robi nam dobrze, czy źle ? Na przykład, jeśli się na kogoś wkurzymy, zaczyna nam się gotować w środku, para bucha nosem, coś nas rozsadza. Jak się z tym czujemy ? Fajnie, czy raczej niekoniecznie ? Czy wyprowadza nas to z równowagi ? Sprawia, że zaczynamy kipieć z oburzenia, trząść się w środku ? Raczej tak 😉

I teraz mamy trzy opcje zachowania. Pół biedy jeśli możemy to pokazać. Zwykle działamy tak, że wylewamy to wszystko na obiekt naszej wściekłości. No cóż, jedyna korzyść z tego taka, że ta emocja nie zagnieździła się w naszym ciele. Ale fakt, że wylaliśmy ten syf na kogoś sprawia, że to i tak do nas wróci prędzej czy później, chociażby w postaci poczucia winy, która jest jedną z najbardziej obciążających nasz system energetyczny emocji.

Druga opcja jest taka, że nie możemy wylać tych emocji z siebie, bo obiektem naszej wściekłości jest np. szef. W związku z tym zaciskamy zęby, wstrzymujemy oddech i zatrzymujemy tą energię w ciele. Efekt ? Prędzej czy później nabawimy się wrzodów, albo co gorsza nowotworu czy innej choroby, do wyboru jest wiele możliwości.

Mamy też trzecią możliwość. Możemy zaobserwować, że emocja się pojawia, zaczyna krążyć w naszym ciele. Sam fakt zaobserwowania jej jest już dużym sukcesem. To znaczy, że stajemy się świadomi siebie i swojego ciała. Obserwujemy ją zatem i próbujemy nazwać. Zadajemy sobie pytanie: co ja teraz czuję ? Co ta emocja ze mną robi ? Czy chcę tego ? Jeśli odpowiedź brzmi: NIE, możemy zadziałać szybko i skutecznie. W tym właśnie momencie możemy zdecydować, że uwalniamy się od tej emocji. Dziękujemy jej, że się nam pokazała, oddychamy sobie głęboko i wyobrażamy sobie np. że wraz z wydechem ona opuszcza nas system energetyczny i nasze ciało. Możemy sobie wyobrazić, że wrzucamy to do fioletowego płomienia i prosimy o 100% transformacji. Równie dobrze możemy sobie wyobrazić, że wraz z oddechem wypuszczamy z siebie szarą, czy czerwoną z wściekłości energię. Nie ma znaczenia jak to zrobimy. Ważne żeby zrobić to świadomie i uwierzyć, że to działa. Zresztą nawet nie trzeba wierzyć. Jeśli naprawdę chcemy się od tego uwolnić, natychmiast poczujemy się lepiej, poczujemy spokój wewnętrzny. To będzie dla nas potwierdzenie, że zadziałało.

A wracając do wykładu i do naszego ćwiczenia, każdy miał możliwość uwolnić emocję, która w nim powstała. W zasadzie już jak Ania powiedziała, że możemy poćwiczyć praktycznie to, o czym mówimy, uśmiechnęłam się pod nosem bo od razu poczułam co się ze mną dzieje. Poczułam w swoim ciele irytację. Kręciła się po moim brzuchu wzbudzając drżenie i napięcie. Nie było to fajne. Wypowiedziałam na głos, że uwalniam się od irytacji, dziękuję jej i błogosławię. Zadziałało, napięcie zniknęło. Co mnie zaskoczyło? Tylko kilka osób wypowiedziało swoje emocje i chciało się od nich uwolnić. Na tym polega wolna wola. Możemy coś zrobić, żeby nasze życie było lżejsze, ale możemy też nic nie robić 😉 W końcu wszystko ma prawo istnieć.

Wróciłam do domu i powiem szczerze, że ten temat irytacji cały czas chodził mi po głowie. Jak to jest ? Czy pod każdą emocją kryje się jakiś program, jakieś przekonanie ? Jaki program krył się w takim razie pod moja irytacją ? Nagle mnie olśniło ! Ocena… Oceniłam kogoś kto się wypowiadał, nie spodobało mi się to, poczułam się mądrzejsza i pojawiła się irytacja, że tracimy czas…. Kolejny cień do zobaczenia i przetransformowania w sobie.

Na wykładzie padło takie stwierdzenie, że pracując ze sobą docieramy do coraz subtelniejszych przejawów tej samej energii. Uświadomiłam sobie, że irytacja jest tak naprawdę pochodną złości. Zaczynając od najcięższego kalibru najpierw mamy nienawiść, potem wściekłość, złość i irytację właśnie. Może są jeszcze subtelniejsze przejawy, ja na razie zatrzymałam się na irytacji.

No i zobaczcie, czy to nie jest niezwykłe jak w każdej sytuacji można się dowiedzieć o sobie czegoś nowego ?

Podziwiałam też drugiego prowadzącego – Pawła, którego nic nie było w stanie wyprowadzić z równowagi. I nie był to spokój udawany, on nim po prostu BYŁ. A jednocześnie nie pozwolił sobie wejść na głowę 😉 Fajnie było to obserwować i czerpać inspirację dla siebie.

2017-01-31

Jakiś czas temu Iwonka Mazurek utworzyła wydarzenie: Ratujmy konie ze Skaryszewa. Szczerze mówiąc nawet tam nie weszłam, żeby zobaczyć o co chodzi. Zdjęcia przerażonych koni skutecznie mnie zniechęciły. Nie jestem w stanie oglądać takich rzeczy, widzę te obrazy przed oczami jeszcze długo potem i nie mam możliwości żeby się ich pozbyć. Ale Iwonka wiedziona swoją niezwykłą intuicją zapytała mnie wprost czy nie zechciałabym dać jakiegoś fantu na loterię, żeby pomóc w wykupie Koni z wyrokiem śmierci. Wtedy dopiero przeczytałam o co chodzi. Iwonka powiedziała mi, że Konie znajdą sposób żeby się odwdzięczyć i żebym miała oczy szeroko otwarte. Podeszłam do tego z rezerwą, nie uwierzyłam.

Dzisiaj wrzuciła filmik z Końmi, którym udało się przeżyć. Oglądałam jak biegają radośnie, jak cieszą się darowanym życiem. W tym momencie przyszła Milenka i powiedziała: mamo zobacz, znalazłam podkowę. Spojrzałam na nią, uśmiechnęłam się, powiedziałam: o jak fajnie i oglądałam dalej. Mamo, to podkowa Konia, po co Koniom podkowy ?

Podkowa Konia ? Dopiero teraz do mnie dotarło co przyniosła… Więc jednak Iwonka miała rację, Konie znalazły sposób, żeby do mnie dotrzeć. Wzięłam podkowę i zaczęłam ją oglądać. Była obrośnięta bardzo grubą warstwą rdzy i betonu. Milenka znalazła ją w gruzie jaki przyjechał dwa dni temu na naszą drogę. Gruz z rozbiórki jakiejś hali, nie stajni. Skąd tam podkowa ?

Z jakiegoś powodu poczułam, że chcę ją wyczyścić. Wzięłam młotek, śrubokręt, pilniki i pracowicie zaczęłam obstukiwać i szlifować warstwy, które na niej narosły. Czułam, że to tak jak ze mną i z Końmi… Kiedyś się przyjaźniliśmy, ale ta przyjaźń zardzewiała bo z jakiegoś powodu odeszłam od tych pięknych Stworzeń. Wiedziałam dokładnie z jakiego powodu. Pokazało mi się to na dwóch masażach, u dwóch różnych osób. Nie mogłam sobie tego wymyślić, bo niby po co miałabym wymyślać takie straszne historie ? Mało tego, była to dla mnie jedna z najbardziej traumatycznych sesji masażu. Fizycznie poczułam ból jaki kiedyś zadały mi Konie. Zginęłam rozerwana przez nie. Podświadomie przez cały ten czas obwiniałam je o ból jaki mi zadały…

Ale czyszcząc podkowę docierały do mnie kolejne informacje. Perfidia człowieka była wtedy tak wielka, że jednym z Koni, które brały w tym udział, był mój Koń, mój Przyjaciel. Tragedia polegała na tym, że on nie miał żadnego wyboru. Był w tamtej chwili tak samo zniewolony jak ja. Zrobił to, co człowiek uważający się za jego pana mu rozkazał. Nie miał żadnego wyjścia, to nie była jego wina.

Uświadomiłam sobie jeszcze jedno. Przeniosłam do tego życia przekonanie, że przyjaźń rani. Wiele razy zaufałam komuś bardzo mocno, otworzyłam przed nim całe swoje serce i całą Duszę by spotkać się w końcu ze zranieniem. Moi Przyjaciele zawsze w końcu robili coś takiego, co w moim pojęciu było zdradą, zadawaniem bólu. Co oczywiście wcale nie znaczy, że robili to celowo. Robili to, co czuli, ja tylko miałam to odbierać jako zranienie tak długo, dopóki nie odnajdę przyczyny tego przekonania. Dopóki nie pojednam się z pierwszym Przyjacielem od którego się to zaczęło. Miało to trwać tak długo, dopóki nie pojednam się z Koniem. Łzy, które się dzisiaj uwolniły podczas tego procesu są dla mnie potwierdzeniem, że udało mi się to zrobić.

Dotarło do mnie jeszcze jedno. Konie wkroczyły w pewnym sensie w moje życie już jakiś czas temu, ale ja byłam ślepa i głucha. Moja Przyjaciółka ma własnego Konia. Próbowała mnie zarazić miłością do nich. Moja Zuzia kocha Konie, ma podobno wrodzony talent do jeżdżenia w siodle. Jakiś czas temu namalowałam dla kogoś Konia. Dopiero teraz sobie uświadomiłam, że przesłanie które wtedy dostałam dotyczy również mnie. Konie pojawiły się w moim życiu, żeby dodać mi odwagi do tego, by bez lęku pójść za wołaniem mojej Duszy. Cały czas dopadają mnie wątpliwości czy dam sobie radę ? Czy te warsztaty naprawdę są potrzebne ? A może to będzie jeden wielki niewypał ?

Koń którego namalowałam powiedział tak:

Jestem tu i czekam na Twój ruch. Czekam aż się odważysz ruszyć do przodu. Czekam, byś uwierzyła w siebie, w to wszystko co w Tobie drzemie, w cały Twój potencjał, w całą moc i ogień, jaki masz w sobie. Jestem gotowy by ruszyć z kopyta, wspieram Cię swoją siłą i odwagą. Pozwól mi pobiec ile sił w płucach, przekonasz się jakie to pasjonujące. Przekonasz się ile w tym radości i życia. Rozpal swój wewnętrzny ogień. Bądź, Czuj i Żyj pełną piersią. Kiedy, jeśli nie TERAZ ?

No tak – Manawa – Moment Mocy jest Teraz… Jak tu nie wierzyć w znaki i prowadzenie ?

Mało tego, nie znam się na podkowach ale moja ma po prawej stronie 3 umieszczone obok siebie wystające nity. Od razu skojarzyło mi się to z mandalą Kręgi Miłości namalowaną dla mnie przez Iwonkę Mazurek. Są tam kropki, które symbolizują pieśń mojej Duszy.

kręki miłości

No nie, tego to już za wiele ! Pewnie pomyślicie, że naciągam fakty… Ale nic na to nie poradzę, widzę to wyraźnie jak na dłoni. Mam wrażenie, że Wszechświat robi wszystko bym przestała wreszcie wątpić w to, co mam do zrobienia.

Wyczyszczona podkowa będzie wisieć w moim domu, w centralnym miejscu jako symbol szczęścia i odwiecznej przyjaźni. Jestem wdzięczna Koniom za to, że w tak niezwykły sposób znalazły drogę do mojego serca, a tym samym do mojego uzdrowienia. Jestem im wdzięczna za to, że będą dodawać mi odwagi. Jestem wdzięczna Iwonce za to, że w jakiś sposób to wyczuła… Iwonka nie wiem jak Ty to robisz, ale dziękuję Ci z całego serca ❤

poczucie winy

No to jest grubo. Dzisiaj miałam stłuczkę, z dziećmi. Nikomu się nic nie stało. Samochód dostał mocny strzał, drzwi do wymiany. Moja wina. Mężczyzna, który we mnie wjechał, nawet słowa mi nie powiedział, był bardzo miły. Janek przyjechał, machnął ręką i zabrał samochód do mechanika, żadnej wymówki. Pojawiła się moja kochana Przyjaciółka Magda, żeby mnie wesprzeć. Była też ze mną na zlocie, to mój dobry Anioł. Obyło się bez policji i mandatów, jednak materia pokazuje mi bardzo wyraźnie, że coś jest nie tak, że coś się ewidentnie dzieje i że trzeba to coś zobaczyć. A ja nie widzę i to mnie przeraziło. Wczoraj liznęłam temat z tym wstydem, ale było jeszcze coś głębiej. Zobaczyłam jedno, sama sobie z tym nie poradzę. Potrzebowałam kogoś, kto spojrzy na to z boku, obiektywnie i bez emocji. Pojawiły się kolejne dobre Dusze. Moja Beatka i Ania. Jakie to szczęście, że puściłam już: ja sama…. Nie muszę być w tym sama i nie chcę.

Ania zobaczyła co się stało – poczucie winy. Trafiła w samo sedno, bo to samo pokazała mi od razu Zuzia, moja kochana podświadomość. Ale ja tego nie zobaczyłam. Zuzia wzięła całą winę na siebie.

Pracowałam już przecież z poczuciem winy. Pisałam i malowałam swoją niewinność. Przerabiałam to na warsztatach ze splotem słonecznym. Materia pokazała mi, że nie do końca. To wzorzec silnie zakorzeniony w moim ciele. Co zrobić, żeby nie mieć poczucia winy ? Jak to przetransformować ? Ania podpowiedziała mi: zdecyduj dzisiaj, że zmienisz ten wzorzec na coś innego. Wszystko jesteśmy w stanie przetransformować. Trzeba go zastąpić czymś nowym. Zobacz co ci przyjdzie ? Jak rozmawiałyśmy nie wiedziałam. Ale jak zagrałam na misach, zaśpiewałam, wypowiedziałam: proszę o 100% transformacji mojego poczucia winy, pojawiło się w zamian oczywiście: jestem niewinna.

Mamo, przecież Dusza nie słyszy słowa NIE, szach mat ! – powiedziała do mnie Zuzia jak przez telefon poprosiłam ją, żeby powtórzyła, że jest niewinna. No tak, zatkało mnie… Jakie jest w takim razie przeciwieństwo poczucia winy ?

Odpuszczam sobie, tak mi teraz przyszło i pojawił się głęboki oddech.Chyba o to chodziło…

Potem Ania powiedziała tak: na którą córkę patrzysz łagodniej ? Na Milenę. To spójrz na siebie tak, jak patrzysz na nią… Nie potrafiłam… Czego nie potrafisz sobie dać ? Uznania… No właśnie, a widzisz za brakiem uznania kryje się potępienie. To bardzo niszcząca energia. To jest ten twój perfekcjonizm. Samo to słowo niesie ze sobą lęk, że nie dasz rady. Zmień perfekcjonizm na boską doskonałość. Co czujesz w ciele ? Perfekcjonizm jest ostry, jak strzała, wbija się w ciało i kaleczy je. Boska doskonałość jest miękka, ciało się rozluźnia, robi się przestrzeń, jest miejsce na wszystko: na oddech i na odpoczynek… Jakie to proste… Pojawił się spokój i wielka ulga.

Zrobiłam sobie taki swój mały rytuał. Zapaliłam szałwię. Wezwałam fioletowy promień, żeby pomógł mi w transformacji, zagrałam na misach, śpiewałam, mówiłam, wypowiadałam na głos co transformuję i jaki nowy wzorzec przyjmuję do swojej przestrzeni. Pewnie nie da się tego zrobić tak od razu. To proces, który musi się ułożyć w ciele, jak wszystko. Ale zrobiłam przestrzeń na to, dałam intencję i będę to obserwować.

Jakby na potwierdzenie, że i tak jestem pod opieką przyszedł dzisiaj do mnie obraz od Iwonki – Anielska Orkiestra i kalendarz z Kolorowymi Motylami, z których każdy niesie ze sobą piękne przesłanie.

Co jest dla mnie najistotniejsze w tym wszystkim ? Nie jestem sama, mam wielkie wsparcie Przyjaciół i anielskich energii i za to jestem wdzięczna ❤

perfekcjonizm

W sobotę wzięłam udział w Zlocie Aniołów zorganizowanym przez Laurę Kozowską. Bardzo poruszył mnie wykład profesor Ewy Białek. Opowiadała o swoim traumatycznym dzieciństwie i o tym w jaki sposób ukształtowało ją to na całe życie. Jak mocne wzorce odcisnęło w jej dopiero kształtującej się psychice, jak to przełożyło się na jej zdrowie i jak sobie z tym poradziła. Słuchałam jej z otwartą paszczą i mogłabym się pod tym podpisać obydwiema rękami. Zastanowiło mnie tylko jedno: odnalazłam u siebie jeden z tych wzorców. Mianowicie perfekcjonizm. Od razu włączył się mój śledczy umysł i zaczął tropić skąd u mnie to przekonanie, że muszę wszystko robić perfekcyjnie ? Nie miałam tak traumatycznego dzieciństwa jak Pani Ewa, poza jednym wydarzeniem… Czy znowu odkryłam w związku z tym kolejną przyczynę tego, że jestem jaka jestem ?

Podobało mi się jedno porównanie Pani Ewy: człowiek jest jak drzewo i tak jak w drzewie są słoje, tak w nas warstwa po warstwie odkładają się wszystkie nasze emocje i uczucia. To by pasowało. Zawsze mówię, że praca z ciałem jest jak obieranie cebuli. Ściągamy jedną warstwę, a tam kolejna, kolejna i następna i jeszcze ile się człowiek przy tym napłacze. Zadałam sobie pytanie: czy to znowu to ? Czy naprawdę jeden incydent z molestowaniem seksualnym w dzieciństwie jest w stanie tak bardzo zmienić psychikę, że ślady tego wydarzenia niesiemy przez całe życie ?

Czytam teraz świetną książkę „Przekraczanie poziomów świadomości” Hawkinsa. Opisane jest tutaj jak wykalibrowane są różne poziomy naszej świadomości począwszy od wstydu, poprzez żal, smutek, depresję, złość, radość, miłość do oświecenia. Ciężko mi się ją czytało, bo dosyć trudno jest napisana. Wciągnęła mnie dopiero powyżej pewnego poziomu. Ale niedawno nie wiem czemu, wróciłam do początku. Najniżej wykalibrowaną emocją jest wstyd.

Wczesne doświadczenia życiowe, takie jak bycie zaniedbywanym fizycznie czy emocjonalnie lub seksualnie wykorzystywanym, prowadzą do wstydu i wypaczają osobowość na resztę życia, o ile problemy te nie zostaną kiedyś rozwiązane. Osobowość opartą na wstydzie cechuje nieśmiałość, wycofanie, introwertyzm oraz pomniejszanie własnej wartości. Niektóre osoby działając w oparciu o wstyd rekompensują to sobie perfekcjonizmem”.

A wracając do zlotu, byłam jedną z osób, które występowały na scenie. Stając przed tyloma osobami, z mikrofonem w ręku, poczułam wstyd, a przede wszystkim strach. Ten strach mieszka w moim brzuchu, dokładnie wiem w którym miejscu, po lewej stronie. Poczułam go bardzo mocno pierwszy raz w Peru przy uzdrawianiu traumy z dzieciństwa. Można by pomyśleć, że już wszystko zrobiłam a tu życie odkrywa przede mną kolejne „słoje”. Ten strach był tak silny, że jak wróciłam na miejsce brzuch bolał mnie już do końca zlotu, ledwo dojechałam do domu. Myślałam, że mam skręt kiszek. Dopiero jak wypiłam krople miętowe, położyłam się w swoim łóżku i wyciszyłam, wszystko nagle ustąpiło. Pojawiły się natomiast łzy. Zdałam sobie sprawę, że jestem na siebie zła, bo nie poszło mi tak jakbym chciała. Nie byłam z siebie zadowolona, nie byłam dość dobra, znowu coś zrobiłam źle… Staram się traktować ludzi życzliwie, a tak naprawdę nie mam życzliwości nawet dla siebie… Strasznie było to sobie uświadomić, ale cieszę się, że w połączeniu z tym perfekcjonizmem jakoś to powiązałam i już chyba wiem dlaczego tak właśnie jest. Będę się temu teraz przyglądać i obiecałam sobie, że będę dla siebie bardziej życzliwa.

P.S. Wstyd się przyznać, ale u mnie trawa też musi być równiutka :/ 😛

energia

Życie ciągle mnie zadziwia, jego mądrość i mądrość moich dzieci. Wczoraj skończyłam obraz, który bardzo mocno zapracował w mojej energetyce i od razu zamanifestowało się to w materii. Niestety nie powiązałam tego od razu. Refleksja i świadomość przyszły później.

Ale od początku… Tak jak Wam napisałam, po namalowaniu cyklu obrazów przyszło zmęczenie fizyczne. Czułam, że teraz muszę sobie trochę odpuścić i zregenerować siły. Poszłam więc do mojego ukochanego miejsca w Warszawie – Studio Sante. I podczas gdy ja wygrzewałam się w saunach, pluskałam w jacuzzi, pływałam w basenie, moja podświadomość w postaci Zuzi ciężko pracowała. Wracała ze szkoły do domu z koleżanką. Wymyśliły sobie, że pójdą na skróty (chociaż nie ma takiego skrótu do nas do domu) i weszły w pola. Chodzenie po polach w czasie przedwiośnia generalnie nie należy do najszczęśliwszych pomysłów, o czym dziewczynki dosyć szybko się przekonały topiąc buty, brnąc po kolana w błocie i przewracając się co chwilę. Po drodze złapała je jeszcze ulewa i grad. W raczej kiepskim stanie dotarły do domu. Niewiele myśląc zdjęły zabłocone ubrania i wrzuciły mi do pralki. Jak się można domyśleć, pralka dosyć szybko odmówiła posłuszeństwa i zaczęła wylewać wodę bokami. W związku z czym, Zuzia wyciągnęła ociekające, brudne rzeczy, opłukała trochę w brodziku i wrzuciła do suszarki.

Ja w tym czasie wracałam do domu. Zadzwoniła do mnie i powiedziała co się stało. Stwierdziłam, ok. jeśli wszystko będzie posprzątane, to… no cóż, miałyście ciekawą przygodę, może was to czegoś nauczy. Ale wróciłam do domu i jak się można domyśleć, ślady „zabawy” były wszędzie. Zaniepokojona hurgotami otworzyłam suszarkę i zobaczyłam, że wszystko jest w błocie, a suszarka ledwo dyszy, bo raczej nie takie jest jej przeznaczenie. Nie jest pralką niestety. Zaczęłam się na poważnie interesować co zrobiły ? Okazało się, że oba urządzenia stanęły dęba. Odmówiły współpracy. Na szczęście Janek potrafi wszystko rozkręcić i naprawić. Rozkręcił więc pół pralki i z różnych miejsc wyciągaliśmy tony błota. Trzeba to było wszystko wyczyścić i wypłukać porządnie. Podejrzewam, że na razie muszę prać same ciemne, jakieś gorsze rzeczy, bo pralka przez jakiś czas będzie brudzić zamiast prać. Suszarka podobnie. Też cudem udało się ją uratować.

Kiepskie jest dla mnie to, że jak się to wszystko działo, weszliśmy z Jankiem w stare schematy zachowań. Na chwilę, bardzo gwałtownie wpadliśmy w stare koleiny. Na szczęście dosyć szybko przyszło opamiętanie. No cóż, powiem tak: raczej nie zachowywałam się jak Anioł :/

Dopiero jak udało nam się uratować oba urządzenia, dopiero jak Zuzia wysprzątała cały ten bałagan zaczęłam się zastanawiać: o co chodziło ? I wtedy zobaczyłam z całą jasnością, że materia pokazała mi jak dużo zrobiłam wcześniej. Jak bardzo było potrzebna ta moja praca energetyczna w postaci malowania obrazów. Naocznie mogłam się przekonać ile „błota” miałam w sobie i ile udało mi się oczyścić. Pomyślałam, że gdyby nie udało nam się uratować tych urządzeń, byłaby to dla mnie informacja, że coś jeszcze jest do zrobienia, że obraz „kłamał”. Na szczęście wszystko działa sprawnie.

Ale żeby nie myśleć, że jestem pępkiem świata i wszystko kręci się wokół mnie, uświadomiłam sobie jeszcze jedną rzecz. Zuzia jest moim lustrem, moją podświadomością, tym co we mnie schowane, to już wiem. Ale działa również , a właściwie przede wszystkim, na swój rachunek. To co się stało, było też lekcją dla niej.

Rano tego dnia miałyśmy krótkie spięcie podczas wychodzenia do szkoły. Normalna nerwówka kiedy trzeba zdążyć na czas, a dzieci nie współpracują 😉 I usłyszałam wtedy od niej: bo ty mi nie ufasz ! Ja bym chciała sama wstawać, sama się szykować, bez poganiania. Pomyślałam sobie wtedy, że ma rację. I postanowiłam, że od następnego dnia nie będę jej budzić, nie będę poganiać. Po prostu wychodzę z domu z Mileną o określonej godzinie. Jeśli nie zdąży, będzie szła na piechotę do szkoły, spóźni się i sama poniesie konsekwencje. Wymyśliłam to wszystko i w sumie mi ulżyło, bo poczułam że to może bardzo fajnie zadziałać. Wróciłam do domu i zastałam sytuację kryzysową. I tak sobie teraz myślę, największa nauka płynie dla nas wtedy, kiedy musimy się zmierzyć z konsekwencjami swoich działań. Zuzia się wczoraj zmierzyła, biegała ze szmatą od kotłowni do łazienki, nie było litości. Przeżyła chwile grozy, bo była szansa, że oba urządzenia pójdą na śmietnik. Ciekawa jestem jaką naukę wyniesie z tego dla siebie ? Ufam, że dużo wczoraj zrozumiała.

Bo tak to jest, że najpierw zmieniamy energetykę, a potem to co zrobiliśmy „ściągamy” w materię. Dlatego warto zwracać uwagę na wszystko co mamy w swojej najbliższej przestrzeni, wszystko co przesiąknięte jest naszą energią: czyli zwierzęta, dom, samochód. Dusza najpierw wskazuje na rzeczy blisko nas. Dopiero na końcu, jeśli to nie działa, jeśli nie widzimy znaków i ostrzeżeń pokazuje nam poprzez ciało. Ciało jest na końcu, bo Dusza dzięki niemu doświadcza… Ale tak naprawdę jest w stanie poprzez poważną chorobę zmusić nas do pobudki, jeśli cały czas jej się sprzeciwiamy. Czasem też jest tak, że woli wyzwolić się z tego ciała i zacząć wszystko od nowa…

 

anioly2

W zasadzie nigdy nie poprawiam swoich obrazów, jak jest gotowy, to jest i już. Ale tutaj było inaczej. Farby fluorescencyjne mają to do siebie, że jak schną to nikną. Stwierdziłam, że muszę trochę poprawić, to co zniknęło. Potem przyszła przesyłka. Miały być farby w tubie, a przyszły w spray’u. Pomyślałam sobie, że spróbuję trochę popsikać na obraz 😉 Wyszło jakoś dziwnie, przestraszyłam się, że go popsułam i znowu musiałam poprawiać. Zwykle lepsze jest wrogiem dobrego, naprawdę się przeraziłam, że zniszczyłam cały obraz. Ale postanowiłam zrobić zdjęcie i już chyba wiem o co chodziło.

A trzeciego dnia nastąpiła końcowa poprawka. To jest wersja już ostateczna. 3 dni rzadko mi się zdarza malować obraz, ale widać tak miało być. Umysł kombinował, bał się że zepsuł, bo kolorki zniknęły, bo taki był ładny tęczowy, bo coś zgasło, przycichło… Spray przyszedł niby przez pomyłkę, ale co on zrobił ? Rozpylił energię, wypełnił nią obraz… Dlaczego go pokazałam? Dlaczego się Was pytałam? Bo sama nie wiedziałam o co chodzi, umysł nie wiedział co się stało?
I fajne to było dla mnie doświadczenie, obserwować Wasze odpowiedzi, całkiem przeciwstawne czasami, bo każdy z nas jest przecież inny, bo każdy czuje po swojemu. Ważne było dla mnie pozostać w tym wszystkim W SOBIE, ważna była ta pewność co JA CZUJĘ i jak to odbieram. Niemniej jednak bardzo cenne było dla mnie uświadomienie sobie, że WSZYSCY bardzo mi pomogliście, że nie muszę do wszystkiego dochodzić sama, że każdy człowiek niesie dla mnie ważną informację i fajnie jest to docenić, fajnie jest z tego korzystać. Wszyscy uczymy się siebie i od siebie cały czas. Za to Wam bardzo dziękuję
Patrząc na dwa pierwsze obrazy ustawione obok siebie odebrałam to tak: w pierwszym energia przez wąskie gardło wybuchła wreszcie, bo znalazła ujście. Na drugim rozprzestrzeniła się już wszędzie, wypełniając sobą większą przestrzeń. Moja energia mnie wypełniła przynosząc jednocześnie wyciszenie i harmonię. Nie muszę już działać gwałtownie, energia z poziomu serca działa równie mocno, ale łagodnie i delikatnie. Taka była moja intencja ostatnio – działać tak, jak działają Anioły: nikogo nie krzywdzić, w nikim nie wzbudzać poczucia winy, nikogo nie przyprawiać o łzy, nikogo nie umniejszać i nikogo nie oceniać.
Wcześniej moja energia wyrzucała ludzi poza orbitę, jestem tego świadoma. Zobaczyłam to niedawno na warsztatach i wiem, że tak też działałam. Ale już tak nie chcę, już tego nie wybieram. A to, że zniknęły ładne kolorki ? Że nie ma fioletu, nie ma niebieskiego ? One tam są i ja to wiem. Dlatego dzisiaj, po posypaniu obrazu złotym i białym brokatem, wreszcie poczułam że skończyłam. Wiedziałam już, że tak właśnie miało być, że to nie było moje kombinowanie, to była potrzeba mojej Duszy, by tak się to pokazało. I dopiero dzisiaj poczułam spokój i jednocześnie wewnętrzną moc płynącą dla mnie z tego obrazu.

 

p1240198

Wczoraj tak sobie usiadłam, żeby spisać w moim notatniku całą „akcję” malowania czakr i grania na odpowiednich im misach. Zaczynając ten cykl obrazów nie miałam tak naprawdę pojęcia co Anioły do spółki z misami mi szykują.

Zaczęłam od czakry podstawy. Okazało się, że była totalnie zablokowana. Miałam owszem silne połączenie z Ziemią, ale energia kumulowała się w moim brzuchu, powodując dużo złości, frustracji i leków. Tę energię blokował strach przed ludźmi, przed wyjściem do nich, przed warsztatami, a tak naprawdę przed ośmieszeniem. Dotarłam do tego i bardzo mi pomógł moment, w którym wyraźnie to zobaczyłam.

Anioł Podstawy przyniósł mi takie przesłanie:

16587011_1225917407461720_3932051297750430996_o


Jestem potężną energią, która kotwiczy cię tu, na Ziemi. Jestem twoją bazą, fundamentem, na którym opiera się całe twoje życie. Energia zablokowana w tym miejscu tworzy lęki i sprawia, że nie masz odwagi pójść do przodu. Swoją energię czerpię z najgłębszych pokładów Ziemi, ale ona musi znaleźć swoje ujście. Nie może kisić się w twoim brzuchu bo boisz się życia, bo boisz się zaufać. Ta energia jest dla ciebie, tylko trzeba puścić strach, który trzyma ją na uwięzi. Ta energia musi płynąć. Kumulowanie jej w tym miejscu tworzy tylko agresję, złość i frustracje. Uwolnij lęk, odetkaj korek i poczuj, jak ta energia wypełnia całe twoje ciało. Poczuj ile w niej życia, radości i obfitości. To wszystko jest i czeka na to, by popłynąć wyżej i działać na twoją korzyść.

Druga czakra poszła gładko i leciutko, aż się zdziwiłam. Ale może dlatego, że duuuużo z nią pracowałam. A i sądząc po ilości obrazów jakie maluję energii kreacji mi chyba nie brakuje 😉 Powstał właśnie Anioł Kreacji, który powiedział do mnie tak:

p1240105

W tym miejscu mieszka twórczość. Tu powstają pomysły, tu rodzi się nowe życie. Oczyszczone z traum i emocji, ufne i otwarte łono, jest potężnym generatorem energii twórczej. Staje się żyzną glebą dla wszystkiego o czym marzysz, dla wszystkich twoich projektów. Energia tam zgromadzona cały czas wysyła sygnały do świata. Jest nadajnikiem, który emituje specyficzną częstotliwość zgodną z częstotliwością twoich pragnień. Wysyłając sygnały odnajduje w przestrzeni ludzi i okoliczności, które są dla ciebie korzystne i umożliwiają ci realizację twoich marzeń. Jednak by kwiat w pełni rozkwitł, potrzebuje być otoczony troskliwą opieką, uwagą, ciepłem i szacunkiem. Chce być odżywiany wszystkim tym, za czym tęskni twoje serce. Chce karmić się tym, co kochasz, chce bawić się życiem i czerpać z niego jak najwięcej radości. Chce rozkoszować się pięknem i zmysłowością. Podaruj mu to, a rozkwitnie na twoich oczach.

Z trzecią czakrą miałam przestój. Mogłam ją namalować dopiero po warsztatach u Jadwigi Anmerona. Tam okazało się, że była zatkana przez poczucie winy. Miałam bardzo silny proces podczas zajęć, ale wróciłam uwolniona i mogłam namalować Kwiat Życia, który rozkwitł w moim splocie słonecznym. Przyniósł ze sobą piękny przekaz:

p1240160

Wszystko czego doświadczacie jest wielowymiarowe. Zwykle, jako ludzie widzicie tylko czubek góry lodowej. Dopiero pracując ze swoją świadomością, schodząc coraz głębiej i głębiej, odkrywacie jak wiele powiązań i nici łączy się z tym, co przeżyliście. Jesteście Kwiatem Życia. Patrząc na niego, możecie zobaczyć, że nie jesteście kropką oderwaną od rzeczywistości i od wszystkiego innego. Wasze drogi przecinają się z drogami innych ludzi. Krzyżują się, bo muszą się skrzyżować, tak sobie to zaplanowaliście w waszej siatce powiązań i połączeń na to właśnie życie. Dlatego nie patrzcie na to, co ktoś wam zrobił, nie patrzcie na to jak się zachował, co powiedział, jak bardzo Was „skrzywdził”. Odkryjcie, jaki przyniósł Wam skarb. Odkryjcie po co wasze drogi się skrzyżowały. Dlaczego sobie to zaplanowałeś ? Czego się miałeś dzięki temu nauczyć ? Co miałeś odkryć w sobie, dzięki tej drugiej Istocie ? Jaki ukryty aspekt ciebie, ma ci ta osoba pokazać ? Czego jeszcze w sobie nie zaakceptowałeś ? Lub inaczej, jak daleko już jesteś, skoro na swojej drodze, spotykasz same Anioły ? Uważność w każdej sytuacji pozwoli wam dotrzeć do jadra waszej świadomości, pozwoli odkryć i poczuć, że Kwiat Życia jest wpisany w wasz system. Jesteście siatką, połączoną ze wszystkimi i wszystkim, co istnieje.

Potem przyszła kolej na czakrę serca. Były Walentynki więc namalowała się bardzo szybko i była potężna. Czułam jak gorąco mi się robi od tej energii. Serce wyraźnie się otwierało. Anioł Serca przyniósł ze sobą taką treść:

p1240162

Mieszkam w Twoim sercu. Jestem tu i promieniuję, tak po prostu. Nie oceniam, nie krytykuję, nie dogryzam – JESTEM. Moje możliwości są olbrzymie, ale tylko od Ciebie zależy czy to poczujesz. Zamknięte, zlęknione i skurczone serce nie ma zdolności tworzenia. Otwarte, uważne, obserwujące serce jest siłą, która od środka zmienia Twój świat. W trudnych chwilach wystarczy chwila zatrzymania, skupienia się na sercu, poczuciu tego ciepła, które czujesz teraz i działaniu z tego właśnie miejsca. Sprawdź, a zdziwisz się jakiej jakości nabiorą Twoje myśli, słowa i czyny.

Kolejna była czakra gardła. Namalowała się sama, błyskawicznie. Odsunęłam się, żeby ją podziwiać i nagle zaczęłam oddychać pełną piersią. Okazało się, że to Anioł Oddechu z niezwykle mocnym dla mnie przesłaniem. Spłakałam się jak bóbr uwalniając zablokowane do tej pory gardło:

p1240172

Spójrz na mnie, wejdź w moją energię i powiedz swojemu życiu TAK ! Odetchnij pełną piersią i uwolnij każdy ból związany ze śmiercią przez powieszenie, każdy ból związany z duszeniem. Być może kiedyś się topiłeś i rozpaczliwie pragnąłeś zaczerpnąć oddech, a do płuc wlewała się tylko woda, która paliła je niemiłosiernie. Być może dusiłaś się z dymu stojąc na stosie, lub zginęłaś zagazowana w komorze gazowej. To wszystko siedzi w twoim gardle i nie pozwala ci oddychać pełną piersią. To wszystko blokuje twój przepływ i sprawia, że żyjesz na pół gwizdka nie pozwalając sobie na pełnię. Boisz się wziąć pełny oddech bo wiesz, że będzie bolało. Ale zaufaj mi i uwierz, że nie będzie bolało. Wejdź w tą energię, poczuj jej rozmach, poczuj jak wymiata wszystkie stare traumy, wszystkie cierpienia i ból związany z życiem, z mówieniem tego co czujesz, z wyrażaniem siebie. Oddychaj głęboko i pozwól mi wniknąć do twojego systemu, pozwól mi zająć się tym co już nie jest ci tam potrzebne. Tym co blokuje twoje życie. Zamknij oczy i pozwól umrzeć temu co stare, temu co trzyma cię w bólu i cierpieniu. Życie nie boli, życie to oddech…. Oddychaj….oddychaj…..oddychaj.. i pozwól żeby płynęło...

Kolejna była czakra trzeciego oka. Przy graniu i śpiewaniu musiałam się w nie pukać palcami, bo mnie swędziało. Namalowało się też dosyć szybko i lekko. Anioł Wewnętrznej Wiedzy przyniósł dla nas taką treść:

p1240173

W miejscu pomiędzy Twoimi brwiami jest zasłona. Jeśli cały czas szukasz na zewnątrz, ona nigdy się nie uchyla. Zostaje zasłonięta, a Ty nawet nie wiesz, że jest ruchoma, że możesz ją odsunąć. Nawet nie wiesz, że tam jest. Ale jeśli zamkniesz oczy i spojrzysz do środka, zasłona się uchyla otwierając przed Tobą inne, magiczne światy. Te światy istnieją równolegle z Twoim. Do wszystkich masz dostęp, jeśli tylko zaufasz, że to co „widzisz” istnieje naprawdę. Zamykając oczy i wchodząc wgłąb dostajesz wszystkie potrzebne informacje. Trzeba tylko spróbować i sprawić by zasłona stawała się coraz cieńsza. Z czasem zniknie całkowicie, by uświadomić Ci, że wszystkie światy się przenikają i wszystkie czerpią od siebie nawzajem. Nieprzerwana wymiana informacji trwa.

Potem nastąpiła przerwa bo wyjechaliśmy z Jankiem na 4 dni. W międzyczasie mieliśmy wypadek. Wpadliśmy w niebezpieczny poślizg, ale nic nam się nie stało. Uratował nas spokój – tak czuję. Jednak przekaz był dla mnie jasny – ZWOLNIJ ! Wydawało mi się, że ta informacja jest tylko dla Janka, ale teraz nie jestem już taka pewna.

Po powrocie namalowałam Anioła Korony:

p1240181

Otwórz szeroko ręce, wyciągnij je do góry, zamknij oczy i poczuj jakiej energii teraz potrzebujesz? Spokoju? Radości? Miłości? Mądrości? Pełni? Szczęścia? To wszystko tam jest. Wystarczy na chwilę zatrzymać się, by sprawdzić czego tak naprawdę chcę ? Jeśli już to wiesz, skoncentruj przez chwilę swoją świadomość i poproś, a będzie Ci dane. Poczuj jak spływa to w Twoje dłonie, a potem przyłóż je do serca. Pozwól tej energii rozgościć się w Tobie. Spraw by zamieszkała w Twoim sercu. Wszystko mamy na wyciągnięcie ręki, tylko najczęściej nie mamy o tym pojęcia. Jeśli natomiast mamy pojęcie, nie wierzymy, że to może być prawda… A wystarczy tylko spróbować i zaufać, że tak właśnie jest. Obfitość nieustannie spływa do naszej przestrzeni. Trzeba tylko otworzyć jej drzwi i zaprosić do Domu.

Kolejnego dnia po zagraniu na wszystkich misach machnęłam jeszcze Gwiazdę Duszy, czyli czakrę która łączy nas z Duszą:

p1240194

Świecę ponad Twoją głową i mam dla Ciebie prawdziwy klejnot. Jest nim Twoja Dusza. Ona chce byś ją wreszcie dostrzegł, byś usłyszał jej cichy głos. Jest cierpliwa i czeka, kiedy będziesz gotowy, by przyjąć ją do serca, by pójść za jej wołaniem. Doświadczyła już wszystkiego trwając w oddzieleniu. Teraz chce doświadczyć połączenia, chce zobaczyć jak to jest, jak działa się ramię w ramię. Jak to jest jak Ciało i Dusza połączą swe siły i razem zaczynają kreować swój świat. Jak to jest na powrót poczuć połączenie, które zerwane zostało wieki temu. Jak się wtedy czujesz ? Jak wygląda Twoje życie ? Jak się zmienia ? Jak się rozwijasz ? Jak kwitniesz ? Jak wzrastasz w tej wspólnej przyjaźni ?
Chcesz znaleźć odpowiedź na te pytania ? Pozwól żeby przemówiła, zaufaj temu co do Ciebie mówi, zaufaj że chce dla Ciebie jak najlepiej i że nigdy Cię nie oszuka.

Potem zadziało się coś, co na moment wybiło mnie totalnie z mojej własnej przestrzeni i pokazało moje słabe miejsca. Na szczęście nie trwało to długo. Było intensywne, krótkie i przynoszące od razu świadomość tego, co wybieram. Wybrałam SIEBIE, powrót do swojej Przestrzeni i tak narodził się jeszcze jeden Tęczowy Anioł Pełni:

p1240198

Spójrz na mnie, jestem pełnią bo jest we mnie WSZYSTKO. Jest światło i mrok, jest jasne i ciemne, jest ogień i woda, jest pasja i spokój, jest gwałtowność i łagodność. Wszystkie barwy, wszystkie kolory tęczy. Jak mnie ocenisz ? Jak odbierzesz ? Co odrzucisz, a co przyjmiesz jako swoje ? Tam gdzie skupisz swoją uwagę, to zostanie ci pokazane. To co wypierasz u siebie, znajdziesz z pewnością u mnie wyolbrzymione, monstrualne i odrażające. Tak działam, byś uzdrowić mogła to, czego nie dostrzegasz. Skupiając się na negatywach, dostaniesz ich coraz więcej. Będzie ich tak dużo, że jeśli nie spojrzysz w końcu na siebie, pozostaniesz w iluzji wytworzonej przez umysł, który broni się przed zobaczeniem Prawdy o sobie.
Im więcej w Tobie światła, im więcej radości i miłości tym więcej odnajdziesz jej u mnie, jako potwierdzenie i wzmocnienie tego co w Tobie, tego co już odkryłaś, tego co pragnie się rozszerzać w nieskończoność. Tak działam Ja, tak działa każdy z Was. Im więcej dostrzegasz dobra i piękna w innych ludziach, tym więcej przejawiasz go w sobie. Dlatego warto jest patrzeć oczami pełnymi miłości, bo w nich odbije się TYLKO Miłość.

Podczas malowania wydawało mi się, że jest to obraz pokazujący transformację mojego cienia. Zaintrygowało mnie jednak to, że już po malowaniu czuję się tak, jakby przejechał po mnie walec. Całe ciało w środku było obolałe. Byłam tak zmęczona, że następnego dnia nie namalowałam już nic. Powiedziałam sobie dość, jednak nie dawało mi spokoju, co się tak naprawdę zadziało ? Usiadłam więc swoim sposobem i zaczęłam pisać.

I tak do mnie dociera teraz, że tak naprawdę odwaliłam kawał potężnej roboty. Przekopałam się przez wszystkie swoje czakry, odblokowałam je, połączyłam się z Gwiazdą Duszy i na koniec chyba uruchomiłam zupełnie niechcący Kundalini. Tego nie jestem do końca pewna, bo nie miałam żadnych sensacji, tylko taką że byłam totalnie zmęczona, więc może to nie to 😉

Pierwszy raz w życiu przesłanie dostałam zanim zaczęłam malować obraz. Tak, jakbym dostała jasne instrukcje co dokładnie mam namalować. Całość tworzenia to był dla mnie niezwykle mocny proces. Nie mogłam uwierzyć w to, co się namalowało, tak bardzo było to piękne. Stałam i chłonęłam go całą sobą. Jednocześnie zdałam sobie sprawę, że właśnie namalowałam okładkę do swojej książki 🙂

Czyli reasumując, dokładnie w ciągu 22 dni przeczyściłam cały swój system energetyczny. Nie wiem czy to krótko, czy długo ? W sumie ładna liczba 22 – mistrzowska 😉 Jedno jest pewne, czuję, że muszę odpocząć, żeby to wszystko poukładało się we mnie, i żebym mogła w pełni poczuć to, co namalowałam.

Tak mi teraz przyszło, że jak zwykle Anioły wiedziały co robią, bo w pewnym sensie przygotowało mnie to do pracy z innymi ludźmi. Moc mis i malowania z nimi jest ogromna. Zapisując to wszystko natknęłam się na swoje notatki z początku grania. Było tam coś, o czym kompletnie zapomniałam. Dostałam wtedy we śnie taką informację, że każda misa ma określony ton, kolor i specyficzny wzór geometryczny, taki pierwotny. Przez to, że na nich gram ten wzór zostaje wprowadzony w moje ciało, zamiast tego, który jest teraz. Następuje przebudowa mojego krystalicznego ciała. Dlatego takie ogólne rozbicie. Stary wzór jest zastępowany nowym. Napisałam wtedy: Mam wrażenie, że coś wielkiego i nieokreślonego jest przede mną i to mnie trochę przeraża…

Dużo się zadziało, ale ja mam wrażenie, że to i tak dopiero POCZĄTEK.

sila

W sobotę jechaliśmy z Jankiem na koncert. Było ciemno i mgliście. Powiedziałam do niego coś o moich warsztatach, o tym jak to się wszystko fajnie układa. Nic nie odpowiedział, ale wyczułam jego napięcie. Za chwilę ten stan nabrał realnych form, strach stał się namacalny. Janek przyspieszył, chociaż i tak jechaliśmy szybko. Zmienił trasę i zamiast jechać prosto, skręcił w prawo. Zdążyłam tylko krzyknąć: uważaj zakręt ! Ale było już za późno. Wpadł w niego z prędkością ok. 120 km/h.

Od tego momentu wszystko działo się już jak w zwolnionym tempie. Nie mieliśmy szans, samochód wpadł w poślizg, zarzuciło mu tył i obróciło nas o 180 stopni. Jechaliśmy tyłem do kierunku jazdy i w tym momencie coś się zadziało. W jednej sekundzie moje ciało całkowicie się uspokoiło i pomyślałam tylko: spokojnie, nic się nie stanie. To nie była sama myśl, to było coś więcej, poczułam to bardzo wyraźnie. Chwilę potem koło uderzyło w krawężnik i znowu nas obróciło, tym razem przodem do kierunku jazdy. I nic, żadnego samochodu przed nami, żadnego za nami, mimo że to trasa szybkiego ruchu. NIC SIĘ NIE STAŁO, pojechaliśmy dalej.

Przesiedliśmy się, ja usiadłam za kierownicą. Obserwowałam tylko uważnie co się dzieje z moim ciałem. Znowu było spięte, czułam ten stres w każdej komórce. Oddychałam głośno uwalniając te emocje. Nie chciałam, żeby osiadły gdzieś w moim brzuchu. Długo to trwało. W pewnym momencie krzyknęłam. Jankowi też kazałam krzyknąć, bo zaraz po tym poślizgu powiedział, że strasznie go boli kręgosłup, mimo że w nic się nie uderzył. Wiedziałam, że tam właśnie zakleszczył się ten strach. Za chwilę przemieścił się w okolice serca, bo powiedział, że kłuje go w mostku. Krzyknij sobie, no już ! Krzyknął, ale bez przekonania. Jeszcze raz, głośniej! Wrzasnął jeszcze raz i poczuł się lepiej.

Dojechaliśmy na koncert, ale mój umysł przez cały czas, w kółko odtwarzał mi tą samą scenę. Nie chciałam już tego oglądać, chciałam się skupić na muzyce, ale nie mogłam. Cały czas oddychałam, wypuszczałam to wszystko, uwalniałam. W którymś momencie popłynęły nawet łzy . Spokoju nie dawało mi jedno: jak to się stało, że nic nam się nie stało ? Co się zadziało ?

Mam tą umiejętność, że nawet po czasie potrafię sobie „zajrzeć” w energetykę danego zdarzenia. Zajrzałam więc co się wydarzyło w momencie gdy pomyślałam: spokojnie… To nie była tylko myśl. Skupiłam wtedy całą swoją świadomość i zobaczyłam, że w tym momencie COŚ spłynęło w mój rdzeń i z tego miejsca rozprzestrzeniło się poza moje ciało i daleko poza samochód. Tak jakby otworzyła się dla nas jakaś gigantyczna poduszka powietrzna. Rozmawiałam później z Jankiem. Powiedział, że o ile na początku coś jeszcze próbował robić z kierownicą, to w tym właśnie momencie, kiedy jechaliśmy tyłem, silnik zgasł, a on przestał robić cokolwiek.

Próbowaliśmy zrozumieć potem dlaczego to się stało ? Przyszło mi, że mieliśmy namacalnie i natychmiastowo pokazane działanie dwóch przeciwstawnych sił: strachu i spokoju. Lekcja dla nas obojga piorunująca…

Nie piszę o tym dla sensacji. Piszę, bo czasami jesteśmy w takich ekstremalnych sytuacjach. Gdybym zaczęła się na niego drzeć, wrzeszczeć ze strachu, wyklinać, nie wiem jakby się to skończyło. On sam był w szoku, że mu nie trułam, nie suszyłam głowy… Po co ? Co by to zmieniło ? Widziałam, że na nim zrobiło to tak samo mocne wrażenie jak na mnie. Po co dolewać oliwy do ognia ?

Drugi raz miałam już taki przypadek, gdzie wiem, że siłą spokoju uniknęliśmy wypadku. Jest w naszej świadomości ogromna moc. Mamy wtedy dostęp do pola, w którym dzieją się takie cuda. Warunek jest jeden, to nie może być sama myśl, ona nic nie wskóra, jeśli nasze ciało trzęsie się ze strachu jak galareta. Wibracji się nie oszuka. Żeby to zadziałało, musimy tym spokojem naprawdę emanować i zaufać, że jesteśmy pod opieką czegoś znacznie potężniejszego od nas… Dziękuję tej SILE ❤ 

pytanie

Co jakiś czas powraca do mnie temat, że ktoś coś tam u mnie widzi, że zablokowane mam to, że nie przerobione mam tamto i pisze mi o tym publicznie, a ja się wkurzam. Dostaję też informacje, że ludzie się boją napisać, bo wiedzą jaka będzie moja reakcja i tak w kółko. Obserwuję to u siebie i szukam w tym swojej lekcji. I już chyba wreszcie wiem. Nawet Jadwiga na warsztatach uczy nas dokładnie tego, co ja gdzieś przez skórę czuję.

Załóżmy, że przychodzi do nas osoba z jakimś problemem. Przychodzi i chce żebyśmy jej pomogli, ba nawet za to płaci. Zaczynamy proces, rozmowę, słuchanie, cokolwiek. Skoro ona do nas przychodzi, to zakłada, że my jesteśmy mądrzejsi, my to zobaczymy, my wiemy gdzie leży przyczyna i jej o tym powiemy. I tak zwykle jest, że wiemy i widzimy więcej (jeśli pracujemy ze swoją świadomością). Miałam teraz taki „przypadek”. Ponieważ jakiś czas temu przerabiałam dokładnie to samo, wiedziałam od razu w czym jest problem. Sęk w tym, że to JA wiedziałam, to było moje doświadczenie, bo sama w końcu do niego dotarłam. I pamiętam jak dziś, że taka szczęśliwa napisałam o tym, a ktoś skomentował: NO WRESZCIE ! Zabolało mnie to, bo między wierszami dla mnie była to informacja: mój Boże, już dawno to widziałam, a ty potrzebowałaś tyle czasu żeby to zobaczyć, byłaś taka ślepa… Tak byłam ślepa, każdy dochodzi do swoich prawd w swoim czasie. I fajnie jest tego nie oceniać. Fajnie jest dać komuś przestrzeń by zrobił to właśnie w swoim czasie.

I tak sobie myślę, że skoro to do mnie wraca, skoro w jakiś sposób mnie to dotyka, to jest w tym oczywiście informacja dla mnie. I po tym ostatnim przykładzie chyba wiem już jaka. Tak mnie świerzbiło, żeby powiedzieć tej osobie: słuchaj, ja już wiem, miałam to samo, wyślę ci ten tekst, który napisałam, będziesz miała czarno na białym, to takie proste ! Tak, dla mnie proste, bo przyszedł mój czas i w końcu to zobaczyłam. Ale ta druga osoba dopiero sobie coś uświadomiła, dopiero wchodzi w swój proces i jeśli zarzucimy ją informacjami, że niepotrzebnie cierpi z tego powodu, że wszystko jest w porządku, że tak ma być, ona prawdopodobnie zamknie się na dłużej w swoim bólu. Zbyt wiele informacji spowoduje blokadę i tylko przedłużymy proces. To tak jak z komputerem. Jeśli klikamy bez sensu po kilka razy w daną aplikację, która się nie otwiera, komputer mówi BASTA ! Zawiesza się, nie współpracuje z nami, dajemy mu za dużo naraz do wykonania, obwody mu się palą. Z nami jest tak samo. Dociera do nas jedna informacja i skoro jest tak szokująca, że czujemy ból, płaczemy, nie chcemy w to uwierzyć.. dajmy sobie czas, żeby to poczuć, żeby to osiadło w naszym systemie, żeby się zadomowiło, żebyśmy poczuli w tym spokój. Dopiero wtedy możemy iść dalej, dopiero wtedy możemy schodzić głębiej. Nurkowie też schodzą pod wodę stopniowo, pomału przyzwyczajając organizm do zmieniającego się ciśnienia.

Największą wartością dla osoby, z którą pracujemy jest tak naprawdę nasza uważność, bycie z nią i ewentualnie nasze pytania, które odkryją przed nią JEJ WŁASNE odpowiedzi, jej własną prawdę. Do tego powinna się ograniczać rola terapeuty. I można to oczywiście z powodzeniem zastosować we wszystkich relacjach z innymi ludźmi. Tak naprawdę często jest tak, że nie musimy robić nic, wystarczy, że JESTEŚMY i dajemy innym 100% naszej uwagi, to wszystko. Wtedy cuda dzieją się same. Schody zaczynają się wtedy, gdy do głosu dochodzi nasze ego i koniecznie musimy udowodnić sobie i tej drugiej osobie jacy to jesteśmy mądrzy i jak dużo wiemy.

Cieszę się, że ten temat znowu mi wczoraj wypłynął, bo pisząc ten tekst zobaczyłam, że też mam tendencje do tego, żeby się mądrzyć, żeby wyskakiwać przed orkiestrę. To dla mnie super nauka, żeby się pilnować i nie robić tego, bo zamiast pomóc, mogę tylko zaszkodzić. Tutaj wzorem jest dla mnie na przykład Iwonka Mazurek, która bardzo dużo widzi i wie dużo wcześniej ode mnie, ale nigdy nie powie tego wprost. Zada natomiast tak celne pytanie, że sama zaczynam szukać i dociekać, bo czuję, że jest coś głębiej, coś co jeszcze trzeba odkryć, coś co nieuświadomione i zakopane pod dywan.

I oczywiście dziękuję każdej osobie, która coś tam u mnie widziała i mimo tego, że znana jestem ze swojej furii, odważyła się o tym napisać 😛 🙂

p1240160

Wróciłam z kolejnych warsztatów u Jadwigi Anmerona. Jak zwykle było grubo. Zastanawiałam się, czy jest mi to potrzebne, czy mam jeździć ? Dużo wiem, ale dużo się też dzieje. To dwa dni takiej skomasowanej pracy ze sobą. Zaczęliśmy od szukania tchórza w sobie, od znalezienia momentu, w którym stchórzyliśmy i wycofaliśmy się z życia. Szukaliśmy go po to, żeby sięgnąć po swoją odwagę. I co mnie zaskoczyło niezmiernie, okazało się, że moje tchórzostwo było tak naprawdę wielką odwagą i siłą. Mała, przestraszona dziewczynka, na jakimś poziomie czuła, że jest w stanie udźwignąć ten ciężar tajemnicy, po to, by więcej osób nie cierpiało. Nie oceniam czy to źle, czy dobrze ? Czy rzeczywiście musiała cierpieć sama ? Czy w ogóle musiała cierpieć ? Tak sobie wybrała, po to, by przekopać się przez wszystkie wcielenia, w których działo się to samo. To było jej potrzebne, żeby sobie przypomnieć. Z tej perspektywy pozostaje mi tylko podziwiać jej odwagę, siłę i to, że dała radę.

Potem na warsztatach pojawiła się kolejna sytuacja, a wraz z nią wielkie poczucie winy i wstydu. Mimo, że temat wydawał mi się „przerobiony” z każdej możliwej strony, pojawił się  element, którego wcześniej nie widziałam tak dokładnie. To jednak nie pomogło. Jadwiga zajrzała mi w oczy i zobaczyła wielki smutek. Jesteś wolna ? – spytała mnie. Tak, odpowiedziałam… Jesteś naprawdę wolna ? Nie zniewoliło cię żadne uczucie ? No tak, nie jestem wolna. Zniewoliło mnie poczucie winy i wstydu.

Szukaj głębiej, musi być coś jeszcze, coś co nie pozwala ci tego puścić. Musisz pójść głębiej i znaleźć pierwszą cegiełkę, która zwali ten mur, tą która uwolni cię od tego ciężaru…

W międzyczasie dostaliśmy zadanie do wykonania. Trzeba było się przejść, znaleźć coś, co nas przyciągnie i przynieść to na salę. Poszłam do pokoju i mój wzrok padł na żonkila. Wiedziałam od razu, że to jest to, czego szukam. Naszym zadaniem było w medytacji połączyć się z rzeczą, którą przynieśliśmy i zapisać co do nas mówi. Kwiat był odzwierciedleniem mojego zablokowanego emocjami i smutkiem splotu słonecznego. Od razu też uświadomiłam sobie, dlaczego jeszcze go nie namalowałam, mimo że teoretycznie mogłam. Teoretycznie może tak, ale nie praktycznie. Nie był na to jeszcze Czas.. Potrzebowałam odblokować to miejsce, by móc namalować PŁYNĄCĄ, a nie zablokowaną energię. Jednocześnie w rozmowie z kwiatem zobaczyłam już jak ma wyglądać obraz trzeciej czakry. Co ciekawe, policzyłam sobie ile płatków ma mój żonkil. Było ich 6. Dopiero malując i wchodząc w Kwiat Życia uświadomiłam sobie, że centralne koło łączy się właśnie z 6 innymi. Wszystko się zgadzało…

Potem mieliśmy kolejną medytację, w której zobaczyłam wreszcie o co chodziło w tym doświadczeniu, którego nie mogłam sobie wybaczyć. Nagle mnie olśniło.

Zajęcia się skończyły, a ja poczułam że muszę wyjść. Poszłam na pole, otoczone ścianą lasu. Stanęłam na środku, twarzą do Księżyca, który lśnił nad moją głową. Była piękna pełnia. Wyciągnęłam ręce do góry i połączyłam się z tą energią. Zobaczyłam Kapłankę w srebrnej, błyszczącej sukni. Poczułam jak jej energia spływa na moje ręce, jak wnika delikatnie w mój system. Poprosiłam by uwolniła mnie od poczucia winy i wstydu, by zabrała mój smutek. Zrozumiałam lekcję, a teraz potrzebowałam jej pomocy, by to uwolnić. W pewnym momencie poczułam się lekka, poczułam że to naprawdę zadziałało.

Iza na warsztacie spytała Jadwigi – czemu wilki wyją ? Oddają cześć księżycowi – odpowiedziała. Nagle i ja stwierdziłam, że chcę to zrobić. Zawyłam jak wilk i od razu poczułam jak energia się we mnie zmienia. Zrobiło się lekko, bo zaczęłam się śmiać. Nie z samej siebie, jak zwykle, ale ze szczęścia. Zawyłam trzy razy, uwolniłam gardło i uzdrowiłam się swoim własnym dźwiękiem… To było niezwykłe doświadczenie. Pełna wdzięczności dla księżycowej energii, wróciłam do pokoju i odnalazłam Anioła Księżycowej Mocy, którego namalowałam miesiąc wcześniej. Chciałam sprawdzić jakie miał przesłanie:

p1230929

Jestem tu, by przypomnieć Wam o mocy Księżyca, o jego wpływie na Was i na Wasze ciała. Tak jak oceany falujecie w moim rytmie. Przyciągam i odpycham, daję i zabieram, jestem jak wdech i wydech, jestem jednym i drugim.
W czasie pełni, wszystko się przepełnia jak naczynie, które więcej już w sobie nie pomieści – to najlepszy czas, żeby puścić, uwolnić, pozbyć się ciężaru, który nosicie w sobie zbyt długo. Oddajcie to mnie, ja się tym zajmę.
Nów, zaczyna wszystko od nowa, kiełkuje, rodzi się – to najlepszy moment, żeby wypowiedzieć świadomie intencję, wykorzystać moją moc, moc manifestacji i z ufnością czekać na to, co ma się urodzić w Twojej przestrzeni.
Półksiężyc to czas odważnego działania, bo wszystko Ci sprzyja, energie pracują dla Ciebie, jeśli takie jest Twoje świadome życzenie.
Kobiety, jestem Waszym sprzymierzeńcem, bo moja moc, to Wasza moc. Przypomnijcie sobie o niej, zanurkujcie w swoje wewnętrzne oceany i w ciemnościach odnajdźcie to, co utracone w mrokach nieświadomości.

Dopiero wtedy poczułam moc płynącą z tego przesłania. Trochę czytałam wcześniej o Księżycu. W horoskopie jest on moim opiekunem, ale to wszystko to była dla mnie teoria, trochę miejscami naciągana. Ale wtedy, na tym polu, w czasie pełni, uświadomiłam sobie, że czas powrócić do tej mądrości i korzystać ze wsparcia, które mamy na wyciągnięcie ręki. W kolejnej medytacji zobaczyłam, że przekazuję tą mądrość swoim córkom. Nie teorię, praktykę 🙂

Po powrocie do domu namalowałam swoją trzecią czakrę. Wszystko płynęło lekko i bez wysiłku. Dosłownie wszystko: granie, śpiewanie, malowanie, pisanie… Płynęło, bo uwalniając splot słoneczny, uwalniając emocje mogłam wreszcie pozwolić, by cała moja energia zaczęła przeze mnie płynąć.

Podczas ćwiczeń w parach z Kasią, zobaczyłam dlaczego cały czas się umniejszałam, dlaczego nie dopuszczałam do siebie całej swojej mocy, dlaczego jej nie wykorzystywałam… Odpowiedź pokazała mi się taka – bo działając w emocjach, potrafię niszczyć. Bo próbując tą energię kontrolować, sterować nią, siałam tylko zniszczenie. Dlatego musiałam się skurczyć. Jej nie można kontrolować, ona musi PŁYNĄĆ. Wtedy i tylko wtedy będę mogła z niej korzystać.

A namalowany dzisiaj Anioł Kwiatu Życia przyniósł nam takie przesłanie:

Wszystko czego doświadczacie jest wielowymiarowe. Zwykle, jako ludzie widzicie tylko czubek góry lodowej. Dopiero pracując ze swoją świadomością, schodząc coraz głębiej i głębiej, odkrywacie jak wiele powiązań i nici łączy się z tym, co przeżyliście. Jesteście Kwiatem Życia. Patrząc na niego, możecie zobaczyć, że nie jesteście kropką oderwaną od rzeczywistości i od wszystkiego innego. Wasze drogi przecinają się z drogami innych ludzi. Krzyżują się, bo muszą się skrzyżować, tak sobie to zaplanowaliście w waszej siatce powiązań i połączeń na to właśnie życie. Dlatego nie patrzcie na to, co ktoś wam zrobił, nie patrzcie na to jak się zachował, co powiedział, jak bardzo Was „skrzywdził”. Odkryjcie, jaki przyniósł Wam skarb. Odkryjcie po co wasze drogi się skrzyżowały. Dlaczego sobie to zaplanowałeś ? Czego się miałeś dzięki temu nauczyć ? Co miałeś odkryć w sobie, dzięki tej drugiej Istocie ? Jaki ukryty aspekt ciebie, ma ci ta osoba pokazać ? Czego jeszcze w sobie nie zaakceptowałeś ? Lub inaczej, jak daleko już jesteś, skoro na swojej drodze, spotykasz same Anioły ? Uważność w każdej sytuacji pozwoli wam dotrzeć do jadra waszej świadomości i pozwoli odkryć i poczuć, że Kwiat Życia jest wpisany w wasz system. Jesteście siatką, połączoną ze wszystkimi i wszystkim, co istnieje.

16587011_1225917407461720_3932051297750430996_o

Dzisiaj zaczęłam malować cykl obrazów na wystawy. Zastanawiałam się co mam malować, tak bez zamówienia ? Mam wymyślać Anioły ? Ale jak się mogłam spodziewać, odpowiedź przyszła sama. Pokazało mi się, że mam namalować Anioła każdej czakry. Spodobał mi się ten pomysł, bo od razu skojarzyłam go z moimi misami.

W tym samym czasie przyszło do mnie z kilku stron zapytanie o warsztaty. Ludziom się wydaje, że skoro maluję obrazy, to logiczne jest, że będę robiła warsztaty z malowania intuicyjnego. To jest natomiast temat, którego ja kompletnie nie czuję. Zadałam więc w eter pytanie: czy mam robić warsztaty i jeśli tak, to jakie ? I nastawiłam się na odbiór. Dosyć szybko pojawił mi się obraz jak to ma wyglądać. Dziwne, że wcześniej na to nie wpadłam… Przecież wszystko jest już wymyślone, wszystko zostało mi pokazane… Jednak jest tak, jakby to do mnie w ogóle nie docierało.

Usiadłam dzisiaj, żeby namalować Anioła pierwszej czakry. Zaczęłam grać na największej z mis. Grałam tylko na niej i śpiewałam. Starałam się powtarzać dokładnie jej dźwięk. W różny sposób, tak by brzmiało to jak najbardziej harmonijnie. Jednocześnie wsłuchiwałam się w swoje ciało, wczuwałam się gdzie ten dźwięk we mnie wibruje, co ze mną robi ? To było bardzo mocne. Najpierw czułam mocną wibrację w dole brzucha, potem dźwięk przeniósł się dużo niżej, jakby w głąb Ziemi. Czułam mocne połączenie, jakby korzeń zapuszczony głęboko w dół. Próbowałam zobaczyć Anioła, ale pokazywał mi się tylko wir skierowany szerszym brzegiem do Ziemi. Nic więcej nie widziałam. Grałam i śpiewałam dalej, a głos stawał się coraz mocniejszy i chyba coraz bardziej czysty. Wibracje przeniosły się wyżej, czułam je już wszędzie, w całym ciele. Każda moja komórka wibrowała. Pomału wyciszyłam dźwięk, głos i skończyłam grać. Wstałam i prawie zatoczyłam się na ścianę, tak mi się kręciło w głowie. Zeszłam na dół i zaczęłam malować ten wir, który zobaczyłam. Dosyć szybko pojawiły się skrzydła, ale pojawiło się też coś jeszcze. Litera U… A , pomyślałam zadowolona, to dlatego, że intonowałam tą właśnie samogłoskę… Jednak potem litera U zamieniła się w taki jakby zamknięty kielich kwiatu. Odsunęłam się od obrazu i nie miałam pojęcia co dalej ? Co to było ? Wyglądało tak naprawdę jak korek. Intuicyjnie zaczęłam wpuszczać światło od góry, ale to było za mało. On był cały czas zamknięty i czopował energię wpływającą z dołu. Trzeba było go jakoś rozpuścić. Zaczęłam zamalowywać to miejsce, wpuszczając tam energię, wpuszczając jasny kolor i ruch. Długo to trwało. W całym ciele czułam zmęczenie, tak zmęczenie… Ten obraz kosztował mnie dużo energii, bo uświadomiłam sobie, że jestem zablokowana, że czuję lęk i strach przed tym, żeby puścić tą energię, żeby uwolnić ten wulkan, który tam kipi.

Potem przyszło przesłanie od Anioła:

Jestem potężną energią, która kotwiczy cię tu, na Ziemi. Jestem twoją bazą, fundamentem, na którym opiera się całe twoje życie. Energia zablokowana w tym miejscu tworzy lęki i sprawia, że nie masz odwagi pójść do przodu. Swoją energię czerpię z najgłębszych pokładów Ziemi, ale ona musi znaleźć swoje ujście. Nie może kisić się w twoim brzuchu bo boisz się życia, bo boisz się zaufać. Ta energia jest dla ciebie, tylko trzeba puścić strach, który trzyma ją na uwięzi. Ta energia musi płynąć. Kumulowanie jej w tym miejscu tworzy tylko agresję, złość i frustracje. Uwolnij lęk, odetkaj korek i poczuj, jak ta energia wypełnia całe twoje ciało. Poczuj ile w niej życia, radości i obfitości. To wszystko jest i czeka na to, by popłynąć wyżej i działać na twoją korzyść.

Czego się boję ? Dlaczego takim lękiem napawa mnie wyjście do ludzi ? Pokonałam swój strach przed mówieniem, teraz mam iść dalej, mam przy ludziach śpiewać, mam ich inspirować, by śpiewali razem ze mną, intonowali dany dźwięk… Jak mam tego dokonać ? Od dziecka uważam, że mam brzydki głos. Pamiętam jak jakiś chłopak z podstawówki się ze mnie wyśmiewał. Może dlatego moją największą bronią jest śmiech i wyśmiewanie się z siebie ? Wolę sobie robić jaja z siebie, bo chyba nie zniosłabym gdyby to ktoś mnie ośmieszał… Boję się ośmieszenia ? Boję się, że zostanę wyśmiana ? Tak, boję się że ktoś mnie wyśmieje…

Uff, jaka ulga… to niech się śmieje, przecież śmiech to zdrowie i najpotężniejsza energia, sama to ciągle powtarzam… Piszę o śmiechu a łzy lecą mi na koszulę… i bynajmniej nie z napisem King Bruce Lee karate mistrz 😛 😀

No dobra, teraz to się uśmiałam. Dżizas ! Człowiek to jednak porąbane stworzenie, a już ja na pewno 😛 😉

p1240083

Od dłuższego czasu nurtuje mnie pytanie: Co ja tak naprawdę maluję ? Czy to są Anioły, czy nasze Dusze, czy po prostu energie „wiszące” w przestrzeni ? Rzucałam to pytanie w eter od jakiegoś czasu, ale nic nie mogłam wymyślić. Bo i nie o myślenie tu przecież chodzi. Dzisiaj bardzo jednak chciałam usłyszeć odpowiedź, więc zaczęłam pisać. Wyciszyłam umysł, zapisałam pytanie i czekałam co spłynie.

Co ja tak naprawdę maluję ?

Zamykasz oczy, przywołujesz Duszę danej osoby i malujesz to, co się pojawi. A zgodnie z prawem przyciągania, zgodnie z prawami Wszechświata pojawia się to, co najbliższe danej osobie. Pojawia się energia, której ona na ten moment potrzebuje, czyli taka, która najbardziej z nią w danej chwili rezonuje. Malujesz więc to, co w danym momencie najsilniej do niej dotrze, najbardziej pomoże otworzyć się na cały jej potencjał, na to co w środku, na to co jeszcze nieodkryte. Wskazujesz ludziom kierunek, uchylasz pewne drzwi i pokazujesz co jest za nimi. Pozwalasz im tam zajrzeć, zajrzeć do wnętrza ich własnej Duszy. Tylko od nich zależy, czy odważą się przekroczyć ten magiczny próg, czy wręcz przeciwnie – zamkną drzwi i pójdą w innym kierunku. Obraz od ciebie zawsze jest wskazówką, znakiem, drogowskazem. Ma podsycać ciekawość, zainspirować do dalszych, własnych poszukiwań. Twoje obrazy są jak przelatujący obok was piękny Motyl. Zachwyca swoim pięknem i zachęca by polecieć za nim. Trzeba mieć dużo odwagi i determinacji by zaufać czemuś tak zwiewnemu. Ale jak sama wiesz, nagrody za ten wysiłek nie da się przeliczyć na dobra materialne tego świata. Nagroda jest tak samo piękna i nieuchwytna jak ten Motyl, ale daje ci lekkość i poszerza w niebywały sposób wszystko, czego doświadczasz. Im bardziej dasz się porwać Motylowi, tym piękniejszy staje się świat wokół ciebie.

Teraz już wiem, dlaczego pierwszym moim obrazem był właśnie Motyl. To był znak, zachęta, to było pytanie Wszechświata skierowane do mojej Duszy: Dasz się porwać ? Zaufasz ?

Zaufałam i nie żałuję. To moje malowanie, to jedna z najpiękniejszych i najbardziej nieprawdopodobnych rzeczy w moim życiu.

I może to głupio tak pisać o sobie, ale sama jestem zdziwiona tym przekazem. Być może cześć z Was, czuje się zawiedziona, ale ja czuję wreszcie spokój w tym temacie. Czuję, że moje „widzenie” tego co mam namalować dla danej osoby, z każdym dniem staje się coraz bardziej precyzyjne. Informacje, które od Was dostaję za każdym razem mnie zaskakują i napełniają coraz większą pokorą w obliczu NIEZNANEGO.

Dzisiejszy obraz niezwykle mocny w formie i treści jest jednym z takich przykładów. Nie bójcie się zaufać swojej Duszy, nawet gdyby wygadywała niestworzone historie, warto jej uwierzyć, warto polecieć za tym pięknym Motylem…

p1230955

Pewien temat powtórzył mi się dwukrotnie w ciągu krótkiego czasu, więc domyślam się, że jest w tym dla mnie jakaś informacja. Otóż dwie osoby oburzyły się na mnie, że pokazuję publicznie ich obrazy. Dla mnie, na pierwszy rzut oka, temat jest oczywisty. Jestem kanałem, przez który coś spływa na Ziemię. Spływają obrazy, kolory, słowa. To wszystko jest dla nas, dla ludzi. Wiem jak wiele się zmieniło w moim życiu poprzez obcowanie z tymi energiami. Wiem jak bardzo one zmieniły moje postrzeganie świata. Czuję to bardzo mocno, że to nie są MOJE Anioły, one należą do nas wszystkich, dlatego się nimi dzielę. I dlatego zawsze mówię, że można je udostępniać, pobierać na tapetę, drukować dla siebie, cokolwiek poczujecie. Jeśli one pracują z Wami tak jak ze mną, to jestem ogromnie szczęśliwa. Wiem też od nich, że im więcej ludzi czuje i pracuje z daną energią, tym większa ich moc, tym mocniejsze działanie. Takie jest moje czucie tego tematu. Ale w związku z Aniołem Przestrzeni usłyszałam zarzut, że to nie ja powinnam decydować, czy udostępniać dany obraz, tylko osoba dla której go namalowałam. Zaczęłam się zastanawiać gdzie leży prawda i jak to jest, co się pod tym kryje ? Na pierwszy rzut oka wygląda to tak, że ja chcę się dzielić, a ktoś inny sobie tego nie życzy, więc prawdopodobnie jest zamknięty na dawanie… Ale przesłanie od Anioła Przestrzeni mówi:

Mam dwa oblicza, podobnie jak kij ma dwa końce, a medal dwie strony. W zależności od tego, z której strony spojrzysz, zobaczysz inny obraz. Wszystko kryje się w perspektywie spojrzenia. Wszystko zależy od Twojej świadomości. Nie próbuj oceniać, klasyfikować, przyczepiać etykietek, wyrokować. To sprawia, że cały czas widzisz fałszywy obraz. Dopiero wtedy, gdy spojrzysz sercem, poczujesz czym tak naprawdę jest to, na co patrzysz. Bądź obserwatorem, nie krytykiem. Bądź świadkiem, nie sędzią. Bądź Przestrzenią, w której rodzą się cuda. Patrz i słuchaj…

Nie chcę przyczepiać etykietek, nie chcę być sędzią, dlatego szukam tego prawdziwego obrazu, tej ukrytej prawdy. Anioł wcale nie chce mi w tym pomóc. Mam być Przestrzenią, mam patrzeć, słuchać i usłyszeć.

Usłyszałam, że popełniłam błąd, bo powinnam najpierw pokazać Anioła osobie, dla której był namalowany. Tutaj się zgodzę, rzeczywiście dla mnie nie miało to większego znaczenia, ale okazało się, że dla kogoś tak…

Może jest tak, że ja zagarniam jednak te Anioły dla siebie ? Wydawało mi się, że skoro je namalowałam, mam prawo je udostępniać. Dzięki temu ludzie mogą mnie poznać, mogą do mnie dotrzeć. To moja praca, więc jest oczywiste, że chcę ją pokazywać. Ale czy z drugiej strony nie powinnam po prostu zapytać, czy ktoś godzi się na to, by jego Anioł krążył po internecie ? Czy zawsze ja muszę decydować ?

Dociera do mnie, że mam zrobić Przestrzeń na to, co przyjdzie. Moja intencja jest jasna, ale każdy jest inny i każdy mierzy się z innymi tematami. Te energie nie należą do mnie, one po prostu są i tylko od nas zależy czy w pełni wykorzystamy ich moc. Jeśli nie damy im Przestrzeni, będą działać z taką rozpiętością na jaką im pozwolimy. Wybór zawsze należy do nas.

Dopiero teraz dotarła do mnie ogromna mądrość tego przekazu, dlatego wdzięczna jestem za to, co się wokół tego tematu zadziało.Dziękuję też osobie, dla której go malowałam, za to że zwróciła mi na to uwagę ❤

 

wobracje1

Mamo, co to są wibracje ? – zapytała wczoraj Milena… Nooo, takie drgania – odpowiedziałam głupkowato… Ale dzisiaj przypomniało mi się, że jak wracałam z mojego wieczoru autorskiego, to mam wrażenie, że Anioły koniecznie próbowały mi w fajny sposób wytłumaczyć, jak to jest z tymi wibracjami.

Sama kiedyś nie do końca rozumiałam o co w tym chodzi. Mój brat na przykład nie cierpi słowa wibracja i energia 😛 Janek też się kiedyś wkurzał jak mówiłam o wibracjach, więc tak sobie pomyślałam, że może spróbuję to rozkminić po swojemu 🙂

Wibracje najłatwiej chyba zrozumieć na przykładzie wody. W czasie Sylwestra dorwałam w swoje ręce „Wyznania gejszy”. Jest tam kilka fajnych zdań o wodzie i o ludziach z przewagą wody… „Woda nigdy nie czeka. Zmienia kształt, opływa każdą przeszkodę i znajduje tajemne ujścia, których nikt by nie podejrzewał. Bez wątpienia, to najbardziej niestały ze wszystkich pięciu żywiołów. Może wypłukać ziemię, zgasić ogień, porwać ze sobą i wchłonąć kawałek metalu. Nawet drzewo, mimo że z natury najbliższe charakterem, nie przeżyje choć trochę nie zasilane przez wodę.”

A wracając do naszych wibracji, woda pięknie nam pokazuje jaki wpływ mają one na nią i na nas, wszakże w 70% składamy się z wody. Im niższe wibracje tym gęściejsza materia. W przypadku wody, niskie wibracje oznaczają, że woda zamienia się w lód. Lód jest twardy, zimny i kruchy. Mówi się, że ktoś ma serce z lodu, znaczy nic nie czuje, zamroził je. Widziałam kiedyś w medytacji u osoby chorej na raka, lód wszędzie. Pod wpływem anielskiej interwencji światło miało rozpuszczać blokady w postaci kryształków lodu:

  • oczy, żeby puściła wreszcie łzy,
  • policzki, żeby mogła się śmiać w głos,
  • gardło, żeby mogła mówić zawsze to, co czuje
  • ramiona, żeby zdjąć z nich ten ogromny ciężar
  • piersi, żeby potrafiła dawać i przyjmować miłość
  • brzuch i wątroba, żeby rozpuścić złość, która tam zalega

To wszystko są wibracje, które zamrażają nasze ciało, sprawiają, że sztywniejemy, zastygamy w swoich poglądach, przekonaniach, smutku czy długotrwałym żalu i złości. Uporczywie trzymamy się tego, co nam nie służy. Co można z tym zrobić ? Nie można walić jak młotem, bo lód jest kruchy i tylko sprawi, że rozsypiemy się na kawałki. Żeby coś zmienić potrzeba ciepła, temperatury. Dając ciepło innym czy sobie, sprawiamy, że lód który w nas jest, zaczyna topnieć, zaczyna zmieniać swoją formę. Nie jesteśmy już człowiekiem z betonu, zaczynamy płynąć, podnosimy swoje wibracje i nagle okazuje się, że nie musimy tępo walczyć z życiem. Wszystko zaczyna się układać, energie nam sprzyjają, bo poznaliśmy podstawową zaletę wody – płynięcie z nurtem, zgrabne omijanie przeszkód, znajdowanie wyjść tam, gdzie nikt ich nie szuka. Roztapiając lód, którym odgrodziliśmy się od świata, bo za bardzo bolało, zauważamy nagle, że życie nabiera zupełnie innego smaku. Owszem, może czasem zaboleć, bo nie mamy na sobie pancerza z lodu, ale oprócz bólu, pojawia się szereg innych doznań. Pojawia się ciepło, którego tak pragnęliśmy. Jesteśmy jak ziemia po długiej i mroźnej zimie. Lód zaczyna puszczać, a do nas docierają pierwsze oznaki ocieplenia, życie zaczyna kiełkować, krew inaczej krąży, zaczynamy odczuwać radość istnienia, rozciągamy zesztywniałe kości i dziwimy się, że tak długo żyliśmy w odrętwieniu. A temu wszystkiemu „winne” są właśnie nasze wyższe wibracje i świadoma decyzja o tym, żeby puścić to, co nas blokuje (złość, poczucie winy, żal, narzekanie, obwinianie innych) i wziąć odpowiedzialność za własne życie.

Jeśli jeszcze bardziej podniesiemy wibracje wody zamieni się ona w parę wodną, czyli stanie się dla nas niewidzialna, wyparuje, zniknie… co nie znaczy przecież, że jej nie ma. Ona po prostu zmienia stan skupienia. Dla nas staje się niewidzialna, jednak dla siebie nadal istnieje. Tak właśnie funkcjonują Anioły czy Mistrzowie Wzniesieni – są obok nas, ale my ich nie widzimy, bo mają zbyt wysokie wibracje. Są parą, obłoczkiem, odczuciem, pojawiającą się czasem na naszym ciele „gęsią skórką”, są ciepłem które nagle poczujemy, lub błogim otuleniem przynoszącym spokój. To, że ich nie widać, nie znaczy że ich nie ma. Prądu też wszak nie widzimy, a nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie twierdził, że prąd nie istnieje 😉

I tak sobie myślę, że zawsze fascynował mnie ogień, czułam że jestem ogniem i mnóstwo go miałam w sobie. Często nim paliłam bo nie potrafiłam zapanować nad tym co się dzieje… Teraz jest inaczej. Ogień nadal jest, ale już nie niszczy. Wykorzystuję go na podsycanie moich marzeń i pasji. Teraz zachłystuję się wodą. Zagłębiam się w nią, nurkuję coraz niżej, oddycham i nasłuchuję…Odkrywam swój wewnętrzny Ocean i ciekawa jestem ogromnie co z tego wyniknie ?

P.S. Na razie nie zamierzam wyparowywać 😉

Sick Woman. Flu. Woman Caught Cold. Sneezing into Tissue

Właśnie przeżyłam chyba trzy najgorsze dni w tym roku. Taki gratis na zakończenie 😉 Najgorsze, a na pewno najboleśniejsze. Otóż odezwała się moja pięta achillesowa z dzieciństwa – zatoki. Zaczęło się niewinnie od bólu gardła i kataru. No tak, to pewnie po misach – pomyślałam sobie i zdziwiłam się, że tak mocne mają działanie. W międzyczasie we śnie dostałam informację co się dzieje z moim ciałem, jak na nich gram. Miałam dokładne obrazy, z których niewiele teoretycznie pamiętałam, ale jak się obudziłam i chciałam sobie przypomnieć, przyszła informacja. Każda misa ma swój określony ton, kolor i wzór geometryczny, coś w rodzaju takiej struktury krystalicznej. Ten wzór jest doskonały, pierwotny. Grająca misa wprowadza ten wzór w ciało osoby, która gra lub słucha, po to by przywrócić ciału jego pierwotną, doskonałą strukturę. Ten wzór zastępuje chaos, który mamy w naszych ciałach, spowodowany zanieczyszczeniem. Zatem jeden wzór wypiera drugi, dlatego proces może być bolesny.

No dobra, było to dla mnie dosyć logiczne, do tego jeszcze owiane sporą dawką mojej ukochanej magii, zatem postanowiłam się dzielnie oczyszczać. Zatoki nawalały mnie coraz bardziej i kolejną informacją było, że mam je oczyszczać naturalnie. Odstawiłam więc moje ukochane krople do nosa i zaczęłam wlewać sobie tylko sól fizjologiczną, olejek z drzewa herbacianego, wodę utlenioną, która szczypała jak cholera – wszystko na nic, było coraz gorzej. Łeb mi pękał niemiłosiernie. Kolejnym cudownym sposobem było przepłukiwanie nosa solą fizjologiczną z takiej wielkiej butli. Wlewało się wodę w jedną dziurkę, a drugą wszystko wypływało – obrzydlistwo 😛 Janek jak się o tym dowiedział, zaczął wrzeszczeć na mnie, że takie „zabiegi” robiono kiedyś na Szucha… Miał trochę racji, szczerze przyznam 😉 Kładłam sobie jeszcze na zatoki rozgrzaną sól w bawełnianych woreczkach. Wszystko pięknie, tylko że czułam się coraz gorzej. W nocy było apogeum. Nie mogłam leżeć, więc siadałam i płakałam z bólu. Rozsadzało mi głowę.

Potem wpadłam na pomysł, że to może efekt picia aktywnych minerałów. Mają silne oczyszczające działanie, więc może nałożyło się jedno na drugie i stąd taki efekt. W międzyczasie poszłam jednak do lekarza i dostałam antybiotyk na ropne zapalenie gardła i zatok. Ale trzeciego dnia pomyślałam: nie, przemęczę się jeszcze, pooczyszczam tymi minerałami, na pewno mi w końcu przejdzie i antybiotyk nie będzie potrzebny. Ale wieczorem czułam już, że szykuje się powtórka z rozrywki. Zatoki znowu niemiłosiernie mnie bolały. Usłyszałam jeszcze w międzyczasie taki ciekawy tekst: nie ma przecież bólu, jeśli zdasz sobie sprawę, że nie jesteś swoim ciałem, nie jesteś swoimi myślami, jesteś kimś znacznie większym, ból po prostu zniknie… Chciałabym go zobaczyć jak pierdzielnie się młotkiem w palec, czy ma wtedy takie samo zdanie na temat bólu i czy on tak szybko znika ? 😛

Siedziałam tak z tą rozsadzającą głową i zaczęłam sobie coś przypominać o przechodzeniu do strefy zero, jak dzieje się coś, co nam nie odpowiada. Próbowałam się przenieść, nie działało. W końcu stwierdziłam, dosyć tego ! Miało być bez bólu, bez cierpienia, co to ma być do cholery ? Do dupy z takim naturalnym oczyszczaniem, jeśli czuję się coraz gorzej. Tak wiem, zaraz usłyszę, że to efekt mojego strasznego zanieczyszczenia… Może i tak, ale ból nie jest zbyt dobrym lekarzem, jest potworny i osłabia mnie coraz bardziej. Dlatego niewiele już myśląc złapałam moje krople, wpuściłam do nosa i za chwilę od razu mogłam się pozbyć większości tego, co tam siedziało. Wcześniej nie wydostawało się nic, wszystko kumulowało mi się bez końca w zatokach. Oprócz tego wzięłam dwa prochy przeciwbólowe i przypomniałam sobie słowa Jadwigi Anmerona: ty tu decydujesz. W związku z tym zdecydowałam przede wszystkim pozbyć się bólu, nieważne w jaki sposób, po prostu się go pozbyć.

W międzyczasie zastanawiałam się jeszcze: zatoki, dzieciństwo, zawsze na święta podobno chorowałam, bolały mnie uszy, lewa strona, pewnie coś od mamy, nie chciałam czegoś od niej słyszeć… No i dobrze, nic więcej się nie pojawiło, więc zdecydowałam, że nie będę się w tym grzebać dłużej. Nawet jeśli krzyczała, kogo to obchodzi ? Ja też krzyczę. Podziękowałam jeszcze raz moim Rodzicom, za to że dali mi życie. Nieważne tak naprawdę jacy są ci nasi rodzice. Mogą być najlepsi, tacy jak moi, mogą być najgorsi, mogą być przeciętni… to wszystko jest nieważne, byli tacy, jacy potrafili być na ten moment. Ale za jedno na pewno możemy im zawsze podziękować, bez względu na to do której kategorii ich zaliczamy – możemy im podziękować za dar życia, za to że dzięki nim istniejemy. I to właśnie zrobiłam, nie wnikając w to, jaka to energia z czasów dzieciństwa zalęgła się w moich zatokach, zdecydowałam się ją uwolnić, tym prostym podziękowaniem Mamie i Tacie za dar życia. Podziękowałam też bólowi za to, że pokazał mi, w którym miejscu coś zalega. Wypowiedziałam słowa: co było to było, co jest to jest, a co będzie to tylko moja decyzja. A ja właśnie decyduję: jestem zdrowa a moje zatoki są czyste i jasne.

I co się stało ? Ból zaczął pomału odchodzić, fakt wzięłam dwa prochy, ale odszedł i już nie wrócił, a gdybym miała dalej zapchane zatoki, teoretycznie powinien po paru godzinach powrócić. Mija kolejny dzień, a ja czuję się super.

I tak sobie myślę, może czasami nie ma co dorabiać ideologii do tego co nam się przydarza. Może nie ma co szukać na siłę. Może naprawdę nie musimy się wiecznie oczyszczać. Może by uznać, że już jesteśmy czyści ? Może nie ma co demonizować tak tej naszej medycyny ? Mam taką teorię, że jeśli wbiję sobie do głowy, że coś mi zaszkodzi to na pewno tak będzie, a jeśli wiem że biorę coś, co ma mi służyć jak najlepiej to też tak będzie. To taka moja teoria, na mój własny użytek, nie wiem czy słuszna, ale na mnie działa.

I tak sobie jeszcze myślę, że takie gadanie, że nie ma bólu, że nie jesteś swoim ciałem – owszem jestem, wiem że nie tylko, ale nim TEŻ jestem i nie zamierzam się od niego odcinać, bo uwielbiam to swoje ciało, nawet jak czasem daje mi w kość 🙂

p1230794

Są ! Dotarły dzisiaj do mnie moje misy kryształowe !

I nagle poczułam, że muszę odkurzyć pokój i oczyścić go szałwią zanim je rozpakuję. Wiedziałam, że takim Gościom należy się szacunek i odpowiednio przygotowana Przestrzeń. Wreszcie wyjęłam je delikatnie z pokrowców i rozstawiłam półkolem wokół siebie. Grałam i śpiewałam razem z nimi. Niewiarygodne jest dla mnie to, że one dopasowują się do wibracji mojego głosu, tak ja ja dopasowuję się do nich. Wibrujemy razem, a one działając jak taki inteligentny mikrofon, niesamowicie wzmacniają mój głos.

W pewnym momencie znowu miałam wizję jak mają wyglądać te moje koncerty. Tak naprawdę to nie będą koncerty, to będzie niezwykle mocny proces „wypłukiwania” blokad z poszczególnych czakr. Jak mocny, poczułam momentalnie na własnej skórze. Zobaczyłam, że w filmie mam poukładać swoje obrazy kolorami czakr, zaczynając oczywiście od dołu, od czakry korzenia. I nagle zdałam sobie sprawę, że nie mam prawie w ogóle pomarańczowych obrazów ! Nie mam obrazów odzwierciedlających czakrę seksualną ! W tym samym czasie grałam właśnie na tej misie i śpiewałam. W pewnym momencie zaczęłam strasznie płakać, łzy płynęły a głos mi się załamywał. Grałam i śpiewałam tak długo, aż wszystko się uspokoiło.

Te łzy były tak naprawdę z dwóch powodów. Pierwszy wiadomo – oczyszczała się energia drugiej czakry. Drugi powód to moja wielka wdzięczność za to, że dostałam w swoje ręce tak potężne narzędzie do transformacji.

Przypomniało mi się Peru i moment, w którym śpiewałam pod wodospadem moją Pieśń Duszy. Teraz wszystko się połączyło. Wiem, że mam ją śpiewać dla innych ludzi, mam ich zachęcać by znaleźli swoją własną, bo nasz dźwięk jest potężną siłą uzdrawiającą nas samych.

Zobaczyłam, że to nie będą koncerty, to będzie wspólne śpiewanie, wspólne uwalnianie tego co już nam nie służy i wspólne wznoszenie się ku Nowemu Światu.

Tak jak powiedziały mi ostatnio Anioły – małe kroczki. Teraz już wiem dokładnie o co chodziło. Wiem, że najpierw muszę się zaprzyjaźnić z moimi misami, musimy się razem dostroić, dowibrować, żeby móc wyjść między ludzi. Ale wiem również, że to będzie dla mnie niezwykłe przeżycie i ogromna radość. Miałam okazję już to poczuć, bo wibracje tych mis są nieziemskie.

Jestem tak szczęśliwa i tak wdzięczna, że żadne słowa tego nie wyrażą….

p1230772

Nie znoszę wstawać rano jak jest ciemno za oknem. Brrrrr, zawsze mi to przychodzi z trudem. Ale dzisiaj dostałam nagrodę w postaci urzekającego wschodu słońca. Warto było, dla tego widoku. Zdjęcie nie oddaje tych urzekających barw. Kolory wschodzącego słońca otwierają bardzo mocno czakrę serca. One mnie natchnęły do napisania dzisiaj o tym jak się czuję z tym wszystkim co się wydarzyło w ostatnich dniach…

Myślę oczywiście o tej wizji z warsztatów, w której zobaczyłam siebie grającą na misach kryształowych, podczas gdy w tle, na dużym ekranie płyną sobie leniwie moje obrazy. Otóż wizja zaczyna nabierać kolorów i szczegółów. Malując kryształ na moim logo zaintrygowało mnie, że każdy kolor ma 3 płatki. Czułam, że tak właśnie ma być. Mam trzech Przewodników, więc może dlatego ? Ale pokazało mi się coś innego. Krótko po warsztatach nie mogłam spać, przewracałam się z boku na bok, podekscytowana tym co przede mną i nagle mnie oświeciło. Mam jeździć na te koncerty z trójką swoich dzieci 🙂 Z albumem, książką i kartami anielskimi. A więc następne wyzwanie przede mną.

W kolejnej wizji pokazało mi się, że taki pokaz, połączony z dźwiękiem będzie bardzo mocno otwierał przestrzeń serca. Dlatego na końcu mam zrobić krótką medytację, w której każdy będzie mógł zadać sobie ważne pytanie i dostanie odpowiedź w połączeniu z najlepszą wersją siebie.

I wtedy niespodziewanie przypomniałam sobie o książce, od której wszystko się zaczęło: Anielska Medycyna – Doreen Virtue. Nieprawdopodobne było moje zdumienia, jak uświadomiłam sobie, że ona pisała o Atlantydzie i Świątyniach Uzdrawiania. Poczułam jakbym dostała obuchem w głowę. To tak, jakbym wtedy była w stanie odebrać tylko część wiadomości. Wtedy, jak ją czytałam pierwszy raz, informacja była dla mnie jednoznaczna: mam pracować z Aniołami. Poczułam, że to było preludium. Teraz idę dalej i razem z Aniołami, które niesamowicie mnie zmieniły i przygotowały, mam pójść głębiej – w kierunku uzdrawiania dźwiękiem kryształów, kolorem i światłem. Złapałam oczywiście książkę i przeczytałam ją jeszcze raz. Tym razem poczułam mocno, że chcę pojechać na Santorini, o którym pisze autorka. Wg niektórych przekazów, ta wyspa jest pozostałością po Atlantydzie. Wyczuwa się tam bardzo mocno wibracje kryształów i Aniołów. Pojadę tam, żeby połączyć się z tamtą energią i mądrością. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest to konieczne, ale skoro można, to czemu nie zafundować sobie i swojej Duszy takiej frajdy ? Ufam jej już na tyle mocno, żeby wiedzieć, że jak gdzieś mnie ciągnie, to jest to ważne dla mojego rozwoju.

I teraz powiem Wam coś dziwnego. Wczoraj poczułam się przygnieciona ciężarem tego wszystkiego. To nie były wątpliwości. Raczej ogrom tego co przede mną sprawił, że uleciała ze mnie chwilowo energia. Jak ja temu sprostam ? – zadawałam sobie pytanie. Czy to wszystko mnie nie przerośnie ? Czy nie za wysoko próbuję podskoczyć ?
Wiesz co ? – powiedział Janek – zanim zaczniesz występować na stadionach, zacznij w małych grupkach, dla niewielkiej ilości ludzi i zobaczysz 😛 😀
Tego mi było trzeba, chociaż jeszcze sobie tego nie uświadamiałam. Poszłam do pokoju i w myślach rozmawiałam z Aniołami: tak, Doreen to sobie z nimi gada, od razu dostaje gotowe rozwiązania, a ja ?
Małe kroczki – usłyszałam w odpowiedzi – nie musisz od razu widzieć końca swojej podróży, nie jesteś w stanie sobie tego wyobrazić i nie próbuj, bo się przestraszysz. Stawiaj małe kroczki. Krok następny – kupić misy, krok kolejny zacząć grać… reszta się otworzy jak przyjdzie odpowiedni Czas i jak będziesz gotowa.

To mnie uspokoiło. I tak mi przyszło, że to jest prawdopodobnie powodem naszych niepowodzeń, powodem tego, że nie spełniamy naszych marzeń – przeraża nas ich ogrom i świadomość co się stanie jeśli to zrobimy ? Jak bardzo zmieni się nasze życie ? Jak bardzo MY się zmienimy ? Podczas gdy, jeśli odważymy się w nie zanurkować, rzucić na głęboką wodę, zaryzykować i spełnić pragnienie naszej Duszy – ona pięknie nam się odwdzięczy. Wiem to z doświadczenia. Wiele razy się o tym przekonałam.

Celowo piszę o tym wszystkim. Wypowiadając swoje marzenia na głos nadajemy im moc. A słowo pisane jest potęgą. Pisząc o tym, wiele rzeczy mi się krystalizuje i układa w spójną całość. A poza tym liczę na to, że jak będę się ociągać, czy migać, to dacie mi kopa 😉 Wiecie, głupio tak robić z gęby cholewę, nie ? 😀 (a ktoś w ogóle wie jaką cholewę ? )

film-arrival-2016

No i tak się zadziało, że Janek wrócił, chociaż miało go nie być, a ja zamiast pobiec na tańce, poszłam z nim do kina. I nie żałuję. Obejrzałam film, który wcisnął mnie w fotel – Nowy Początek. Dla normalnego człowieka… taka nowa wersja E.T. Przylatują kosmici i ludzkość próbuje się z nimi dogadać. Tylko, że jeśli wejdziemy w ten film z otwartym umysłem i szeroko otwartym sercem, dostajemy strzępki informacji, strzępki prawdy o Czasie i o postrzeganiu naszej rzeczywistości. I tak się zastanawiam… dlaczego ta wiedza ZNOWU jest limitowana ? Kto o tym ZNOWU decyduje ? To tak jakby nieliczni tylko, próbowali przemycić coś cennego, coś wartościowego. Ktoś to robi i ktoś na to pozwala. Zupełnie jakbyśmy byli przygotowywani do tego co się wydarzy. Scenariusze są typowe jeśli chodzi o starcie ludzkość kontra reszta Wszechświata. Ale tutaj przesłanie jest budujące. Tak naprawdę pokazuje nam istotę Czasu. I jednocześnie wskazuje coś, o czym trąbią wszystkie nauki duchowe: ta chwila, która jest, ma największą moc. Bądź w niej na 100%. Nie marnuj cennego czasu, przeżyj go najpiękniej jak potrafisz. I pojawiło się pytanie: czy gdybyś znał swoje życie od początku, do końca, chciałbyś coś zmienić ? Nie, w zasadzie nic, mówiłbym tylko częściej, co czuję…

Właśnie tak… Zadałam sobie kiedyś to samo pytanie. Odpowiedź mnie zaskoczyła: nic bym nie zmieniła… Zatem wszystko co zrobiłam, było mi do czegoś potrzebne, czegoś mnie nauczyło, dało mi mądrość, dało przestrzeń dla podejmowania świadomych decyzji. Kluczowych wydarzeń bym nie zmieniła. Może właśnie te chwile, cenne chwile z dziećmi czy rodziną bardziej bym doceniła…

Wiem, że nieskładne to z lekka, ale ten film coś ze mną zrobił. Rzadko mi się zdarza, żebym po zakończeniu seansu nie była w stanie wstać z fotela. Potrzebuję go obejrzeć jeszcze raz, by wyłapać te strzępki i poskładać w całość.

Szczególnie jedna scena mnie poruszyła na tyle mocno, że łzy mi stanęły w oczach ze wzruszenia, a raczej z uświadomienia sobie prawdy. To było takie zajrzenie w przyszłość na chwilę i wykorzystanie tej wiedzy w czasie „rzeczywistym”. Od razu mi się pokazała scena z mojej medytacji. To tak, jakbym na chwilę „wskoczyła” w swoją przyszłość. Ona została mi pokazana. I teraz jak zwykle mam dwa wyjścia: mogę w nią wejść z ufnością, a mogę również machnąć ręką i uznać, że to nierealne i głupie. Że sobie coś wymyśliłam, że naciągnę męża na misy a potem rzucę je w kąt, jak twierdzi moja Mama 😉

Ale jeśli to prawda, że czas nie jest linearny, a porusza się raczej po spirali, czyż nie mamy możliwości zajrzeć na chwilę co nam szykuje ? Mamy i pewnie wiele razy zaglądamy. To są te nasze przebłyski intuicji. Tylko zwykle są one tak nieprawdopodobne, że nie dajemy im wiary, zbywamy machnięciem ręki, a nawet jeśli na chwilę im uwierzymy, racjonalny umysł jest w stanie zgasić każdy, najlepszy pomysł. I tak umiera nasza świetlana przyszłość miliony razy, pogrzebana pod stertą wątpliwości, logicznych wyjaśnień i racjonalnych argumentów nie do pobicia.

Trzeba być albo niespełna rozumu, albo mieć do siebie 100% zaufania, żeby podążać za tymi cichymi podszeptami lub wizjami, które nam się pokazują. Ale jeśli za nimi pójdziemy…. uwierzcie mi, życie staje się prawdziwą magią.

Tak na marginesie dodam, że nie mam jeszcze mis kryształowych, bo szukam gdzie kupić, a już mam trzy miejsca, w których będę grać 🙂 Tak to działa, jak się człek posłucha swojej szalonej Duszy. Bo to będzie tak, że to mnie będą ludzi zapraszać, ja mam tylko jeździć i grać. Tadaaaam ! 😀

p1230757

Dalsze echa pracy z Jadwigą Anmerona. Można powiedzieć, że otworzyła się puszka Pandory. Nie dziwię się, że niewiele jest osób na warsztatach. Nie każdy chce się mierzyć z tym, co w nim drzemie, nie każdy chce zaglądać w te ciemne zakamarki i nie każdy jest gotowy, żeby uwolnić poczucie winy i wziąć odpowiedzialność za siebie i wszystkie swoje czyny.

Miałam taką sytuację na warsztatach. Pracowałyśmy w parach. Zanim zaczęliśmy wyciągnęłam sobie kartę z tarota Osho – „Ciężar”. Zobaczyłam ją i pierwsze moja myśl była: odłóż ją, nie potrzebujesz już tego ! Ale moje wrodzone umiłowanie do cierpienia i przerabiania stwierdziło: nie, skoro się pokazało, znaczy muszę w to wdepnąć, muszę sprawdzić co to jest. No i na efekty nie trzeba było długo czekać. Praca w parach miała być taka lajcikowa, a my poszłyśmy na głęboką wodę, do jakiegoś wcielenia, w którym byłam w ciąży i wisiałam na krzyżu. W ogóle mnie to nie zdziwiło, no tak, normalka… Potem musiałam sobie wyciągnąć jakąś strzałę z oka, a potem padłam i chciałam już tylko umrzeć.
Drama Queen w całej swojej krasie. I tak się hamowałam, żeby nie wejść za bardzo w rolę 😛 A Kasia, z którą pracowałam i Jadwiga, która widziała co się wyprawia, cały czas próbowały zmienić mój program z: winnej na niewinną. Położyły mi rękę na szklance wody, miałam wprowadzić do niej informację: jestem wolna, jestem niewinna i wypić. Niby proste, a wiecie jaki miałam opór, żeby to zrobić ? Chciałam bardzo, ale nie czułam tego, że jestem niewinna. Pisałam już o tym wcześniej, wydawało mi się, że już jest dobrze, a tu znowu opór. Kasia postawiła mnie na nogi, kazała otworzyć oczy, nie pozwalała uciekać w tamten świat. Postawiła mnie przed oknem i powiedziała: spójrz, jesteś niewinna jak ten biały śnieg… Patrzyłam na niego, płakałam i nie mogłam w to uwierzyć. Poprosiłam o znak. Pojawiła się Sójka. Nie rozmawiałam z nią jeszcze o tym, co chciała mi powiedzieć, ale przyszło mi później, że „wybierała się za morze i wybrać się nie może”… czyli niezdecydowanie. Ale to z bajki, może naprawdę ona niesie inne przesłanie ? W każdym razie długo to trwało zanim zdecydowałam się wypić tą wodę. Wiem, że i Kasia i Jadwiga nieźle się nade mną napracowały.

Piszę o tym, bo tu jest fajny myk, w tym co Jadwiga nam przekazała. Jeśli uwalniamy coś ze swojego systemu, jakiś stary program, przekonanie, coś co nas blokuje, ważne jest, żeby zastąpić to nową informacją. Żeby wprowadzić do swojego systemu i aktywować myśl, czy przekonanie, które zastąpi to, co uwolniliśmy. Jeśli tego nie zrobimy pozostanie pustka, a Wszechświat nie znosi próżni. Jak magnes powróci do nas to, co właśnie uwolniliśmy. Może dlatego przerabiam z uporem maniaka swoje poprzednie traumy, bo nie dawałam nic w zamian ? Nie wprowadzałam do swojego systemu Nowej Informacji… dlatego stara wracała. Teraz mnie oświeciło…
Warto powtarzać sobie takie słowa jak mantrę: „Co było to było, co jest to jest, a co będzie to tylko mój wybór, ja podejmuję decyzję”.
I jeszcze jedna ważna rzecz, która się wydarzyła, świadcząca o tym jak uparcie trzymamy się tego co stare. Postanowiłam wyciągnąć sobie następną kartę z zapytaniem: czy udało mi się coś zmienić ? Zwątpiłam w siebie, więc Wszechświat bezlitośnie mi to pokazał kartą: „Odkładanie na później”. No tak, zaszlochałam rozpaczliwie, nic nie zrobiłam ! Tego już Jadwiga nie wytrzymała. Odłóż tą kartę ! Nie rozumiesz, że to ty decydujesz ? Zasady się zmieniają, nie bierzesz tego co przychodzi, ty decydujesz ! Nie podoba ci się ta karta, to odłóż ją ! Będziemy tu tak długo siedziały, aż wybierzesz dobrą kartę.
Trafiły mnie jak obuchem te słowa. No tak, przecież to logiczne, jak mogłam być taka głupia ? Z zupełnie innym nastawieniem wyciągnęłam trzecią kartę: Egzystencja – „Nie jesteś tutaj przypadkiem. Egzystencja cię potrzebuje. Bez ciebie Egzystencji będzie czegoś brakować i nikt nie będzie w stanie wypełnić tej luki. Gwiazdy, słońce i księżyc, drzewa, ptaki i ziemia – wszystko w całym Wszechświecie czułoby pustkę w tym małym miejscu, którego nikt prócz ciebie nie może wypełnić”.

Dlatego namalowałam sobie obraz, który nazwałam Niewinność. Pracuję cały czas z tym tematem, bo wiem, że dużo jest do zrobienia. Tak trudno sobie wybaczyć pewne rzeczy, sobie najtrudniej… Ale wiem, że mi się uda, pomału, uwalniając kolejne pokłady winy, obserwując uważnie co do mnie przychodzi i pracując z tym świadomie, stanę wreszcie prosto przed lustrem i powiem sobie bez zająknięcia: Jestem Niewinna.

 

 

mezczyzna

Krótko po warsztatach u Jadwigi miałam sen. Śniło mi się, że mam na bluzce jakieś troczki. Proszę Janka, żeby mi je obciął, a on jakimś takim krótkim mieczem obcina mi je razem z włosami. Krzyczę do niego: co ty zrobiłeś najlepszego ?! Boże, dlaczego obciąłeś mi włosy, jak mogłeś ? A on tylko wzrusza pogardliwie ramionami i dziwi się o co robię tyle krzyku. Uciekam do jakiegoś pokoju, płacząc cały czas. I wtedy jeden z uczestników warsztatu, Marcin (którego nie widzę, ale wiem że to on) tłumaczy mi, że to taki rytuał. Że kiedyś jak chłopiec dorastał, ścinało mu się włosy krótko przy skórze i przechodził pod opiekę ojca, stawał się Mężczyzną…. Ale co to ma ze mną wspólnego ? Tego jeszcze nie odkryłam… Budzę się z bólem głowy.

Może to przez ten sen, a może nie, ale dzisiaj zapragnęłam oddać hołd Mężczyznom…
Jechałam ostatnio przez pół Polski i mijałam po drodze Mężczyzn pracujących przy budowie dróg. Było zimno, wiecie te okropne dni, kiedy człowiekowi nie chce się wyściubić nosa z ciepłego domu… a tam, gdzieś na dworze pracują Mężczyźni, budują drogi, domy, kopią rowy, siedzą w tych zimnych koparkach, dźwigach, skupieni na swojej pracy, sami przez 8 godzin, albo w towarzystwie innych Mężczyzn. Obserwowałam ich i w moim sercu rosła coraz większa wdzięczność dla tej silnej, męskiej energii. Dla tych wszystkich Mężczyzn, którzy co rano zaciskają zęby i wychodzą na mróz do swojej pracy. Wychodzą, bo wiedzą, że robią to dla swoich rodzin, dla żon i dzieci. Wykonują najcięższe prace, bo do tego przecież zostali stworzeni. Mężczyzna ma być silny, nie może się skarżyć, ma zacisnąć zęby i tyrać. Mówię o tych wszystkich, którzy pracują fizycznie. Często nie mamy szacunku dla takich ludzi, myślimy o nich: robole, nie chcieli się uczyć, więc tyrają jak woły… Ale ktoś przecież musi to robić. Tak się zastanawiam często latem, jak widzę śmieciarki i tych Panów, którzy zabierają nasze kosze, sprzątają śmieci i cały dzień wąchają te smrody. Co by się stało, gdyby oni nagle zaczęli strajkować ? Utonęlibyśmy we własnych odpadach. A oni to robią codziennie, każdego dnia i pewnie wstydzą się że mają taką pracę. A ja uważam, że należy im się wielki szacunek. Wydaje nam się, że to takie oczywiste, że są ludzie którzy wykonują prace, których my nigdy byśmy nie chcieli robić. Jest to dla nas takie oczywiste, że w ogóle ich nie zauważamy, nie widzimy ile ich to kosztuje wysiłku, ile samozaparcia, żeby codziennie wstać z łóżka i wyjść do pracy.

Teraz jak to piszę, przypomniał mi się mój Tata… Kochał samochody, chciał być mechanikiem, ale jego rodzicie mieli inny pomysł. Miał iść do szkoły elektronicznej. W rezultacie zmieniał ciągle prace, bo nigdy nie trafił na taką, którą by pokochał. Ostatnia jego praca była w Browarach Królewskich. Nienawidził jej. Stał przy wielkich kadziach i regulował jakieś zawory. Kiedyś odkręcił coś źle i gorące piwo wylało mu się na głowę. Cała skóra mu zeszła i śmiał się później, że odmłodniał dzięki temu. Przyszłam kiedyś do niego do pracy, nie pamiętam po co. Pamiętam do dzisiaj tą skurczoną, smutną postać człowieka, który robi coś, bo musi pracować dla rodziny. Pamiętam siebie jak stanęłam z boku patrząc na niego, jak gardło mi się ścisnęło z żalu i łzy zakręciły w oczach. Boże, jaki on jest nieszczęśliwy tutaj…. Dzięki jego pracy moja Mama zdecydowała się uregulować sprawę ziemi, która należała jej się po Ojcu. Dzięki temu ja mieszkam w domu, który sami sobie zbudowaliśmy. Jednak bez pracy mojego Taty, bez pieniędzy, które dostał wtedy, nigdy byśmy się na to nie zdecydowali. Mieliśmy bazę, mieliśmy Ziemię, coś trwałego, coś na czym można budować przyszłość.
I tak sobie myślę, że nigdy nie powiedziałam mojemu Tacie, jak bardzo jestem mu wdzięczna za to co dla nas robi. Mogłam powiedzieć mu wtedy, ale nie przyszło mi to do głowy. Może się  wstydziłam, że pracuje w takim miejscu ? Może wydawało mi się, że powinien robić coś „ważniejszego” ? Dostrzegam to dopiero dzisiaj, kiedy Jego już nie ma z nami. Chociaż w ten sposób chcę mu podziękować za wszystko co dla nas zrobił… Chcę mu się pokłonić z wdzięcznością i  z szacunkiem za jego Życie.
W ten sposób chcę podziękować wszystkim Mężczyznom, którzy nigdy tego nie słyszą w domach. Jestem wdzięczna i pełna podziwu dla Was wszystkich, budujących dla nas domy, drogi, mosty. Dziękuję wszystkim śmieciarzom, szambiarzom, złomiarzom, wszystkim, którzy sprzątają po nas cały ten bałagan. Dziękuję silnej, męskiej energii za to, że jest taka odpowiedzialna, za to że pozwala nam na bycie delikatną, kobiecą energią. Dziękuję za mocne ramiona, za niezłomność, za ochronę, za poczucie bezpieczeństwa. Dziękuję, że JESTEŚCIE.

p1230730

Wróciłam z warsztatów szamańskich u Jadwigi Anmerona. Tyle się zadziało, że nie wiem od czego zacząć. Najważniejsze dla mnie momenty: Medytacja na Atlandydzie. Mogłam zobaczyć dokładnie czym się zajmowałam. Byłam Kapłanką, która uzdrawiała kryształami, kolorem i dźwiękiem. Kryształy były zawieszone nad kryształowym stołem, na którym leżał pacjent. Światło wpadające do świątyni nadawało im kolor dokładnie taki, jakiego potrzebował w danej chwili. Ja na nich grałam i uzdrawiałam też swoim głosem. Do mojej „pracy” uwielbiał przychodzić mój mały synek. Wpadał radosny i grał na kryształach, jak nikogo nie było. Tym synem jest moja Milenka.
Jedyne co zakłócało mój spokój to fakt, że uzdrawianie było tylko dla wybranych. Nie pozwalali mi leczyć „normalnych” ludzi. Moim największym marzeniem było dzielić się tą wiedzą, tym co potrafiłam robić, ze wszystkimi ludźmi. Część Kapłanów twierdziła, że ta wiedza jest dla wybranych. Że tamci nie są gotowi, że mogliby sobie zaszkodzić. Ale ja wiedziałam, że to niemożliwe, bo Dusza zawsze weźmie tylko tyle, na ile będzie gotowa, ani więcej, ani mniej. Nie chcieli się dzielić mocą kryształów, które należały do wszystkich, dlatego Centralny Kryształ zapadł się pod Ziemię. Wtedy wszystko się skończyło.
Ciekawe było to, że w medytacji nie tonęliśmy. Jadwiga chyba nam tego oszczędziła. Mogłam natomiast szybko przenieść się do czasów dzisiejszych i zobaczyć, jak ten Kryształ wynurza się znowu i jak tym razem dostępny jest wszystkim ludziom, którzy czują jego wołanie, jego moc i wibrację. Jest gotowy, by dzielić się znowu swoją wiedzą ze wszystkimi, którzy tego potrzebują.
Potem mieliśmy druga medytację, w której mieliśmy się spotkać ze swoim obecnym Przewodnikiem. Ciekawa byłam czy kogoś spotkam. Zanim wypłynęliśmy na spotkanie z nim, czułam że coś się dzieje z moją głową. Tak jakbym musiałam usunąć coś, co tkwiło na wylot wbite w okolice trzeciego oka i wychodziło z tyłu. Okazało się, że Milenę tak rozbolała głowa mniej więcej w tym samym czasie, że Janek musiał z nią pojechać do szpitala. Nigdy wcześniej się to nie zdarzyło. Wieczorem wszystko już wróciło do normy.

Ja natomiast zeszłam ze statku, którym płynęłam na spotkanie i weszłam do cudownego ogrodu, w którym spotkałam się z trzema swoimi Przewodnikami: Metatronem, Tęczą i Wielorybem. Spytałam Metatrona czy mam grać na misach kryształowych ? Zamiast odpowiedzi pokazał mi obraz. Mnie samą na sali pełnej ludzi, grającą na kryształach, a na ogromnych ekranie płyną moje obrazy.
Śmiałam się, że dostałam gotowy produkt. Od razu pojawiło mi się moje duchowe imię:
Ma – Na – Wa
Kryształ – Kolor – Dźwięk
Metatron – Tęcza – Wieloryb

Manawa – Dotyk Anioła i logo…

Łzy płynęły mi ciurkiem, więc nie mam żadnych wątpliwości, że to jest moja Nowa Droga. Do tego potrzebna mi była cisza, żeby urodziło się właśnie TO. Dopiero teraz jak to piszę, przyszło do mnie, że dlatego po powrocie z Australii, swoje Zapiski z podróży zaczęłam zapisywać w nowym folderze. Nazwałam go właśnie tak….. Nowa Droga. Widzę siebie, jak jeżdżę w różne miejsca, gram na misach, pokazuję swoje kolorowe obrazy i w ten sposób dotykam ludzkich serc. W ten sposób poszerzam świadomość. Pokazuję ludziom, że jest naprawdę Nowa Droga, Nowy Świat, Nowa Energia… że to wszystko jest w nas i zawsze było, że tylko na chwilę straciliśmy to z oczu, ale teraz jest moment, kiedy możemy wrócić do swojej prawdziwej Istoty. Teraz jest czas, żeby poczuć ten zew i odważnie pójść za jego wołaniem.
Boże, jestem taka wdzięczna swojej Duszy, za to że uparcie popychała mnie w takim kierunku bym odnalazła siebie. Jestem wdzięczna sobie, że słuchałam tego subtelnego, często szalonego głosu, że zaufałam sobie i na przekór rozsądkowi robiłam rzeczy, które rozsądne nie były. Jestem wdzięczna Jadwidze Anmerona za cudowny dar tworzenia takiej Przestrzeni, w której dzieją się cuda. Widzę jak niesamowitą moc ma ta niewielka Kobieta. To się nie kończy wraz z wyjazdem w warsztatów. To się dopiero zaczyna. Dostaję nowe informacje od Mileny, w snach…

Zrobiliśmy sobie rodzinny krąg po warsztatach. Milena mówi na końcu. Źrenice ma rozszerzone maksymalnie, oczy prawie czarne, a ja wiem, że mówi jak w transie. Janek zasypia, Zuzia chowa głowę, tylko ja słucham w skupieniu:

Jestem szczęśliwa, że mam taką rodzinę. Długo takiej szukałam. Na całym świecie. Potem znowu wróciłam do Polski i wreszcie znalazłam. Jak mama była w szpitalu, to krążyło nad nami dużo Aniołów. Potem powstał z nich jeden – 14 kolorowy – Anioł Najwyższej Energii. Każdy z naszej rodziny ma takiego Anioła, ale jeden z nich jest najpotężniejszy – Anioł Mamy. On skrywa wielką moc, o której jeszcze nikt w kraju nie wie. Tylko nasza rodzina.

Na logo miało być 7 kolorów tęczy, ale po tym co usłyszałam od Milenki zaczęłam się zastanawiać, czemu 14 ? I przyszło mi, że 7 kolorów ziemskich i 7 ich odpowiedników duchowych… I tak namalowałam. Tak powstał graficzny zapis tego co zobaczyłam w medytacji. Z tym symbolem powędruję w świat, do ludzi, do wszystkich, którzy będą chcieli poczuć Dotyk Anioła.

 

 

 

 

 

 

ja-i-anetka

Tak więc dokonało się. Pokazałam się wczoraj światu, wyszłam ze swojej bezpiecznej przestrzeni, wyszłam z ukrycia i przemówiłam ludzkim głosem, choć do wigilii jeszcze daleko 😛 😀

Szczęściem, kilka dni przed moim pierwszym w życiu spotkaniem autorskim usłyszałam w radiu taką rewelację: a wiecie, że na pierwszy koncert U2 przyszło 6 osób ? Haaaa, myślę sobie, w takim razie nie będę się przejmować ile osób przyjdzie do mnie. Pojechałam do Ełku, weszłam na salę i szybko sobie porachowałam, choć nigdy nie byłam dobra w te klocki… Wyszło mi, że jest więcej niż 6 osób, więc jest git ! Nie, żebym się wywyższała, że jestem lepsza od U2, ale wiecie, tak jakoś od razu lżej mi się zrobiło na sercu 😀

Wylosowałam sobie Anioła na drogę, który miał za zadanie otulić mnie swoją kojącą energią. Wyobraźcie sobie jakie było moje zdziwienie, gdy w drodze do Ełku zadzwoniła do mnie kobieta, która tu na Ziemi, jest materializacją tego właśnie Anioła. Dla niej go namalowałam, a nie jesteśmy znajomymi na fejsbuku. Nie wiedziała co wylosowałam i dokąd jadę. Zadzwoniła po prostu powiedzieć mi jak bardzo się cieszy z tego, że odkrywam jakim skarbem jest moja rodzina. Taka magia się właśnie wydarza, jak otworzymy drzwi przed tymi cudownymi Istotami.

Ale wracając do spotkania. Było bardzo kameralne. Przyszły na nie głównie Seniorki i dwóch uroczych Panów. Dało się wyczuć pewne niezadowolenie z faktu, że nie ma pana Darka, który miał mieć koncert. Zamiast tego byłam ja, czyli nie wiadomo kto 😉 Ale zaczęłam mówić jak to ja, tak po swojemu, prosto z serca, bez owijania w bawełnę i bez krygowania się, wybuchając co chwilę swoim perlistym śmiechem. Może tylko ja się śmiałam ze swoich słów, ale zauważyłam nagle, że Panie, które czekały z rezerwą na to, co się wydarzy zaczęły się nagle rozpływać. Tak zadziałała magia kolorów. Zrobiłam godzinny filmik z moimi obrazami, prawie wszystkimi. Anioły przewijały się między Zwierzętami Mocy, energiami, drzewami i innymi kolorowymi plamami. Wszyscy siedzieli jak zahipnotyzowani, więc stwierdziłam że przestanę chyba mówić, żeby nie przeszkadzać. W zasadzie moje obrazy odwaliły całą robotę 🙂 Miałam niebywałą okazję zobaczyć jak niesamowite jest ich działanie. Jak zmienia się energia, jak ludzie topnieją, stają się otwarci, miękną, zaczynają się uśmiechać, zaczynają czuć… Jedna Pani powiedziała coś, czym mnie totalnie zaskoczyła: „ja mam wrażenie, że te obrazy nie kończą się tu, gdzie kończy się ekran, one się rozprzestrzeniają, rozszerzają, są wszędzie…” Tak właśnie jest, dlatego zawsze sugeruję, żeby nie oprawiać ich w ramy, żeby pozwalać tej energii promieniować.

To był magiczny wieczór dla mnie, niezapomniane chwile. Poznałam cudowną Kobietę – Anetkę Zamojską. To ona wyłowiła mój album w Krakowie i ona mnie zaprosiła na ten wieczór. Wiem, że ta przyjaźń dopiero się rozpoczyna, a Anioły mają dla nas w zanadrzu mnóstwo niespodzianek. Już widzę jak zacierają ręce, czy co tam innego, co mogą sobie zatrzeć 😛 😀
Miałam taką intencję na tę podróż: chciałam, żeby jak najwięcej osób poczuło Dotyk Anioła. Wierzę, że każdemu udało się zobaczyć jak magiczne są to Istoty. Każdy chyba poczuł na sobie jak szybko potrafią nas zharmonizować, wyciszyć i sprawić byśmy życie zobaczyli w weselszych barwach. Jestem szczęśliwa i spełniona. I oczywiście zdałam sobie sprawę, że na scenie czuję się jak ryba w wodzie. To chyba będzie kolejna moja pasja 😉

 

dsc_0382

Uświadomiłam sobie właśnie, jak niesamowitą rolę pełni w moim życiu Mąż. Do tej pory często mi się zdarzało myśleć: Boże jak on mi podcina skrzydła ! Tak mnie potrafi wkurzyć, sprowokować, żebym wybuchła, przez niego taplam się w tych niskich energiach… a mogłoby być tak fajnie. Szczególnie mocno tak się działo po moich podróżach, warsztatach, masażach, tańcach, wtedy gdy naprawdę fruwałam… Ale dzisiaj zrozumiałam jedno, on mi nie podcina skrzydeł, on mnie ściąga z powrotem na Ziemię.
Tu jesteś, Tu jest twoje miejsce, pamiętaj o tym ! Chodził ze mną nawet po jaskiniach, a potem chciał, żebym taplała się z nim w błocie na rajdach terenowych. Im bardziej ja fruwałam, tym bardziej stanowczo on mnie musiał ściągać. Musiał się przedrzeć przez moją pychę i zarozumiałość.
Mój Boże, już byłam taka oświecona, a on mnie musiał znowu wkurwić ! Dzisiaj widzę z wielką jaskrawością swoją własną głupotę. Wydawało mi się, że ja się tak rozwijam, a on ciągle nic nie rozumie, ciągle popełnia te same błędy. A to wcale nie tak… On mi tylko pokazywał moje ciemne zakamarki, powtarzając w najgorszych momentach: noooo, gdzie są te twoje Anioły ? – co oczywiście doprowadzało mnie do furii. Musiałam dostać takiego silnego faceta, bo jak się wkurzę, to jestem jak ta rozszalała fala, która zmiata wszystko przed sobą. Musiałam dostać Mężczyznę, który będzie w stanie wytrzymać ten napór dzikiej, nieokiełznanej siły, walącej bez opamiętania. To on tak naprawdę nauczył mnie, że największą siłą jest moja łagodność, która potrafi otwierać serca. Że największą siłą jest moja miękkość i kobiecość, że nie muszę być jak chłop, nie muszę być jak taran.
Dzisiaj rozumiem dlaczego tak mnie często irytował i złościł. Dlaczego irytowały mnie moje własne dzieci. Boże, przecież ja jestem stworzona do innych celów, przecież właśnie mam natchnienie, muszę coś napisać, niech nikt mi nie przeszkadza, i przeganiałam wszystkich… Mamusia teraz nie może, jest zajęta, ma ważniejsze sprawy.
Gówno prawda ! Nie ma ważniejszych spraw, jeśli przychodzi do ciebie twoje własne dziecko i czegoś potrzebuje. Trzeba znaleźć w końcu równowagę pomiędzy sobą a rodziną. Tak naprawdę, coraz mocniej dociera do mnie, że to nie chodzi o równy czas między moim fruwaniem, a spędzaniem czasu z rodziną. To w ogóle nie o to chodzi. Chodzi o to, by żyć tak, żeby każda czynność była tym fruwaniem, tą medytacją. Żeby każdą wykonywać na 100% w danym momencie, a nie po łebkach, na odczepnego, ze złością czy irytacją. Tu jest klucz… Oczywiście nie odkryłam Ameryki, ale odkryłam ją dla siebie, bo poczułam, bo zobaczyłam i zrozumiałam swoje zaślepienie.
Janek ma niesamowitą intuicję. Zawsze potrafił wyczuć, że zmieniła się moja energia, nawet jak nie miał pojęcia, że coś robiłam. I zawsze ściągał mnie z powrotem w taki sposób, że zastanawiałam się tylko w myślach: skąd on wie ? Przecież nic mu nie mówiłam. Wiedział ZAWSZE. Jest moim wielkim Mistrzem, często mu to powtarzam, a on się zawsze złości, nie chce tego przyjąć.
Czyta mojego bloga, mam wrażenie że mocniej to na niego działa, niż to co mówię, a może właśnie za mało mówię ?
Więc powiem najpierw tak, a potem będę powtarzać mu najczęściej jak się da:

Jesteś moim wielkim Mistrzem Janusz. Dzięki Tobie odkrywam całą prawdę o sobie. Dzięki Tobie jestem tu, gdzie jestem. Dzięki Tobie mam piękny dom, cudowne dzieci i nie muszę się martwić o pieniądze. Dzięki Twojej ciężkiej pracy ja mogę spełniać swoje marzenia, mogę podążać za swoimi pasjami, mogę je rozwijać. Jestem wdzięczna za wszystko co dla nas robisz. Doceniam Twoją pracę i wysiłek jaki w nią wkładasz każdego dnia. Doceniam Twoją odpowiedzialność, niezłomność i wytrwałość w dążeniu do tego co sobie zaplanowałeś. Dziękuję, że znosisz wszystkie moje wybuchy i wyskoki, że jesteś w stanie wybaczyć mi moje potknięcia. Dziękuję, że JESTEŚ. Kocham Cię  ❤

13211162_248900678799338_1854788106_o

Byłam wczoraj na masażu u Wojtka. Spotykamy się dosyć rzadko, ale wiem już dlaczego. Te masaże są mocno transformujące dla mnie, dużo mi uświadamiają, dużo we mnie zmieniają. Gdyby były za często nie zdążyłabym „ułożyć” sobie tego wszystkiego w ciele. Wszystko jest doskonałe. Miałam taką intencję wczoraj, żeby była lekkość i przyjemność. Podjęłam decyzję, że nie chcę już nic oczyszczać, przerabiać, grzebać się w traumach. Już nie. I tak było przez pół masażu. Ale kiedy położyłam się na plecach i Wojtek zaczął masować mój brzuch okazało się, że jestem jeszcze na kogoś zła. Od razu pojawiło mi się na kogo, ale odrzuciłam to. Przecież już to zrobiłam wcześniej. Już to przepracowałam, podziękowałam za doświadczenie, puściłam, to nie może być TO.
Dlaczego się chowasz ? Dlaczego nie pokazujesz światu tej dojrzałej kobiety, dlaczego ciągle pokazujesz tą małą, rozzłoszczoną dziewczynkę ? Dlaczego nie mówisz wtedy, gdy coś idzie nie tak ? – zadawał mi pytania Wojtek.

Nie dawałam mu wiary, ale usta zacisnęły się same… I pojawiły się natrętne słowa w głowie: nie możesz nic powiedzieć, bo przecież on zabije twoją mamę, nie możesz nic powiedzieć, nie możesz krzyczeć, nie możesz się bronić, nie możesz mu pokazać jak bardzo cię to boli, jak bardzo jesteś zła ! Nie możesz mu powiedzieć, że nie miał prawa, że zabrał twoją niewinność….

Tak, wtedy nie mogłaś, ale teraz możesz. Możesz powiedzieć swojej małej dziewczynce, że ona JEST NIEWINNA. Nie zrobiła nic złego, zderzyła się po prostu z czymś wielkim, czego nie mogła zrozumieć wtedy… Ale teraz już może. Świadoma kobieta na którą wyrosła, dotarła do źródła tej historii i mogła podziękować tej Duszy, że tak dobrze wywiązała się z umowy jaką kiedyś, dawno temu zawarliście.

Dopiero dzisiaj poczułam, że to już ostatni akord tej historii. Dopiero dzisiaj dotarła do mnie zbieżność tego co się zadziało. Wojtek powtarzał mi: pokaż światu Świadomą Kobietę, już się nie wywiniesz, już czas…

Jutro jadę na swój pierwszy wieczór autorski. Jadę stanąć przed ludźmi i opowiedzieć o sobie, o swoich obrazach, o mojej pasji. Dostałam wczoraj graficzną zapowiedź tego wieczoru, Ktoś, nie wiem kto, spośród ponad dwustu moich obrazów wybrał jeden na ten plakat – Anioła Świadomej Kobiecości

p1200291

Spływam na Ziemię by dotknąć kobiecych serc. By natchnąć je Duchem kobiecej świadomości. By przywrócić im pamięć i z głębin podświadomości wydobyć to, co w nich najcenniejsze. Pojawiam się, by obudzić Waszą delikatność, która jest jednocześnie największą Waszą siłą. By przypomnieć o mądrości, która mieszka głęboko w Waszych sercach. Świadoma kobieta jest największym darem dla tego świata i jego jedyną nadzieją.

Dopiero dzisiaj to do mnie dotarło, że ten właśnie Anioł towarzyszy mi w najbardziej kluczowych momentach mojego życia. Namalowałam go przed wyjazdem do Peru i poczułam, że będzie tam z nami. Pobyt tam i wszystko co się wtedy zadziało, sprawił, że zmieniłam kompletnie swoje nastawienie do siebie, do mojego ciała, do pracy z nim, do wsłuchiwania się w jego sygnały. Wtedy, tam w Peru, stanęłam chyba wreszcie trochę bardziej na Ziemi. Zobaczyłam ze zdumieniem, że z łatwością potrafię rozmawiać z Aniołami, a kompletnie nie mam połączenia ze swoim ciałem. Zaczęłam to zmieniać, bo uświadomiłam sobie jak bardzo jest to ważne i cenne.
Tego samego Anioła wylosowałam przed wyjazdem do Australii, gdzie spotkałam się z Wielorybami, swoją wewnętrzną ciszą i siłą dźwięku. Ten wyjazd sprawił, że znalazłam się na Nowej Drodze do samej siebie.
I teraz wiem, że będzie ze mną na tym najważniejszym dla mnie spotkaniu, bo na pierwszym, gdzie zmierzę się sama ze sobą, gdzie zacznę WYPOWIADAĆ swoim własnym głosem moją Prawdę. To co innego niż pisanie w bezpiecznej przestrzeni mojego domu, kiedy mam tyle czasu ile potrzebuję, kiedy mam ciszę i nikt mi nie przeszkadza, nic mnie nie rozprasza. To spotkanie z żywą energią innych Istot i wzięcie pełnej odpowiedzialności za słowa, które ze mnie wypłyną.

Czuję, że jestem gotowa.

kakao

English below

Magiczny wieczór przeżyłam wczoraj. Byłam na Ceremonii Kakao u niesamowitej kobiety – Shivani. Pierwsze zaskoczenie, że było tak dużo osób, około 60, a drugie, że była równowaga między kobietami i mężczyznami. Serce mi się raduje za każdym razem jak widzę tańczących mężczyzn i czuję ich otwarte serca. Po krótkim przedstawieniu się w kręgu każdy wyraził swoją intencję. Nie miałam wielkich oczekiwań, poszłam potańczyć, poczuć radość i głębsze połączenie z ciałem, ze sobą. Potem każdy wypił Kakao. Mieliśmy połączyć się z duchem tej rośliny i poczuć jej działanie. Nie wiem jak inni, ale ja czułam niesamowitą energię i zachwyt, że jestem w grupie, że mogę uczestniczyć w tej eksplozji radości, która zaczęła się uwalniać w czasie tańca. Muzyka była dosyć mocna, dużo bębnów, więc coś co kocham najbardziej. Shivani robiła nam ćwiczenia w parach, w czasie których mieliśmy poczuć jak energia krąży między mężczyzną i kobietą. Mieliśmy zarówno dawać jak i przyjmować. Taki wstęp do tantry. Ale mam wrażenie, że w tańcu to się uruchamia samo. Każdy ma szansę to poczuć. Tylko, że jeśli się to robi świadomie, efekt jest powalający i niebezpieczny bo można się z miejsca zakochać w partnerze 😛 😀 Uwielbiam takie chwile i takie doznania, no nic na to nie poradzę 😉 Ratuje człowieka tylko to, że przepuszcza tą energię przez serce, które wszystko w końcu wycisza i przekształca w czułość bardziej niż energię seksualną.

Ale najbardziej chyba magiczny moment był na końcu. Stworzyliśmy krąg. Mężczyzna w środku grał na bębnie. Dookoła niego tańczyły kobiety, a reszta mężczyzn trzymała przestrzeń zamykając nas w tym kręgu. Jednocześnie sami z siebie zaczęli skandować. Siła męskich głosów i to, że są za nami, pilnują nas niejako, sprawiła że poczułam się niesamowicie bezpieczna, chroniona, mogłam uwolnić swoją dziką naturę bez obaw. I przyszedł taki moment, że poczułam łzy w oczach, bo tak już kiedyś było…tak powinno być teraz i było w tym właśnie magicznym momencie. Uniosłam ręce z intencją wysłania informacji o tym co się dzieje, o tym czego można doświadczyć we wspólnocie, do siatki która nas otacza. Energia była ogromna i wiem, że zostawiliśmy tam swój ślad, by inni poczuli czego mają szukać, co sobie przypominać i na co otwierać swoje serca. Moim marzeniem jest, żeby jak najwięcej ludzi poczuło to, co ja poczułam wczoraj. Tęsknota za taką wspólnotą jest we mnie ogromna.

Shivani to niezwykła kobieta, z niesamowitą, niespożytą energią i radością istnienia. Na pewno będę się pojawiać na każdej takiej ceremonii, jak tylko przyleci znów do Polski. Jestem ogromnie wdzięczna za ten wieczór i chcę więcej 😀

Magical evening I experienced yesterday. I was at the ceremony in Cocoa with incredible women – Shivani. The first surprise that there were so many people, about 60, and the second, that was a balance between men and women. My heart rejoices every time I see dancing men and feel their open hearts. After a short presentation in a circle, each expressed his intention. I had no great expectations, I went to dance, to feel joy and a deeper connection with the body, with each other. Then everyone drank cocoa. We had to connect with the spirit of this plant and feel its effects. I do not know how the others, but I felt incredible energy and enthusiasm that I am in the group that can participate in this explosion of joy that began to be released during the dance. The music was quite strong, a lot of drums, so something that I love the most. Shivani made exercises in pairs, at which time we feel like the energy circulates between a man and a woman. We had both give and receive. Such an introduction to Tantra. But I feel that dance it triggers itself. Everyone has a chance to feel it. Only that if this is done deliberately, the effect is smashing and dangerous because it can be the place to fall in love in a partner 😛 😀   I love those moments, and such sensations, well, I can not help it 😉 Saves the man only that transmits the energy the heart that eventually all silences and transforms the sensitivity of more than sexual energy.
But perhaps the most magical moment was at the end. We created a circle. The man in the middle was playing the drum. Women danced around him, and the rest of the men held the space closing us in this circle. At the same time alone with each other they began to chant. Strength of male voices and that they are behind us, watch us as it were, made me feel incredibly safe and protected, could unleash my wild nature without fear. And there came a moment when I felt tears in my eyes, because it already once was … the way it should be now, and it was in that magical moment. I raised my hands with the intention of sending information about what is going on, about what we can experience in the community, to the grid that surrounds us. Energy was huge, and I know that we left sign, others to feel what to look for, what to remember and what to open their hearts. My dream is that as many people felt what I felt yesterday. Longing for a sense of community is huge in me.
Shivani is a remarkable woman with an incredible, inexhaustible energy and joy of existence. I will definitely appear on any such ceremony as she will fly back to Polish. I am very grateful for this evening and I want more 😀

 

ja-i-wilk

Cztery lata temu pojawił się Wilk, moje zwierzę mocy. Powiedział do mnie wtedy tak:

Ja wskazuję ci drogę. Pokazuję którędy masz iść. Jestem przewodnikiem stada, samcem Alfa. Jestem silnym, pełnym energii zwierzęciem, podobnie jak ty. Naszym celem jest wskazywać kierunek, prowadzić. Ja nie mówię dużo, ja pokazuję. Przemawiam obrazami, docieram do podświadomości, działam na wyobraźnię. Jest we mnie ogromna moc i siła. Znoszę wszelkie przeciwności losu, traktując je jako dar, z nich się uczę. To czyni mnie silniejszym. Podążaj za mną, pokażę ci wiele dzikich, leśnych ścieżek, poprowadzę cię przez zakamarki twojej Duszy. Biegnij za mną, biegnij ile tchu.
To jest właśnie WOLNOŚĆ. Niczym nie skrępowany bieg przez dzikość życia. Deszcz, wiatr, mróz czy słońce – odbierasz wszystko całą sobą, całym ciałem, całą Duszą. Po to tu jesteś, by CZUĆ życie w każdej chwili swego życia. By biec ile sił w płucach, dokąd cię oczy poniosą. By być spontaniczną, radosną, silną, ognistą kobietą. Jesteś samicą Alfa. Jesteś Matką stada. Jesteś ŻYCIEM.

Przez cały ten czas był ze mną, chronił mnie na różne sposoby, czasem nawet nie miałam świadomości jak mocna jest ta ochrona. Pokazywał mi się dopiero później, po fakcie. Biegaliśmy razem w różne miejsca, ucząc się mądrości od innych zwierząt. A wczoraj nagle i niespodziewanie stanął przede mną i powiedział tak:

Patrząc na mnie – patrzysz na siebie
Słuchając mnie – słuchasz siebie
Biegnąc za mną – biegniesz tam, gdzie chcesz
Wszystko kreujesz sama
Znikam z twojej przestrzeni
Mój czas dobiegł końca
Zostań sama ze swoją ciszą
Zanurz się w niej po uszy
Zachłyśnij się
Niech cię wypełni, niech zabrzmi w każdej twojej komórce
Pozwól by cię wypełniła
Stań się nią i tym pozostań
Sprawdź co się stanie
Pozwól by narodziło się Nowe
Żegnaj….

Patrząc na pierwsze przesłanie od niego i na to ostatnie widzę jaką pracę razem wykonaliśmy. Zaczynam rozumieć, czemu odszedł…

Miałam kilka dni temu taki sen. Śniło mi się, że jestem z osobą, którą bardzo sobie cenię i czuję, że mogę się od niej wiele nauczyć. Chodziłyśmy razem po jakiejś bibliotece, błądziłyśmy trochę. W końcu znalazłyśmy wyjście, tylko z innej strony niż mi się wydawało. Ona powiedziała, w którą stronę mamy iść. Spieszyło jej się i w pewnym momencie zaczęła biec, bardzo szybko, jak dzikie zwierzę. Pobiegłam za nią, ale zniknęła w krzakach. Nagle coś mnie tknęło, żeby się zatrzymać. Stanęłam przed tymi krzakami i okazało się, że za nimi jest przepaść. Gdybym skoczyła, zabiłabym się. Rozejrzałam się wokoło i zobaczyłam, że po prawej stronie są jakieś płyty, po których mogę się zsunąć na dół. Najbardziej niesamowite było to, że od razu dostałam wytłumaczenie tego snu:

Nigdy nie biegnij za kimś ślepo, szukaj własnych ścieżek i dokonuj własnych wyborów.

Mój Wilk już chyba też o tym wiedział, dlatego dalej mam iść sama…

Wieloryby pokazały mi jak cudowna jest cisza, jak dużo dostajemy, kiedy zamykamy usta, przestajemy mówić i zaczynamy słuchać…

Anioły też mnie do tego przygotowywały:
29 września namalowałam obraz – Anioł Ciszy

p1230601

W ciszy i w spokoju rodzi się Nowe. Tak jak ziarno zasiane w ziemi potrzebuje czasu i warunków by móc wykiełkować, tak samo każda zmiana, każdy pomysł czy projekt potrzebuje czasu inkubacji by urodzić się dla świata. Ten moment zatrzymania, wyciszenia, zapatrzenia się do wewnątrz jest niezbędny, jeśli chcesz urodzić coś Nowego. Nie gań siebie za to, że to tak długo trwa, nie przyspieszaj, nie wymuszaj niczego. Ten Czas jest potrzebny, by wszystko mogło dojrzeć w pełni. Zniecierpliwienie tylko wydłuża moment narodzin, bo próbujesz wywołać presję na energiach, które gromadzą się wokół Ciebie. Im bardziej napierasz, tym większy jest ich opór. Pozwól im płynąć swobodnie i zaufaj, że wszystko idzie zgodnie z wyższym Planem. Gdybyś codziennie wykopywała ziarno z ziemi by sprawdzić jak rośnie, nic by nie urodziło. Daj sobie Czas, by to co cenne ujrzało światło dzienne. W ciszy odnajdziesz największy skarb. Z ciszy wyłonią się wszystkie odpowiedzi.

Wszystko układa się w jedną całość, pozostaje mi tylko zaufać…

p1230703

Chciałam namalować coś na zamówienie, ale nie mogłam. Po wczorajszym trudnym dniu, czułam że nie powinnam. Najchętniej poszłabym spać, ale nie chciałam gnuśnieć. Pomyślałam, że namaluję coś dla siebie, żeby wygładzić wczorajsze energie. Sięgnęłam intuicyjne po kolory i zaczęłam malować. Po chwili przyszło do mnie, że maluję dla Zuzi i już wiedziałam czemu sięgnęłam po te właśnie kolory. Podświadomość mnie wyprzedziła, wiedziała wcześniej niż ja, co mam zrobić. Malując stwierdziłam, że to są kolory Zuzi. Takie kolory zażyczyła sobie w swoim pokoju w wieku 5 lat.

Nawrzeszczałam wczoraj na nią okropnie. Powinnam jej wytłumaczyć spokojnie, ale nie potrafiłam. Łatwiej było nawrzeszczeć, wyrzucić z siebie trudne emocje poranka. Od razu tego pożałowałam, ale co z tego, skoro cios poleciał i trafił w najczulsze jej miejsce ? Oddałam dokładnie to, co sama dostałam jakiś czas temu. Pewnie przeszło by to jakoś bez echa, jak zawsze, ale wieczorem zrobiliśmy krąg. Wypowiedziałam wszystko co chciałam, przeprosiłam ją, a Zuzia ? Nie chciała nic mówić i nie musiała. Jej ciało pokazało mi więcej niż chciałabym zobaczyć. Pokazała mi, że skopałam ją po brzuchu, leżała naprzeciwko mnie zwinięta jak embrion. Potem odwróciła się do mnie plecami. Milena przyszła trochę później i też się dziwnie zachowywała. Głowę miała spuszczoną, potem położyła się krzyżem na brzuchu, a w końcu odwróciła się do nas plecami. Obie zrobiły nam ustawienie Hellingerowskie – zauważył Janek.
Dostałam kiedyś taki przekaz:
Gdybyście mogli przez jeden dzień obserwować jak wasza energia wpływa na wszystko i wszystkich dookoła, przerazilibyście się, jak wiele spustoszeń może dokonać jeden wybuch gniewu i złości. A robicie to bez przerwy. To straszne i musicie zdać sobie z tego sprawę. Każdy wybuch złości i agresji odbija się na układzie odpornościowym waszego dziecka.”

Przerysowane ? Zuzia dzisiaj wymiotowała w szkole… Dobrze, że udało jej się oczyścić z tego co ode mnie dostała.

Zuzia ze swoją czarną Panterą ma wybitną umiejętność pokazywania mi moich cieni, moich najczarniejszych stron. Bezwzględnie je obnaża i jednocześnie bezwarunkowo mi wszystko przebacza, wszystkie moje karygodne błędy, wszystkie porażki. Przyszła do mnie później i przytuliła się jak gdyby nigdy nic. Tylko dzieci potrafią z taką łatwością wybaczać. Tego też nas uczą bez przerwy…

Milena też nas zaskoczyła wczoraj. Jak przyszła jej kolej powiedziała ze smutkiem, że ona nie słyszała o czym mówiliśmy, ale że ta rodzina, którą ma jest najlepsza na świecie i że bardzo nas wszystkich kocha: mamę, tatę i Zuzię.

Trudny był wczoraj dzień i trudny ten krąg, ale jednocześnie niezwykle ważny dla nas wszystkich. Wczoraj zrozumiałam jakie to błogosławieństwo móc zobaczyć na własne oczy konsekwencje swoich schematycznych zachowań. Jestem sobie wdzięczna za pomysł pracy w kręgu, bo wiem że teraz każda trudna sytuacja będzie rozwiązywana na bieżąco i dzięki temu unikniemy poważnych problemów wynikających z niedopowiedzeń, z takiego zamiatania pod dywan. Przecież nic się nie stało… owszem stało się.

Nie ma żadnego wytłumaczenia na takie zachowanie. Nie daję już sobie prawa do popełniania takich błędów.

Malując dla Zuzi przyszły mi słowa dla niej: Jesteś gwiazdą o szerokim spektrum działania. Nigdy, nikomu, nie pozwól sobie wmówić, że jest inaczej. Uwierz w to całym sercem.

 

.

wybor

Wpatrując się w tunel zadałam pytanie: jaką rolę ma do spełnienia w moim życiu pewien człowiek ?
Ma cię zatrzymać, albo pchnąć mocno do przodu.
Jak to ? Przecież to dwa przeciwstawne bieguny !
Tak, bo zamiar tego człowieka nie ma tu kompletnie nic do rzeczy. Liczy się twoja reakcja na to co się wydarza.

Jeśli dajmy na to, ktoś próbuje ci coś wmówić, coś ci sugeruje, sprawia że zaczynasz w siebie wątpić, masz zawsze dwa wyjścia. Możesz mu uwierzyć – wtedy pochłania cię energia braku pewności siebie, braku wiary w siebie, energia zwątpienia i umniejszania siebie. Wtedy ta osoba sprawia, że się zatrzymujesz w miejscu lub wręcz cofasz. Masz też drugie wyjście – możesz mu nie uwierzyć, możesz jeszcze mocniej uwierzyć w siebie, w to co czujesz i w to co widzisz. Zasilasz wtedy energię, która cię wspiera i tak naprawdę ta osoba oddaje ci przysługę, bo sprawia że wykonujesz kolejny wielki krok w kierunku samego siebie. I nieważne jest, że możesz popełnić błąd, popełnisz go nie raz. Ale jeśli ufasz sobie, idziesz za wewnętrznym przewodnictwem, za tym co czujesz mocno w sercu, a jeszcze mocniej w sobie, w swoim ciele, w całym swoim jestestwie, wtedy zawsze, ale to zawsze idziesz do przodu na spotkanie tego Kim Jesteś. I nikt nie jest w stanie cię już zatrzymać.

To tak dla przykładu jak można wykorzystywać tą ukrytą energię. Tak naprawdę nie trzeba oczywiście wpatrywać się w tunel. Wystarczy wejść w swoją ciszę, bo tam są wszystkie odpowiedzi…

tunel-1

Znalazłam taki niesamowity Gif w internecie. Tunel wirujący w kolorach takich, jakich nie ma tutaj na Ziemi. Wciągnął mnie nie wiedzieć czemu w swoją przestrzeń tak mocno, że nie mogłam przestać się w niego wpatrywać. Zaczęłam eksperymentować z oczami. W pewnym momencie celowo utworzyłam dwa wiry i obserwowałam co się dzieje. Od razu skojarzyło mi się, że to nasza dualność, dla ułatwienia energia męska i żeńska, wirujące obok siebie. I co się działo ? Jak jedna stawała się za bardzo dynamiczna, dosłownie pochłaniała tą drugą, pożerała ja niejako. Ale pojawiło się też coś innego. W momencie, gdy utrzymywałam wzrokiem obie w równowadze, nagle otwierała się jakaś inna przestrzeń. Odkryłam, że pomiędzy tymi kotłującymi się energiami jest wielka przestrzeń, w której wszystko się dzieje, tylko mało kto to dostrzega bo za bardzo jesteśmy pochłonięci walką. Tam „pomiędzy” jest cały ocean możliwości, którego nigdy nie widzimy, bo nie mamy o nim pojęcia. Ale jakby tak „wcisnąć” się tam świadomością, zobaczyć to i poczuć to jesteśmy w domu 😉

Pisał o tym Adamus: „Kiedy ludzie zaczną pojmować różnicę między świadomością a myślą, zaczną dokonywać wręcz kwantowych skoków w swoim zrozumieniu. Zaczną rozumieć „brakujące” 99% materii i energii oraz to, czym jest przestrzeń między cząstkami.

Co znajduje się w przestrzeni między poszczególnymi cząstkami ? Ta „przestrzeń” wypełniona jest nieuaktywnioną, uśpioną energią – energią, która trwa w neutralnym stanie. Ona tylko czeka, żeby odpowiedzieć na grę ŚWIADOMOŚCI.”

Jak to przełożyć na życie tutaj ? Trudno mi to teraz rozgryźć, wiem że trzeba patrzeć „pomiędzy”, a pomoże nam w tym idealna równowaga, ta cisza w której wszystko się dzieje. Dwie energie będące w idealnej równowadze, przestają ze sobą walczyć, przestają się kotłować, przestają się dominować i nagle zlewają się w jedno otwierając dla nas ten portal do nieskończonych możliwości. Otwierają portal do ogromnej masy energii, która tylko czeka żebyśmy z niej skorzystali. Chyba zaczynam czuć o co w tym chodzi… Coraz częściej wchodzę w te stany „pomiędzy”, w ten swój stan ciszy, idealnej równowagi. To się dzieje wtedy kiedy maluję, wtedy kiedy siadam i rozmawiam ze zwierzętami. Wracając do swojego „normalnego” stanu, takiego zwykłego czuwania, zauważyłam że czuję się niesamowicie ożywiona, pełna energii, radości i zapału. Jestem jak naładowana. W tym miejscu „pomiędzy” dotykamy swojej prawdziwej natury, tego kim naprawdę jesteśmy i tego jakie mamy możliwości. Wierzę, że ten stan można „trenować”, można się nauczyć przebywać w nim coraz dłużej, a jednocześnie całym ciałem i duszą być TU, na Ziemi. Wierzę, że możemy przenieść ten stan do każdej, codziennej naszej czynności. Wtedy wszystko co będziemy robić, będzie nas odżywiać 🙂

P.S. Link do tunelu: https://matthiasm.de/images/Gifs/RainbowBridgeX.gif

wicher

Obejrzałam właśnie piękny film „Niezwyciężony Sekretariat”. Film jest na faktach, teoretycznie o koniu, pięknym, niezwyciężonym… Ale dla mnie to film o kobiecie, o jej sile, o zaufaniu do siebie, o podążaniu za marzeniami. Penny była gospodynią domową. Przy śniadaniu, gdzie wszyscy siedzą przy stole, ona biega i usługuje. Mąż znad gazety wydaje jej polecenia: odbierz koszule z pralni, kup wino bo mój klient lubi… a ona biega do lodówki zapisując w pośpiechu swoje kolejne obowiązki – to wszystko w trakcie mieszania ciasta na omlety. I nagle dostaje telefon o śmierci matki. Wtedy wszystko się zmienia, bo wracając do domu rodzinnego przypomina sobie, czego uczył ją ojciec jak była małą dziewczynką: pamiętaj, nieważne czy wygrasz ich wyścig, wygraj swój własny…

Bohaterka odkrywa nagle w sobie siłę do tego by zawalczyć o to, co kochała w dzieciństwie, by zawalczyć o siebie tak naprawdę. Na przekór wszystkiemu i wszystkim postanawia uratować konie ojca. Kieruje się kobiecą intuicją, stawia wszystko na jedną kartę i prze do przodu.

Jak trudno jest czasem nam, kobietom przebić się przez uwarunkowania i oczekiwania innych. Jesteśmy nauczone tego, że mamy siedzieć w domu i opiekować się dziećmi. To ma być nasz cały świat. Nie chcę, żeby to był kolejny feministyczny tekst, bo wiem też, że jest druga strona. Są kobiety, które tak bardzo zapragnęły wolności, że nie chcą w ogóle zajmować się kobiecymi zajęciami i stają się przez to bardziej męskie niż sami mężczyźni. Nie wiem czy ten tekst jest w ogóle potrzebny, ale skoro wypływa ze mnie, to może tak.

Chodzi mi o to, że przeszłam podobną drogę. Może nie tak pasjonującą i emocjonującą jak Penny. Nie miałam do zapłacenia 6 mln dolarów podatku za spadek po ojcu dzięki Bogu 😉 Ale tak jak ona borykałam się z niezadowoleniem rodziny, wtedy kiedy odważyłam się wreszcie wyściubić nos z domu i zacząć robić coś co kochałam, coś dla siebie. Oczywiście to nie była ich wina, bo sama ich do tego przyzwyczaiłam, że zawsze jestem i zrobię wszystko co trzeba, wszystko co do mnie należy. I nagle to się zaczęło zmieniać. Nagle okazało się, że mama ma własne plany, ambicje i marzenia. Że mama chce gdzieś wyjść, wyjechać, zrobić coś tylko dla siebie, bez dzieci, bez męża, bo mama też jest przecież człowiekiem i ma do tego prawo. Więc początki były bolesne i trudne. Trzeba było pokonywać opór, trzeba było wysłuchiwać czasem jaką to jestem wyrodną matką, bo przecież dzieci jeszcze takie małe i jak to, cały dzień bez mamy ? Tak, bez mamy, ale pod opieką taty, babci, czy dziadka. Pod opieką kochających je ludzi. Dzisiaj wiem już dlaczego słyszałam te rzeczy. Powiedziane delikatnie dla mnie były jak smagnięcie biczem, bo to ja czułam się winna, czułam że robię coś źle, że może nie mam do tego prawa. Ale to nieprawda. Nie pozwólcie sobie nigdy wmówić, że nie macie do czegoś prawa. Każdy ma prawo do własnych marzeń, każdy ma prawo spróbować, czy warto dążyć do ich spełnienia, każdy jest tego wart. Ale nikt nie podejmie za nas decyzji, czy warto zaryzykować, sami musimy podjąć to ryzyko, sami musimy pobiec we własnym wyścigu.

A jak jest dzisiaj ? Wiem, że wygrałam bo nie słyszę już oskarżycielskiego tonu: znowu wychodzisz ? Teraz Milena ze stoickim spokojem pyta mnie: mamo, idziesz dzisiaj potańczyć ? Ja sobie dałam to prawo, więc i one pokazują mi, że to szanują. Widzę, że są ze mnie dumne. Moje dziwaczne warsztaty i zajęcia stały się też inspiracją dla nich. Dzisiaj zamknęły się w pokoju i prawie cały dzień robiły swoje Łapacze. Każdy z nas ma swoją przestrzeń. Jednym razem wyjeżdżam ja, innym Janek. Mamy swoje pasje, swoje światy, ale na co dzień żyjemy razem, bo łączy nas Rodzina. Tu spełniamy się oboje, to daje nam siłę i wiemy, że mamy do czego wracać.

p1230680

Zaraz po tym jak w mojej sypialni zawisł Ziemski Dopalacz, poczułam, że dla równowagi muszę zrobić drugi – Anielski. No i zrobiłam, mam komplet. Zaczęłam go robić w zasadzie bez intencji. Bardziej z wdzięczności dla tych pięknych energii, które tak wiele zmieniły w moim życiu, odkąd zaczęłam z nimi pracować. I tak sobie tkam tą moją mandalkę anielską i nagle intencja sama przyszła,a w zasadzie poczułam, że została mi „podszepnięta” przez nich… Lekkość, lekkość w działaniu…

Na moich ostatnich warsztatach z głosem poczułam boleśnie jaką mam tendencję do cierpienia jednak, jak lubię się w nie wpędzać. Uwielbiam cierpieć… i to mnie przeraziło. Stwierdziłam: dosyć, koniec i basta ! Teraz poproszę o lekkość właśnie, niech transformacja przebiega sobie lekko i bez wysiłku, niech to będzie zabawa, fascynacja, płynięcie za tym co się pojawia, a nie mozolne wiosłowanie pod prąd, stawiając opór okolicznościom. To już za mną, już tego nie wybieram. Może wreszcie będę o tym pamiętać…

Apropo płynięcia za tym co się pojawia, mam jeszcze jedną refleksję zrodzoną ostatnio. Jest takie powiedzenie: „kuj żelazo póki gorące”. Zrozumiałam niedawno jak bardzo jest trafne. Zrozumiałam jak często tracimy okazję, żeby zrobić coś fajnego, tylko dlatego że próbujemy wszystko kontrolować, wymyślić, napisać scenariusz, chcemy być tacy mądrzy i tacy przewidujący. A tymczasem energie, które rozwinęły przed nami czerwony dywan, nie mają w zwyczaju czekać… Jeśli w porę nie zauważymy dywanu, nawet nie zwrócimy uwagi kiedy zostanie on po cichu i bez zbędnych ceregieli zabrany spod naszych nóg. Koniec, czas minął, nie wykorzystałeś szansy, musisz się obejść smakiem. Ktoś inny przejdzie w błyskach fleszy po twoim dywanie 😉 A nam zostaje tylko napluć sobie w brodę…

Energia ma to do siebie, że płynie, zmienia się, wiruje. Trzeba być naprawdę czujnym, żeby za nią nadążyć. Jak głosi jedna z zasad huny, bardzo mi bliska poniekąd zresztą….Manawa – moment mocy jest teraz. Jeśli tego nie pojmiesz, zawsze będziesz się drapać w głowę, jak to się mogło stać, że znowu taka okazja przeszła ci koło nosa ?

Enigmatycznie bardzo ? Podam przykład. Miałam okazję spotkać się z fajnym, ciekawym człowiekiem, mieliśmy razem coś stworzyć. Pojawiła się wizja, ewidentne prowadzenie, obrazy, gotowy projekt, wielkie chęci z obu stron, dosłownie wszystko podane jak na talerzu. Ale nie, Aneczka wymyśliła sobie idealną datę, taką ładną, pasującą do wizji… Co z tego, energie nie poczekały na piękny, gładki termin. Rozwiały się i nic po nich nie zostało… Czas minął. Może wreszcie kiedyś dotrze do tej pięknej, mądrej głowy…. MANAWA 😉

 

krag

Dostałam od mojej Przyjaciółki Beatki cudowną książkę „Dawna mądrość na nowe czasy – rozmowy z uzdrawiaczami i szamanami XXI wieku”. Celebruję ją czytając powoli, jednego dnia – jeden szaman, bo jest ich 17. Wczoraj czytałam o mocy kręgów, czym są i jakie zasady w nich panują. Co mnie zastanowiło i zdziwiło, to fakt, że w tradycyjnych plemionach indiańskich nie ma czegoś takiego jak traumy z dzieciństwa. One tam nie występują, bo wszystko jest załatwiane na bieżąco, w kręgu właśnie. „W tradycyjnych kręgach zablokowane emocje należą do rzadkości”. Nie rodzą się też konflikty, bo ludzie od dzieciństwa uczą się mówić otwarcie o swoich problemach, uczą się słuchać z szacunkiem, rodzi się między nimi niezwykła więź.

Są trzy podstawowe zasady obowiązujące w kręgu. Pierwsza i najważniejsza to wzajemny szacunek. „Bardzo dużo robimy dla drugiego człowieka, kiedy słuchamy co mówi. Musimy znowu nauczyć się sztuki słuchania, musimy stać się dobrymi, uważnymi i wspierającymi innych słuchaczami. To podstawowa zasada”. Zwykle słuchamy połowicznie, jedna część mózgu słucha, podczas gdy druga obmyśla celną ripostę lub wyrywa się z dobrą radą, czyli po prostu ocenia, cały czas ocenia mówiącego, zamiast otworzyć serce i skupić się na usłyszeniu tego, co druga osoba próbuje przekazać.

Jeśli umiemy słuchać i nie reagujemy zbyt szybko, zwykle następuje długa pauza, pozwalamy temu, co zostało powiedziane, zostać w nas na chwilę, pozwalamy sobie odkryć głębsze znaczenie tego, co zostało powiedziane”.

Uważnie słuchając, uznajemy wartość każdej wypowiedzi. Nieważne kto ma rację. Zbieramy nowe informacje, poszerzamy granice postrzegania i pogłębiamy horyzonty”.

W kręgu, dzięki nieskrępowanej ekspresji i uważnemu słuchaniu wszystko można uleczyć”.

Druga zasada dotyczy tego, o czym rozmawiamy, tzw. drogi kręgu. A trzecia opiera się na wdzięczności. „Życie staje się o wiele bogatsze, kiedy podchodzimy do niego z wdzięcznością. Zamiast skupiać się na problemach, zaczynamy dostrzegać łaskę i przychylność życia – wówczas widzimy wszystko z innej, szerszej perspektywy”.

I tak naprawdę oświeciło mnie w momencie, w którym osoba przeprowadzająca wywiad z Szamanem, zadała pytanie: Ilu osób potrzeba do stworzenia kręgu ? Dwóch ?

Okazuje się, że tak, że wystarczą dwie osoby. I od razu wpadł mi do głowy pomysł, żeby stworzyć taki krąg u siebie w domu, w mojej rodzinie. 4 osoby, to całkiem spory przecież krąg 🙂 Jaki to może być niesamowity sposób poszerzania więzi między nami, zrozumienia tego co wzajemnie czujemy, rozwiązywania konfliktów i problemów na bieżąco. Jaki wspaniały sposób dla moich dzieci, żeby nauczyć ich szacunku do siebie nawzajem, żeby nauczyć ich szczerości wobec siebie i wobec drugiego człowieka. Jaka okazja, żebyśmy nauczyli się rozumieć swoje emocje, tego co się z nami dzieje, żebyśmy na bieżąco mogli się z nimi konfrontować. Jaka szansa dla nas, dla mnie, żeby się zbliżyć do moich dzieci, żeby im pokazać, że wszyscy mamy równe prawa, a każdy głos jest tak samo cenny i wartościowy. Jaka okazja dla każdego z nas, żeby został wreszcie usłyszany, żeby poczuł się ważny i na miejscu, żeby nie było ukrytego żalu, że „nikt mnie nie słucha”, czy „nie jestem nikomu potrzebna”.

Wiem z doświadczenia jak oczyszczające działanie ma wyrażanie siebie, tego co czuję, tego co we mnie siedzi. Cały mój blog jest właśnie TYM. Jest moją spowiedzią, moim oczyszczeniem, próbą zrozumienia siebie i tego co się wokół mnie dzieje. Jest przyznaniem się do moich błędów i porażek w nadziei, że nie zostanę oceniona, że ktoś to przeczyta i uszanuje. Zrozumiałam wczoraj bardzo boleśnie jak często się mylę, ranię innych i oceniam. Zrozumiałam, że szukając szacunku dla siebie, nie zawsze potrafię dać go innym.

Życie to dla mnie nieustanna lekcja pokory i doceniania tego co tak blisko mnie… mojej Rodziny, bo to największy skarb jaki mam.

Mam wielkie pragnienie, żeby taki codzienny, wieczorny krąg stał się naszą nową, rodzinną tradycją. Żeby pomógł nam wszystkim wzrastać i budować lepsze, spokojniejsze, szczęśliwsze życie. Niech tak się stanie ❤

sound

Trzeci, ostatni dzień warsztatów. Głos trochę mi wrócił. Jak się nie wysilałam za bardzo, to coś tam brzęczało. Był jeden niesamowity moment. Amit tak poprowadził grupę, że na zmianę śpiewali raz mężczyźni, raz kobiety, odpowiadając sobie tak jakby. Zamknęłam oczy i nagle pokazał mi się obraz. Jak tylko zaczęliśmy, na samym początku, kiedy energie nie były jeszcze „dopasowane” do siebie, kiedy się przymierzaliśmy, zobaczyłam takie podłużne trójkąty nachodzące na siebie, zazębiające się jakby. Jak takie tryby w maszynie, dopasowane, ale ostre. I kolory czarny i biały. Potem energia zaczęła się zmieniać, bo i my zaczęliśmy się tym bawić. Zrobiło się lżej, więc energie ułożyły się w takie podłużne fale. Kolory dalej czarno-białe. A na końcu, kiedy siła głosów była już olbrzymia, kiedy każdy wczuł się mocno w swój własny śpiew i w połączenie z innymi, energia przybrała kształt spirali DNA i zaczęła się mienić wszystkimi kolorami tęczy. Nagle ze zbieraniny prawie nieznanych sobie ludzi, zmieniliśmy się w Plemię, które śpiewa jednym głosem. To był tak naprawdę jedyny moment, kiedy głos mi powrócił. Dziewczyna, która siedziała obok mnie powiedziała, że nagle zaczęła słyszeć obok siebie jakiś mocny głos, otworzyła oczy i ze zdumieniem zobaczyła, że to ja 🙂

To był magiczny moment. Zdałam sobie wtedy sprawę, że Wieloryby miały rację. Nasze głosy mają naprawdę niezwykłą moc. Gdybyśmy tylko nauczyli się z powrotem ich używać, gdybyśmy wrócili do wspólnego śpiewania, świat stałby się lepszy.

Mieliśmy potem ceremonię. Wspólne śpiewanie razem z osobami, które przyszły na ten ostatni koncert. Wtedy już znowu nie mogłam śpiewać, obserwowałam więc co się dzieje. Widziałam wielki słup światła, szeroki na całą salę, wystrzeliwujący prosto w kosmos. Blask był tak potężny, że różne Istoty „zleciały” się zobaczyć, co tam się wyprawia na tej Ziemi 😉

Amt zrobił też ceremonię, w której najpierw mężczyźni śpiewali dla kobiet. Powiedział piękne słowa, że nigdy nie będą w stanie przeprosić nas za te wszystkie cierpienia, których musiałyśmy doświadczyć, ale w ten sposób mogą chociaż przekazać nam swoją miłość . To było niesamowite uczucie, znowu łzy mi leciały ciurkiem. Słysząc śpiewających dla nas mężczyzn poczułam, że oni naprawdę się starają i robią co mogą. Czasem tylko okazuje się, że nie potrafią inaczej… Naszą rolą jest pomóc im w odkrywaniu i właściwym przeżywaniu swoich emocji.

Potem Amit poprosił, żeby kobiety pobłogosławiły mężczyzn swoim śpiewem, żeby wsparły ich swoją mądrością. To był znowu dla mnie dramatyczny moment, bo tak bardzo chciałam zaśpiewać wspólnie z kobietami dla mężczyzn i znowu nie mogłam. Więc szlochałam z bezsilności.

Najwyraźniej te warsztaty miały mi pokazać, że nie zawsze jest tak, jak sobie wymyślę. Że czasami coś większego ode mnie decyduje za mnie, co będzie najlepsze na ten moment. A ja mam się nauczyć przyjmować to, co się dzieje, mam z tym płynąć, a nie stawiać opór. Niby to wiem, ale teoria a praktyka jeszcze daleko są od siebie jak widać. Im bardziej chciałam, tym mocniej cierpiałam z niemocy. Ten moment kiedy się poddawałam i po prostu słuchałam innych, czując że to moje Plemię, że ja nie muszę, bo oni robią to dla mnie… był najcenniejszy. Ale walczyłam do końca jak lwica, zamiast to puścić… Głupio się przyznać, ale tak było. Walczyłam sama ze sobą… Teraz widzę, jakie to było bez sensu…

Wiele się uzdrawiało na różnych poziomach. Te warsztaty to był dla mnie naprawdę niesamowity proces.

P.S. Szukając grafiki do tego tekstu wpisałam hasło: sound…. I to było dokładnie to, co zobaczyłam 😀

 

oko1

Dzisiaj drugi dzień warsztatów. Głosu ciągle brak. Znowu łzy, smutek i pytanie: czemu nie mogę śpiewać razem ze wszystkimi ? Chciałam uwolnić swój głos, chciałam go odkryć, cieszyć się jego wibracją, a tymczasem gardło zaciska się coraz bardziej. Co robię źle ? Gdzie leży mój błąd ? Z czym nie mogę się pogodzić ? Noooo, czego nie chcesz puścić ? – pyta Wojtek, masażysta. Nie wiem kurna czego i to mnie najbardziej wkurza. Jestem coraz bardziej zła na siebie, mimo iż wiem, że to bez sensu. Cokolwiek się pojawia, mam z tym być, mam powiedzieć temu tak i puścić. Wydaje mi się, że tak robię, ale pewnie tylko mi się wydaje, bo czuję coraz większą złość i wściekłość. Czuję energię, która zaczyna we mnie buzować, czuję, że ona chce się jakoś wydostać. Nie wiem czy tak można, bo przecież wszyscy śpiewają, ale ja w tej niemocy zaczynam wyrażać wreszcie tą moją złość. Zaczynam krzyczeć przez to moje zaciśnięte gardło, zaczynam wyć jak zranione zwierzę wyrażając cały mój ból, cierpienie, smutek, złość i na końcu siłę…. tak się czuję i to pokazuję całą sobą, nie patrząc na to ile mnie to kosztuje i jak wygląda. To pomaga… nawet bardzo, czuję się wreszcie wolna.

I nie wiem, czy to było nie na miejscu, czy robiłam coś źle, bo jak skończyliśmy śpiewać, Amit powiedział, że nie muszę wydawać z siebie żadnych dźwięków. Nie jestem pewna czy dobrze zrozumiałam, ale powiedział, że skoro Mama Muzyka zabrała mi głos, to znaczy dla mnie, że mam go nie używać. Mam pozostać w ciszy.

Co się chciało wydostać, wydostało się, więc posłuchałam… Od tej pory już tylko słuchałam. Nie próbowałam śpiewać. Inni śpiewali za mnie, dla mnie. Znowu łzy mi leciały ciurkiem, pozwalałam żeby leciały, odpuszczałam, z każdą łzą czułam się lżejsza. Jezu, nie chcę przeżywać tego w kółko… zastanawiam się ile w jednym ciele może być bólu i cierpienia i po co mi to ciągle wypływa ? Ile można ?

Wreszcie poczułam spokój i wdzięczność. O to przecież chodziło.

Wsiadłam do samochodu i jadąc do domu, usłyszałam nagle: pozwól sobie pomóc… pozwól sobie pomóc…

Wtedy znowu w jednej chwili zrozumiałam, czemu tak się stało. Nie wymyślam tego rozumem, nie kombinuję… Od razu pokazało mi się jaka jest przyczyna. Kilka miesięcy temu zgodziłam się dobrowolnie pomagać Gai w oczyszczaniu jej przestrzeni. Nie pracowałam z energią innych ludzi, ale z tym całym śmietnikiem złożonym z naszych ciężkich emocji. Te energie jak skorupa otaczają całą Planetę. Poczułam, że mogę i potrafię je transformować poprzez swoje ciało. Nie jest to przyjemne zajęcie, podobnie jak wybieranie szamba, ale ja się zgodziłam, czułam że dam radę, że to jest moja misja. Może to głupie, ale tak to poczułam i poszłam za tym głosem. I teraz ciało pokazało mi, że się przeliczyłam, że nie daję rady i żebym przez chwilę odpoczęła, żebym teraz ja pozwoliła się uzdrowić, żebym o tą pomoc poprosiła… Nie jestem tu sama, na tą chwilę mam swoje Plemię, mogę ich poprosić o pomoc, mogę poprosić, żeby dla mnie zaśpiewali…

glos

Od dawna czułam, że chciałabym popracować z moim głosem, jakoś go uwolnić, bo wiedziałam, że z jakichś powodów jest zablokowany. Różne warsztaty przewijały mi się przed oczami, ale żadnego nie poczułam na tyle mocno, żeby pójść. Potem dostałam przekaz od Wielorybów, że my jako ludzie powinniśmy odnaleźć swoją pieśń, bo siła naszych głosów jest ogromna. I wreszcie pojawił się człowiek, który mnie zawołał. Amit Carmeli prowadzi warsztat Wild Roots Journey – docieranie do swojego dzikiego korzenia, do prawdziwej mocy swojego głosu. Zastanawiałam się czy pójść…Weszłam do niego na profil i oniemiałam – wszędzie miał zdjęcia Wielorybów. Wiedziałam już, że jestem w domu, że to one mnie zawołały. Zdecydowałam się pójść na te warsztaty i tak się zadziało, że dzień przed rozpoczęciem zaczęłam tracić głos. Najpierw była to chrypa, potem wydawało się, że już jest prawie dobrze i nagle pod wieczór zaniemówiłam kompletnie. Mogłam tylko szeptać. Ale to mnie nie zniechęciło, tym bardziej że Amit napisał mi, że to normalne i często się zdarza przed warsztatami. Poszłam więc.

Prawie od razu zaczęły się różne ćwiczenia z głosem… a ja nie mogłam wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Jakie to było dla mnie deprymujące. Tak bardzo chciałam śpiewać razem z innymi i nie mogłam. Im bardziej się spinałam, tym bardziej zaciskało się moje gardło. Łzy płynęły po policzkach jak szalone, coś się ewidentnie uwalniało, ale to nie był mój głos, jego po prostu nie było… W końcu poczułam, że muszę być dla siebie bardziej delikatna. Zaczęłam wyczuwać moment, w którym robiła się w moim gardle niewielka szczelina. Ta szczelina sprawiała, że byłam w stanie wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk. Słuchałam więc mocno siebie, nie szłam za tym co i jak mocno śpiewają inni, pozwalałam by wydobywał się ze mnie tylko taki dźwięk, jaki był w stanie się wydobyć. Czułam jak mocno wibruje w moim ciele, mimo że był taki słaby. Czułam to całą sobą i dalej płakałam. Dziwiłam się skąd we mnie tyle łez i dlaczego ?

Nagle gardło się zacisnęło, zaczęłam mocno kasłać i szlochać, nie mogłam już śpiewać. Nagle zobaczyłam, że uzdrawiałam kiedyś głosem, że był on bardzo silny, pełen mocy i zostałam za to ukarana, uduszona, powieszona… To nie było tylko raz. Zginęłam w ten sposób wiele razy właśnie za to, za używanie potęgi mojego głosu. Ta energia zaczęła się na warsztatach uwalniać, ten strach, ten ból, cierpienie i lęk przed tym, żeby znowu zacząć go używać. To było niezwykle mocne i traumatyczne dla mnie przeżycie. Pewnie swoim zwyczajem zaczęłabym w nie za mocno wchodzić i przeżywać niepotrzebnie, ale Amit przebił się jakoś do mnie i powiedział, żebym zaczęła wydobywać z siebie głos… niezależnie od tego co się dzieje – śpiewaj… To tak jak z tańcem. Pojawia się trudna emocja, tańcz choćby ci serce łkało z bólu. Rusz tą energię i tańcz. Wtedy ona może się uwolnić. Mamy chyba jednak tendencję do zatrzymywania się w cierpieniu. Zastygamy w nim, wzmacniając je w ten sposób. To jest coś co znamy, nie lubimy go, ale znamy je doskonale i boimy się chyba przekroczyć jego granice. Sprawdzić co jest poza cierpieniem, co się stanie jak ruszymy z miejsca i nie pozwolimy mu opanować naszego ciała…

Tak więc, opanowując szloch, zaczęłam znowu śpiewać. I nagle zdałam sobie sprawę, że ja mam już swoją pieśń Duszy, znam ją, śpiewałam ją, nie byłam tylko pewna czy to jest właśnie TO. Wydawało mi się, że to może za proste, że może powinny tam być jakieś słowa, może powinna być bardziej skomplikowana… Znowu wymysły umysłu. Znowu nie dowierzałam swojemu odczuciu, które miałam w Peru siedząc przy wodospadzie i śpiewając. Kropelki wody mieszały się z moimi łzami bo czułam, że znalazłam. To samo było przy Wielorybach. Śpiewałam im moją melodię, a one odpowiadały na swój sposób. Teraz, tutaj, na tych warsztatach upewniłam się, że znam już swoją pieśń. Może nie poczułam jej mocy, bo gardło mi na to nie pozwoliło, ale właśnie ta niemoc sprawiła, że tak bardzo doceniłam swój głos. Od razu dostałam też informację, że nawet przy takich trudnościach, jestem w stanie wytworzyć wibrację w swoim ciele na tyle mocną, żeby samą siebie uzdrowić.

Mnóstwo niesamowitych informacji, głębokie przeżycia… Jestem wdzięczna, że nie odpuściłam, że zdecydowałam się pójść mimo braku głosu. A to dopiero początek. Prawdziwa praca zacznie się jutro i potrwa dwa dni…

 

skulona

Wróciła do domu po zebraniach w szkole u dzieci. Wracała szczęśliwa i zadowolona, że zaraz się spotkają. Zadzwonił do niej jak była w drodze. Stęskniony – pomyślała radośnie. Weszła do domu, do swojej świątyni, swojej Świętej Przestrzeni ufna jak dziecko. Nie odezwał się słowem więc radośnie go przywitała. Otwarta i bezbronna kompletnie nie była przygotowana na cios, który pojawił się znienacka. Trafił w najczulszy punkt, jak zwykle. W miękki, bezbronny brzuch…jej miejsce mocy… pod warunkiem, że jest przygotowana na atak. Z pogardą ciskał słowami, które jak sztylety wbijały się w ciało. Kiedyś nie zdawała sobie sprawy jak wielkie mają znaczenie… przecież to tylko słowa, nie zrobią ci krzywdy. Ale przyszedł czas, że zaczęła słuchać swojego ciała i teraz czuje od razu, gdzie ugodził sztylet. Odparła atak i pobiegła za dziećmi, które jak zlęknione zwierzątka schowały się w swoich norkach. Pobiegła tłumaczyć, że tata miał pewnie zły dzień, a najłatwiej odegrać się na najbliższych, bo są pod ręką, bo przecież to tylko kobiety, ten jaszczurczy ród…. Tuliła płaczące dzieci, gdy wpadł do pokoju miotając przekleństwa pod jej adresem. Miał prawo, bo przecież powiedziała o nim „debil”. Teraz mógł już wysyczeć wszystko…

I nie ma znaczenia, że oboje wiedzą skąd się to bierze. To wraca jak bumerang, przez miesiące i lata, wciąż to samo, w różnych odmianach. Jego dzieciństwo jak zmora mieszka razem z nimi przez cały czas. Ona odgrywa dla niego jego matkę, która kiedyś musiała zostawić go w szpitalu. Kiedy wrócił do matki, wczepił się w nią jak zwierzątko, bo tylko ją pamiętał. Ale za jakiś czas przypomniał sobie, że to przecież ona zostawiła go w piekle na całą wieczność. Jak on jej za to nienawidzi ! Musi ją ukarać !

Ona dzięki tej historii poznała czym jest szacunek do siebie. Potem odkryła czemu to się ciągle powtarza. Zdecydowała się być przy nim w jego bólu. Ale nic się nie zmienia… Okresy wtulenia są tylko dłuższe i słodsze. Tym mocniej czuje cios, który się nagle pojawia.

Leżąc skulona w łóżku, trzymając ręce na skopanym brzuchu, rozmawiała ze swoją Boginią, która tam mieszka. Szukała rozwiązania… Bogini powiedziała: to jego ból, on musi się z nim zmierzyć, ty nic tu nie poradzisz. Pozwól mu poczuć konsekwencje swojego zachowania. To wszystko co możesz zrobić.

Zostawiła go więc sam na sam z jego bólem, złością, smutkiem i poczuciem winy. Nie chce od niego nic, nie chce śniadania do łóżka, nie chce przeprosin, nie chce kwiatów… Nie chce nic, nie jest zła, a to nie jest zemsta… to tylko konsekwencja…. Może to jest też lekcja dla niej, żeby przestać być matką, a stać się partnerką…

Sama też musi uleczyć skopane miejsce. Nie pomaga głębokie oddychanie, ból pozostał i przypomina o sobie. W nocy jakaś kobieta próbowała jej pomóc oczyścić zbolałe miejsce. Nie pamięta kto to był. Pójdzie dzisiaj zatańczyć, może uda się to wytrząsnąć z ciała, ukoić zranione miejsce… Tylko tak może sobie pomóc…

p1230648

Dzisiaj zrobiłam kolejny mój Łapacz, a w zasadzie Ziemski Dopalacz. Moją intencją było połączenie ze źródłem kobiecej mocy, powrót do korzeni, kontakt z Gają. Środek jest rubinowy, tak jak energia, która mieszka głęboko w moim brzuchu. To piękna i potężna Bogini. Spotkałam się z nią kilka razy. Chciałam ją kiedyś wyciągnąć z brzucha, pokazać światu, ale ona zawołała do mnie: stój, popatrz na mnie, nie mogę z tobą iść… Wtedy zobaczyłam, że nie ma nóg, zamiast tego, ma coś na kształt pępowiny łączącej ją z ognistym sercem Matki Ziemi. Tak połączona czerpię stamtąd mądrość i siłę, tam rodzi się ogień, który mnie rozpala i napędza do działania. On mi daje energię, tętni w moich żyłach i sprawia, że tak bardzo kocham życie i cieszę się każdą chwilą, każdym dniem.

Kobieca energia, to energia Ziemi, jesteśmy wszystkie z nią połączone, z niej czerpiemy naszą moc i tak jak ona potrafimy transformować ciężkie energie. Jej rytm wyznacza cykle naszego życia, bicie jej serca sprawia, że nasze serca otwierają się coraz szerzej, jeśli zechcemy nawiązać z Nią kontakt. Ona czeka na to, aż kobiety sobie o tym przypomną i w harmonii z nią zaczną uzdrawiać Planetę.

Dopiero tak połączone, uziemione i zakorzenione, czując ciepło jej matczynego serca, możemy unieść ręce i szybować ponad chmurami ściągając anielskie energie tutaj, na tą piękną Planetę.

P.S. Jak tylko zaczęłam robić mój Łapaczo-Dopalacz przyszła do mnie moja kotka, Szpulka i usilnie próbowała mi się wtrynić na kolana. Zdejmowałam ją parę razy, ale się zaparła. W końcu odpuściłam i robiłam razem z nią. Trwało to jakieś 5 godzin, cały czas była przy mnie. Kiedy wreszcie położyłam się do łóżka, usiadła mi na sercu i zaczęła przeraźliwie mruczeć… Od razu mnie olśniło, to jest między innymi, a może przede wszystkim, rytm Gai. W ten sposób łączę się z nią odbierając przekazy mądrości od różnych jej dzieci – zwierząt, kamieni czy drzew… To jest jej żywa tkanka, niosąca cały czas przekaz dla nas, ludzi. W ten sposób mam z nią pracować… Dostałam już ten przekaz w Australii, ale oczywiście nie miałam czasu, żeby się tym zająć… a Ona jak widać jest cierpliwa i co jakiś czas mi o tym delikatnie przypomina.

Mam nadzieję, że teraz, mając codziennie mój Ziemski Dopalacz przed oczami, będę już o tym pamiętać i wyrobię sobie nawyk łączenia się z dziećmi Gai.

Zapiski z podróży – Trzecie Z

serce2

Ostatnio miałam dziwny sen. Aż się obudziłam, tak mocne zrobił na mnie wrażenie. To było po tekście o Kobiecych Kręgach i uświadomiłam sobie, że jest coś jeszcze, o czym zapomniałam…

W tym śnie przyjaciółka mojej mamy publicznie zaczęła mnie potępiać mówiąc o mojej zdradzie. Była dla mnie bardzo surowa i uważała, że ma całkowite prawo mnie osądzić. Przecież zdradziłam męża, a to jest niedopuszczalne. Nie reagowałam, siedziałam i przysłuchiwałam się temu co ma do powiedzenia. Moja Mama zaczęła mnie bronić, tłumacząc jej, że nie ma właściwej perspektywy, żeby wydawać na mnie wyrok. Obudziłam się z dziwnym uczuciem, że to jest kolejne Z, które zostało pominięte. Do pozostałych dwóch Z: złości i zazdrości trzeba dodać zdradę. Te trzy Z sprawiły, że kobiety walczą między sobą. Nikomu nie zabrałam mężczyzny, ale cholernie mocno poczułam wtedy potępienie płynące od kobiet, po tym jak zdradziłam. Paradoksalnie nie od mężczyzn, ale właśnie od kobiet. Nie chciałam wcale znowu o tym pisać, ale czuję że muszę… Ten sen mnie do tego zmusił.

Mój umysł wcale tego nie chce, broni się rękoma i nogami, krzyczy: po co ci to ? Znowu dostaniesz po łbie ! Mało ci było ?

Napisałam ponad rok temu tekst o tym, że zdradziłam męża. Nie będę pisać o komentarzach, bo cała akcja rozegrała się za kulisami.

Czułam wtedy bardzo mocne potępienie płynące z wielu stron, od kobiet właśnie. Przede wszystkim potępienie od kobiet zdradzonych. A to dziwka ! To przez taką jak ona, straciłam swojego mężczyznę ! Cios, setki ciosów od setek rozwścieczonych kobiet, które w ten sposób mogły uwolnić choć trochę swój ból, dać upust swojej złości, dotknąć przez chwilę zranionego serca. To boli, cholernie boli, nie chcemy tego czuć, więc trzeba kogoś obwinić. Znalazła się głupia, która wystawiła się na strzał, więc trzeba skorzystać. Rozumiem to bardzo dobrze, wiem jak działa ten mechanizm i nikogo nie obwiniam. Czułam, że tak się stanie, ale nie wiedziałam, że ogrom tego bólu jest tak wielki. Czułam w swoim brzuchu ból wszystkich zdradzonych kobiet, nie dałam rady sama tego unieść. Bardzo pomógł mi wtedy mąż, widział co się ze mną dzieje, mimo że sam był w wielkim szoku. Pomógł mi też Przyjaciel – mężczyzna. Musiałam do niego zadzwonić i poprosić, żeby mnie zasłonił, bo sama nie dam rady, to było za mocne.

I nie wiem, czy teraz jest czas, żeby się temu ponownie przyjrzeć ? Czy to dotyczy tylko mnie, czy też innych kobiet ? Czuję, że nadchodzi czas pojednania między kobietami, a prawdziwie pojednanie nie ma szansy zaistnieć bez oczyszczenia i zmycia starych grzechów. Wszystkie byłyśmy kiedyś w takiej sytuacji. Wszystkie zdradzałyśmy i wszystkie byłyśmy zdradzone. To jest ta właściwa perspektywa. Jeśli uznamy tą prawdę, przyjmiemy ją do serca i poczujemy, wtedy nie potrzebujemy już nikomu wybaczać. Wtedy wszystko staje się jasne. Może o to właśnie chodzi ? By uznać, że kiedyś też taka byłam, mimo że teraz wydaje mi się to niedopuszczalne i godne potępienia ?

Jeśli poczujesz wściekłość, ból, czy złość czytając te słowa, zanim wyślesz strzałę złości w moim kierunku, spróbuj zajrzeć w swoje serce i po prostu zmierzyć się z tym bólem, który w nim siedzi. Zamknij oczy, weź kilka głębokich oddechów i obejrzyj swoje serce. Jak wygląda ? Jak się czuje ? Co mówi ?

Zrobiłam to kiedyś, po tym jak sama poczułam się zdradzona. Przeraziłam się tym co zobaczyłam. Moje serce leżało skurczone, skopane gdzieś w kącie. Wstydziło się, że tak mocno pokochało… Ale przecież serce nie potrafi nic innego. Ono jest po to, żeby kochać. Nie możemy go winić za to, że tak dobrze wykonuje swoją pracę. Bardzo mnie to wtedy bolało, szlochałam i płakałam długo, ale wytłumaczyłam mojemu sercu, że może kochać dalej, że musi, mimo tego że ktoś inny może go znowu zdradzić, czy pokopać… Widocznie tamto serce jest jeszcze bardziej poranione i nie potrafi inaczej…

Wszystkie Kobiety, które cierpiały przeze mnie w tym życiu, czy na przestrzeni wieków… PRZEPRASZAM I PROSZĘ O WYBACZENIE ❤

kobiety1

Tyle się dzieje ostatnio na świecie i w Polsce odnośnie kobiet… Kobiety walczą, powstają, mówią jasno i wyraźnie: dość ! Zakładają kobiece kręgi, odzyskują swoją moc.

Od jakiegoś czasu miałam awersję do kolejnych kobiecych kręgów i kolejnych kobiecych spotkań. Wydawało mi się to sztuczne, wydawało mi się, że wykluczamy w ten sposób mężczyzn, zaprzeczając tym samym męskiej części w nas. Byłam na to bardzo nabuntowana, a jak wiadomo bunt znaczy opór, a opór znaczy, że trzeba grzebnąć nóżką co nas uwiera 😛

Wczoraj ktoś mnie dodał do kobiecej grupy, do której wcale się nie zgłaszałam i wcale mnie tam nie ciągnęło. Powiem więcej, odrzucało mnie, mimo iż dziewczyny w większość znam, bardzo lubię i cenię. No i machina ruszyła. Nawet ciało mi pokazywało, że gdzieś jest ewidentny opór. Kombinowałam i kombinowałam, łeb mi spuchł i nic nie wymyśliłam. W związku z powyższym postawiłam przed sobą słup fioletowego światła i poszłam spać, bo nic mądrego wymyślić nie mogłam. Gorzej, zaczęłam brnąć w jakieś bagno, więc odpuściłam. Dopiero rano zaczęło mi świtać. Ale zanim zaczęło świtać zalałam się bez sensu łzami. To dopiero zagwostka myślę sobie. Normana to ja nie jestem, ale żeby aż tak ?

W końcu usiadłam i napisałam tekst do kobiet na grupie. Czuję, że temat jest ważny, czuję że „rozpracowujemy” coś globalnie, że oczyszczamy stare ścieżki, robimy generalne porządki i wychodzimy z tego bagna, w które pozwoliłyśmy się wepchnąć. Dlatego puszczam to dalej, niech się odblokowuje, niech wiruje i kręci.

Napisałam tak:

Dobra, wiem już o co chodzi, dotarłam chyba do sedna. Wykluczenie mężczyzn to moja zasłona dymna. Tak naprawdę wcale nie chodziło o to. Coś mnie strasznie uwierało, uciskało, kłuło, nie wiedziałam co to jest.

Rano nagle, tak kompletnie bez powodu zaczęłam płakać, prawie szlochać. Nie wiedziałam o co chodzi. Mam teraz okres. Nauczyłam się z krwią uwalniać to, co już mi nie służy. Słowa płyną wtedy same. I nagle z moich ust popłynęły: uwalniam złość do kobiet. Złość i zazdrość. Chyba przede wszystkim zazdrość. Tak, czułam zazdrość w stosunku do innych kobiet i czułam zazdrość płynącą od nich. W zasadzie jak tu jesteście wszystkie, te które znam, mogę powiedzieć, że każdej kiedyś czegoś pozazdrościłam.

Basi, że tak pięknie maluje. Iwonce, że tyle czuje i potrafi w lot uchwycić sedno rzeczy. Beatce pięknego tańca, powodzenia u mężczyzn, zachwytu jaki wzbudza i wrażliwości, Anie – niesamowitej wrażliwości i wyczucia przyrody, pięknych obrazów i zdjęć. Basi – tego, że skinie palcem i może mieć każdego mężczyznę, zachwytu z jakim na nią patrzą, Agnieszce – pięknych włosów, figury, niesamowitego koloru oczów, Monice, że zajęła moje miejsce… można pewnie jeszcze długo wymieniać.

To uwiera, to kłuje i boli. Nie chcę taka być, ale TAKA TEŻ JESTEM i przyjmuję to.

Nie powiem, żeby spędzało mi to wcześniej sen z powiek, czy jakoś mocno mnie niszczyło. Jeśli się pojawiało, było to delikatne ukłucie. Nigdy nie pielęgnowałam zazdrości w sobie. Wolę tą energię przemieniać w podziw dla innych, w motywowanie siebie lub inspirację. Znam siebie, znam swoją wartość i wiem, że mnie też niczego nie brakuje.

Dlatego zastanawiam się co się tak naprawdę dzisiaj i wczoraj zadziało ? Czy ja to uczucie zamiatałam bardzo szybko pod dywan, bo jest niewłaściwe, czy pracując z tym tematem oczyszczam coś bardziej globalnie… Nie wiem.

Wiem jedno, zazdrość jest bez sensu, bo jak się tak dłużej zastanowić, to zawsze znajdzie się ktoś ładniejszy, młodszy, bardziej utalentowany czy wrażliwszy od nas. Nie ma sensu tracić energii na zamartwianie się tym. Trzeba się skupić na sobie i na tym, by odnaleźć w sobie wartościowe cechy. Trzeba je ćwiczyć i pielęgnować.

Czuję, że my jako kobiety zostałyśmy mocno przez mężczyzn uprzedmiotowione, stałyśmy się niejako z własnej woli obiektami pożądania, co wyzwoliło w nas cechy negatywne. Zapomniałyśmy o wzajemnym wsparciu na rzecz rywalizacji między sobą. To co się teraz dzieje globalnie czy w naszym kraju czemuś przecież służy. Mamy na powrót wrócić do siebie, mamy odnaleźć swoją moc i moc kobiecych kręgów.

Doświadczyłam raz siostrzaństwa takiego prawdziwego, głębokiego. Wiem jak wielkim może być wsparciem i wiem też, że rzeczywiście łatwiej jest to zrobić w intymnym, kobiecym gronie, gdzie nie ma samców, o których mogłybyśmy zacząć walczyć. Musimy chyba najpierw obdarzyć siebie z powrotem takim zaufaniem, wyzbyć się całkowicie tej zazdrości, by móc działać z zupełnie innego poziomu. Z poziomu współpracy, współistnienia i wzajemnego wsparcia.

Przepraszam, jeśli któraś z Was poczuła kiedykolwiek płynącą ode mnie energię złości czy zazdrości… Odwołuję, odwołuję, odwołuję… ❤

pies-z-kotem

Przeczytałam wczoraj takie słowa: „Nie stawiaj oporu. Stań się nietykalny.
Ktoś odzywa się do ciebie grubiańsko albo uszczypliwie. Zamiast reagować nieświadomie i negatywnie – atakiem, obroną lub oddaleniem – pozwalasz, żeby usłyszane słowa przepłynęły przez ciebie. Nie stawiaj najmniejszego oporu.”

Tak sobie chodzę z tym tematem i zastanawiam się, czy to jest do zrobienia? Czy możemy dojść do takiego stanu, w którym nikt i nic nie będzie w stanie wyprowadzić nas z równowagi ? Tylko chodzi mi o taki prawdziwy spokój, a nie tłumiony. Chodzi mi o rzeczywistą mądrość, a nie otępienie i znieczulenie się do tego stopnia, że nic cię już nie obchodzi.

Byłam kiedyś w takim stanie. Otępiłam swoje zmysły do tego stopnia, że wydawało mi się, że nic jest w stanie mnie zranić. Ale to właśnie była pułapka, to była moja iluzja, moje więzienie do którego ochoczo weszłam. Nagle łuski spadły mi z oczu i zobaczyłam jaką krzywdę sobie zrobiłam. Nagle zaczęłam czuć, widzieć i słyszeć od nowa… i to bolało, ale było lepsze niż życie w odrętwieniu.

Dlatego teraz zastanawiam się jak to można zrobić w inny, prawdziwy już sposób ? Jak sprawić by słowa przepływały przeze mnie ? Jak przestać stawiać im opór ? Gdzie i kiedy moje ciało się napina słysząc opryskliwe czy uszczypliwe słowa ? Dlaczego się spinam ? Co mnie w tym tak mocno dotyka i dlaczego ?

Szczególnie w tym cytacie poruszyły mnie słowa: „zamiast reagować nieświadomie i negatywnie”… Pracuję dużo ze świadomością, więc nie chcę reagować NIEŚWIADOMIE… Co sprawia, że to się dzieje cały czas ? Wydawało mi się, że nauczyłam się stawiać granice, że moja reakcja jest tylko odbiciem energii, która do mnie płynie, oddaję natychmiast to, co dostałam… ale jak się okazuje jest to działanie nieświadome i negatywne. Albo się bronię, albo atakuję, albo odchodzę, czyli oddalam się. Czyli wszystko do dupy !

Często piszę, żeby nie stawiać oporu energiom, które do nas przypływają. Im większy stawiamy opór, tym mocniej one napierają. Tak jest pewnie ze wszystkim. Im mocniej się bronimy, tym silniej ktoś atakuje. Im mocniej my napieramy, tym większy ktoś stawia opór. Tylko czy zezwolenie na przepływanie nie staje się obojętnością ?

W jaki sposób pozwolić przepływać słowom, które wykrzykuje do ciebie twoje własne dziecko ? Jak nie stawiać oporu kiedy mąż zachowuje się opryskliwie ? Jak nie naciskać, gdy dzieci nie chcą odrabiać lekcji ? Proste i błahe tematy wydawałoby się, niemniej jednak zatruwające życie bardzo skutecznie.

Zacytowany przeze mnie fragment podpowiada dalej tak: „Zachowuj się tak, jakby nie istniał już w tobie nikt, kogo można zranić. Na tym właśnie polega zdolność wybaczania. Dzięki niej stajesz się nietykalny. Jeśli zechcesz, możesz, owszem, powiedzieć rozmówcy, że jego zachowanie jest nie do przyjęcia, ale nie ma on już władzy nad twoim stanem ducha. Tylko ty sam sprawujesz tę władzę – nie kto inny ani nie twój umysł. Dopóki zaś stawiasz opór, jego mechanizm zawsze działa tak samo – niezależnie od tego, czy bodźcem będzie alarm samochodowy, czyjeś grubiańskie zachowanie, powódź, trzęsienie ziemi lub utrata całego majątku”.

No dobrze, piękne słowa: „możesz powiedzieć rozmówcy, że jego zachowanie jest nie do przyjęcia”… a co jeśli rozmówca ma to w dupie ? Co jeśli śmieje nam się w twarz i nic go to nie obchodzi, nic do niego nie dociera ? Jak wiele z nas ma to na co dzień w domu ? Ile razy można powtarzać, że coś jest dla nas nie do przyjęcia ? Sto, dwieście, tysiąc ? Gdzie leży granica ? A może wszystko sprowadza się do prostego bilansu ? Jak dużo mamy miłych, ciepłych, wspierających chwil i czy potrafimy je w ogóle zauważyć ? Jak często są między nami spięcia i co przechyli szalę ? Jesteśmy wszyscy tylko ludźmi i mamy cały czas prawo do błędów czy gorszych dni.

Wiem po sobie jedno: jak wypatrywałam tych negatywnych zachowań u mojego męża, byłam ślepa na wszystko inne. Widziałam i czułam, że moje życie jest nie do zniesienia. Nagle moje serce mnie oświeciło i powiedziało (wbrew temu co chciałam usłyszeć), że mój mąż jest jednak moim najlepszym nauczycielem i czy w takim razie powinien być za to ukarany ? Za to, że pokazuje mi jak dużo już zrobiłam ? Zdębiałam wtedy, rozpłakałam się i przyznałam mojemu sercu rację. Od tej pory zaczęłam wynajdować w Janku dobre rzeczy. I wierzcie mi, było ich mnóstwo i jest coraz więcej.

A wracając do tekstu: „Zachowuj się tak, jakby nie istniał już w tobie nikt, kogo można zranić” – co to znaczy ? Więc kto ma TAM być ? Tam, w środku… pusta skorupa, która nic nie czuje i której można napluć w twarz a ona się uśmiechnie i powie: też cię kocham ? Nie czuję tego na razie, może jestem jeszcze cienki Bolek, a może Ekhart Tolle się myli ? Może to utopia, a może cholernie trudne do wykonania ?

U siebie, na swoim podwórku widzę jedno. Jak ryknę, walnę pięścią w stół i powiem STOP ! To działa. Nie ma między nami długich, wyczerpujących, szarpiących nerwy awantur jak kiedyś. Są krótkie spięcia, które momentalnie oczyszczają atmosferę. Nikt się na nikogo nie boczy, nie obraża. Krótka, ostra piłka. Jak nagła, letnia burza – powietrze jest po niej przeczyszczone i nagle zaczyna świecić słońce. Zaakceptowaliśmy oboje swoje gwałtowne charaktery. Ja jestem kocicą z pazurami, która czasem musi drapnąć i trzeba być czujnym. On jest jak pies, który dla zabawy musi czasem pogonić i podrażnić kota. Ale ogólnie to nawet się lubimy… 😉 Nie jestem przekonana, że mam nie reagować, bo stałam się robotem, bez emocji. Wiem, że to nie o to chodzi…

Jedno mnie w tym tylko zaintrygowało i to na pewno sprawdzę (przynajmniej postaram się). Zaobserwuję gdzie się spina moje ciało w takim gwałtownym momencie, zadam mu pytanie, dlaczego się spina ? Może tu jest klucz ? Może kluczem jest sam moment spięcia, który powoduje w rezultacie nasze cierpienie czy dyskomfort ? A może gdyby świadomie wziąć wtedy oddech i wyobrazić sobie, że słowa rzeczywiście przez nas przepływają… problem sam przestałby istnieć ? Hmmm, chyba spróbuję 🙂

 

20161001_191224

Pod koniec września poszłam na wykład z Szamanką Jadwigą Anmerona. Pięknie opowiadała o współczesnym szamanizmie, o sobie, o tym w jaki sposób pracuje z ludźmi. Zachwyciła mnie swoją wiedzą i niesamowitym poczuciem humoru. Radość tryskała z niej każdym porem skóry. Bardzo mocno ją poczułam. Są ludzie, do których od razu czujemy niesamowite przyciąganie i Jadwiga właśnie tak mocno na mnie zadziałała.

Pod koniec wykładu zrobiła nam medytację. Każdy wyciągnął jeden kartonik, na którym było napisane: pokój z Ogniem lub pokój z Wodą. Ja wyciągnęłam Ogień. Zdziwiłam się bardzo, dlaczego mam zawierać pokój z Ogniem ? Przecież to mój ukochany żywioł. Jadwiga zaczęła grać na bębnie i prowadzić nas do momentu, w którym rozpoczęła się nasza walka z wybranym żywiołem. W medytacji zobaczyłam siebie jako Smoczycę. Zobaczyłam ludzi, którzy na mnie polują i chcą mnie zabić. Poczułam na plecach, dokładnie naprzeciwko serca piekący ból. Zgięłam się wpół na krześle, zobaczyłam, że przygwoździli mnie do ziemi włóczniami. W ostatnim akcie desperacji, resztką sił, odwróciłam szyję i podpaliłam swoich oprawców. Moje ciało bardzo mocno reagowało, cały czas mi się odbijało, energia uwolniona z pleców chciała się wydostać. Oddechem starałam się cały czas to transformować. Z jednej strony czułam ból fizyczny na plecach, ranę przeszywającą klatkę piersiową. Z drugiej strony poczułam ściśnięcie serca widząc co zrobiłam, co musiałam zrobić z tymi ludźmi. Wtedy dopiero zrozumiałam dlaczego mam się pogodzić z ogniem. Użyłam go w złym celu. Cierpiałam za to fizycznie i emocjonalnie. Zrozumiałam dlaczego przez wiele lat wykorzystywałam swój ogień w bardzo destrukcyjny sposób. Paliłam nim innych ludzi, często najbliższych. On wymykał się spod kontroli. Mój obrońca z dzieciństwa Orzeł, też był przecież ognisty. Ranił na oślep. Zrozumiałam jak się to zaczęło i jak przeniosłam tą historię aż do tego życia. Może dotarłam właśnie do pierwszego ziarenka ? Do praprzyczyny mojej złości ? Nie wiem. Mieliśmy pobyć z tym tematem jeszcze przez trzy dni. Mieliśmy oddychać zawartym podczas medytacji pokojem z Ogniem.

Następnego dnia pojawiła się jeszcze jedna refleksja… Ogień to przecież męska energia. Więc tak naprawdę cały czas walczyłam z mężczyznami i męską energią w sobie. Czy teraz zawarłam wreszcie pokój ?

20161001_191200

Wieczorem tak się złożyło, że miałam możliwość posiedzieć przy Ogniu. Wpatrywałam się w jego blask i dziękowałam mu, że jest ze mną cały czas, oddychałam nim, oddychałam tym ciepłem i wszystkim co ze sobą niesie. Zrobiłam mu zdjęcie, a potem chciałam zrobić sobie. Na każdym zdjęciu wychodziło niesamowite fioletowe światło.

Jadwiga mówiła, że kiedyś Szaman brał na siebie choroby swojego pacjenta, przepuszczał je przez swoje ciało i transformował. Teraz się tego nie robi. Dzisiejszy Szaman stawia przed sobą fioletowy słup światła, który sam transformuje wszystko…

Chmurka tagów