Witam Cię serdecznie w moim świecie, w mojej kolorowej przestrzeni, w której przelewam na płótno to, co widzę oczami Duszy. Maluję Anioły, odzwierciedlam Twoją unikalną energię. Do każdego obrazu dostaję przesłanie będące dopełnieniem istotnych dla Ciebie informacji. Obrazy intuicyjne to doskonały sposób na skontaktowanie się ze swoją Istotą.

Zapiski z podróży – Trzecie Z

serce2

Ostatnio miałam dziwny sen. Aż się obudziłam, tak mocne zrobił na mnie wrażenie. To było po tekście o Kobiecych Kręgach i uświadomiłam sobie, że jest coś jeszcze, o czym zapomniałam…

W tym śnie przyjaciółka mojej mamy publicznie zaczęła mnie potępiać mówiąc o mojej zdradzie. Była dla mnie bardzo surowa i uważała, że ma całkowite prawo mnie osądzić. Przecież zdradziłam męża, a to jest niedopuszczalne. Nie reagowałam, siedziałam i przysłuchiwałam się temu co ma do powiedzenia. Moja Mama zaczęła mnie bronić, tłumacząc jej, że nie ma właściwej perspektywy, żeby wydawać na mnie wyrok. Obudziłam się z dziwnym uczuciem, że to jest kolejne Z, które zostało pominięte. Do pozostałych dwóch Z: złości i zazdrości trzeba dodać zdradę. Te trzy Z sprawiły, że kobiety walczą między sobą. Nikomu nie zabrałam mężczyzny, ale cholernie mocno poczułam wtedy potępienie płynące od kobiet, po tym jak zdradziłam. Paradoksalnie nie od mężczyzn, ale właśnie od kobiet. Nie chciałam wcale znowu o tym pisać, ale czuję że muszę… Ten sen mnie do tego zmusił.

Mój umysł wcale tego nie chce, broni się rękoma i nogami, krzyczy: po co ci to ? Znowu dostaniesz po łbie ! Mało ci było ?

Napisałam ponad rok temu tekst o tym, że zdradziłam męża. Nie będę pisać o komentarzach, bo cała akcja rozegrała się za kulisami.

Czułam wtedy bardzo mocne potępienie płynące z wielu stron, od kobiet właśnie. Przede wszystkim potępienie od kobiet zdradzonych. A to dziwka ! To przez taką jak ona, straciłam swojego mężczyznę ! Cios, setki ciosów od setek rozwścieczonych kobiet, które w ten sposób mogły uwolnić choć trochę swój ból, dać upust swojej złości, dotknąć przez chwilę zranionego serca. To boli, cholernie boli, nie chcemy tego czuć, więc trzeba kogoś obwinić. Znalazła się głupia, która wystawiła się na strzał, więc trzeba skorzystać. Rozumiem to bardzo dobrze, wiem jak działa ten mechanizm i nikogo nie obwiniam. Czułam, że tak się stanie, ale nie wiedziałam, że ogrom tego bólu jest tak wielki. Czułam w swoim brzuchu ból wszystkich zdradzonych kobiet, nie dałam rady sama tego unieść. Bardzo pomógł mi wtedy mąż, widział co się ze mną dzieje, mimo że sam był w wielkim szoku. Pomógł mi też Przyjaciel – mężczyzna. Musiałam do niego zadzwonić i poprosić, żeby mnie zasłonił, bo sama nie dam rady, to było za mocne.

I nie wiem, czy teraz jest czas, żeby się temu ponownie przyjrzeć ? Czy to dotyczy tylko mnie, czy też innych kobiet ? Czuję, że nadchodzi czas pojednania między kobietami, a prawdziwie pojednanie nie ma szansy zaistnieć bez oczyszczenia i zmycia starych grzechów. Wszystkie byłyśmy kiedyś w takiej sytuacji. Wszystkie zdradzałyśmy i wszystkie byłyśmy zdradzone. To jest ta właściwa perspektywa. Jeśli uznamy tą prawdę, przyjmiemy ją do serca i poczujemy, wtedy nie potrzebujemy już nikomu wybaczać. Wtedy wszystko staje się jasne. Może o to właśnie chodzi ? By uznać, że kiedyś też taka byłam, mimo że teraz wydaje mi się to niedopuszczalne i godne potępienia ?

Jeśli poczujesz wściekłość, ból, czy złość czytając te słowa, zanim wyślesz strzałę złości w moim kierunku, spróbuj zajrzeć w swoje serce i po prostu zmierzyć się z tym bólem, który w nim siedzi. Zamknij oczy, weź kilka głębokich oddechów i obejrzyj swoje serce. Jak wygląda ? Jak się czuje ? Co mówi ?

Zrobiłam to kiedyś, po tym jak sama poczułam się zdradzona. Przeraziłam się tym co zobaczyłam. Moje serce leżało skurczone, skopane gdzieś w kącie. Wstydziło się, że tak mocno pokochało… Ale przecież serce nie potrafi nic innego. Ono jest po to, żeby kochać. Nie możemy go winić za to, że tak dobrze wykonuje swoją pracę. Bardzo mnie to wtedy bolało, szlochałam i płakałam długo, ale wytłumaczyłam mojemu sercu, że może kochać dalej, że musi, mimo tego że ktoś inny może go znowu zdradzić, czy pokopać… Widocznie tamto serce jest jeszcze bardziej poranione i nie potrafi inaczej…

Wszystkie Kobiety, które cierpiały przeze mnie w tym życiu, czy na przestrzeni wieków… PRZEPRASZAM I PROSZĘ O WYBACZENIE ❤

kobiety1

Tyle się dzieje ostatnio na świecie i w Polsce odnośnie kobiet… Kobiety walczą, powstają, mówią jasno i wyraźnie: dość ! Zakładają kobiece kręgi, odzyskują swoją moc.

Od jakiegoś czasu miałam awersję do kolejnych kobiecych kręgów i kolejnych kobiecych spotkań. Wydawało mi się to sztuczne, wydawało mi się, że wykluczamy w ten sposób mężczyzn, zaprzeczając tym samym męskiej części w nas. Byłam na to bardzo nabuntowana, a jak wiadomo bunt znaczy opór, a opór znaczy, że trzeba grzebnąć nóżką co nas uwiera 😛

Wczoraj ktoś mnie dodał do kobiecej grupy, do której wcale się nie zgłaszałam i wcale mnie tam nie ciągnęło. Powiem więcej, odrzucało mnie, mimo iż dziewczyny w większość znam, bardzo lubię i cenię. No i machina ruszyła. Nawet ciało mi pokazywało, że gdzieś jest ewidentny opór. Kombinowałam i kombinowałam, łeb mi spuchł i nic nie wymyśliłam. W związku z powyższym postawiłam przed sobą słup fioletowego światła i poszłam spać, bo nic mądrego wymyślić nie mogłam. Gorzej, zaczęłam brnąć w jakieś bagno, więc odpuściłam. Dopiero rano zaczęło mi świtać. Ale zanim zaczęło świtać zalałam się bez sensu łzami. To dopiero zagwostka myślę sobie. Normana to ja nie jestem, ale żeby aż tak ?

W końcu usiadłam i napisałam tekst do kobiet na grupie. Czuję, że temat jest ważny, czuję że „rozpracowujemy” coś globalnie, że oczyszczamy stare ścieżki, robimy generalne porządki i wychodzimy z tego bagna, w które pozwoliłyśmy się wepchnąć. Dlatego puszczam to dalej, niech się odblokowuje, niech wiruje i kręci.

Napisałam tak:

Dobra, wiem już o co chodzi, dotarłam chyba do sedna. Wykluczenie mężczyzn to moja zasłona dymna. Tak naprawdę wcale nie chodziło o to. Coś mnie strasznie uwierało, uciskało, kłuło, nie wiedziałam co to jest.

Rano nagle, tak kompletnie bez powodu zaczęłam płakać, prawie szlochać. Nie wiedziałam o co chodzi. Mam teraz okres. Nauczyłam się z krwią uwalniać to, co już mi nie służy. Słowa płyną wtedy same. I nagle z moich ust popłynęły: uwalniam złość do kobiet. Złość i zazdrość. Chyba przede wszystkim zazdrość. Tak, czułam zazdrość w stosunku do innych kobiet i czułam zazdrość płynącą od nich. W zasadzie jak tu jesteście wszystkie, te które znam, mogę powiedzieć, że każdej kiedyś czegoś pozazdrościłam.

Basi, że tak pięknie maluje. Iwonce, że tyle czuje i potrafi w lot uchwycić sedno rzeczy. Beatce pięknego tańca, powodzenia u mężczyzn, zachwytu jaki wzbudza i wrażliwości, Anie – niesamowitej wrażliwości i wyczucia przyrody, pięknych obrazów i zdjęć. Basi – tego, że skinie palcem i może mieć każdego mężczyznę, zachwytu z jakim na nią patrzą, Agnieszce – pięknych włosów, figury, niesamowitego koloru oczów, Monice, że zajęła moje miejsce… można pewnie jeszcze długo wymieniać.

To uwiera, to kłuje i boli. Nie chcę taka być, ale TAKA TEŻ JESTEM i przyjmuję to.

Nie powiem, żeby spędzało mi to wcześniej sen z powiek, czy jakoś mocno mnie niszczyło. Jeśli się pojawiało, było to delikatne ukłucie. Nigdy nie pielęgnowałam zazdrości w sobie. Wolę tą energię przemieniać w podziw dla innych, w motywowanie siebie lub inspirację. Znam siebie, znam swoją wartość i wiem, że mnie też niczego nie brakuje.

Dlatego zastanawiam się co się tak naprawdę dzisiaj i wczoraj zadziało ? Czy ja to uczucie zamiatałam bardzo szybko pod dywan, bo jest niewłaściwe, czy pracując z tym tematem oczyszczam coś bardziej globalnie… Nie wiem.

Wiem jedno, zazdrość jest bez sensu, bo jak się tak dłużej zastanowić, to zawsze znajdzie się ktoś ładniejszy, młodszy, bardziej utalentowany czy wrażliwszy od nas. Nie ma sensu tracić energii na zamartwianie się tym. Trzeba się skupić na sobie i na tym, by odnaleźć w sobie wartościowe cechy. Trzeba je ćwiczyć i pielęgnować.

Czuję, że my jako kobiety zostałyśmy mocno przez mężczyzn uprzedmiotowione, stałyśmy się niejako z własnej woli obiektami pożądania, co wyzwoliło w nas cechy negatywne. Zapomniałyśmy o wzajemnym wsparciu na rzecz rywalizacji między sobą. To co się teraz dzieje globalnie czy w naszym kraju czemuś przecież służy. Mamy na powrót wrócić do siebie, mamy odnaleźć swoją moc i moc kobiecych kręgów.

Doświadczyłam raz siostrzaństwa takiego prawdziwego, głębokiego. Wiem jak wielkim może być wsparciem i wiem też, że rzeczywiście łatwiej jest to zrobić w intymnym, kobiecym gronie, gdzie nie ma samców, o których mogłybyśmy zacząć walczyć. Musimy chyba najpierw obdarzyć siebie z powrotem takim zaufaniem, wyzbyć się całkowicie tej zazdrości, by móc działać z zupełnie innego poziomu. Z poziomu współpracy, współistnienia i wzajemnego wsparcia.

Przepraszam, jeśli któraś z Was poczuła kiedykolwiek płynącą ode mnie energię złości czy zazdrości… Odwołuję, odwołuję, odwołuję… ❤

pies-z-kotem

Przeczytałam wczoraj takie słowa: „Nie stawiaj oporu. Stań się nietykalny.
Ktoś odzywa się do ciebie grubiańsko albo uszczypliwie. Zamiast reagować nieświadomie i negatywnie – atakiem, obroną lub oddaleniem – pozwalasz, żeby usłyszane słowa przepłynęły przez ciebie. Nie stawiaj najmniejszego oporu.”

Tak sobie chodzę z tym tematem i zastanawiam się, czy to jest do zrobienia? Czy możemy dojść do takiego stanu, w którym nikt i nic nie będzie w stanie wyprowadzić nas z równowagi ? Tylko chodzi mi o taki prawdziwy spokój, a nie tłumiony. Chodzi mi o rzeczywistą mądrość, a nie otępienie i znieczulenie się do tego stopnia, że nic cię już nie obchodzi.

Byłam kiedyś w takim stanie. Otępiłam swoje zmysły do tego stopnia, że wydawało mi się, że nic jest w stanie mnie zranić. Ale to właśnie była pułapka, to była moja iluzja, moje więzienie do którego ochoczo weszłam. Nagle łuski spadły mi z oczu i zobaczyłam jaką krzywdę sobie zrobiłam. Nagle zaczęłam czuć, widzieć i słyszeć od nowa… i to bolało, ale było lepsze niż życie w odrętwieniu.

Dlatego teraz zastanawiam się jak to można zrobić w inny, prawdziwy już sposób ? Jak sprawić by słowa przepływały przeze mnie ? Jak przestać stawiać im opór ? Gdzie i kiedy moje ciało się napina słysząc opryskliwe czy uszczypliwe słowa ? Dlaczego się spinam ? Co mnie w tym tak mocno dotyka i dlaczego ?

Szczególnie w tym cytacie poruszyły mnie słowa: „zamiast reagować nieświadomie i negatywnie”… Pracuję dużo ze świadomością, więc nie chcę reagować NIEŚWIADOMIE… Co sprawia, że to się dzieje cały czas ? Wydawało mi się, że nauczyłam się stawiać granice, że moja reakcja jest tylko odbiciem energii, która do mnie płynie, oddaję natychmiast to, co dostałam… ale jak się okazuje jest to działanie nieświadome i negatywne. Albo się bronię, albo atakuję, albo odchodzę, czyli oddalam się. Czyli wszystko do dupy !

Często piszę, żeby nie stawiać oporu energiom, które do nas przypływają. Im większy stawiamy opór, tym mocniej one napierają. Tak jest pewnie ze wszystkim. Im mocniej się bronimy, tym silniej ktoś atakuje. Im mocniej my napieramy, tym większy ktoś stawia opór. Tylko czy zezwolenie na przepływanie nie staje się obojętnością ?

W jaki sposób pozwolić przepływać słowom, które wykrzykuje do ciebie twoje własne dziecko ? Jak nie stawiać oporu kiedy mąż zachowuje się opryskliwie ? Jak nie naciskać, gdy dzieci nie chcą odrabiać lekcji ? Proste i błahe tematy wydawałoby się, niemniej jednak zatruwające życie bardzo skutecznie.

Zacytowany przeze mnie fragment podpowiada dalej tak: „Zachowuj się tak, jakby nie istniał już w tobie nikt, kogo można zranić. Na tym właśnie polega zdolność wybaczania. Dzięki niej stajesz się nietykalny. Jeśli zechcesz, możesz, owszem, powiedzieć rozmówcy, że jego zachowanie jest nie do przyjęcia, ale nie ma on już władzy nad twoim stanem ducha. Tylko ty sam sprawujesz tę władzę – nie kto inny ani nie twój umysł. Dopóki zaś stawiasz opór, jego mechanizm zawsze działa tak samo – niezależnie od tego, czy bodźcem będzie alarm samochodowy, czyjeś grubiańskie zachowanie, powódź, trzęsienie ziemi lub utrata całego majątku”.

No dobrze, piękne słowa: „możesz powiedzieć rozmówcy, że jego zachowanie jest nie do przyjęcia”… a co jeśli rozmówca ma to w dupie ? Co jeśli śmieje nam się w twarz i nic go to nie obchodzi, nic do niego nie dociera ? Jak wiele z nas ma to na co dzień w domu ? Ile razy można powtarzać, że coś jest dla nas nie do przyjęcia ? Sto, dwieście, tysiąc ? Gdzie leży granica ? A może wszystko sprowadza się do prostego bilansu ? Jak dużo mamy miłych, ciepłych, wspierających chwil i czy potrafimy je w ogóle zauważyć ? Jak często są między nami spięcia i co przechyli szalę ? Jesteśmy wszyscy tylko ludźmi i mamy cały czas prawo do błędów czy gorszych dni.

Wiem po sobie jedno: jak wypatrywałam tych negatywnych zachowań u mojego męża, byłam ślepa na wszystko inne. Widziałam i czułam, że moje życie jest nie do zniesienia. Nagle moje serce mnie oświeciło i powiedziało (wbrew temu co chciałam usłyszeć), że mój mąż jest jednak moim najlepszym nauczycielem i czy w takim razie powinien być za to ukarany ? Za to, że pokazuje mi jak dużo już zrobiłam ? Zdębiałam wtedy, rozpłakałam się i przyznałam mojemu sercu rację. Od tej pory zaczęłam wynajdować w Janku dobre rzeczy. I wierzcie mi, było ich mnóstwo i jest coraz więcej.

A wracając do tekstu: „Zachowuj się tak, jakby nie istniał już w tobie nikt, kogo można zranić” – co to znaczy ? Więc kto ma TAM być ? Tam, w środku… pusta skorupa, która nic nie czuje i której można napluć w twarz a ona się uśmiechnie i powie: też cię kocham ? Nie czuję tego na razie, może jestem jeszcze cienki Bolek, a może Ekhart Tolle się myli ? Może to utopia, a może cholernie trudne do wykonania ?

U siebie, na swoim podwórku widzę jedno. Jak ryknę, walnę pięścią w stół i powiem STOP ! To działa. Nie ma między nami długich, wyczerpujących, szarpiących nerwy awantur jak kiedyś. Są krótkie spięcia, które momentalnie oczyszczają atmosferę. Nikt się na nikogo nie boczy, nie obraża. Krótka, ostra piłka. Jak nagła, letnia burza – powietrze jest po niej przeczyszczone i nagle zaczyna świecić słońce. Zaakceptowaliśmy oboje swoje gwałtowne charaktery. Ja jestem kocicą z pazurami, która czasem musi drapnąć i trzeba być czujnym. On jest jak pies, który dla zabawy musi czasem pogonić i podrażnić kota. Ale ogólnie to nawet się lubimy… 😉 Nie jestem przekonana, że mam nie reagować, bo stałam się robotem, bez emocji. Wiem, że to nie o to chodzi…

Jedno mnie w tym tylko zaintrygowało i to na pewno sprawdzę (przynajmniej postaram się). Zaobserwuję gdzie się spina moje ciało w takim gwałtownym momencie, zadam mu pytanie, dlaczego się spina ? Może tu jest klucz ? Może kluczem jest sam moment spięcia, który powoduje w rezultacie nasze cierpienie czy dyskomfort ? A może gdyby świadomie wziąć wtedy oddech i wyobrazić sobie, że słowa rzeczywiście przez nas przepływają… problem sam przestałby istnieć ? Hmmm, chyba spróbuję 🙂

 

20161001_191224

Pod koniec września poszłam na wykład z Szamanką Jadwigą Anmerona. Pięknie opowiadała o współczesnym szamanizmie, o sobie, o tym w jaki sposób pracuje z ludźmi. Zachwyciła mnie swoją wiedzą i niesamowitym poczuciem humoru. Radość tryskała z niej każdym porem skóry. Bardzo mocno ją poczułam. Są ludzie, do których od razu czujemy niesamowite przyciąganie i Jadwiga właśnie tak mocno na mnie zadziałała.

Pod koniec wykładu zrobiła nam medytację. Każdy wyciągnął jeden kartonik, na którym było napisane: pokój z Ogniem lub pokój z Wodą. Ja wyciągnęłam Ogień. Zdziwiłam się bardzo, dlaczego mam zawierać pokój z Ogniem ? Przecież to mój ukochany żywioł. Jadwiga zaczęła grać na bębnie i prowadzić nas do momentu, w którym rozpoczęła się nasza walka z wybranym żywiołem. W medytacji zobaczyłam siebie jako Smoczycę. Zobaczyłam ludzi, którzy na mnie polują i chcą mnie zabić. Poczułam na plecach, dokładnie naprzeciwko serca piekący ból. Zgięłam się wpół na krześle, zobaczyłam, że przygwoździli mnie do ziemi włóczniami. W ostatnim akcie desperacji, resztką sił, odwróciłam szyję i podpaliłam swoich oprawców. Moje ciało bardzo mocno reagowało, cały czas mi się odbijało, energia uwolniona z pleców chciała się wydostać. Oddechem starałam się cały czas to transformować. Z jednej strony czułam ból fizyczny na plecach, ranę przeszywającą klatkę piersiową. Z drugiej strony poczułam ściśnięcie serca widząc co zrobiłam, co musiałam zrobić z tymi ludźmi. Wtedy dopiero zrozumiałam dlaczego mam się pogodzić z ogniem. Użyłam go w złym celu. Cierpiałam za to fizycznie i emocjonalnie. Zrozumiałam dlaczego przez wiele lat wykorzystywałam swój ogień w bardzo destrukcyjny sposób. Paliłam nim innych ludzi, często najbliższych. On wymykał się spod kontroli. Mój obrońca z dzieciństwa Orzeł, też był przecież ognisty. Ranił na oślep. Zrozumiałam jak się to zaczęło i jak przeniosłam tą historię aż do tego życia. Może dotarłam właśnie do pierwszego ziarenka ? Do praprzyczyny mojej złości ? Nie wiem. Mieliśmy pobyć z tym tematem jeszcze przez trzy dni. Mieliśmy oddychać zawartym podczas medytacji pokojem z Ogniem.

Następnego dnia pojawiła się jeszcze jedna refleksja… Ogień to przecież męska energia. Więc tak naprawdę cały czas walczyłam z mężczyznami i męską energią w sobie. Czy teraz zawarłam wreszcie pokój ?

20161001_191200

Wieczorem tak się złożyło, że miałam możliwość posiedzieć przy Ogniu. Wpatrywałam się w jego blask i dziękowałam mu, że jest ze mną cały czas, oddychałam nim, oddychałam tym ciepłem i wszystkim co ze sobą niesie. Zrobiłam mu zdjęcie, a potem chciałam zrobić sobie. Na każdym zdjęciu wychodziło niesamowite fioletowe światło.

Jadwiga mówiła, że kiedyś Szaman brał na siebie choroby swojego pacjenta, przepuszczał je przez swoje ciało i transformował. Teraz się tego nie robi. Dzisiejszy Szaman stawia przed sobą fioletowy słup światła, który sam transformuje wszystko…

20161001_123211

Następnego dnia po spotkaniu z Orłami, wybrałam się znowu na tą samą polanę. Wzięłam ze sobą bęben. Zagrałam i zaśpiewałam tak jak potrafię. Jestem tutaj i rozsyłam moją wdzięczność dla tego pięknego miejsca. Dla drzew wokół mnie, dla trawy na której siedzę. Dla słońca, które pięknie świeci i ogrzewa moje plecy, dla błękitnego nieba. Dla Orła, który pojawił się na chwilę, ale zajęty swoimi sprawami nie miał dzisiaj czasu na rozmowę. Dla ptaków śpiewających w koronach drzew. Dla motyli, które przelatują obok mnie zachwycając kolorami. Dla tej chwili, która jest, trwa i napełnia mnie energią Stworzenia.

Tak bardzo potrzebuję teraz ciszy, bycia tylko ze sobą i tym co mnie otacza. Jestem i chłonę wszystko w siebie. Czuję, że to zatrzymanie, zasłuchanie jest mi do czegoś potrzebne. Dobrze mi z tym, więc trwam. Moja niespokojna natura potrzebuje widać zatrzymania by osiadło w niej to, czego doświadczyłam ostatnio. Rodzi się nowa jakość, czuję to całą sobą i jest mi z tym tak dobrze. Otwieram się, przyjmuję i czekam na to, co chce się NARODZIĆ.

A następnego dnia pogoda diametralnie się zmieniła. Wracałam do domu przez pola. Zobaczyłam setki czarnych ptaków siedzących na ziemi i wtedy przyszła nagle refleksja… Jak to jest, że one pojawiają się właśnie wtedy, kiedy robi się mokro i zimno ? Czy to dla wzmocnienia efektu ? Latem ich nie widzę, a nawet jeśli, to nie robią takiego wrażenia, jak w takie właśnie mokre, smutne wydawałoby się dni. I tak mi przyszło, że Natura znowu jest dla nas najlepszym nauczycielem. Pokazuje nam, że teraz jest czas na zatrzymanie się, na refleksję, na „strawienie” wiosny i lata. Tak jak niedźwiedzie wchodzą do jaskini by przeczekać zimę, tak my mamy wejść do swojego wnętrza by przyjrzeć się naszym cieniom, przyjrzeć się temu co uśpione, co czeka na rozświetlenie. To też moment na snucie planów i wizji, a wszystko w zaciszu własnych domów. Dlatego tak ważna jest ta nasza przestrzeń, nasz dom. Jeśli mamy się w nim zaszyć na długie jesienne i zimowe wieczory trzeba zrobić wszystko, co w naszej mocy by przestrzeń nas wspierała, by syciła nas swoim ciepłem, kolorowymi dodatkami, blaskiem świec, czy zapachem pieczonego ciasta. W takiej przestrzeni ładujemy nasze akumulatory w czasie, kiedy brakuje nam słońca. Wtedy doceniamy ten nasz Dom, który tak naprawdę jest przecież przedłużeniem i rozszerzeniem naszej energii. On żyje i rozświetla się poprzez blask, który mamy w sobie.

 

p1230298

Poszłyśmy z Milenką na spacer do lasu. Dotarłyśmy do pięknego miejsca. Pośrodku wielka łąka a naokoło lasy tworzące jakby amfiteatr. Przysiadłyśmy na chwilę. Nagle usłyszałam nad głową charakterystyczny krzyk Orła. Podniosłam się i zaczęłam wypatrywać. Zobaczyłam dwa Orły szybujące nad nami w podniebnym tańcu. Pierwszy raz w życiu odważyłam się i zaczęłam je nawoływać, naśladując ich pieśń. Dzień był piękny, słoneczny więc energia iskrzyła w powietrzu. Nie trzeba było się specjalnie wysilać, żeby dostrzec miliony świecących, ruchliwych punkcików.

Milena, wołaj razem ze mną !

Nie, nie chcę, wstydzę się… Czego się wstydzisz ? No spróbuj. Spróbowała po cichutku, raz i drugi. No głośniej ! – wreszcie się odważyła. Zaczęłyśmy je razem nawoływać a echo nam odpowiadało, wzmacniając siłę naszych głosów. Zaczęły przylatywać inne Orły. W pewnym momencie policzyłam z niedowierzaniem, że nad naszymi głowami lata 6 Orłów ! Zaczęła się rozmowa – raz my, raz one. Czułam, że odpowiadają na nasze wołanie. Jakież to było niesamowite uczucie ! Śpiewałyśmy z Orłami ich i naszą – wspólną pieśń. Żałowałam tylko, że Zuzia nie chciała z nami pójść na spacer.

Milenka, podnieś ręce do góry, wyślemy im naszą miłość i wdzięczność. Posłałyśmy to, co miałyśmy najpiękniejszego w naszych sercach i chwilę potem Orły odleciały.

Cóż to było za przeżycie dla mnie. Nie napinałam się, nie czekałam na żadne przesłanie. Po prostu z nimi rozmawiałam w ich języku. Byłam z nimi całym sercem, całą Duszą, a mój Duch szybował razem z nimi. Potem położyłyśmy się na Ziemi i podziękowałyśmy jej za te cudowne chwile. Ta radość z połączenia na zawsze pozostanie w moim sercu. Takie spotkania ze zwierzętami są zwykle krótkie, ale jak bardzo intensywne dla mnie. Jak mocny odciskają ślad w moim sercu. Jestem wdzięczna tym Istotom za ten wspólny śpiew. Czuję, że coś mocnego się zadziało.

I znowu to połączenie dwóch światów… najpierw Wieloryby w głębinach, a teraz Orły w przestworzach. A przekaz przecież ten sam, tylko w inny sposób objawiony – Znajdź swoją Pieśń, uwolnij głos i razem, wspólnie zaśpiewajmy, dla siebie, dla innych, dla Ziemi.

P.S. Zdjęcie jest z Australii, teraz na szczęście nie miałam aparatu i mogłam być z nimi całą sobą 🙂 

p1230556

Długo nie chciałam mieć dzieci. Przyjaciółka pytała mnie: no, Ania, kiedy będziesz miała dziecko ? Za rok, odpowiadałam przez jakieś 8 lat… Aż w końcu poczułam, że już Czas… Jeszcze pół roku musiałam odczekać, żebym doceniła i wreszcie pojawiły się upragnione dwie kreski. Skakałam z radości. Imię przyszło samo… Zuzia. Bardzo chciałam, żeby była niezwykła, żeby była dzieckiem indygo. Miałam nawet specjalną książkę, w której można było to sprawdzić. Rodziła się bardzo długo, ale w końcu obolała i szczęśliwa dostałam ją w ramiona. Była fioletowa, bo owinęła się pępowiną. Od początku czuwały nad nią dobre Duchy. Moja Mama chrzestna uparła się, żebym miała swoją położną. Zapłaciła za nią, bo my nie mieliśmy wtedy pieniędzy. Gdyby nie ona, nie wiadomo jakby się skończył poród. O 19 wieczorem, po dwunastu godzinach porodu, lekarz stwierdził, że może rano urodzę. Położna wpadła i załatwiła sprawę w 2 godziny. Miała zresztą potem nieprzyjemności, że przyspieszyła poród. Ale ona czuła swoją pracę, wiedziała że nie można już czekać.

W domu brałam Zuzię na ręce i wpatrywałam się w nią z zachwytem… wtedy „coś” chwytało mnie za gardło i słyszałam w swojej głowie: nie ciesz się bo i tak się coś stanie… To było przerażające uczucie. Nie mogłam się od niego uwolnić.

Parę miesięcy przed urodzeniem Zuzi, kumpel przywiózł nam nagle psa. To był wspaniały, mądry pies – Beret. Sam z siebie stał się Opiekunem Zuzi. Siadał przy wózku i pilnował jej. Brał na siebie wszystkie trudne emocje, jakie były wtedy między nami. Aż pewnego dnia, jak Zuzia miała pół roku, uciekł Jankowi i wpadł pod samochód. Zapłakana zadzwoniłam do mamy. Przyjechała do nas i powiedziała: wiesz, miałam taki straszny sen. Śniło mi się, że Janek szedł z Zuzią przy ulicy. Nagle przejechała kawalkada czarnych samochodów. Spojrzałam na nich, a Zuzi już nie było, zostały tylko buciki i czarne ptaki… Wiesz, może Beret poświęcił się za nią ? Poczułam, że to prawda. Potem znajoma, która „widzi” dużo rzeczy, potwierdziła to sama z siebie, nie znając historii ze snem.

Jakiś czas potem uświadomiłam sobie nagle, że ten lęk chwytający za gardło zniknął bez śladu.

Ten pies był niezwykłą Duszą w naszym domu. Był krótko, ale zawsze mam łzy w oczach jak o nim myślę. Jestem mu bardzo wdzięczna za to, co zrobił. Widziałam się z nim kiedyś w medytacji. Poznałam wtedy swojego Wilka, który zaprowadził mnie do swojego stada. Był tam też Beret. Powiedział mi, że wypełnił swoją misję i żebym się już o niego nie martwiła. Jest szczęśliwy.

Zanim zaczęliśmy mieszkać w naszym domu, przyszła do nas mała kotka. Tak się łasiła, tak miauczała radośnie z ogonem sterczącym do góry co u kotów znaczy: kocham cię…że już została. Nazywa się Szpulka i jest magiczna. Kładzie się przy Zuzi jak jest chora i śpi z nią całą noc. Kolejny Opiekun ze świata zwierząt…

Zuzia zaczęła rosnąć, a ja w napięciu czekałam na pierwsze słowa. Byłam pewna, że zacznie mi opowiadać niezwykłe historie o Duchach, czy Aniołach, które widzi. Ale nic takiego się nie działo. Robiłam jej testy z książki o dzieciach indygo, ale nic mi nie wychodziło. Czyżbym miała „normalne” dziecko ? W końcu dałam sobie spokój. Umiejętności Zuzi ujawniły się dużo, dużo później. Dopiero jak zaczęłam malować swoje Anioły, Zuzia zaskoczyła mnie nagle mówiąc co widzi nad moją głową. Okazało się, że potrafi zobaczyć, nie aurę, a kryształ nad głową. Widzi dokładnie jego kolor i kształt. Kiedyś miałam sen, w którym zobaczyłam, że ona potrafi te sztywne kryształy przerabiać na biokryształy. Pod jej wpływem kryształy zaczynają żyć…

Kiedyś miałam się wybrać z przyjaciółmi na Ślężę. Dostawałam przekazy, że mamy tam coś energetycznego do zrobienia. Nagle Zuzia zaczęła mi opowiadać, że co noc śni jej się to samo. Kopie pod moim łóżkiem i wydobywa kryształy. Musi bardzo uważać. Jeśli zrobi coś źle, kryształy nagle robią się czarne i wydobywa się z nich zła moc. Ma kopać jeszcze 21 dni. Policzyłam czas jaki został mi do wyjazdu… 21.

Potem nagle okazało się, że Zuzia widzi Wróżki. Zbudowała dla nich domek, miała w pokoju całą rodzinkę. Podpowiedziałam jej, żeby zaczęła zapisywać, to co do niej mówią. Pokazała mi kiedyś te zapiski. Były niesamowite. Nie jest tego dużo, ale to co chciało jej się zapisać, świadczy o niezwykłej głębi tych spotkań. Wiem, że dociera dzięki temu do swojej własnej mądrości…

Wiem, że Zuzia jest Duchem Natury. Potrafi rozmawiać ze zwierzętami, jest bardzo wrażliwa i bardzo silna jednocześnie. Chce być samodzielna, a ja chyba nie do końca potrafię jej na to pozwolić. Miała kiedyś sen. Tej samej nocy, kiedy mnie się śniło tornado, które próbowałam  zatrzymać, trzymając córki mocno przy sobie. Ona przyszła rano i powiedziała: wiesz mamo, śniły mi się dwa konie przy naszym domu, czarny i brązowy. Wsiadłam na czarnego i pogalopowałam. Byłam taka szczęśliwa. Zrozumiałam wtedy, że ona chce decydować sama o sobie…

Znowu czarne zwierzę… nagle wszystko zaczyna mi się układać….

Ale tak naprawdę dopiero teraz, dzięki dwóm kobietom, uświadomiłam sobie z całą mocą jak niezwykłą mam córkę. Iwonka Mazurek i Basia Glombik pomogły mi zobaczyć, to czego zdawałam się nie dostrzegać. Iwonka podpowiedział mi, że Zuzia wydobywa to, co jest w mojej podświadomości i pokazuje mi to. Na ustawieniach Hellingera okazało się, że miała rację. Basia sama z siebie zaczęła mi pisać jak mocno czuje moją Zuzię i że widzi przy niej Czarną Panterę. Nie spotkałam się nigdy z tym zwierzęciem w trakcie moich medytacji, mimo że uwielbiam je wyjątkowo. Nie wiedziałam, że jest to zwierzę, które przychodzi tylko do Szamanów i wielkich magów. Podobnie jak niewidoczne są jej cętki, tak ona wydobywa na światło dzienne to, co ukryte w drugim człowieku. Pewnie dlatego, moja relacja z córką jest często tak trudna.

Zrobiłam kiedyś Zuzi podróż szamańską przy bębnie (zanim rozmawiałam z Basią). Chciałam żeby spotkała swoje Zwierzę Mocy. Przyszła do niej Czarna Pantera.

Pod wpływem Basi zaczęłam to wszystko składać „do kupy”. Albo byłam ślepa, albo nie chciałam uznać, że moje dziecko ma „ot tak” wszystko to, do czego ja dochodziłam latami. Ja nie miałam żadnych zdolności w tym kierunku, przez lata nie czułam i nie widziałam energii. Tylko moje silne pragnienie i upór sprawiły, że spotykałam ludzi i czytałam książki, które pomogły mi wreszcie wejść do tego magicznego świata. Zuzia jest w nim bez żadnego wysiłku. Teraz rozumiem, dlaczego Tiki, jej Wróżka, spytała mnie kiedyś: jesteś zazdrosna, że ona widzi więcej od ciebie ? Napisałam wtedy, że jestem szczęśliwa, ale uświadomiłam sobie dopiero teraz, że chyba tak, byłam zazdrosna, że jej to przyszło z taką łatwością. Ona ma ten Dar w sobie.

I tak, zapewne widzi i czuje więcej ode mnie. Ze łzami wypłynęło to, co było ukryte. Dopiero potem pojawiła się ulga i radość, że mam takie niezwykłe dziecko.

Mogę być tylko wdzięczna, że wybrała mnie na swoją mamę…

P.S. Widzicie, że energie nawet piórko jej włożyły we włosy ? To samo było na kilku zdjęciach, tu jest najwyraźniej 🙂

wpda3

Iwonka Mazurek napisała wczoraj: „woda to ciekły kryształ, to żywa księga, w której jest zapisana żywa wiedza od prapoczątków stworzenia. Woda jest przewodnikiem Światła, to ona jest kryształowym pryzmatem, który rozszczepia światło na kolory i dzięki temu możemy zrozumieć, co Światło do nas mówi.”

Bardzo mnie poruszyły te słowa, mocno je poczułam. Od razu też „z tyłu głowy” pojawiła się informacja, czemu dziewczynki chorują, czemu wymiotują ? Czy to możliwe, żeby to był wpływ mojej zmienionej wibracji ? Czy też Wieloryby działają teraz niejako przeze mnie ? Zmieniają energię na subatomowym poziomie, transformują ją, odnajdują pierwotne zaburzenie i „naprawiają” je ? Czy to możliwe, żeby ich śpiew sięgał aż tak daleko ? Czy też ich wibracje tak mocną „wsiąknęły” w moje wewnętrzne oceany, że woda, którą mam w organizmie przekazuje tą wiedzę dalej ? Tak mało jeszcze wiem o tym, jak nieograniczone są możliwości energii i czystych, krystalicznych wibracji. Pochłonęło to całkowicie moją uwagę. Umysł wyłapuje strzępki informacji by poskładać to wszystko w jakąś spójną całość.

Jak to się przekłada na normalne życie dla mnie ? Otóż jestem całą sobą z dziewczynkami. Milenie wczoraj śpiewałam moją pieśń, trzymając rękę na jej brzuszku. W sumie niedługo potem wszystko delikatnie się uspokoiło. Zuzia znosi to wszystko dużo ciężej. Całą noc piła wodę i zaraz biegła do łazienki wymiotować. W pewnym momencie powiedziała, że czuła się tak, jakby wymiotowała tęczą….. bardzo mnie to zdziwiło. Usiadłam przy niej, położyłam rękę na obolałym brzuchu i moje ciało zaczęło reagować. Zobaczyłam czerwoną kulkę. Otoczyłam ją niebieskim kolorem i spytałam Zuzi co ma w brzuchu ? Nie mogła się skupić, ale po chwili odpowiedziała: czarno-czerwoną kulkę… Poczułam, że to złość na mnie, za te wszystkie chwile kiedy mnie potrzebowała, a ja byłam zajęta sobą. Spytałam co chce z tym zrobić ?

Nie wiem ! – krzyknęła.

Moje ciało pomagało jej tyle ile mogło, ale najwięcej musi zrobić ona sama. Może dlatego tak trudno to przechodzi, bo dużo więcej ma do mnie ukrytego i niewypowiedzianego żalu ? Nie wiem, jedyne co mogę zrobić to być wreszcie przy niej i pozwolić by Czas i Energie zrobiły swoje.

 

p1230241

Przez tydzień byłam w raju…. Nie wiem od czego zacząć, nie wiem jak opisać słowami to, co przeżyłam.

Pływaliśmy katamaranem po Morzu Koralowym, zatrzymując się na Frasar Island. Jest to największa na świecie wyspa piaskowa, położona na wschodnim wybrzeżu Australii. Oryginalna nazwa wyspy nadana jej przez dawniej mieszkających tam aborygenów z plemienia Butchulla to K’gan – Raj…. o czym dowiedziałam się właśnie teraz, hmmm… Więc naprawdę BYŁAM W RAJU…

Nigdy w życiu nie czułam pod stopami takiego piasku. Jest drobniutki, silikonowy, miękki w dotyku. A na piasku pełno pięknych muszelek. Cieszyłam się jak dziecko zbierając je i wynajdując coraz to piękniejsze. Ludzie na łodzi są bardzo fajni, ale czuję się jednak trochę z boku. Dobrze rozumiem, gdy ktoś mówi konkretnie do mnie, ale jak wszyscy rozmawiają, to tak naprawdę nie ma szans, żebym włączyła się do dyskusji z czymś mądrym hihihi 😀 Na szczęście nie przeszkadza mi to, tak jak w Peru. Jestem spokojna i wyciszona. Widać tak ma być, mam wejść w głąb siebie – milcząc. Słowa są niepotrzebne. Tyle tracimy gadając bez przerwy. Nie zauważamy piękna jakie nas otacza. Chłonę więc każdą chwilę, zachwycam się kolorami i jestem taka szczęśliwa, że moja Dusza zorganizowała mi tak piękne doświadczenie. Nie staram się nawet jakoś specjalnie medytować, przywoływać delfiny czy wieloryby. Wiem, że one tu są, ich energia jest wyczuwalna i działa na mnie bardzo mocno. Ja tu po prostu JESTEM. W pełni obecna i szczęśliwa. Niczego więcej nie oczekuję. I tak ledwo mogę uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

Nad głowami co jakiś czas przelatuje nam Orzeł, zachwycając swym majestatem, wywołując uczucia tęsknoty za nieograniczoną wolnością…

p1230290

Zaraz po tym jak wypłynęliśmy z portu zaczęło mnie boleć serce. Dziwnie się poczułam, pojawił się niepokój. To było chwilę po tym, jak przepłynął obok nas Delfin. I za moment przyszło wyjaśnienie: spokojnie, nie denerwuj się, to wpływ tych pięknych Istot… po prostu twoje serce się otwiera. Uspokoiłam się i za chwilę ból minął.

Wieloryby mają niesamowitą energię. Zobaczyłam głęboką, krystaliczną zieleń. Pełnią podobną rolę jak drzewa dla Ziemi. Wieloryby są lekarzami oceanów. Wyczuwa się od nich takie dostojeństwo i majestat. Zupełnie inną energię mają Delfiny, taką żółto-błękitną. To takie dzieci, wiecznie bawiące się iskierki, które rozsiewają po planecie wibrację radości i szczęścia.

Energia tych pięknych Istot, a szczególnie Wielorybów, które są wszędzie wokół nas sprawia, że czuję się spokojna, wyciszona, zharmonizowana i pełna po brzegi. Nic mnie nie rozprasza. Przeżywam wszystko w swojej wewnętrznej przestrzeni. Pozornie wygląda to tak, jakby nic się nie działo, żadnych fajerwerków… ale ja wiem, że dzieje się bardzo dużo. Tak jakby wszystko się wyciszało, żeby się przekalibrować i stworzyć na nowo. Czuję, że wszystko we mnie się zmienia, zmienia się moja wibracja.

Przez kilka nocy budziłam się około pierwszej i nie mogłam spać przez jakieś trzy godziny. Leżałam więc sobie spokojnie w mojej kajucie i nagle usłyszałam je… Uświadomiłam sobie że właśnie wsłuchuję się w pieśni Wielorybów. Czułam się tak, jakby śpiewały mi do snu… to był chyba najbardziej magiczny moment.

p1230084

A kolejnej nocy dostałam od nich przesłanie:

Jesteśmy wysłannikami z gwiazd, emisariuszami, którzy zgodzili się przybyć na tę planetę w odpowiedzi na jej prośby o pomoc. Nieustannie i niestrudzenie przemierzamy głębiny by swoim śpiewem uzdrawiać Planetę poprzez harmonizowanie oceanów. Nasz śpiew zmienia energię wody, transformuje ją i przekształca. To samo dzieje się wewnątrz Was. Dlatego czujecie taki spokój, wyciszenie i harmonię. Działamy na bardzo głębokich, subatomowych poziomach. Zmieniamy energię u samej podstawy, w miejscu gdzie nastąpiło pierwotne zniekształcenie. Innym słowem docieramy do samego źródła problemu i swoją wibracją zmieniamy jego jakość, przekształcamy go. Dźwięk jest najprostszym i najszybszym sposobem, żeby to zrobić. Dlatego wołamy do Was, znajdźcie swój dźwięk, znajdźcie swoją pieśń, a zawsze, w każdym momencie będziecie mogli go użyć by się błyskawicznie uzdrowić i zharmonizować. Używajcie swojego głosu, swojej pierwotnej wibracji by uleczyć swoje wewnętrzne oceany. Wasz głos ma dokładnie taką samą moc działania jak nasz.

To jest nasze przesłanie, dla Was – ludzi: Znajdźcie swoją pieśń i dzięki niej uzdrawiajcie siebie i innych.

A następnego dnia dostałam kolejny prezent. Nagle wpadł mi do głowy pomysł na moją drugą książkę (chociaż pierwsza jeszcze się pisze 🙂 ). Będzie to jednocześnie moja codzienna praktyka poszerzająca świadomość i łącząca mnie bardzo mocno z Naturą i całym jej bogactwem. Codziennie będę otrzymywała wiadomości od zwierząt, drzew, kamieni czy żywiołów. Wszystko co do mnie przyjdzie zostanie przyjęte z wdzięcznością. To będzie moja rozmowa ze światem. Wiadomość od Wielorybów będzie pierwszym przesłaniem, bo jestem pewna, że to im zawdzięczam ten pomysł. Ta myśl dodała mi skrzydeł 😀

p1230425

W końcu nadszedł dzień powrotu. Ten tydzień wystarczył mi w zupełności, dostałam więcej niż oczekiwałam… ale może dlatego, że właściwie nie miałam oczekiwań ? Otworzyłam się w pełni na to, co się pojawi i nic nie było w stanie zburzyć mojej radości. Nawet fakt, że Leanne Edwards, moja Nauczycielka z Peru, była na drugiej łodzi przyjęłam z niezwykłym spokojem. Sama się sobie dziwiłam, bo kiedyś pewnie strasznie bym się wkurzała. Lea, była jednym z głównych powodów, dla których zdecydowałam się na tą podróż i na samym początku okazało się, że nie będę miała okazji, żeby z nią pobyć.

Wiem, że moja Dusza stworzyła mi doskonałe warunki, bym mogła doświadczyć tego, czego miałam doświadczyć. Jestem niezwykle wdzięczna za każdą chwilę, każdy moment, każdego poznanego człowieka i oczywiście za spotkanie z tymi niezwykłymi morskimi Istotami.

p1230461

sowa

Pojechałam z Jankiem na warsztaty, pierwsze nasze wspólne warsztaty. Ustawienia systemowe wg Berta Hellingera u Pawła Sowy. Dla nas zajęcia rozpoczęły się właściwie dzień wcześniej, już w czasie drogi. Atmosfera od rana była bardzo napięta i nerwowa. Cała podróż w różnej temperaturze, od mrozu, przez klimat umiarkowany, do ognistej, wybuchowej aury. Kilka kilometrów przed miejscem docelowym zaczęliśmy błądzić jak w trójkącie bermudzkim. Wydawało nam się, że jedziemy dobrze, a w rzeczywistości oddalaliśmy się od celu. W krytycznym momencie wulkan wybuchł i rzuciłam się na Janka z pazurami jak kocica. Wysiadłam z samochodu, żeby zapytać kogoś o drogę, stwierdzając jednocześnie, że chyba mam trochę jego ciała pod paznokciami. Na miejsce dotarliśmy jak dwie chmury gradowe. W takich nastrojach przyszło nam wyjść samochodu i przywitać się z częścią uczestników. Nie wiedzieli czy mają się witać czy uciekać gdzie pieprz rośnie. A to był dopiero początek. Najlepsze było przed nami. Po niemożliwie długim czasie udało mi się namówić Janka, żeby jednak został na warsztatach, bo mi na nim zależy… Wiele emocji się uwolniło, napięcie puściło i ze łzami w oczach mogliśmy wreszcie zacząć normalnie ze sobą rozmawiać.

Wiele się zadziało na tych warsztatach. Odnoszę wrażenie, że do naszej świadomości dotarło 10%, reszta zadziała się na zupełnie innych, energetycznych poziomach, tak że nawet nie mamy o tym bladego pojęcia. Dowiedziałam się wielu cennych rzeczy, będę to chciała kiedyś sobie spisać, ale teraz na gorąco opiszę jak to JUŻ zmieniło moją rodzinę…

Pojechałam z bardzo konkretną dla siebie intencją. Chciałam popracować nad moją relacją z Zuzią, starszą córką. Pisałam o tym już parę razy, co nie znaczy, że temat mam ogarnięty, wręcz przeciwnie, powiedziałabym… Na moim ustawieniu wyszła bardzo istotna dla mnie informacja. Zuzia, jako ta odsunięta, niezauważana przeze mnie, pokazywała mnie w szczególności, że jest ktoś, o kim się nie mówi, a kto ma prawo tak samo jak każde z nas istnieć w tej rodzinie. Okazało się, że tym kimś jest dziecko, które się nie narodziło. Wg ustawień systemowych, nie ma znaczenia czy nastąpi poronienie, aborcja czy przedwczesna śmierć… skoro życie powstało, należy mu się szacunek i uznanie. Chodziło o to, żebyśmy my, jako rodzice uznali, że mamy jeszcze jedno dziecko, córkę. Chodziło o to, by nadać jej imię, chodziło o to by uznać jej istnienie i rolę jaką dla nas spełniła. Janek nadał jej imię Asia.

Mnie wydawało mi się, że „przerobiłam” ten temat w szpitalu. Rozmawiałam z Duszą mojego dziecka i dowiedziałam się, dlaczego tak się stało, dlaczego nie mogła się narodzić. Temat powrócił w Peru, kiedy okazało się, że jej Dusza cały czas jest przy mnie. Na ustawieniach miałam pokazane wyraźnie, że ona w ten sposób chce zaistnieć, stać się, chce być dla nas ważna… To właśnie cały czas pokazywała mi Zuzia swoim zachowaniem i dokładnie to wypowiadała na głos…

Wróciliśmy do domu i opowiedzieliśmy wszystko córkom. Powiedziałam, że zasadzimy drzewo na cześć trzeciej córki Asi, żebyśmy zawsze o niej pamiętali.

I tu zaczyna się najbardziej magiczna część całej tej historii. Moja Zuzia widzi Wróżki… W pewnym momencie przybiegła do mnie i pyta: mamo, ile ja miałam lat, jak byłaś w ciąży z Asią? To było 3 lata temu. Mamo, to ona jest cały czas przy mnie, to Tika, pół wróżka, pół człowiek… Jest moją najlepszą przyjaciółką, często razem rozmawiamy, jest ze mną cały czas, od 3 lat. Była taka szczęśliwa jak zaczęła mi o niej opowiadać, miała takie wesołe oczy a ja pierwszy chyba raz słuchałam jej z takim zainteresowaniem, z taką czułością, z taką ciekawością. Opowiedziała mi mnóstwo historii z życia Wróżek, rozmawia z nimi, widzi je dokładnie…

Czy uwierzyłam w to wszystko ? Oczywiście… może jestem szalona, ale wiem że to co widzi Zuzia, to jej cudowna, magiczna prawda. To dla mnie niezwykłe, że moja córka ma takie zdolności… ot tak, po prostu, bez tej mozolnej pracy jaką ja musiałam wykonać, żeby wyrobić w sobie taką wrażliwość. Tak naprawdę, czytałam kiedyś o tym w książce i pamiętam jak zazdrościłam autorce, że jej matka pokazywała jej taki właśnie magiczny świat od dziecka…

Zuzia dała mi potrzymać Tikę na ręku… Poczułam delikatne mrowienie, ciepło i delikatny jak puch ciężar. Potem siedziała mi na ramieniu i usłyszałam jak pyta: i co, zazdrościsz Zuzi, że nas widzi, że widzi więcej od ciebie ?

Nie, jestem szczęśliwa…. 🙂

P1220828

Jestem nad morzem z dziećmi i z Beatką. Pozornie nic się nie dzieje, dni płyną leniwie… Ale okazuje się, że znaki są wszędzie, Wszechświat stale do nas przemawia, jeśli mamy oczy otwarte. Byłyśmy na spacerze w lesie. W pewnym momencie zobaczyłam dwa drzewa połączone ze sobą, tak jakby trzymały się za ręce. Uświadomiłam sobie, że widziałam kiedyś taką runę. Odnalazłam w domu jej znaczenie. To Runa Hagal i uznałam, że ma dla mnie wiadomość, skoro przyciągnęła moją uwagę…

Hagal – lód, grad, słuchanie własnej intuicji. Ze staroangielskiego oznacza wiedźmę

Potencjał runy: ogniskowanie i przekształcanie pierwotnych energii w uporządkowaną strukturę.

Grad, przeczucie, pokonywanie lęków, przełom, zakłócenie, uwolnienie, olśnienie. Kryzys i odrodzenie. Niszczenie i tworzenie. Matka wszystkich run. Wywołuje przesilenie i zwiastuje nadejście dużych zmian, które są niezależne od nas. Jest bramą do podświadomości. Oznacza transformację i symbolizuje most pomiędzy światami. Jest uważana za runę czarownic. Grad spadający z nieba może skaleczyć, jest wyzwaniem zmuszającym do szukania schronienia. Ta sama kulka gradowa w ręku staje się wodą. Wszystkie nowe wyzwania, choć bywają przerażające, mają jasną stronę i są etapami realizacji marzeń. Określ własne marzenia, bądź na nich skoncentrowana, w ten sposób przyciągasz do siebie zdarzenia, które nauczą Cię rzeczy potrzebnych do ich realizacji. Zarówno pielęgnowanie marzeń jak i dzielne stawianie czoła nowym wyzwaniom, są procesami duchowymi, przebiegającymi w naszym wnętrzu. W ten sposób budujesz duchową mądrość i siłę.

Runa związana z przemianą, odrodzeniem. Przypomina, aby nie trzymać się kurczowo tego, co udało się już osiągnąć. Gradobicie rozumiane jako wyzwanie, którego nie należy unikać lecz stawiać czoła. Hagal to – katalizator zmian. Powitajmy je spokojnie i podążajmy tam, gdzie nas zaniosą. Znaczy to, że już zbyt długo tkwiliśmy w miejscu, a zastój to regres. Hagal pokaże to, co złe w naszym życiu i pomoże to usunąć. Nie sprzeciwiajmy się tym zmianom, bo wówczas wywróci nasz świat do góry nogami, aby ukazać zgniłe korzenie.

Hagal doskonale nawilża ziemię, gdy jako oczyszczający grad spadnie na nią i potem stopnieje. Przyniesie ze sobą nowe pomysły, myśli, idee, a także sytuacje i ludzi, którzy pomogą je zrozumieć. Jest opiekunką osób ciekawych świata i innych ludzi. Dopilnuje, aby ten stan zaciekawienia i zachwytu życiem nie został przytłumiony codziennością. Pokazuje istnienie z wyższej perspektywy. Wspomaga podczas podróży do naszego świata podziemnego – zakamarków podświadomości.

Ciekawe… dosyć silna runa z jednoznacznym przesłaniem dla mnie… Zwiastuje nadejście dużych zmian, jest bramą do podświadomości, runą Czarownic… To zaciekawiło mnie najbardziej. Czuję, że jest to zapowiedź tego, co wydarzy się w Australii, czuję, że łączy się to w jakiś sposób z Wielorybami. Nie wiem teraz jeszcze jak to ogarnąć i nie naciskam by odpowiedź uzyskać już teraz, natychmiast. Wiem, że to tak nie działa. Odpowiedzi pojawiają się wtedy, gdy mają się pojawić, lub wtedy, kiedy ja jestem gotowa je odebrać, zobaczyć czy usłyszeć.

Wieloryby coraz mocniej dobijają się do mojej świadomości. Coraz częściej pojawiają się w moich myślach, czuję że się zbliżają. Pojawił się nawet pomysł na kolejny łapacz snów, tym razem robiony z intencją nawiązania kontaktu właśnie z nimi. Wiem, że ma powstać jeszcze przed moim wyjazdem. W głowie klaruje się wizja jak ma wyglądać. Moja ciekawość jest coraz silniej rozbudzana i z niecierpliwością czekam co z tego wszystkiego wyniknie ?

Jednocześnie im bliżej wyjazdu, tym bardziej jestem niespokojna jak sobie poradzę sama na drugim końcu świata, jak pokonam barierę językową, jak będę się czuła w towarzystwie osób, których kompletnie nie znam ? Teraz już lepiej rozumiem słowa: „Wszystkie nowe wyzwania, choć bywają przerażające, mają jasną stronę i są etapami realizacji marzeń. Zarówno pielęgnowanie marzeń jak i dzielne stawianie czoła nowym wyzwaniom, są procesami duchowymi, przebiegającymi w naszym wnętrzu”. Istotnie jest to dla mnie duże wyzwanie i planując tą podróż, nie miałam pojęcia, że napotkam w sobie taki lęk i obawy przed tym, co się wydarzy…

Usłyszałam kiedyś ważne słowa – to czego najbardziej się boimy, skrywa dla nas największy skarb. Dlatego rzecz jasna wskakuję w ten swój lęk z przekonaniem, że wszystko co się zadzieje, będzie dla mnie najlepsze.

Numer tego odcinka też chyba nie jest przypadkowy 😉

 

płacz

Obserwuję teraz wielką zmianę w moim mężu… Pamiętacie jak pisałam o nim, że jest jak cyborg, że zachowuje się tak, jakby celowo katował swoje ciało, żeby pokazać wszystkim i sobie jak bardzo jest twardy i nieugięty ? I nagle ciało się zbuntowało. Odbieram to oczywiście na swój sposób. Zrobił tak dużo na poziomie energii, że ciało musi się dostosować do tych zmian i zwyczajnie odmawia mu posłuszeństwa. Nagle czuje wszechogarniającą go słabość… słabość, która każe mu się położyć i leżeć bezsilnie. Ach, jak on się na to buntuje, jak się zżyma sam ze sobą… A ja mu cierpliwie tłumaczę, że to normalne. Przecież dopuścił wreszcie do głosu swoją kobiecą część, przecież jest w nim coraz więcej łagodności, czułości, przecież serce tak mocno mu się otwiera… więc ciało domaga się odpoczynku, bo zachodzą zmiany na poziomie komórkowym, zachodzi re-kalibracja. Ciało domaga się uznania, że ono też ma prawo poczuć się słabe, domaga się szacunku dla różnych jego stanów. Im szybciej to zobaczysz, im szybciej się z tym pogodzisz, tym łagodniej będziesz przez to przechodził – mówię mu. Nie walcz ciągle ze sobą, nie złość się na swoją wrażliwość, pozwól sobie być przez chwilę słabym, pozwól sobie na łzy bezsilności, na łzy wzruszenia… Jesteście przez społeczeństwo tak bardzo stłamszeni, bo przecież „chłopaki nie płaczą”… słyszycie to od dziecka, więc uczycie się, że nie macie prawa do tego, żeby wyrażać swoje emocje… stąd cały ten bałagan. Jeżeli nie możecie ich wyrażać, jeśli musicie je ukrywać sami przed sobą… jak możecie być stabilni, zdrowi psychicznie, szczęśliwi i zrelaksowani ?

My kobiety, mamy przyzwolenie na to, żeby być emocjonalne. Jest to oczywiste, że płaczemy jak jest nam smutno, że śmiejemy się do bólu brzucha jak coś nas rozśmieszy… Od dziecka swobodnie wyrażamy nasze emocje. One przez nas przepływają, przelewają się, zalewają nas niejednokrotnie, tak że w nich toniemy… ale dzięki temu mamy całe życie, żeby nauczyć się w nich pływać jak ryba. Niektórym ta nauka przychodzi łatwiej, innym trudniej, ale mamy chociaż możliwość trenowania, bo nic nas nie hamuje. Mężczyźni, nauczeni od dziecka, że pewnych emocji nie należy wyrażać, nie mają pojęcia jak sobie z nimi radzić. Jak je wyrazić, jak sprawić, żeby nie rozsadziły ich od środka, żeby nie wybuchły jak wulkan, który ich zabije pewnego dnia…

Janek niedawno stwierdził, że poczuł w pewnym momencie jakby miał w sobie gar z wrzącą wodą. Gar przykryty mocno pokrywką… ile energii kosztowało go to, żeby pokrywka nigdy się nie uniosła… Aż wreszcie poczuł, że ona odskakuje i to co jest w środku, może w delikatny sposób zacząć się wylewać. Byłam wtedy przy nim, słuchałam, pozwalałam żeby wylało się do końca. Poczuł ogromną ulgę, poczuł jak zeszło to napięcie, które tkwiło w nim jak cierń przez tak długi czas. Poczuł ulgę, że nie musi już tego trzymać w sobie, że nie musi tego blokować.

Patrzę na niego teraz jak kobieta i zdaję sobie sprawę, że dopiero teraz on stał się dla mnie prawdziwym Mężczyzną. Że dopiero teraz jak pokazuje mi oba aspekty siebie, ten męski i ten kobiecy, czuję że jest Pełnią. Czuję, że jest w stanie mnie zrozumieć, że mogę się z nim zawsze dogadać, że mamy połączenie na każdym poziomie… Stał mi się bliski jak nigdy dotąd. Pojawiły się w nas jakieś nieznane pokłady czułości. Zaczynamy na nowo się w sobie zakochiwać, rozumiemy się bez słów, a i słowa nabrały zupełnie nowych znaczeń, jest w nich jakaś głębia, większe zrozumienie i odczuwanie… Nie wiem nawet jak określić ten stan i czemu przypisać to wszystko… Ale wewnętrznie czuję, że to zasługa kobiecej energii, którą on pozwolił sobie wreszcie przejawić.

Wiem, że mężczyźni się tego boją… Boją się wpuścić do środka tą swoją kobietę, bo wydaje im się, że stracą swoją męskość… Ale to nie tak… tak naprawdę, dopiero wtedy stają się Prawdziwymi Mężczyznami, jak pozwolą sobie zapłakać przy swojej kobiecie, jak pozwolą się utulić w swoim smutku, żalu, czy w swojej rozpaczy… To będzie chwilowe, taki moment słabości, ale on da Wam niezwykłą siłę, jeśli odważycie się w niego zanurzyć, jeśli dacie sobie przyzwolenie na to, żeby pokazać swoją słabość… Bo każdy ma przecież do tego prawo, by przez chwilę poczuć się słabym, każdy ma prawo do tego, by upaść, by się załamać… Właśnie ta słabość pokazuje nam jak bardzo na co dzień jesteśmy silni.

Mężczyźni….nie bójcie się swojej delikatności, bo jest w niej niezwykła siła, która nas Kobiety, urzeka…

zmysły

Poranna rozmowa z Przyjaciółką bardzo mnie poruszyła. Pojawiły się łzy, pojawiła się niezgoda na to, co się wyprawia, na to do czego jesteśmy zmuszani w imię „miłości”… No właśnie, tylko czy to jest miłość, jeśli ktoś próbuje nas umniejszyć ? Czy to jest miłość, jeśli zaczynamy zatracać samych siebie ? Jeśli zdradzamy własne ideały, jeśli robimy wszystko byle tą osobę utrzymać blisko siebie ? I tu nie chodzi o kompromisy, tu chodzi o całkowite podporządkowanie się drugiej, silniejszej osobie. To nie jest relacja, to jest związek, który pęta nam ręce, zachwaszcza serce i sprawia, że brakuje nam oddechu, że zaczynamy się dusić, bo pozbawiamy tlenu swoją własną Istotę. Ona staje się coraz mniejsza, bo się jej wypieramy, bo zaprzeczamy, że istnieje, bo chcemy ją schować głęboko… Bo przecież jej istnienie zagraża naszemu związkowi… Bo jeśli pokażę kim naprawdę jestem… wtedy zginę…Bo jeśli pokażę w co wierzę, będę płonąć na stosie… Więc trzeba zrobić wszystko, żeby się uratować, żeby uratować swoje życie. Tak było kiedyś, ale tamto minęło, nie ma tego.

Jednak strach zakorzeniony jest tak głęboko, że podporządkowujemy mu się całkowicie, on sprawia, że przestajemy widzieć, przestajemy słyszeć, zaślepia nas, zasłania nam cały obraz, tak jest silny, tak paraliżujący. Sprawia, że zamieramy, głos nam cichnie, znikamy, kurczymy się w sobie… Ta lekcja powraca, bo nasza Istota się tego dopomina… ona chce być wreszcie uznana, sprawdza czy tym razem też się jej wyprzemy… Specjalnie wyszukuje dla nas osoby, które brały w tym udział, żebyśmy mieli okazję tym razem jej zaufać. Żebyśmy mieli okazję pokazać jej jak bardzo ją kochamy, żeby ona poczuła wreszcie, że jest dla nas najcenniejsza. Że teraz, kiedy jest już łatwiej zauważymy że stoi i czeka. Stoi i patrzy… czy znowu zwycięży strach, czy koło zostanie zamknięte i zrozumiemy na czym polegała lekcja….

Czy zrozumiemy, że polegała ona na zaufaniu, na wybieraniu siebie zawsze, niezależnie od tego kogo mamy obok… Dopiero jeśli to zrozumiemy, dopiero jeśli jej pokażemy… wtedy ta lekcja nie będzie już nigdy więcej potrzebna. Wiem, że do tego potrzeba odwagi i determinacji… Odnoszę wrażenie, że im silniejsza Istota, tym trudniejsze te lekcje… Ale wierzę, że nagroda za zaufanie przewyższa wszystko co obawiamy się utracić…

rozstania

Nieśmiało biegają różne myśli po mojej głowie w związku z tym co się ostatnio zadziało w moim życiu. Otóż musiałam się pożegnać z bardzo ważną dla mnie osobą… a właściwie to nie dane mi się było nawet pożegnać. Wszystko runęło nagle i niespodziewanie…

I obserwacja siebie… jak ja się z tym czuję, co z tym zrobię ? Jaką lekcję wyciągnę ? Ciekawie jest tak przyglądać się sobie, przyglądać i widzieć jakie emocje się pojawiają. Najpierw było niedowierzanie, zmęczenie natłokiem nagromadzonych wokół wydarzenia emocji. Potem próba zrozumienia co się stało i dlaczego ? Kolejnym gościem był smutek i żal, że coś się skończyło. Przez chwilę pojawił się strach, czy ja dalej dam sobie radę sama ? Czy nie zgubię gdzieś swojej pasji, czy nie stracę radości życia, bo nagle pojawiła się pustka ? Ale wtedy coś we mnie pękło, coś się zbuntowało… o nie ! Pasja była moja, zawsze moja, niezależna od nikogo z zewnątrz, pasja to mój ogień, który nigdy nie przestanie płonąć, już ja wiem jak o niego dbać…

I wtedy coś się zmieniło, wtedy zrozumiałam, że tak już w życiu jest. Różni ludzie pojawiają się w naszej przestrzeni, idą z nami przez jakiś czas, a potem odchodzą własną ścieżką… I nie ma znaczenia, czy odchodzą na drugą stronę zasłony, czy przechodzą na drugą stronę ulicy… nasze drogi po prostu się rozchodzą. I wszystko zależy od tego, jak my na to reagujemy. Czy zalewamy się łzami, czy tracimy energię na wyklinanie, złoszczenie się, na hodowanie w swoim sercu złości do tej osoby, czy pielęgnujemy żal po stracie… To wszystko sprawia, że nasza drogocenna energia wycieka jak z dziurawego naczynia, a wyciekając robi spustoszenie w naszej energetyce. Sprawia, że opadamy z sił, tracimy chęć do życia, zaczynamy widzieć wszystko w ciemnych barwach, świat traci swój blask i kolor, wszystko blednie, robi się mdłe i nijakie… No cóż, niezbyt ciekawy stan.

Można też inaczej. Można poczuć, że przecież każdy ma prawo wybrać własną drogę, nikt nie jest do nas przypisany od początku swojego życia do końca. Nikt nie musi spełniać naszych oczekiwań, tak samo jak my, nie musimy spełniać niczyich oczekiwań. Wszyscy mamy żyć swoim życiem. Można uświadomić sobie, co się zmienia, jak bliska osoba odchodzi. Jeśli jesteśmy uważni, możemy się zorientować, możemy poczuć, że nagle zrobiło się wokół nas więcej miejsca, że tak naprawdę zaczynamy oddychać pełną piersią, że czeka nas niezłe wyzwanie, bo nagle pozostajemy sami ze swoją energią. Jesteśmy nią wypełnieni i tylko od nas zależy co z nią zrobimy, jaki nadamy jej kształt, jak ją wykorzystamy. Grunt, że ona jest nasza i tylko nasza. Nikt w niej nie miesza, nikt nie dokłada swoich trzech groszy, nikt nam nic nie sugeruje, nie narzuca, nie przekonuje do swoich prawd. Zostajemy sami ze sobą. To może być na początku przerażające, ale tylko do momentu, kiedy nie zdecydujemy, żeby zaufać sobie. Tylko do momentu kiedy nie powiemy swojej Istocie TAK…. zostaliśmy tylko my, co z tym teraz zrobimy ? Jak dalej pokierujemy naszym życiem ? Co nowego i fascynującego na nas czeka ? Czy przekroczymy te dopiero otwarte dla nas drzwi ze strachem czy z dziecięcym zaciekawieniem ? Jak wykorzystamy nadarzającą się sposobność by w pełni zaufać sobie ? By być guru dla samego siebie  ? Co zrobimy z tym darem, który Wszechświat właśnie nam podarował ? Czy będziemy zgrzytać zębami, czy przyjmiemy go z ufnością, że to najlepsza rzecz jak mogła się nam przytrafić ? Że właśnie teraz jest najlepszy moment na to, by ruszyć do przodu samodzielnie i z podniesioną głową… Ja wybrałam taką opcję… bo szanuję swoją energię i nie zamierzam jej bez sensu marnować 😉

1

Na przestrzeni 4 lat, powracały do mnie moje poprzednie wcielenia. Nie wszystkie, na pewno nie wszystkie. Pewnie te bardziej dramatyczne. Cały czas kobieta, cały czas ofiara wykorzystywana na różne sposoby przez mężczyzn. Mordowana, poniżana, gwałcona, doprowadzana do samobójstwa, rozrywana przez konie i takie tam różne. Co mogę, co przychodzi, uwalniam, przepuszczam przez ciało, pracuję z tym tak jak potrafię na tą chwilę. Zadziwiające jest to, że nie mam żadnych żali do mężczyzn. Podczas tych wszystkich procesów uwalniania się od tamtych bagażów z przeszłości za każdym razem widziałam czego oni mnie uczyli, co mi pokazywali, w jaki sposób kształtowali to, kim jestem teraz. Jednego tylko nigdy nie potrafiłam zrozumieć, jednego nie potrafiłam sobie w żaden sposób wytłumaczyć… dlaczego zabijali moje dzieci ? Czego to mnie miało nauczyć? Co mi miało pokazać ? Jaki był w tym cel, czy w ogóle jakiś był ? Dzisiaj błysnęła mi odpowiedź na to pytanie. Nie potrafiłam jej złapać, więc pomyślałam, że zacznę pisać, wtedy się urodzi, wykrystalizuje.

Mężczyźni są silni fizycznie, odporni na ból, zimno, niewygody. Mężczyźni szli na wojnę i umierali, ginęli w walce. Kobiety, matki zostawały w domu i musiały żyć z tym całym bólem po stracie synów, dzieci. Kobieta musiała przeżyć niewyobrażalne cierpienia psychiczne po to, żeby przytulić zranionego mężczyznę, po to by pomóc mu wyjść ze skorupy, w którą się schował by nie czuć bólu serca. Zraniony mężczyzna jest groźny jak lew, ryczy i gryzie, nie pozwala do siebie podejść, chce żeby go zostawić w spokoju i robi to tak sugestywnie, że większość daje się na to nabrać. Ale mądra kobieta, taka która sama dużo przeszła, wie, że za tym rykiem czai się zranione, zbolałe serce, które tylko ona może utulić, bo zna ten ból. Bo się go nie boi, bo poczuła go nie raz i nauczyła się z tym żyć, nie zamykając się na świat… To, kobiece serce potrafi najlepiej… kochać, nawet wtedy gdy pęka z bólu… nigdy nie przestanie kochać, chyba że prędzej umrze.

Mam w domu takiego ryczącego lwa. Tak trudno mi go czasem przytulić, kiedy kąsa i gryzie…. Teraz jest daleko, a ja zdałam sobie sprawę z jednej ważnej rzeczy. Usłyszałam takie zdanie: Podobno o słuszności decyzji świadczy to, czy znając jej skutki podjęliśmy taką samą. I ze zdumieniem stwierdziłam, że mając moje życie przed sobą i wszystko to, co razem przeżyliśmy… podjęłabym taką samą decyzję, byłabym z nim, mimo że wiele razy chciałam go zostawić. Chciałam, żeby znalazł sobie jakąś inną kobietę, żeby dał mi wreszcie spokój. Ale on jest, cały czas jest ze mną… i wiem, że to on pomógł mi wreszcie wyrwać się z tego koła ofiary, w którym tkwiłam przez setki lat. On gryząc, pokazał mi, że ja też mam pazury i że one do czegoś służą. Pokazał mi, że mam głos, którym mogę ryknąć. Pozwoliłam zamknąć się w klatce, żeby sobie uświadomić wreszcie, że tylko ja mam klucz do zamka i w każdej chwili mogę z niego skorzystać. Nauczył mnie tylu rzeczy o mnie samej…. Teraz ja mogę mu się odwdzięczyć. Tak prosto… obejmując jego krzyczące jeszcze czasem, zbolałe serce.

Dobrze jest czasem nabrać dystansu, pobyć w swojej i tylko swojej Przestrzeni, odzyskać swoją energię po to, by nie umknęło nam to, co najważniejsze.

goście

Jakiś czas temu miewałam powtarzający się sen. Śniło mi się, że do mojego domu przychodzą jacyś ludzie i się w nim panoszą. Czują się jak u siebie, robią co chcą, a ja nie mam nic do powiedzenia. Strasznie mnie męczyły te sny, budziłam się wkurzona i sfrustrowana. Teraz już wiem czego dotyczyły, tych naszych sławnych aspektów. Zawsze zastanawiałam: o co chodzi z tymi aspektami ? Co to znaczy, że mamy jej przyjąć ? Teraz już rozumiem, już to poczułam na sobie wielokrotnie. Aspekty to są takie różne nasze osobowości, różne twarze, różne oblicza.

Pierwszym nieproszonym gościem była moja Złość. Często się wkurzałam, ale jako osoba, która przykładowo maluje Anioły i stara się być święta (swego czasu hehehhe), przecież nie mogłam sobie pozwolić na istnienie takiego wizerunku, tak ? No przecież nie mogłam zobaczyć i zaakceptować, że się wkurzam, bo to nie wypadało… I co się dzieje ? Taka wkurzona Aneczka staje na progu i prosi: wpuść mnie, zobacz mnie. A ja, ta święta, odpowiadam jej: wynoś się i nigdy nie wracaj, nie widzisz jaka jestem oświecona ? Hehhehe, jakież było moje zdziwienie, gdy wkurwiona Aneczka rosła w siłę, normalnie puchła w oczach, była już wszędzie dookoła i dobijała się do moich drzwi. Wpuść mnie cholero, bo cię zniszczę ! No i co ? Cóż było robić ? W końcu coś we mnie pękło i pierdolnęło i trzeba było pokazać światu wkurwioną Aneczkę. Tak, zobaczcie, przyznaję się, taka TEŻ jestem…. Ha ! To był dopiero myk. To nie znaczy, że wkurzona Aneczka zniknęła na zawsze… nie, ja ją po prostu zauważyłam i przyjęłam do domu…. dobra właź, rozgość się, tu masz swój pokój. Zamieszkała ze mną i nawet się polubiłyśmy. Przydaje mi się, jak muszę pokazać gdzie są moje granice. Wpada tylko na chwilę, walnie pięścią w stół i już jej nie ma 😉

Kolejny bardzo nieproszony gość to moja Słabość. Oj, to był ciężki kaliber. Jak to, ja słaba ? Przecież ja jestem silna jak tur, nic mnie nie złamie. Nie ma takiej opcji. I nagle w tańcu przychodzi oświecenie… dlaczego nie mogę być słaba ? Bo kiedyś, dawno temu, w zamierzchłych czasach okazałam słabość i dostałam dzidą w plecy… Więc ciągnął się za mną ten strach, ta świadomość: nie możesz okazać słabości… Ale jak to zobaczyłam, umysł zrozumiał, że teraz nikt mi nie wbije dzidy w plecy jeśli pokażę słabość… jestem bezpieczna. Trochę to trwało zanim wreszcie pozwoliłam Słabości wejść do mojego domu… Pamiętacie, że musiałam umrzeć prawie, żeby w końcu się na to zgodzić. Ale weszła, jest i już zostanie. Będzie mi pokazywać, że mam prawo czuć się słaba, mam prawo być zmęczona, mam prawo czegoś nie zrobić, mam prawo od czasu do czasu się nad sobą poużalać czy popłakać w kąciku… tak po prostu. Jest, zobaczyłam ją i przytuliłam.

Takich aspektów mamy mnóstwo. Każdy na pewno znajdzie coś u siebie. Wiem jedno, im bardziej widzimy jacy jesteśmy, im mniej zwracamy uwagę na to jacy POWINNIŚMY być, tym mocniej obejmujemy całą swoją Istotę. Nasz dom jest duży, pomieści wszystko, a jak wesoło się w nim zrobi 🙂 Przytulajmy niechciane, nielubiane, wstydliwe części samych siebie… nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak bardzo mogą nam się odwdzięczyć….

P.S. Aha, ten sen już mi się nie śni od dawna 😀

dwie

Wydarzenia ostatnich dni coś mi pokazały. Weszłam w głębszy kontakt ze swoimi wewnętrznymi dziećmi… tak dziećmi, bo mam ich dwójkę. Jedna z nich pokazuje mi pięknie co wyparłam, czego jeszcze u siebie nie zaakceptowałam, co odrzucam, co domaga się przytulania i pokochania. Jest moją podświadomością. Z nią się spotkałam. Musiałam zobaczyć jej ból odrzucenia w dzieciństwie, musiałam sobie przypomnieć jak się wtedy czułam, co myślałam, co nie mieściło mi się w głowie. Musiałam zaakceptować swoją słabość, swoją bezsilność, niemoc i rozpacz. Musiałam ją poczuć, zanurzyć się w tym po uszy i pozwolić by na chwilę mnie to przytopiło, by wraz z tym umarło to, co jest już przeszłością i nie powinno mieć na mnie wpływu. To co się stało, sprawiło, że jestem teraz tym kim jestem, jestem taka jaka jestem, to mnie ukształtowało. Trzeba było to teraz „tylko” zobaczyć, uświadomić sobie i przyjąć do serca, ukołysać we łzach. Wyglądało to tak jakbym się miotała, ale miało swój cel.

Mam też drugie dziecko… boskie. Ono jest ponad tym wszystkim, na zewnątrz tych wszystkich iluzji, które tworzymy sobie na co dzień, na zewnątrz dramatów, które kreujemy i które tak ochoczo odgrywamy. Dlatego często nie mamy pojęcia o jego istnieniu, dlatego w ogóle nie wiemy, że ono jest. To nasza nadświadomość, nasza boska cząstką, której nie można zranić, która nie cierpi i nie płacze. Obserwuje tylko wszystko z boku i z tego miejsca promieniuje na nas swoim spokojem, miłością i akceptacją. Jest balsamem dla nas, dla naszego umęczonego czasem życia, koi nasze nerwy i cierpliwie znosi wszystkie nasze słabości. Jest takim naszym wewnętrznym Aniołem, naszym Słońcem.

Dobrze odkryć, że Ono istnieje, bo dzięki temu wiemy którędy podążać. Dobrze, żeby te nasze dzieci się ze sobą zaprzyjaźniły… Łatwiej nam będzie wtedy iść przez życie, łatwiej będzie zobaczyć, że skręcamy w niebezpieczne rewiry. Boskie dziecko jest naszą latarnią, naszym światłem, które prowadzi nas z powrotem do Domu.

12

Wczoraj wróciłam ze spotkania z Przyjaciółmi, wiele się zadziało jak zwykle w tak magicznym gronie. Odnajdujemy się w przestrzeni po to, by coś razem stworzyć… jestem o tym przekonana. Świadomość plus intencja mają wielką moc. Już jadąc na spotkanie miałam wizję po co się spotykamy i co mamy zrobić. Słuchałam muzyki i zobaczyłam obraz. Chodziło o to by tworząc wspólną przestrzeń w tańcu, pogodzić i połączyć energię męską z żeńską. Chodziło o to, by uwolnić najpierw to całe cierpienie, które w nas jest, by uwolnić ból związany z wykorzystywaniem kobiet przez mężczyzn i mężczyzn przez kobiety. Dopiero uwolnienie tego może sprawić, że te energie na nowo się połączą, że zmienimy stary wzorzec i zastąpimy go nowym. Tak to zobaczyłam, ale nie miałam pojęcia czy uda nam się to zrobić. Było nas osiem osób, dwie kobiety i sześciu mężczyzn. Na początku, kiedy byliśmy tylko w trójkę: ja, Beatka i Zdzichu, cała wizja nabrała kształtów i kolorów, wszystko się rozjaśniło, bo każde z nas dodało jakiś fragment układanki i zobaczyliśmy, że stworzył się z tego jasny obraz. Ale jak pojawiła się reszta towarzystwa, nie było jasności czy w ogóle cokolwiek zrobimy. W końcu, w którymś momencie poczułyśmy z Beatką, żeby zacząć tańczyć, intencja popłynęła i pojawił się smutek, że jesteśmy same, że mężczyźni się nie przyłączają… że nie poczuli. Nie chciałyśmy ich wołać, to nie miało sensu, poddałyśmy się chwili i poczułyśmy, że zrobimy tyle ile się da. Tańczyłyśmy, śpiewałyśmy… w końcu z lekka zrezygnowane usiadłyśmy na Ziemi i czekałyśmy co dalej… Wtedy pojawił się Sławek. Usiadł z nami, a resztę zrobiła Gaja po swojemu. Zmieniła się sytuacja, więc zmienił się też scenariusz. Nie mogłam wyjść z podziwu nad mądrością tej Istoty. Ona nie chciała już uwalniania, tych cierpień, krzywd i tak dalej, ona załatwiła to inaczej, po swojemu… Śmiechem, bo śmiech ma najwyższą wibrację. Zaczęliśmy się dziko śmiać, właściwie to nie wiem z czego, śmialiśmy się tak, że nie można było tego opanować Czułam, że śmiech rozbijał i uwalniał wszystko. Śmiech burzył stare schematy, pokazywał (mnie na pewno), że nie ma się co przywiązywać do jakichś wizji, że nie ma co się spinać bez sensu, trzeba iść za tym co się pojawia, trzeba tworzyć z tego co jest… I co się zadziało ? Siedzieliśmy na trawie w trójkę śmiejąc się jak dzieci i nagle wszyscy zobaczyliśmy, że z kręgu pomiędzy nami wystrzelił słup światła. Ja go na początku zobaczyłam jako złoty. Przyłożyliśmy ręce, zamknęliśmy oczy i zaczęliśmy go wyczuwać. Każde z nas, niezależnie od innych rozszerzało coraz mocniej ręce, bo słup się powiększał, miałam wrażenie, że nabiera mocy i wielkości z każdym naszym oddechem. Zmienił się też kolor. Pojawiły się wszystkie kolory tęczy i mnóstwo innych. Teraz był to już wielobarwny strumień pięknej energii, który cały czas się poszerzał… Wrażenie było niesamowite, te kolory widzę do tej pory. Mądrość Gai nigdy nie przestanie mnie zadziwiać. Zadanie zostało wykonane, wstaliśmy więc i wróciliśmy do stołu. Wieczorem z kolei zadziało się tak, że w końcu wszyscy, w kręgu zatańczyliśmy dokładnie w tym miejscu, gdzie otworzył się portal… Wszystko było doskonałe…

A następnego dnia ten fragment Ziemi, ten trawnik w kształcie trójkąta znowu nas zawołał do siebie. Jeszcze coś było do zrobienia. Zaczęliśmy się pomału spontanicznie tam schodzić. Każdy się kładł, wszyscy stopami w jedną stronę. Doszedł Zdzichu i usiadł naprzeciwko nas wczuwając się w to, co się tworzy. Potem wszyscy się położyliśmy i nagle powstała złota piramida, przyszło mi, że to taka sama piramida, jaką kiedyś widziałam na Słońcu… Stworzyliśmy swoje własne miejsce Mocy ! Potem znowu usiedliśmy w kręgu. Tym razem w pięć osób. Zaczęło się mocne oczyszczanie każdego z nas. Jak opisywał to Zdzichu, wszystko było ściągane do środka w jeden wir i transformowane. Ja swoim zwyczajem zajęłam się bekaniem i wydawaniem dziwnych odgłosów, Beatka wspierała mnie oddechem, nadawała temu mocy, Daniel widział jak wystrzeliwujemy wszyscy razem do jakiegoś innego świata, jak obmywamy się w czystym źródle, Dejan rozsiewał fioletowo-złotą energię, Adaś w idealnym momencie włączył nam muzykę, która zmieniła energię, wzniosła ją do góry. Nawet nasze ręce ułożyły się w ciekawy sposób. Mężczyźni mieli ułożone ręce na dawanie i przyjmowanie, Beatka obie ręce miała w pozycji dawania, ja wszystko przyjmowałam, ściągałam i przepuszczałam przez ciało. Znowu to co się pojawiło było synchroniczne, pełne i doskonałe.

Co mnie zaskoczyło niezmiernie, to że jesteśmy w stanie sami stworzyć Miejsce Mocy, że wytworzyliśmy je energetycznie, każdy je widział i czuł. Potwierdza się zasada, że jeśli mamy świadomość i działamy wspólnie, dzieją się zadziwiające rzeczy, a na naszych oczach tworzy się magia.

W ogóle całe to spotkanie było magiczne od początku do końca… Wytworzyła się niesamowita energia prawdziwego ciepła rodzinnego, pełnej akceptacji każdego i wszystkiego co się działo. Nic nie szokowało, nie dziwiło, wszystko płynęło naturalnie i tyle w tym było radości, czystości i piękna, że trudno nam będzie wrócić do zwykłego świata… Pojawia się tęsknota, by ta energia zagościła na stałe w naszych życiach… czuję, że do tego dążymy, że jesteśmy coraz bliżej, że przez chwilę byliśmy w Raju i znamy już drogę, wiemy jak do niego wrócić…

dzieci

Ostatnio byłam u córki w przedszkolu na przedstawieniu. Miałam niecodzienną okazję zobaczyć później jak moje dziecko bawi się z innymi dziećmi. Biegali sobie w kółko po piaskownicy, po czym jedno się przewracało, a reszta przewracała się na niego. Zupełnie jak piłkarze po strzeleniu bramki. A ile miały przy tym śmiechu i zabawy. Nieważne było oczywiście kto się kładzie na kogo: dziewczynka na dziewczynkę, czy chłopiec na dziewczynkę, konfiguracja była dowolna, a radość za każdym razem taka sama. Patrzyłam zauroczona tym jak naturalna jest u dzieci bliskość, jak bardzo jest dla nich ożywcza, ile sprawia im frajdy… Z drugiej strony przyszła refleksja jak bardzo my, dorośli zniszczyliśmy w sobie tę potrzebę, jak bardzo obwarowaliśmy się zakazami, co wypada a co nie… Jak bardzo pozbawiliśmy się tego, co w życiu najważniejsze – bliskości i czułości z drugim człowiekiem. Dobrze jest jeśli możemy tę potrzebę zaspokoić z partnerem, ale co z ludźmi, którzy żyją samotnie ? Do kogo oni mogą się przytulić, skoro dorosłemu to w zasadzie nie przystoi ? Bo zaraz ta przytulana osoba sobie coś pomyśli, będzie liczyła na coś więcej, nie daj Boże, odbierze to jako zaproszenie do seksu ? Dlaczego poszliśmy w tym kierunku ? Dlaczego dla nas nie jest już naturalne przytulanie się do osób, którzy nie są naszymi partnerami ? Dlaczego sobie tego zabroniliśmy ? Kto nam tego zabronił ? Dlaczego na to pozwoliliśmy ? Dlaczego pozwoliliśmy stłumić w sobie tak naturalną i piękną potrzebę ?

Zadawałam sobie te wszystkie pytania patrząc zachwycona jak bawią się dzieci… Sama u siebie obserwuję jak bardzo jest to dla mnie ważne. I jednocześnie obserwuję jak cienka jest linia między bliskością a seksualnością. Czy można ją rozgraniczyć ? Czy jedno nierozerwalnie łączy się z drugim ?

Chodzę teraz dużo na tańce, 5 Rytmów, czy Movement Medicine. Kiedyś tańczyłam bardzo skupiona na sobie, zamykałam oczy i byłam tylko ze sobą, w swoim świecie, w swoim wnętrzu. Teraz się to zmienia. Często otwieram oczy i obserwuję inne tańczące osoby, obserwuję energię jaką wszyscy tworzymy, wczuwam się w coś większego… I zauważam właśnie w sobie tę potrzebę interakcji z drugą osobą, najczęściej mężczyzną jednak 😛 😀 Potrzebuję być blisko, wejść w kontakt wzrokowy, cielesny, poczuć jak ta energia zmienia się w trakcie tańca, jak przepływa między nami, jak nabiera temperatury, jak wybucha, jak krąży w naszych ciałach. To są dla mnie niezwykłe chwile, kiedy mogę „bezkarnie” pobyć blisko z innym człowiekiem, poznać go, poczuć, pobawić się tą energią, pozachwycać jak dziecko… Ale nawet tam, w miejscu gdzie ludzie naprawdę czują swoje ciała, są wolni w wyrażaniu siebie, niewiele jest osób, do których odważam się podejść, niewiele jest osób otwartych na taki kontakt… Albo może ja jeszcze za mało mam śmiałości, nie wiem… Na razie eksperymentuję i coraz bardziej mnie to wciąga, bo wiem, że tu jest klucz do poczucia gdzie jest ta granica i jak jej nie przekraczać… Jak kontakt z drugim człowiekiem uczynić zabawą, lekkością i radością. Jak zachować przy tym niewinność dziecka…

5 Żywiołów

Nie będę Was zanudzać tym co się działo, ale opowiem Wam o jednej podróży… Mieliśmy wejść przy dźwięku bębna do górnego świata. Szamani wyróżniają trzy światy: dolny, środkowy i górny. Dolny świat jest światem zwierząt mocy. Wchodzimy do niego przez jakąś dziurę w ziemi, jaskinię, jezioro, króliczą norę, cokolwiek, co poprowadzi nas w głąb… Tam możemy spotkać nasze zwierzę mocy, tam w ogóle schodzimy po MOC. Środkowy świat to ten nasz, widzialny na co dzień. Górny świat, to świat Aniołów, Mistrzów Wzniesionych i przewodników wszelkiej maści. Jak łatwo się domyślić, żeby się tam dostać, trzeba się gdzieś wspiąć: na górę, po schodach, po drabinie, co tam sobie wymyślimy. Do górnego świata idziemy po mądrość.

I właśnie chciałam Wam opowiedzieć o mojej podróży do górnego świata. Pomyślałam, że moim miejscem przejścia będzie motylowy kamień z góry Wayna Picchu w Peru… ten sam, na którym siedziałam łącząc trzy góry… Ten kto pilnie czyta wszystkie odcinki, wie o czym mówię 😀 No więc siedzę sobie spokojnie i czekam na mojego przewodnika a tu nagle pojawia się przede mną cały tłum moich Aniołów. Patrzę i oczom nie wierzę, pytam się: a co Wy tu robicie ? Jak to co ? My cię wspieramy, jesteśmy z tobą, bo przecież ty powołałaś nas do życia. Jak to ja ? Jak mogłam was powołać do życia, przecież was widziałam, więc już istnieliście.. Tak, istnieliśmy ale tylko jako energia… ty nadałaś nam formę i wypełniłaś ją treścią. Tak naprawdę stworzyłaś nas, dałaś nam życie.

Ależ mnie to zaskoczyło ! Powiedziały coś jeszcze… teraz mamy do ciebie prośbę, pracuj z nami, pracuj z naszymi energiami, pracuj codziennie z jednym z nas. W ten sposób utrzymujesz nas przy życiu, sprawiasz że nabieramy mocy, stajemy się tobą, a nasza energia promieniuje na cały świat.

No tak, pisałam o tym w swoim albumie, ale sama tego nie stosowałam.. Teraz mam już wizję, wiem co zrobić.

Nie musiałam długo czekać na potwierdzenie tego co usłyszałam, tego co zostało mi uświadomione…

Mieliśmy takie ćwiczenie. Trzeba było znaleźć miejsce w naturze, przygotować się, przynieść rekwizyty i stać się Wyrocznią. Potem przychodzili do nas ludzie i zadawali nam jedno pytanie. Mieliśmy odpowiadać łącząc się z tą mądrzejszą częścią siebie. Przed samym wyjściem, na mapie na której zaznaczaliśmy swoje miejsce napisałam: Manawa (Ania). I znowu moja kochana Dusza pokazała mi, że „Moment mocy jest teraz”. Słysząc pytanie, zamykałam oczy, wyciszałam umysł i czekałam… czekałam co się pojawi. Czasem były to słowa, innym razem odczucie, ale zawsze coś przychodziło. Jak zaczynałam mówić, słowa same płynęły i wtedy uświadomiłam sobie, że moje Anioły są ze mną, przychodziły konkretne energie razem z przesłaniem, razem z gotową odpowiedzią… To było niesamowite wrażenie poczuć tak wielkie wsparcie za swoimi plecami.

Wydarzyło się coś jeszcze, coś co również zabrałam ze sobą z tych warsztatów, coś co wiem że będzie działało w moim codziennym życiu. Budowaliśmy swój osobisty krąg, swoją Świętą Przestrzeń. Wiecie, że to mój konik 😉 Zawsze widziałam ją jako biały wir, kręcący się dookoła mnie, sięgający poza moje ciało na około metr. Ale w tańcu zadziało się coś fajnego. Zaprosiłam do mojego kręgu wszystkie żywioły. Zobaczyłam jak do niego wchodzą po kolei: Ziemia z całym królestwem zwierząt, roślin i minerałów. Ziemia, która pomaga mi się ugruntować, pamiętać o moich korzeniach, Ziemia transformująca najcięższe energie jakie tylko zechcą się pojawić. Zaprosiłam Ogień, by mnie rozpalał, by podsycał moją pasję do życia, by oświetlał to, co niknie jeszcze w mroku, to co chce być zauważone i oczyszczone. Zaprosiłam Wodę, by pokazywała mi płynność życia, by nauczyła mnie zmieniać kształt i dopasowywać się do każdej sytuacji czy miejsca, by oczyszczała i zmywała wszelkie brudy, które chcą mnie oblepić, ograniczając przepływ mojej Świadomości. Zaprosiłam wreszcie Powietrze, wraz z całym królestwem Aniołów i Przewodników, poprosiłam o lekkość i wizje, które będą mnie prowadzić w mojej pracy. Tak to się zadziało i tak niech zostanie… Poczułam jak wielką MOC zyskał mój krąg, moja Święta Przestrzeń.

A obraz, jak pamiętacie, malowałam tuż przed wyjazdem do Peru jako intencję dla mojej podróży, jako coś, co będzie mnie tam wspierać… I znowu potrzebowałam czasu, żeby poczuć to, co pojawiło się już wcześniej w mojej przestrzeni… Ale już troszkę mniej czasu, tylko pół roku, znaczy robię postępy 😀

szamanka1

Spędziłam pięć dni na warsztatach szamańskich, to był dalszy ciąg tego co zaczęłam w marcu. Taneczna szamańska ścieżka. Pięć dni, a wydawało mi się, że jestem tam co najmniej dwa tygodnie, tyle się zadziało. Wyjeżdżałam z intencją puszczenia wszelkiej kontroli, poczucia w sobie, w ciele ognistej, pierwotnej energii. I udało mi się: poczułam, doświadczyłam, przeżyłam.

Taniec jest niesamowitym narzędziem kontaktowania się z ciałem, dochodzenia do emocji i traum ukrytych gdzieś w nas. Tańcząc docieramy do swoich zranień i jeśli jesteśmy uważni możemy je uzdrowić, uwolnić się od nich, puścić by zrobić miejsce dla swojej energii, swojej Duszy. Uwalniając napięcia i blokady zaczynamy żyć swoim własnym życiem, swoją pełnią, swoją doskonałością, swoją boskością.

Zaczynamy oddychać pełną piersią bo robimy porządek w najważniejszym miejscu, w naszej świątyni, w naszym ciele. W miejscu, które dostarcza nam tyle radości, przyjemności, rozkoszy, ale też czasem bólu i cierpienia. I to jest najważniejszy moment w tańcu… docierając do miejsca, czy do emocji która bardzo boli, mamy tendencję do tego, żeby uciec… Dusza po prostu ucieka z ciała, świadomość odpływa, tracimy kontakt z rzeczywistością.. bo ból jest zbyt duży, bo strach jest zbyt wielki, bo przerażenie jest ogromne, bo nie wiemy co robić… Zdarzyło mi się to i tutaj… Chciałam zobaczyć co to za energia jest w moim brzuchu, co jeszcze chce się uwolnić i zobaczyłam. Poczułam co się dzieje i utknęłam, byłam za bardzo przerażona i jednocześnie uwięziona w tamtej energii w tamtym wydarzeniu… Wydarzeniu z poprzednich wcieleń, podobnej sytuacji w którą wikłałam się ciągle i ciągle bo nie potrafiłam z tego wyjść. Tak, byłam wykorzystywana seksualnie przez setki chyba wcieleń, ale dlatego, że sama na początku dziejów byłam po drugiej stronie… Dlatego musiałam tego doświadczyć z pozycji ofiary, nie kata. Dlatego musiałam zobaczyć co robiłam, żeby poczuć to na sobie. Może i wystarczyłoby jedno wcielenie, żeby zmazać winy, ale ja utknęłam… bo mi się to podobało. To była chyba moja największa wina, podobała mi się ciemna strona energii seksualnej, więc tkwiłam w tym przez setki lat. Tak samo utknęłam i tutaj, na tych warsztatach… i nagle ktoś się pojawił. Marta, asystentka Caroline… dzięki niej zobaczyłam to, co miałam zobaczyć. Czułam jej wsparcie, wiedziałam że cały czas była ze mną, że mnie pilnowała. Była w oddali, obserwowała, ale ja czułam niesamowicie mocno jej rolę. To ona zwróciła mi uwagę, że moje miejsce nie jest na kolanach. To ona powiedziała, że wygląda to tak, jakby mi się to podobało.. Ach jak to zabolało… no tak, bo to była prawda, którą ktoś wreszcie głośno powiedział, bo ja sama nie zdawałam sobie z tego do końca sprawy, przeczuwałam, ale nie wiedziałam, że jest to aż tak widoczne. Otworzyła mi oczy, podała rękę i podniosła z kolan…nie mam słów by wyrazić swoją wdzięczność.

Wtedy kiedy utknęłam, kiedy zobaczyłam mocną scenę z mojego poprzedniego wcielenia, kiedy byłam tak przerażona, że nie wiedziałam co zrobić, a ta energia po prostu mnie gwałciła, Marta uklęknęła przy mnie i wołała: Ania, spójrz na mnie, spójrz na mnie !… Miała na sobie koszulkę z wilkiem…zobaczyłam oczy Wilka i zrozumiałam kto nim jest, kto jest zawsze przy mnie, kto mnie pilnuje, kto nie pozwala upaść… Wiedziałam, że to mój Przyjaciel, poczułam wtedy że część jego świadomości jest zawsze ze mną i nie pozwala już na to, żebym za bardzo cierpiała, że już wystarczy… już dość. Wyciąga mnie z zapętlenia, pokazuje którędy iść, a potem biegnie licząc na to, że go dogonię. Kiedyś nie mogłam nadążyć, denerwowałam się, krzyczałam żeby zwolnił. Aż w końcu dogoniłam go, on się zatrzymał, a ja zrozumiałam i poczułam wiele rzeczy. Oboje teraz odpoczywamy, nie naciskamy, nie przepychamy nic na siłę, pozwalamy by życie samo do nas przypływało, by wydarzało się naturalnie, by płynęło swoim rytmem, swoim tempem, bez zakłóceń, bez tam na drodze, bez przeszkód…

Przyszło mi dzisiaj zdanie, że im więcej w nas zranień, które uzdrowimy w sobie, tym lepszymi jesteśmy Uzdrowicialami dla innych… Czy to ma sens ? Dla mnie ma, bo teraz wiem, czemu moja Dusza ciągnie mnie w stronę uzdrawiania seksualności. To jest moja droga przed którą nie uciekną, jak powiedział mi Saint Germain, mój Przewodnik na szamańskiej ścieżce… ale o tym w następnym odcinku 😀

czas

Dojrzewa we mnie pewna prawda, coś oczywistego, coś o czym się czyta wielokrotnie, aż wreszcie przychodzi odpowiedni CZAS, żeby to poczuć…

Bardzo mocno miałam okazję zobaczyć ten temat we Francji. Zrobiłam coś głupiego, powiedziałam dwa słowa za dużo, oceniłam kogoś i miałam okazję przekonać się jak wielkie wyrządziło to szkody i jak ogromne narosło wokół tego nieporozumienie… Wielka lekcja pokory i zrozumienia dla mnie, że wszystko jest doskonałe, każdy jest doskonały, jest dokładnie tu gdzie ma być, ani za daleko, ani za blisko… Jest w idealnym dla siebie miejscu.

Tak często wymuszamy na sobie coś, chcemy coś przyspieszyć, jesteśmy niecierpliwi, mówimy: jak to, znowu ? Znowu ten sam błąd, znowu zrobiłam to samo ? Znowu się dałam sprowokować, znowu się zezłościłam ? Znowu dałam się wykorzystać, znowu byłam taka głupia ? Sama świadomość, że popełniamy błąd nie wystarczy, trzeba dużo czasu i samozaparcia, cierpliwości i wyrozumiałości dla siebie, żeby przeskoczyć pewne przyzwyczajenia. Nie wiem jak Wam, ale tak widzę po sobie, po swoich wpisach, że od momentu uświadomienia sobie czegoś do momentu „przerobienia” danego tematu mija u mnie średnio dwa lata ! Dwa lata… to bardzo dużo czasu, prawda ? Ale tak to jest, tak to działa, przynajmniej u mnie. Dlatego bardzo dużą uwagę zwracam teraz na to w jaki sposób patrzę na ludzi, jak ich postrzegam w stosunku do siebie. To wielkie wyzwanie i wielka sztuka nie patrzeć na nikogo z góry i nie oceniać go: mój Boże, ty się jeszcze wiele musisz nauczyć, masz jeszcze dużo do przerobienia. Uczę się tego nie robić, uczę się zauważać, że wszystko jest doskonałe i wszystko dzieje się w swoim czasie i rytmie. Pewnie się uśmiechacie pod nosem i myślicie: no tak babo, pisałaś już o tym nie raz… no tak, pisałam, ale jeszcze życie mi pokazuje, że nie do końca się to we mnie zakotwiczyło, nie do końca to zintegrowałam, nie do końca stało się to moją naturą, jeszcze się w tym ćwiczę, a ludzie wokół pięknie mi to pokazują.

Kiedyś, jak sobie coś zaplanowałam, a to się nie udawało, to się złościłam, spinałam: jak to, dlaczego ? Miałam ochotę wygrażać pięścią zgrzytając zębami z wściekłości. Potem przyszedł czas na zatrzymanie się i uświadomienie sobie czemu coś się nie zadziało ? Gdzie tkwi przyczyna ? Kolejny etap to taki delikatny uśmiech pod wąsem: no tak, ten ktoś jeszcze nie jest gotowy… Ależ to jest pułapka, bo wskazując kogoś palcem, tak naprawdę nie chcemy spojrzeć na siebie. Często nie chcemy zauważyć, że to my nie jesteśmy na coś gotowi, dlatego to się po prostu nie wydarza…. nie może się wydarzyć bo Dusza wie co robi tak a nie inaczej układając dla nas okoliczności.

A teraz przyszedł kolejny etap…Nie chcę już się zastanawiać kto nie jest gotowy, czy ja, czy ta druga osoba… Po prostu to nie jest ten czas. On przyjdzie w swoim rytmie, on się pojawi w swoim czasie… a nawet jeśli nie pojawi się nigdy… to także jest i będzie DOSKONAŁE.

radość

Tyle się wydarzyło od mojego ostatniego wpisu… Cały czas się coś dzieje, wszystko jest takie dynamiczne, życie kręci się w zawirowanym tempie. Poleciałam do Francji na imprezę urodzinową, a okazało się, że miałam trzy masaże. Jeden mocniejszy od drugiego, tyle emocji, łez, wzruszeń, śmiechu… Fascynuje mnie to coraz bardziej i coraz mocniej wciąga, zasysa w swoją przestrzeń. Czuję co się dzieje im mocniej w to wchodzę. Mogę zrobić porównanie a’la mój mąż. Wyobraźmy sobie, że przez moje ciało biegnie kanał wzdłuż kręgosłupa. Przez ten kanał przepływa energia tożsama z moją Duszą. Na początku, jak zaczynałam masować, kanał miał maksymalnie fi 16 (to taka cienka rurka). Im więcej masuję, im bardziej ufam sobie, tym bardziej ten kanał się rozszerza, tym mocniej moja Dusza przeze mnie przemawia. Przestałam się już zastanawiać, czy to co robię jest mądre, czy głupie, czy moje zachowanie jest „poprawne”, czy mam mówić to, co do mnie przychodzi… po prostu to robię, bezmyślnie można by powiedzieć, intuicyjnie. Im mocniej się otwieram, tym głębsze procesy zachodzą u osób, które masuję. Powraca pamięć, bo ciało pokazuje to, co umysł wyparł. Podświadomość podpowiada dlaczego utknęliśmy, dlaczego stoimy w miejscu, co idzie nie tak, jaki błąd ciągle powtarzamy, czego sobie nie uświadamiamy. Miałam klientkę, która pod wpływem traumy jaka pokazała się podczas masażu, traumy wypartej przez umysł, przestała mi oddychać, Dusza uleciała na chwilę z ciała. Widziałam jedno… nie mogę się przestraszyć, bo będzie źle. Zaczęłam płakać, nie ze strachu ale ze współodczuwania, nie z bezsilności, ale z poziomu pewności, że nikt nie ma prawa robić nam takich rzeczy, że nasze ciała należą tylko do nas… I wtedy ona zebrała siłę w sobie, podniosła się i przytuliła mnie… wróciła by zmierzyć się z tym, co ją spotkało.

Tak się później zastanawiałam, co mam robić w takich momentach ? Przecież to może być niebezpieczne. I dostałam znowu odpowiedź: Dusze, które do ciebie trafią, będą bardzo świadome i pojawią się nie po to, żeby odejść z tego świata, ale po to, żeby ruszyć mocno do przodu… To mnie uspokoiło 🙂

Nie dawało mi też spokoju, co się dzieje podczas takiego masażu ? Jak to działa, że moje ciało czuje to, co dzieje się z drugim ciałem. Dlaczego nagle zaczyna mi się odbijać ? Dlaczego zaczynam kasłać, mocniej oddychać ? Chciałam do kogoś zadzwonić, spytać się, co to za mechanizm ? I rozmawiając w głowie z tą osobą dostałam w zasadzie odpowiedź od mojej Duszy. Tworzę rzeczywiście coś w rodzaju świętej przestrzeni, w której łączę się bardzo mocno z osobą, którą masuję. Stajemy się jakby jednym organizmem, jednym ciałem, jedną energią. Nie czuję bólu tej osoby, ale czuję gdzie energia utknęła i pomagam ją przepchnąć, rozpuścić, przetransformować. Pomagam, ale nie robię tego sama. Jak próbowałam sama to dostałam czkawki hihihihi 😀 Masowałam męża, on sobie leżał spokojnie, a mnie się odbija i odbija.. W końcu mówię: Janek zrób coś, pracuj ze mną, bo nie dam rady sama. Wziął się do roboty, ale za późno bo już mnie czkawka zaczęła męczyć. Na szczęście szybko minęła 🙂

Jutro znowu lecę do Francji na kolejne masaże…

Od jakiegoś czasu słyszę od ludzi: zwolnij…Nawet mój wilk, który zawsze ze mną biegł jak szalony, położył się i powiedział: pierdolę, nie biegnę dalej… Ależ mnie zaskoczył wtedy, ale on zawsze mnie zaskakiwał 😉 W każdym razie widzę, że nie mam jak zwolnić, bo ja nic nie przyspieszam, nic nie wymuszam, wszystko samo do mnie przypływa, samo się dzieje… więc chyba głupotą byłoby nie korzystać, zamknąć na to oczy, zastopować ? Wiem, grunt, żebym się w tym nie zatraciła, żebym nie zapomniała o sobie, o tym jak ja się z tym czuję… ale w tym też się szkolę.

Miałam piękny przykład tego, że potrafię o siebie zadbać, że czuję mocno swoje ciało, że nauczyłam się już coraz lepiej słyszeć co do mnie mówi. Pojechaliśmy całą rodzinką na wyprawę terenówką po Pomorzu. W sumie w terenie zrobiliśmy 800 km, a ja w tym czasie obserwowałam siebie i doszłam do wniosku, że to jednak na pewno nie jest moja bajka, nie jest mój świat. Mówiłam Jankowi o tym nie raz, że mnie to nie bawi, że nie lubię się obijać głową o sufit, ale on tak bardzo chciał, żebyśmy spędzali czas razem, że ciągle próbowałam, ciągle ulegałam. Tutaj też chciałam sama pojechać, chciałam zobaczyć jak mi się spodoba coś takiego. I miałam naprawdę wiele przemyśleń. Toczyłam w głowie rozmowy ze sobą: nie, przecież ja tego nie lubię, brzuch mi się zwija w kłębek, obijam się i zaciskam zęby, żeby nie psuć im humoru, żeby nie marudzić, żeby nie zrzędzić. I drugi głos: a tam, starzejesz się babo, wygodna się zrobiłaś, dupa ci odmiękła, rozczulasz się nad sobą… No może i tak, może się rozczulam, ale czy ja do cholery muszę sobie ciągle coś udowadniać ? Czy ja muszę pokazywać wszystkim, a zwłaszcza sobie, że jestem pancerna ? Jestem, jak trzeba to jestem, wiem to, bo udowadniałam to sobie i światu przez 20 lat… ale wystarczy, już nie muszę. Najważniejsze, że wreszcie zaczęłam to spokojnie i bez nerwów komunikować. Mieliśmy z mężem kilka trudnych chwil na tym wyjeździe, ale w efekcie bardzo dużo zrozumieliśmy, doszliśmy do porozumienia, zobaczyliśmy co robić, żebyśmy oboje byli zadowoleni. Naprawdę ciekawe doświadczenie.

Dlatego czuję, że nie dam się ponieść, że nie zatracę się w tym co się dzieje.. . Pędzę do przodu, wiem, ale chyba taka już moja natura. Wiem, że to wszystko nie dzieje się bez powodu, więc ufam że to co przychodzi, jest dla mnie najlepsze. Jeżeli poczuję, że jestem tym zmęczona, dam sobie czas, żeby odpocząć, zwolnię… ale na razie świetnie się bawię 😀

atlantis

Kilka dni temu dostałam od Beatki tekst, który poruszył we mnie wszystkie struny. Łzy leciały strumieniami, płakałam, szlochałam, nie wiedziałam co się dzieje… potem poczułam, że kłuje mnie prawa pierś. No dobra, pomyślałam, trzeba coś z tym zrobić, muszę zatańczyć, muszę zobaczyć o co chodzi ? Wiedziałam jaką piosenkę mam włączyć. Wcześniej sprawdzałam jej tekst i myślałam, że jest o jakimś statku, który zatonął… Atlantis… jakoś nie skojarzyłam kompletnie. Dopiero jak zaczęłam tańczyć, naprawdę usłyszałam słowa, zrozumiałam, że ona śpiewa o Atlantydzie… I w zasadzie nie byłam w stanie tańczyć, upadłam na podłogę, serce mi się rozrywało, głośno szlochałam….

Przypomniała mi się wizja jaką miałam dawno temu. Wtedy po raz pierwszy na ułamki sekund miałam przed oczami obrazy: najpierw pojawiła się szmaragdowa toń widziana z wody… Potem na chwilę pojawił się profil kobiety w wodzie. A potem zobaczyłam coś strasznego…  zobaczyłam ręce jakby moje i jakiegoś mężczyzny, ręce wyciągające się, próbujące złapać malutkie dziecko… dziecko porywane przez otchłań…
A potem już tylko coraz większa ciemność, coraz większa głębia…

Ten obraz powrócił, tylko że wtedy najstraszniejsza była dla mnie utrata dziecka, a teraz zobaczyłam kim był mężczyzna….

Atlantyda powraca…

Prawie dokładnie w tym samym czasie Zdzisław miał wizję, że morze wybucha, Atlantyda wyłania się spod powierzchni, a fale zalewają obie Ameryki i Europę. Straty są ogromne… kataklizm… Jednak wyraził zgodę… pozwolił by się to zadziało.

Następnego dnia miałam iść tańczyć. Zdzichu wiedział o mojej wizji, powiedział mi o swojej. Razem wiedzieliśmy już co trzeba zrobić… Złagodzić…

Poszłam tańczyć, w pewnym momencie poczułam, że to jest dobry moment i zaczęłam tańczyć z tymi energiami, które się tworzyły. Czułam, że „ściągam” energię z obu stron, od strony Ameryk i od strony Europy… tak jakbym zbierała tą falę uderzeniową, zasysałam ją w siebie, ściągałam z góry energię od Zdzicha i w jakiś sposób to rozpuszczałam, zmieniałam, transformowałam… Na koniec zobaczyłam, że Atlantyda spokojnie i majestatycznie wynurza się z wody.. po prostu się pojawia.

W tym samym czasie Zdzichu oglądał to na swoim ekranie 🙂 Widział jakby słup wody unoszący się do góry. To była energia tej tragedii, która się wydarzyła, coś co obciążało bardzo to miejsce i Dusze, które brały w tym udział. Potem zobaczył to samo, że nie ma żadnej fali, energie się uspokoiły i Atlantyda wypływa na powierzchnię.

Tak sobie myślę, że to chyba nie jest najważniejsze czy ona się pojawi fizycznie czy tylko energetycznie. Wiem, że ta energia, która została uwolniona i oczyszczona z tamtej traumy zacznie bardzo znacząco wpływać na naszą rzeczywistość… Może budzimy teraz swoją pamięć, żeby zacząć świadomie z nią pracować ? Uwalniać i wykorzystywać naszą wiedzę z tamtych czasów ?

Może sięgamy teraz po swoją MOC i tym razem wykorzystamy ją mądrze i świadomie ?

 

 

zafanie

Wczoraj zrobiłam swój pierwszy masaż po napisaniu o tym, co tak naprawdę chcę robić i  w jak. Wszechświat znowu zadbał o to, żeby potwierdzenie tego co wypowiedziałam głośno przyszło bardzo mocno, w sposób, który po raz kolejny przyprawił mnie o zawrót głowy.

Poczułam swoje imię z pełną mocą. Wreszcie zrozumiałam co ono tak naprawdę oznacza i jak się to przejawia. Wcześniej umysł cały czas podsuwał wątpliwości, krytyk siedzący w środku zadawał mi pytania: no dobrze, ale czy na pewno sobie poradzisz ? Skąd będziesz wiedziała co masz robić ? Może lepiej się nie wychylaj, jest dobrze tak jak jest. Po co ci to wszystko ? A w momencie, w którym poczułam, że muszę wyjść do ludzi,w momencie w którym zaufałam sobie i stałam się głucha na te ograniczające mnie podszepty… w tym właśnie momencie narodziła się magia. Podczas masażu zrozumiałam i poczułam jedną ważną rzecz…. i to było tak oczywiste: Moment mocy jest teraz, więc odważ się zanurkować w ten moment z pełnym zaufaniem. Co z tego, że umysł wątpi, co z tego, że stawiam pierwsze kroki ? Kiedy wchodzę w to, uruchamia się we mnie coś, o czym nie miałam pojęcia. Nagle intuicyjnie wiem co trzeba zrobić i jak.

Poszłam na spotkanie z kobietą, która poczuła mój wpis o pracy z ludźmi. Poszłam pogadać tylko, kompletnie nie byłam przygotowana na masaż. Ale okoliczności tak się ułożyły, że byłam w gabinecie, w którym było wszystko czego potrzebowałam, a dziewczyna była gotowa do pracy ze mną. Pierwsza moja reakcja: o matko, nie jestem nawet dobrze ubrana do masażu, paznokcie mam za długie… umysł próbował się wywinąć, że może następnym razem… Ale wiedziałam, że to moja szansa, żeby spróbować, żeby się odważyć, żeby kuć żelazo póki gorące, że teraz właśnie jest na to energia, potem ona się rozwieje, zniknie… Powiedziałam więc – dobrze, robimy, zobaczymy co nam z tego wyjdzie. Miałam tego „pecha”, że moja klientka pracowała dużo z ciałem i nie było w nim żadnych ewidentnych miejsc, czysto fizycznych na których mogłabym się skupić. Nie czułam żadnych napięć. Myślałam, że nic się nie pojawi, nic z czym mogłybyśmy popracować. I nagle w pewnym momencie, poczułam coś w swoim ciele, jakiś dyskomfort, zobaczyłam co to jest i w ślad za tym pojawiła się chęć wypowiedzenia tego. Ociągałam się, bo nie byłam pewna czy dobrze czuję (!). Ale wrażenie nacisku ze środka bym to powiedziała głośno było silniejsze. Za trzecim chyba razem wreszcie powiedziałam co czuję. Okazało się, że trafiłam i mogłyśmy coś z tym zrobić.

Ach, więc to tak działa ? Pomyślałam sobie… no dobrze, to ja już zaufam, już płynę z tym co czuję, już nie neguję niczego. Uwolniłam się od wątpliwości, zaufałam sobie i od tego momentu magia zaczęła działać. Moja kochana Dusza, moja Manawa wzięła sprawy w swoje ręce. Na koniec pojawiła się Bogini Shakti i zrobiła to, co mnie podczas medytacji. Obudziła ogień, zainicjowała, poruszyła energię kreatywności. Obie poczułyśmy to bardzo mocno, obie byłyśmy tym zszokowane. To była naprawdę magia, a ja poczułam że mogę latać… Jestem wdzięczna za ten dzień, za to co się wydarzyło, za to że sobie zaufałam, za okazję, która się pojawiła i przede wszystkim za spotkanie z kolejną cudowną Kobietą.

maska

Tak się zastanawiam czy Wszechświat przypadkiem nie sprawdza mnie teraz pod kątem mojej wrażliwości na krytykę i ocenę… Trzy dni temu reagowałam napięciem, dzisiaj zaczynam się uśmiechać, nie mniej jednak mam wrażenie, że coś po prostu wisi w powietrzu…

Przychodzi czas, w którym trzeba zrzucić maski i powiedzieć to, co chciało się powiedzieć już dawno, ale coś nas hamowało: obawa, lęk, wstyd. Przyszły energie, które naciskają nas od środka i wymuszają niejako wypłynięcie tego, co powinno wypłynąć. Od dawna mam tak, że jak czuję gulę w gardle, czuję że muszę coś powiedzieć, to przełamuję wszystkie lęki i po prostu mówię, choćby miało mnie to dużo kosztować. To samo jest z pisaniem: często na przekór sobie, wiedząc że wkładam kij w mrowisko, piszę bo muszę, bo to się ze mnie wylewa, wypływa i nie chcę tego hamować, wiem że nie mogę. To taka moja terapia. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób mnie nie znosi, ma alergię na mnie, wkurzam ich, ale mimo wszystko czytają to co piszę. Czytają, ale nigdy nie powiedzą, że ich denerwuję, że nie powinnam pisać takich rzeczy, że jestem bezwstydna, czy nie wiem już jaka.

Może przyszedł czas, żeby wyrzucić to z siebie, może to jest właśnie ten czas ? Może z szacunku do swojej prawdy trzeba czasem wypowiedzieć ją głośno ?

Wiem jedno, każdy ma prawo do swoich własnych myśli, odczuć i emocji. Masz prawo się ze mną nie zgadzać, masz prawo mnie nie lubić, masz prawo mieć swoje zdanie i głośno je wypowiadać.

Ja natomiast mam prawo do swojego życia i swojej prawdy… ona jest moja i na tą chwilę jest dla mnie święta. Na tą chwilę jestem tu, gdzie jestem, nawet kiedy błądzę mam przecież do tego prawo. Chcę mieć w sobie taki spokój, żeby już nie bolało mnie odrzucenie, czy to, że ktoś się ze mną nie zgadza. Może tego mam się właśnie teraz nauczyć ?

Tak jak napisała dzisiaj Ana: „Nie ustawaj w krzewieniu Wdzięczności wobec wszystkiego, co Cię spotyka. Bez względu na wszystko pozostań nieugięty w woli wzbudzania wdzięczności”.

 

P1210001

Powstała dzisiaj Mandala Kreatywności. Zadziwiły mnie te dwie energie, które koniecznie potrzebowały wynurzyć się spod mojego pędzla. Obie łączą się w centrum kwiatu, w jego łonie. Widziałam taki kwiat w medytacji w labiryncie. Wtedy pokazała mi się jedna spirala, a dzisiaj, tak sobie myślę, że być może zostało to zweryfikowane przez same energie, bo umysł mam wyłączony podczas malowania 😉 Przekaz do mojej wizji był wtedy taki:

Mamy połączyć łono Ziemi z łonem Kosmosu, poprzez nasze kobiece łona. One są łącznikiem. Z tego połączenia biegnie impuls, który ruchem spirali rozprzestrzeni się po całej Ziemi. Rozkwita wielki kwiat, którego piękno podziwiane jest w Kosmosie przez wszystkie Istoty.

Na obrazie spirale są dwie, skoro mamy ściągnąć obie energie w jedno miejsce… Ściągnąć i połączyć w sobie… wtedy rozkwita kwiat, który obdarza nas MOCĄ TWORZENIA. W centrum kwiatu powstaje Nowa Energia, nowa jakość, nowe życie. Z tego centrum promieniuje ono na Ziemię i Kosmos. Zmieniamy całe stworzenie, odwracamy bieg historii, stajemy się odpowiedzialnymi Kreatorami.

Piszę o kobietach, ale wiem, że taką samą moc tworzenia mają męskie serca. Każda Istota to posiada, a cały szkopuł tkwi w tym by tę moc w sobie odkryć niezależnie od płci, jaką tutaj przejawiamy. A żeby ją odkryć, trzeba zintegrować wszystkie części siebie, wszystkie aspekty, trzeba połączyć w jedną całość światła i cienie. Nie jest to łatwe, ale skoro energie już się nam objawiają podpowiadając jak to zrobić, wierzę że nam się uda. Już się udało, tylko czasami zdajemy się o tym zapominać… musimy sobie tylko przypomnieć 🙂

ciało

Zaczynam pomału dorastać do tego, by wyjść bardziej do ludzi, by zacząć dzielić się tym co wiem, tym co potrafię. Przez prawie dziesięć lat pracowałam jako masażystka, ale trzy lata temu poczułam, że to już nie moja bajka. Nie dawało mi to satysfakcji, zaczęłam więc szukać innej drogi.

Pojawiły się Anioły i obrazy, które transformowały mnie dzień po dniu. Ich energia i przesłania które otrzymywałam sprawiły, że moje życie bardzo się zmieniło, ja się zmieniłam, moje otoczenie się zmieniło. Równocześnie zaczęłam pisać bloga, który również sprawiał, że wchodziłam coraz głębiej w siebie, coraz więcej zaczynałam rozumieć, czuć i widzieć. Teraz pojawiła się szamańska ścieżka, czyli tak naprawdę jeszcze głębszy kontakt z Naturą a tym samym ze swoim ciałem, ze swoją kobiecością.

I tak oto zatoczyłam pewien krąg, bo zdaję sobie sprawę, że mogę teraz powrócić do masowania, ale na głębszym, zupełnie innym poziomie. Mogę wykorzystać w swojej pracy to wszystko co wiem, to wszystko co udało mi się odkryć, to, czego nauczyłam się od innych, mądrych i świadomych kobiet i mężczyzn.

Czuję, że jestem gotowa by stworzyć coś w rodzaju unikalnej metody masażu łączącej się z bardzo świadomą pracą z ciałem, emocjami, traumami. Wiem, że potrafię stworzyć przestrzeń, w której uwalnia się to, co gotowe jest do uzdrowienia. Ale muszę szczerze powiedzieć jedno: nie zrobię nic za Ciebie. Mogę Cię wesprzeć, ale większą cześć pracy wykonujesz sam, bo tylko to ma tak naprawdę wartość. Nic Ci nie zabieram, nic z Ciebie nie zdejmuję, nie rozwiązuję za Ciebie Twoich problemów. Pomagam spojrzeć z innej perspektywy i pokazuję co możesz z tym zrobić sam. Jestem z Tobą podczas Twojej pracy, tworzę bezpieczną przestrzeń.

Czuję, że jestem przygotowywana do pracy w różny sposób. Może to być masaż, i wiem że będzie on inny za każdym razem. Może to być rozmowa, czy uwalnianie trudnych emocji i blokad w ciele. Może to być namalowanie obrazu z Twoją energią i przekaz od Twojej Duszy. Może to być praca z Twoimi demonami, z tym co Cię ogranicza w życiu, z tym wszystkim co nie pozwala Ci normalnie funkcjonować. Ale przede wszystkim czuję, że przygotowywana jestem do bardzo głębokiej pracy z kobietami, z kobiecością i z otwieraniem łona…

W medytacji, w której znalazłam się w łonie Gai pojawiła się Bogini Shakti i powiedziała, że mam ogień z wnętrza Ziemi wynieść na powierzchnię, żeby oczyszczał to, co trzeba oczyścić. Mam inicjować kobiety. Przekazywać im ten ogień, by działały na powierzchni Ziemi, by współpracowały z Gają jako Jedność… Nie wiem jeszcze co to znaczy, nie wiem jak ma się to odbywać, ale skoro dostałam taki przekaz, czuję, że muszę się odważyć by wypowiedzieć to głośno. Czuję, że nadszedł czas by coś z tym zrobić i zacząć działać.

Chciałabym, żeby każdy kto poczuje, że mogę coś zmienić w jego życiu miał możliwość się ze mną skontaktować. Chciałabym, żeby koszt takiej pomocy był dostępny dla każdego. Wiem, że jeśli dbam o siebie i cenię siebie, Wszechświat mi to pokaże, dlatego nie mam sztywnego cennika. W dużej mierze to od Ciebie będzie zależało w jaki sposób wymienimy się energią za mój czas i wiedzę. Tak naprawdę przecież cały czas uczymy się od siebie wzajemnie.

Będzie mi niezmiernie miło jeśli poczujesz, że masz ochotę się ze mną skontaktować.

Anna Ślusarska – telefon 501 257 897, e-mail ankas72@wp.pl

demony

Czytam teraz świetną książkę „Nakarmić swoje demony” i nagle wszystko to, czego się nauczyłam, wszystko to co stosowałam do tej pory zostało z lekka postawione na głowie.

Demon – samo to słowo zwykle wzbudza w nas lęk i każe trzymać się od tej zarazy jak najdalej. Jeśli pojawia się demon pojawia się też chęć, żeby z nim walczyć, żeby się go pozbyć, żeby się od niego uwolnić. Pisałam wiele razy o emocjach, które utknęły w ciele i o tym, że trzeba dotrzeć do źródła tych emocji, po to żeby uwolnić zablokowaną energię. Pisałam o tym jak wytrząsam ją z ciała poprzez taniec, o tym że trzeba to uwolnić poprzez krzyk, łzy, wymioty, cokolwiek byle wypchnąć TO z ciała. A teraz nagle czytając tą książkę uświadamiam sobie, że to chyba nie tak… Nie tędy droga. To tak samo jak pójście do egzorcysty, chcemy żeby uwolnił nas od jakiegoś demona, zdjął z nas klątwę, wyleczył z opętania. Zawsze się z tego śmiałam, bo jeżeli ktoś coś zrobi za nas, nigdy nie będzie to skuteczne. Może pomóc na chwilę, ale problem prędzej czy później powróci, bo nie dotarliśmy do źródła, do przyczyny jego pojawienia się. Teraz dochodzę do wniosku, że nawet samodzielne uwalnianie się od takich emocji też jest nieskuteczne. Dlaczego ? Bo jest to coś, co wypchniemy z ciała, ale za jakiś czas to wróci, bo będzie domagało się naszej uwagi, miłości, akceptacji, spokoju i nie wiadomo czego jeszcze. Karmienie swoich demonów polega tak naprawdę na wejściu w ciało, zlokalizowaniu problemu, nazwaniu go a potem ofiarowaniu SOBIE tego, czego nasze ciało od nas potrzebuje. To nie jest karmienie jakiegoś wyimaginowanego demona, to jest tak naprawdę dawanie sobie wszystkiego tego, o czym w codziennej bieganinie zapominamy. To jest ofiarowanie sobie czasu, spokoju, akceptacji, miłości. Tak naprawdę nie karmimy demona, karmimy tym siebie, dlatego jest to tak skuteczne i tak genialne.

Można w ten sposób pracować z uzależnieniami, z chorobą, z fobiami, lękami, wszystkim co nas męczy, z czym nie dajemy sobie rady, z wszystkim co nas ogranicza i hamuje.

Nie znaczy to, że przestanę tańczyć, czy uwalniać ze swojego ciała coś, co chce się uwolnić. Wydaje mi się jednak, że trzeba to jakoś połączyć. Niech zablokowana energia uwolni się z ciała, bo jako że ciało jest mądre i wie co robi, zatem trzeba mu na to pozwolić. Ale jak sobie uświadomimy skąd się wzięła ta emocja, czym ona jest, dobrze by było ofiarować swojemu ciału coś, czym wypełniłoby powstałą w ten sposób pustkę.

Cała procedura wygląda na początku na bardzo skomplikowaną i nie za bardzo wiadomo o co tu chodzi i czemu to ma służyć. Ale jak pojmiemy, że te demony, to tak naprawdę cześć nas… wtedy wszystko nabiera innego znaczenia.

Napiszę w skrócie jak to wygląda:

  • Nazywamy demona z którym chcemy pracować. Pierwszy, który przyjdzie nam na myśl, taki z którym mamy najwięcej problemów

  • Zamykamy oczy i szukamy go w ciele: gdzie jest, jak wygląda, jaki ma kształt ?

  • Wyciągamy” go z ciała i sadzamy naprzeciwko siebie. Przyglądamy mu się dokładnie.

  • Zadajemy mu trzy pytania:

Czego od nas chce ?

Czego tak naprawdę potrzebuje ?

Co się stanie jak dostanie to, czego potrzebuje ?

  • Potem siadamy na jego miejscu i odpowiadamy sobie na te pytania.

  • Następnie zamieniamy swoje ciało w nektar tego, czego potrzebuje demon i karmimy go tym.

  • Obserwujemy co się dzieje, bo zwykle w tym momencie demon zmienia się w naszego sprzymierzeńca, który zamiast nam bruździć i uprzykrzać życie, staje się kimś kto nas wspiera i chroni.

A wszystko dlatego, że zobaczyliśmy swój cień, przestaliśmy z nim walczyć, zaprosiliśmy go na ucztę, uszanowaliśmy i zaakceptowaliśmy. Daliśmy części siebie uwagę, miłość i czas. Zaopiekowaliśmy się sobą, nakarmiliśmy siebie. Genialne w swej prostocie.

Podam Wam teraz przykład, bo wtedy najłatwiej pojąć w czym rzecz.

Zawsze irytują mnie ludzie, którzy dyrygują innymi, wszystko wiedzą najlepiej i zawsze musi być tak, jak oni chcą. Mam w pobliżu taką osobą. I nagle uświadomiłam sobie, że hola, hola, skoro mnie to irytuje to pewnie mam podobny problem. Postanowiłam więc popracować z demonem kontroli. Łatwo mi było go zlokalizować, bo poczułam go już na masażu. Był wzdłuż kręgosłupa po prawej stronie, a Wojtek zadał mi wtedy pytanie: no i co ty tak kontrolujesz, co ? Postawiłam go zatem przed sobą. Był wielkim, grubym, czarnym wężem z czerwonymi ślepiami i długim językiem. Stał przede mną, nie leżał 😉

Zadałam mu pytanie: czego chce ? Chcę władzy, bo dzięki temu czuję się silny.

Ależ zdębiałam… tego bym u siebie nie podejrzewała, bo zawsze dziwiłam się, dlaczego ludzie tak pragną władzy ? Wiem, że najbardziej staram się kontrolować dzieci, szczególnie starszą Zuzię, bo Milena wymyka się na szczęście spod wszelkiej kontroli. Przełknęłam więc gorzką pigułkę i pytam dalej: czego potrzebujesz ?

Potrzebuję szacunku i akceptacji. A co się stanie jak to dostaniesz ? Poczuję się spokojny i zrelaksowany.

Zamieniłam więc swoje ciało w nektar szacunku i akceptacji. Miał fioletowo-różowy kolor. Myślałam, że demon będzie go pił, ale on chciał się w nim pławić. Nalałam się więc do wanny, a wąż zaczął sobie w tym pływać. Po pewnym czasie zamienił się w delfina i powiedział, że odtąd będzie moim sprzymierzeńcem. Będzie mi przypominał o tym, jak czerpać radość z życia, jak ważne jest by się odprężać i relaksować, jak nie brać wszystkiego tak śmiertelnie poważnie… Dzieci nie muszą przecież żyć pod moje dyktando, mają znaleźć własny sposób na siebie i swoje życie. Zobaczymy co się zmieni, bo robiłam to wczoraj w nocy, przed snem 🙂

bonsai

Tak sobie myślę… drzewo, które ma idealne warunki do rozwoju rośnie proste i strzeliste. Jest piękne, owszem, konarami dotyka nieba ale przy tym jest takie… nudne. O ile ciekawsze, o ile bardziej oryginalne jest drzewo, które musi zmagać się z trudnymi warunkami, z wiatrem, mrozem czy przeciwnościami, które nie pozwalają mu rosnąć prosto.

Mój mąż jest takim właśnie drzewem. Trudne warunki w dzieciństwie ukształtowały bardzo silny charakter, krnąbrny, ale jednocześnie nieugięty. Do wszystkiego w życiu doszedł sam, wszystkiego co umie nauczył się sam, bo szkoły nienawidził. Ma ogromną wiedzę, a cały czas ciągnie za sobą garb przeszłości, garb kompleksów i niedoceniania siebie, garb żalu do ludzi, którzy dokuczali mu w dzieciństwie. Gdyby nie to, byłby pewnie zwykłym, szarym ludkiem, takim jakimi zapewne są ci wszyscy jego prześladowcy. A że jest tuzinkowy, tego mu chyba nikt nie może zarzucić. Jego najlepszy przyjaciel ciągle powtarza, Jan ty jesteś pierdolnięty ! – i to jest dla niego największa pochwała, bo wie że nikt nie ma takich szalonych pomysłów jak on. To jest coś, co go wyróżnia z tłumu, coś co stało się jego wizytówką. Jest szalony i zwariowany, ale ja kocham te jego wariactwa. Nigdy nie wiadomo co mu do łba strzeli, ale to mnie właśnie w nim fascynuje. Jest nieprzewidywalny i nieobliczalny. Potrafi odstawić taki kabaret, że sikam po nogach ze śmiechu i uwielbiam go za to. Kocham jego poczucie humoru i wygłupy. A przy tym wszystkim jest cholernie odpowiedzialny za rodzinę, za to żeby nam niczego nie brakowało. Haruje jak wół.

Po co o tym piszę ? Może jak to przeczyta, to dotrze do niego, że jest wartościowym człowiekiem i że go kocham i nie chcę już szukać nikogo innego. Kiedyś szukałam, owszem. Kiedyś wydawało mi się, że potrzebuję kogoś innego. Dlaczego? Bo oboje byliśmy poranieni przez życie, oboje pokazywaliśmy sobie swoje czułe punkty i w nieświadomości raniliśmy siebie cały czas. Szczęściem, że były dzieci, które trzymały nas przy sobie. Gdyby nie one, dawno już byśmy się rozstali i poszli ranić kogoś innego. A tak trwaliśmy przy sobie, będąc jednocześnie dla siebie najlepszymi nauczycielami. Ja dla niego, on dla mnie. Doskonale wiedzieliśmy w jaki punkt uderzyć, żeby bolało. I dotąd, dokąd bolało trzeba było nad tym pracować. Teraz już prawie nie boli, dopiero teraz, po 20 latach, pojawia się coraz większe zrozumienie tego co robiliśmy i dlaczego.

Chodzi mi o to, żeby poczuł wreszcie, że gdyby nie to trudne dzieciństwo nie byłby tym kim jest. Chodzi mi o to, żeby zmienił perspektywę postrzegania, żeby zobaczył w jaki sposób wpłynęło to na jego życie. Przede wszystkim, gdyby nie to, pewnie nigdy byśmy się nie spotkali. Jego życie potoczyło by się zupełnie inaczej… Chodzi mi o to, żeby zdjął wreszcie ten garb z pleców, żeby się wyprostował i uwierzył w to, że wszystko w jego życiu było i jest doskonałe.

Wyrósł na prawdziwego mężczyznę, mimo że przez wiele lat, myślał o sobie zupełnie inaczej. Dopuścił wreszcie do głosu swoją kobiecą naturę i to sprawiło, że wszystko się zmieniło. Pojawiła się równowaga i zapanowała harmonia. Oczywiście, że są jeszcze trudne momenty, ale bardzo szybko zdaje sobie z nich sprawę, widzi gdzie leży problem i potrafi to wytropić (czasami z moją niewielką pomocą 😉 )

Teraz, po latach wiem, że mam w domu prawdziwy skarb… jak w „Alchemiku”… błąkałam się po świecie w poszukiwaniu go, a on był cały czas w moim łóżku… Zmieniając siebie, pracując ze sobą, odkryłam ten skarb również w nim, w moim mężczyźnie… Życzę tego każdej kobiecie.

P1180096

Zaczęło się od tego: zaczęłam zauważać, że ważne dla mnie osoby nie doceniają tego co robię. Wydawało mi się, że zrobiłam coś naprawdę dużego, ważnego, pomogłam coś zobaczyć, odkryć i nie usłyszałam nawet prostego „dziękuję”. Wtedy przyszła informacja, że skoro tak jest pewnie to ja nie doceniam siebie… Następnego dnia pojawiło się potworne uczucie BEZUŻYTECZNOŚCI. Zaczęłam wyrzucać sobie, że nic nie robię, życie przecieka mi przez palce, zarabiam za mało pieniędzy i że MUSZĘ coś zacząć robić, coś konkretnego. To uczucie przygniecenia było bardzo mocne. Pomyślałam, że jak pójdę do Olgi i Tatiany na tańce, to jakoś to z siebie wytrzęsę i wszystko będzie dobrze. Niestety pomyliłam się. Tam dopiero poczułam ciężar, który wprost przygniótł mnie do ziemi. Pomyślałam, że nie jestem w stanie dłużej tego dźwigać, nie dam rady, za ciężko… Wtedy dziewczyny, jakby siedziały w mojej głowie i czuły co się dzieje… Powiedziały: ale rozejrzyj się, nie jesteś sama, masz wsparcie innych kobiet… I to jest prawda, to był największy skarb wyniesiony z tych zajęć: świadomość, że nie jesteśmy same, że inne kobiety w tym samym czasie czują dokładnie to samo i borykają się dokładnie z takim samym problemem bezsilności, niewiary w siebie… Mimo tego, że tak dużo ze sobą pracujemy, tak bardzo dążymy do tego, żeby pokochać siebie w pełni, teraz przyszła jakaś cholernie mocna fala, która powaliła większość znanych mi, mocnych i świadomych kobiet. To tak, jakbyśmy kolektywnie dokopały się do samego rdzenia, do samego początku, do źródła niekochania siebie.

Następny dzień był po prostu koszmarny. Ból głowy nie do wytrzymania, jakby coś rozsadzało mi czaszkę od środka. Położyłam się do łóżka, potem nagle zaczęłam słyszeć szum swojej krwi w głowie, dziwne uczucie… Za chwilę serce zaczęło się zatrzymywać, zwalniać, nie mogłam się ruszyć, byłam jak sparaliżowana. Bałam się, że umieram. Zadzwoniłam w końcu do Zdzisia, żeby zobaczył co się dzieje. Powiedział, że to moja Istota, moja Smoczyca przejmuje niejako „kontrolę”, synchronizuje się z moim ciałem i z moim ludzkim sercem. To mnie uspokoiło, było to cholernie mocne i nieprzyjemne, ale postanowiłam jej pomóc. Zaczęłam głośno dziękować wszystkim energiom, które pokazywały mi, kiedy i jak bardzo nie kocham siebie, wyrażając jednocześnie, że od tej pory moje ciało należy tylko i wyłącznie do mnie. Jest tam miejsce tylko dla mojej energii. W tym momencie poczułam kłucie po lewej stronie brzucha. Jak mówiłam te słowa, ból przemieścił się dziwnie na druga stronę. Wiedziałam już, że to akurat nie jest moje. Z podobną energią spotkałam się w Peru, widać nie do końca się jej wtedy pozbyłam. Jak tylko o tym pomyślałam, zaczęło mi się zbierać na wymioty i ledwo dobiegłam do łazienki. Dowlokłam się do łóżka i do końca dnia przeleżałam prosząc tylko Smoczycę, żeby ten proces nie był aż tak gwałtowny, żeby to przebiegało trochę łagodniej. Zlitowała się w końcu i ból głowy zelżał na tyle, że mogłam w miarę spokojnie przespać noc.

Odnoszę wrażenie, że musiało to być tak mocne, żebym w końcu zdecydowała, czy się na to godzę. Żebym przestała się rozczulać nad sobą i raz na zawsze stwierdziła z całą mocą na jaką mnie stać: nigdy więcej nie powiem na siebie złego słowa, nigdy więcej nie pomyślę o sobie źle, nigdy więcej nie poczuję, że jestem bezużyteczna… Jestem najlepszą wersją siebie na jaką mnie stać w tym właśnie momencie.

Wiem, że nie tylko ja w tych dniach przechodziłam przez taki trudny proces. To się dzieje globalnie, a te które to robią na początku mają najtrudniej… Ale robimy to po to, by następnym kobietom było już łatwiej, by nasze dzieci, nasze córki, nie musiały już przez to przechodzić… Taka pociecha 🙂

Opowiem Wam jeszcze co zrobiła moja Milenka (5 lat). Przyszła z przedszkola, tata jej pewnie powiedział, że mama chora. Wzięła więc z dworu uzdrawiający kamień, położyła mi na sercu razem ze swoimi małymi łapkami, zamknęła oczy i zaczęła mi przekazywać energię. Wiedziała, że boli mnie głowa, ale zajęła się sercem. Potem przyniosła mi zimny okład. A potem zdjęła ze ściany mój rubinowy bęben i powiedziała, że mi zagra, przywoła Anioły, a ja mam wchłaniać przez serce ich energię. Jak jus wchłonies to mnie zawołaj… i poszła. Moja mała uzdrowicielka 😀

róza1

Zaczął mi się okres a mimo tego zgodziłam się kochać z mężem. Efekt był taki, że cały dzień zwijałam się z bólu… Zaczęłam zadawać sobie pytanie, czemu ? Czy dlatego, że pozwoliłam naruszyć swoją przestrzeń, swój czas, czas zatrzymania i wejścia w siebie ? Próbowałam porozmawiać z moją Joni. Nie chciała się za bardzo odzywać, jakby była na mnie obrażona. W końcu zaczęła mi tłumaczyć: przecież jestem wtedy jak otwarta rana, wszystko jest spulchnione, delikatne, nabrzmiałe, bolesne… Jestem skupiona na oczyszczaniu, uwalnianiu energii która musi zostać uwolniona. Przecież jeśli się skaleczysz, przemywasz ranę, zakładasz opatrunek i pozwalasz ranie się zagoić, nie grzebiesz w niej bez przerwy paluchem, dlaczego zatem mnie traktujesz w ten sposób ? Pamiętaj, jestem wtedy skupiona na uwalnianiu, nie na przyjmowaniu... Nie zaburzaj naturalnego rytmu, nie przeciwstawiaj się cyklom… ból był po to, byś zrozumiała tą prostą prawdę, byś uszanowała swój cykl, byś uszanowała moją przestrzeń i to, co się w niej dzieje. Był po to, byś podchodziła do samej siebie bardziej świadomie, byś umiała wykorzystać ten czas najpełniej jak potrafisz. Byś skupiła się na wnętrzu, na mądrości, która pojawia się w tych dniach. Byś miała świadomość, że jest to czas oczyszczenia nie tylko fizycznego, ale i energetycznego. Byś zatrzymała się na chwilę i spytała samą siebie: co teraz uwalniam ? Co już mi nie służy ? Co nowego chce się narodzić ?

I znowu nasuwa mi się zdanie: nigdy nie ruszaj w podróż bez intencji…. Każdy moment jest dobry, by świadomie wypowiedzieć intencję, by zatrzymać się i skupić na tym co się teraz dzieje. By nie leźć przez świat bezmyślnie jak baran… Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się dlaczego miesiączki są bolesne? Wydawało mi się, że tak musi być, taki już nas los, taka przypadłość… Okazuje się, że to wcale nie jest prawdą. Ciało mówi do nas na wszelkie możliwe sposoby, a my robimy wszystko by ten dialog zatrzymać, „wyłączamy” głos ciała tabletkami przeciwbólowymi i udajemy głuchych… A ciało jest niesamowicie mądre, coraz więcej się od niego uczę a pewnie jeszcze więcej muszę się nauczyć… Aż wstyd się przyznać… 😦

bestia

Pewna kobieta poprosiła mnie o pomoc. Czuje ból i blokadę łona. Pograłam sobie na moim bębnie do pracy z łonem i poprosiłam o wizję dla tej kobiety. Wtedy usłyszałam: nie, to nie tak, to już nie ten czas. Nie możesz dostać dla niej gotowej odpowiedzi. Możesz ją tylko podprowadzić, wskazać właściwe drzwi, ale ona sama musi odważyć się, żeby je otworzyć. W kobiecych łonach kryje się mnóstwo mroku, bólu, tajemnic, cierpienia, zranień. To jest jedna wielka plątanina emocji, uczuć, oczekiwań, strachów i leków. Wszystko tam jest co tylko można sobie wyobrazić, a nawet więcej. Są rzeczy, o których nawet boicie się pomyśleć, nie mówiąc już o tym, żeby je przyjąć czy zaakceptować. Tam kryje się WSZYSTKO. Wiele rzeczy do wybaczenia mężczyznom, ale jeszcze więcej sobie. To najbardziej mroczne miejsce w całym waszym ciele, ale i skrywające największy skarb. Warto się odważyć, warto spotkać się oko w oko z własną bestią, warto ją oswoić i pokochać. Odwdzięczy wam się pięknie.

Do książki Womb wisdom, którą sobie czytam (Mądrość Łona) dołączona była płyta. W końcu postanowiłam jej posłuchać. Pierwszy utwór zatytułowany był: PIERWOTNY.

Była to muzyka rodem z czeluści piekielnych. Co mnie zdziwiło, że poczułam podniecenie. Zaintrygowało mnie to i postanowiłam wejść w to głębiej, bo muzyka absolutnie nie powinna wzbudzać pożądania – tak na chłopski rozum przynajmniej. Nie wiem czemu powiedziałam sobie: dobrze, chcę zobaczyć najgorszą wersję siebie, chcę się spotkać ze swoją bestią. To co zobaczyłam było przerażające. Zdruzgotana zadawałam tylko w myślach pytanie: ale dlaczego ? Po co ? Czemu to miało służyć ? Twoja Dusza chciała doświadczyć WSZYSTKIEGO. To było jedyne wytłumaczenie….. Spotkałam straszliwą bestię, wtedy wydawało mi się, że ona jest na zewnątrz, a ja jej tylko służę… ale potem przyszła myśl, że tak czy inaczej to byłam JA.

Zastanawiam się, czy umysł jest w stanie wykreować takie obrazy dla zabawy, czy to co widziałam było rzeczywistym doświadczeniem mojej Duszy ? Nie jestem w stanie na razie tego ogarnąć. Na razie jest niedowierzanie, jeszcze tego nie zaakceptowałam. Nie wiem co z tym dalej zrobić ? Wiem, że muszę tam wejść jeszcze raz, muszę jej spojrzeć w oczy, uznać że to ja… ale wiem też, że nie będzie to dla mnie proste…

rubin

Wczoraj była pełnia i zaćmienie słońca. Bardzo mocny energetycznie czas… Wybrałam się na spotkanie z Kobietami. Było bardzo magicznie. Rozmawiałyśmy o łonach, o budzącej się kobiecości, tańczyłyśmy taniec spirali, chodziłyśmy po labiryncie spotykając się ze swoimi aspektami, z żywiołami, by na koniec wejść do Kosmicznego Łona. W to miejsce przyniosłam ze sobą trzy płatki róży i właśnie w tym miejscu pojawił się bardzo mocny impuls, żeby połączyć łono Ziemi z łonem Kosmosu, poprzez nasze, kobiece łona. One są łącznikiem. Z tego połączenia biegnie impuls, który ruchem spirali rozprzestrzeni się po całej Ziemi. Rozkwita wielki kwiat, którego piękno podziwiane jest w Kosmosie przez wszystkie Istoty….Taki obraz zobaczyłam…

Pojawił się też bęben, piękny rubinowy, robiony w krwawą pełnię dokładnie rok temu przez cudowną kobietę Anię Szyszkę. Nie mogłam mu się oprzeć. Usłyszałam, że to bęben do pracy z łonem, słyszałam prawie jak mnie woła.. Nie mogłam zagłuszyć tej wołania. Zagrałam na niej, a potem położyłam ją na brzuchu… i nie wiem, czy to wibracje bębna, czy to moje łono tak zareagowało.. W każdym razie poczułam potężną energię. Nie było wyjścia, bęben wrócił ze mną do domu. Ma piękne, głębokie brzmienie. Grałam dzisiaj i usłyszałam, że chodzi o powrót do bardzo pierwotnych, bardzo naturalnych, bardzo prostych rytmów. Chodzi o to, by dzięki tym rytmom przypomnieć sobie to, o czym dawno zapomnieliśmy. Wszystko w tym życiu stara się odciągnąć nas… od nas samych, od naszej mądrości. Takie proste granie pozwala odnaleźć swój własny rytm, przywraca z powrotem naszą świadomość tu, gdzie jest ona najbardziej potrzebna, sprawia że zaczynamy czuć własne ciało, zaczynamy oddychać, spowalniamy tempo, stajemy się bardziej świadomi siebie. Robimy przestrzeń do wewnętrznych, magicznych podróży, otwiera się przed nami brama do nieograniczonej wiedzy i mądrości. Nie wiem jeszcze jak będę pracowała z moim bębnem, ufam jednak, że intuicja mnie poprowadzi.

woda

Drugiego dnia tańczyliśmy z żywiołami powietrza i wody. Myślę sobie, aaaa woda, to już będzie lajcikowo. Mój Boże, jakże się myliłam 😛

Najpierw mieliśmy zobaczyć swój strach, zatańczyć go, nasze zwierzę miało go pokazać. Tańczyłam ze Smoczycą i chodziłam dumna jak paw, no bo przecież Smoczyca niczego się nie boi, w razie czego ryknie, albo pozionie ogniem… I nagle okazało się, że owszem boi się, ja się boję swojej słabości, boję się być słaba i miękka…Za chwilę zobaczyłam, że właśnie ta miękkość, jest moją największą siłą… Przecież w razie niebezpieczeństwa mam swoją Smoczycę, ona mnie obroni, sama się obronię…

Tańczyliśmy dalej, poczułam żeby wejść palcami w splot słoneczny, czułam że wtedy, na masażu nie do końca się jednak poddałam. Palce wchodziły miękko, ale nagle rzuciło mnie na kolana i zaczęło się. Czułam, że coś się chce wydostać, coś mocnego się dzieje. Długo to trwało, zanim uświadomiłam sobie, że mam włócznię w plecach na wysokości splotu słonecznego właśnie. Z płaczem poprosiłam wzrokiem, żeby ktoś mi pomógł ją wyciągnąć… Ale okazało się, że mam to zrobić sama. Tak poruszać ciałem, żeby ona wyszła, żeby się tego pozbyć… na tym to polega, o to chodzi w tańcu transowym – ruchy ciała powodują, że energia się porusza, przemieszcza i można ją uwolnić. Namachałam się nieźle, ale w końcu się udało… W ślad za tym przyszło zrozumienie – czemu najbardziej bałam się słabości, czemu nie chciałam się poddać ? Zobaczyłam taką scenę: biegnie na mnie jakiś wojownik, boję się, nie jestem w stanie walczyć, więc zrywam się i uciekam… i wtedy dostaję dzidą w plecy. Słabość okazała się dla mnie śmiertelną pułapką, dlatego w tym życiu tak bałam się ją okazać…

I takich to historyjek można się o sobie dowiedzieć tańcząc… Polecam 😀

Duch uwielbia zagadki. Dojeżdżając do domu przed moim samochodem przebiegł lis. Nie widziałam tu lisa z 10 lat. Musiałam się dowiedzieć co mi chciał przekazać, pograłam więc na moim szamańskim bębnie i przywołałam go:

Pojawiłem się na twojej ścieżce, by pokazać ci, że nawiązałaś kontakt z dolnym światem, że połączyłaś się z Duchem zwierząt. Byłem dla ciebie znakiem i nagrodą. Lis pokazuje ci, żebyś była zawsze czujna, miała oczy szeroko otwarte i tropiła znaki wszędzie, gdziekolwiek się znajdziesz. Bądź sprytna i ciekawa, szukaj wskazówek, dociekaj czemu rzeczy się wydarzają. Trop zagadki, podążaj za znakami, proś mnie o wsparcie.

gaja1

Spędziłam weekend na kroczeniu po szamańskiej ścieżce. Było bardzo mocno, wiele się zadziało, mimo że (a może właśnie dlatego), głównie tańczyliśmy. Taka taneczna szamańska ścieżka. Poszłam przede wszystkim dlatego, że był taniec, poszłam po to, żeby się dobrze bawić, ale jak zwykle to, co się zadziało przeszło moje najśmielsze oczekiwania… Może właśnie dlatego, że nie miałam za wielu oczekiwań ? Może właśnie dlatego, że zrobiłam to dla siebie, dla zabawy ?

A było to tak…

Pisałam już wcześniej, że mam niejaki problem z kontaktowaniem się ze swoim ciałem. Że informacje od niego czy od mojego łona, bo na tym najbardziej mi zależy, są skąpe, zdawkowe, intrygujące.

Nigdy nie ruszaj w podróż bez intencji – powiedziała Caroline Carey (prowadząca Szamanka). Moją intencją na te warsztaty było pełne połączenie się z ciałem, nawiązanie z nim ożywionej komunikacji. I co się stało ? Tańczyliśmy z Ziemią, z żywiołem Ziemi. Nagle dostałam bardzo mocny przekaz dla kobiet…

Kobiece łono ma taką samą moc transformacji jak Matka Ziemia. Świadome, otwarte i połączone z sercem łono posiada umiejętność transformowania energii. Zmienia ich wibrację z niskich na wysokie. Świadome swojej mocy Kobiety, spełniają taką samą rolę jak Matka Ziemia – podnoszą wibrację planety, pomagają jej i ludziom wznieść się na wyższy poziom. Warunkiem jest połączenie łona z czystym sercem. To serce transformuje te energie. Za dużo nagromadziło się negatywnej energii, Ziemia transformuje je inaczej niż my. Jej sposoby są szybsze, bardziej gwałtowne, zgubne dla ludzi. Moc jest wielka, ale i starty ogromne. Kobiety mają moc złagodzenia procesu transformacji. Mogą sprawić, żeby proces ten nie był tak gwałtowny i katastroficzny. Nasza moc i łagodność jest w stanie uratować wiele ludzkich istnień. Zasysamy w swoje łona nadmiar ciężkiej, niskiej energii wytwarzanej przez ludzi i transformujemy ją poprzez serca. Dlatego tak ważne jest, żeby coraz więcej kobiet budziło się i otwierało swoje łona i serca. By nawiązywały z nimi świadome połączenie. Taka jest misja kobiet na ten czas. Pomóc Ziemi wydostać się z pancerza, który ją otacza.

Po czym dostałam informację, że jeśli chcę rozmawiać ze swoim łonem, mam tańczyć, bo wtedy jestem najmocniej połączona z ciałem. W ten sposób Ona mnie zmusi, żebym zaczęła się wreszcie ruszać. Jest to też sposób na to, żebym więcej pracowała z Ziemią bo na razie się obijam 😛

Najlepszy jest do tego taniec. Dołem zasysam energię, którą trzeba przetransformować. Ruch ciała przesuwa ją ku górze, a serce transformuje i wypuszcza na świat już zmienioną. Zobaczyłam to w tańcu. Wyszły takie fajne, tęczowe rozpryski, bańki, nie wiem jak to nazwać… W każdym razie fajnie to wyglądało 🙂

Przyszło mi jeszcze, że ruch bioder jest bramą do wnętrza Ziemi…

A potem w medytacji znalazłam się w Łonie Gai, było bardzo gorąco. Pojawiła się Bogini Shakti, położyła mi dłonie na łonie i na sercu i powiedziała, że mam ten ogień wynieść na powierzchnię, żeby oczyszczał to, co trzeba oczyścić. Mam inicjować kobiety, przekazywać im ten ogień, by działały na powierzchni. By współpracowały z Gają jako Jedność.

Ha ! Taka historyjka… Jutro ciąg dalszy 😀

dłonie

Wczoraj w nocy kochałam się z mężem. Czułam, że otwieram się coraz bardziej i bardziej, ufam…Po orgazmie zaczęłam bardzo mocno kasłać, coś się znowu uwalniało. Położyłam się w kucki na brzuchu, jęczałam, kasłałam, wytrząsałam coś z siebie. Potem przytuliłam się do Janka i nagle zaczęło mną mocno telepać. Pojawiła się bardzo silna energia. Spytałam ciała co się dzieje ? Usłyszałam Re-kalibracja. Pierwszy raz słyszałam to słowo, chociaż intuicyjnie wiedziałam co ono oznacza. Re-kalibracja polega na umiejętności pozostania na tej planecie w zdrowiu, szczęściu, bez dramatu i strachu. Ludzkie przeziębienie jest też re-kalibracją procesów biologicznych. Czyli jest to nic innego, tylko dostosowywanie się ciała do Nowej Energii.

A dzisiaj byłam znowu na masażu u Wojtka. Opowiedziałam mu o tym, co do mnie przyszło, o tym że trzeba niejako zerwać pieczęć odciśniętą w dzieciństwie. W ten sposób uwolnię siebie i tego, kto to zrobił. Mówiłam też o tym, że chcę wejść w ból, żeby go przełamać, żeby oddać wreszcie kontrolę.

Masaż był bardzo mocny, bardzo momentami bolesny, krzyczałam, ale uparcie w niego wchodziłam. Cały czas powtarzałam sobie w myślach: nie ma bólu, jest tylko rozkosz… Napięcia pomału odpływały jedno za drugim. Pojawiła się też rozkosz, a wraz z nią świadomość, że tą rozkosz czułam również wtedy… jako dziecko. To mnie zaskoczyło, myślałam że był tylko ból. Nie potępiam jednak siebie za to, bo niby czemu ? Taka jest nasza natura, taka jest moja natura….

Największy ból pojawił się w splocie słonecznym, ból nie do wytrzymania, a Wojtek naciskał coraz mocniej i mocniej. Starałam się oddychać, ale brakowało mi tchu… Uznaj, że jestem silniejszy od ciebie – powiedział, uznaj to, poddaj się temu, zaufaj… W końcu się poddałam, ale uświadomiłam sobie jak bardzo moje ciało przyzwyczajone jest do walki, do napinania się, do obrony… Nawet w momencie orgazmu napinam całe ciało.

Jestem podobno silna swoją męską częścią, teraz mam się nauczyć być silną, będąc miękką, oddaną, uległą, otwartą kobietą… Trudne zadanie, tak czuję teraz.

W ogóle dziwnie się czuję, jakby czas zwolnił, jakby dużo rzeczy przestało mieć znaczenie… Nowy dla mnie stan, ale poddaję się temu, nie naciskam na siebie, obserwuję i jestem z tym, jestem ze sobą… nową sobą. Czas pokaże co się zmieniło…

 

ciało

No i znów… w nocy obudził mnie straszny kaszel, mimo że już jestem zdrowa. Może i bym to olała, ale pamiętam co mi się śniło. Robiłam jakieś dziwne rzeczy, żeby sobie coś przypomnieć… Spojrzałam na zegarek – 2.48. Aha, czyli czas na oczyszczanie wątroby, tak ? No dobra, niechętnie zeszłam na dół, zrobiłam sobie szklankę słonej wody (patrz odc. nr 70), wypiłam i czekam jak głupia nad kiblem. Czekam i czekam – nic. Normalnie nic się nie zadziało. Pytam swojego kochanego ciała, no i co ? O co chodzi ? Dlaczego nie wymiotuję ? Myślałam, że mam oczyścić wątrobę, że mam coś zrzucić… Nie myśl tyle.

No nie ! Więc czemu to miało służyć ? To był test.

Bardzo śmieszne 😛

Ma szczęście to moje ciało, że oprócz poczucia humoru mam jeszcze w sobie żyłkę detektywa i ciekawa jestem dokąd mnie to zaprowadzi ?

Muszę Wam powiedzieć, że fascynuje mnie to co obserwuję. Jest bowiem niesamowita różnica pomiędzy przekazami, które dostaję od Aniołów, od zwierząt czy kamieni a informacjami, które płyną od mojego ciała. Przekazy są takie subtelne, delikatne, pojawiają się tak cicho, jak moje myśli, muszę je wyłapywać z przestrzeni, wsłuchiwać się w nie. W związku z tym często wcześniej zastanawiałam się czy sobie tego wszystkiego nie wymyślam ? Z ciałem jest inaczej – dostaję takie polecenia wręcz. Rzucane krótko i zwięźle, nie znoszące sprzeciwu. I to nie jest już takie subtelne, jest tak głośne, że prawie to słyszę. Jak się pojawia nie mam co do tego żadnych wątpliwości, nawet nie pomyślę o tym, że sobie to wymyśliłam. Jest w tym niesamowita siła i pewność. No i najważniejsza różnica – ono nie mówi wtedy, kiedy go pytam, tylko wtedy kiedy ono ma na to ochotę. Jest nieprzewidywalne, nie można tego kontrolować hehehe 😀 Niezła zagwostka, dla mojego wewnętrznego faceta, który rzeczywiście wszystko by chciał kontrolować… a tu się nie da, ciało rządzi się swoimi prawami.

Jeszcze jedna rzecz mi się przypomniała. To co pisałam, że ciało pamięta trudne emocje, traumy i domaga się uwolnienia tego. Będzie nam tak długo fundowało podobne sytuacje, żebyśmy coś z tym wreszcie zrobili, żebyśmy to z siebie wyrzucili. I nie ma znaczenia, że nasza świadomość się zmieniła, że teraz wiemy, że to była dla nas lekcja, ba, jesteśmy wdzięczni że nas to spotkało. Pamiętajcie, dla ciała nie ma to żadnego znaczenia. Ciało naprawdę rządzi się swoimi prawami. Chodzi o to, żeby niejako cofnąć się do momentu, kiedy to się stało, kiedy spotkało nas coś złego i z tego poziomu, z pozycji dziecka na przykład wyrazić, wypłakać, wykrzyczeć to, czego nie zrobiliśmy wtedy, bo nie wolno było, bo się baliśmy, bo ktoś nam groził, bo nie potrafiliśmy, bo chłopaki nie płaczą, itd….. Potem dopiero możemy przerabiać to sobie na poziomie świadomości. I dopiero wtedy, jak zrobimy to i w ciele i w świadomości, uwolnienie będzie całkowite. Dopiero wtedy przerwiemy koło, w którym się nieświadomie kręcimy i wyjdziemy z niego, wznosząc się na wyższy poziom zrozumienia. Dopiero wtedy przerobimy do końca naszą lekcję. Tak ja to czuję na dzisiejszy moment.

rodzina

Wczoraj powiedziałam mojej mamie o tym co się stało. Bardzo się bałam, bardzo to było dla mnie trudne, ale czułam że muszę. Wcześniej tłumaczyłam sobie, że to przecież nic już nie zmieni, że nie chcę jej ranić, nie chcę żeby się w jakikolwiek sposób obwiniała, żeby się tym zamęczała. Ale w Peru, ten temat znowu do mnie powrócił w dość dramatyczny sposób, chociaż wydawało mi się, że już z tym zrobiłam porządek. Rozmawiałam wtedy z bardzo mądrą kobietą, która również była molestowana, tylko że przez bardzo bliskie osoby. Zadała mi wtedy proste pytanie: czy powiedziałaś o tym swojej mamie ? Powiedziałam, że nie i że na pewno jej o tym nie powiem. Wtedy ona wytłumaczyła mi, że przerwanie milczenia powoduje przerwanie tego koła, w którym nieświadomie kręci się moja rodzina. Nie powiedziała tego oczywiście w ten sposób, w ogóle mało wtedy zrozumiałam z tego co mówiła, ale tak to czuję dzisiaj. Wtedy jeszcze nie byłam przekonana, żeby o tym mówić.

Pierwsze dowiedziały się moje córki, mąż wiedział już dawno, jako jedyny. Dziewczynki słuchały uważnie co mówię, były przerażone, szczególnie Milenka, która przyszła do mnie na kolana i powiedziała: mamo, to była strasna historia… Przytuliła się i zaczęła płakać. Zuzia usiadła na drugim kolanie i tak sobie siedziałyśmy we trzy i chlipałyśmy. Poczułam wtedy od nich niesamowitą siłę, wsparcie i zrozumienie. Bardzo mi pomogły, nie spodziewałam się tego. Zuzia powiedziała później coś, co mnie zaskoczyło: wiesz mamo, jak nam powiedziałaś, to nam się to już nigdy nie przydarzy. Powiedziała dokładnie to, co było moją intencją, coś co czułam podświadomie. Że przełamując milczenie, przerywam jakiś krąg zdarzeń.

Wiem, że coś w tym jest. Tajemnice rodzinne mają bowiem wielką moc trzymania nas w pułapce.

Byliśmy kiedyś z mężem u Pawła Sowy na sesji. Paweł robi ustawienia rodzinne. Powiedział wtedy jedną rzecz, którą bardzo mocno poczułam. Jeśli ustawiamy się plecami do rodziny, bo nie akceptujemy do końca wyborów jakich dokonywali jej członkowie, to tak naprawdę pozwalamy sobie założyć lejce. Te lejce hamują nas przez całe życie. Każdy popełnia błędy, każdy z nas zrobił w życiu coś głupiego, na tych błędach uczymy się przez wszystkie wcielenia. Chodzi o to, żeby odwrócić się przodem do wszystkich członków swojej rodziny, szczególnie do tych wyklętych, tych „złych” i uznać ich wybory, zaakceptować to, co zrobili, uznać ich prawo do popełniania błędów. Łatwo się ocenia, ale nigdy nie znamy przecież przyczyny takiego, czy innego zachowania. Nie znamy podłoża, nie znamy lekcji jakie Dusza wzięła na siebie.

Co się zatem dzieje, jak uda nam się stanąć przodem do naszej całej rodziny, jak pochylimy głowy przed wszystkimi jej przodkami ? Zyskujemy wtedy ich siłę. Nic nas już nie hamuje, nic nas nie blokuje, oni zaczynają nas wspierać, zaczynają nam kibicować. Rodzina to potężna siła.

Dlatego poczułam, że to jest bardzo ważne, żeby moja mama jednak wiedziała o tym co się stało. Rozmawiałyśmy bardzo długo. Okazało się, że ten problem ciągnął się gdzieś przez cały czas, ginął w mrokach historii. Wiem, że przerywając milczenie uwolniłam cały ród, po prostu czuję że tak właśnie jest. To już nie musi się więcej wydarzać, Zuzia podświadomie od razu to zrozumiała.

Mam wrażenie, że tajemnice rodzinne są taką klątwą, która ciąży na całej rodzinie. Członkowie którzy nic nie wiedzą o rodzinnej tajemnicy, nieświadomie wchodzą w podobne sytuacje, właśnie po to, by prawda ujrzała w końcu światło dzienne, by mogła się uwolnić. To jest tak naprawdę ten sam mechanizm, który działa w naszych ciałach, tylko na większą skalę. Większa ilość ludzi bierze w tym udział.

Byłam też wczoraj u mojej Babci. Opowiadała mi o swoim życiu, o wojnie. Słyszałam tą historię wiele razy, ale teraz słuchałam jej z zupełnie innego punktu. Pomyślałam sobie, mój Boże, to co przeżyła moja Babcia jest już chyba nie do przeskoczenia jeśli pomyśleć o chęci uwolnienia się od tego. Tego było po prostu za dużo jak na jedno życie… Ile ona przeżyła: wybuch wojny w wieku 9 lat, bombardowania, powstanie warszawskie na Starówce, pojmanie do niewoli, kąpiel grupowa gdzie byli pewni, że ich zagazują, wywóz do Niemiec, targ niewolników, rozdzielenie z rodziną, praca ponad siły, próba zgwałcenia przez rosyjskiego żołnierza, spalenie mieszkania po wojnie, śmierć męża w wieku 30 lat, samotne wychowywanie 3 córek, a na koniec śmierć jednej z nich… Jak jedna Dusza może tyle wytrzymać ?

O tym też rozmawiałam z moją mamą. Jak z tej perspektywy wygląda to, co mnie spotkało ? Jak anegdotka zaledwie i to żenująca w dodatku…

kot

No dobra, powiem tak… to przestaje być śmieszne 😛

Zawsze się śmiałam pod nosem z tych co się ciągle „procesują”, z tych co zawsze są w procesie lub właśnie z niego wychodzą. Sama dużo zawsze przerabiałam, ale nie robiłam z tego szumu. Przerabiałam coś emocjonalnie, mentalnie, czasem poczułam że boli mnie gardło, więc oczywiście łączyłam to z tym, co się właśnie działo w środku, ale nigdy jeszcze nie włączyłam swojego ciała tak świadomie do procesu oczyszczania. Nigdy jeszcze nie wspierałam tego całego „procesu” w tak fizyczny sposób. W zasadzie kompletnie nie wiem czego mam się spodziewać. Czy ktoś to gdzieś opisał ? Znacie może takie pozycje, które mówią o tym, co się z nami dzieje jak pozwolimy ciału przejąć kontrolę?

Moje ciało cały czas mnie zaskakuje. Naigrywa się wręcz ze mnie, chyba chce mi dać pstryczka w nos, że tak długo musiało czekać.

Obudził mnie w nocy straszny kaszel. Zwykle jak kaszlę w nocy, robię wszystko, żeby kaszel się uspokoił i dał mi spokojnie spać. Tym razem stwierdziłam, no dobra, znowu ? Wstałam, zeszłam na dół, żeby nie obudzić dzieciaków i męża, żeby ich nie niepokoić, zamknęłam się w łazience i czekam. Stoję jak wariatka nad tą umywalką, kaszlę, pluję, bekam. W zasadzie jeśli chodzi o bekanie, to śmiało mogę już brać udział w zawodach 😛 Pamiętam, że Lea mówiła coś o otwieraniu gardła, niewiele z tego zrozumiałam ale wiem, że trzeba zmusić się do wymiotów. Więc wkładam sobie te paluchy, chociaż tego nie znoszę. Znów pluję, tym razem na szczęście bez krwi, bekam i czekam. I nagle, kurna, słyszę wyraźnie: wypij słoną wodę… CO ? O nie ! Bez przesady ! Aaaaaa, czego się tak boisz ? Czego nie chcesz puścić ?

To już przegięcie. Postanowiłam się zbuntować, nie będę piła słonej wody, wykluczone !

Wróciłam do łóżka i próbuję pertraktować: no dobra, zrobię to, ale na litość boską nie o drugiej w nocy ! A w zasadzie, która jest godzina ? Sprawdzam na zegarku: 2.08.

Hmmm, co się oczyszcza o drugiej w nocy ? No no, dobrze kombinujesz, szydzi moje kochane ciało… No dobra, nie wiem co, pierwsze co mi przychodzi to wątroba, ale nie pamiętam, czytałam o tym sto lat temu. Rano sprawdziłam: pomiędzy 23-3 w nocy oczyszcza się wątroba.

Czy ktoś coś z tego rozumie ? Miałam oczyszczać dzieciństwo, teraz nagle mam oczyszczać wątrobę…co siedzi w wątrobie oprócz toksyn ? Uczucia, emocje ?

Pewnie powinnam jednak wypić tą słoną wodę…

Wojtek na masażu powiedział, że mój wewnętrzny facet bardzo kontroluje kobietę… Chyba miał rację, chyba jeszcze nie chcę się poddać… Ale to nic, pomału zaufam.

Ciekawe rozmowy toczymy sobie teraz z mężem. Uwielbiam jego porównania. Mówi do mnie tak: wiesz, to jest jak wyciąganie wody ze studni, to się nigdy nie skończy. Złapałaś jakąś nitkę, cieszysz się, że ci się udało, ale ona się ciągnie bez końca, pruje się jak stary sweter. Ja się chyba nie piszę na coś takiego, jaki jest sens takiego grzebania w sobie ?

Ale ja wiem, że jest. Poza tym, jak zaczęłam to mam wrażenie, że nie da się już tego zatrzymać. Chciałabym tylko wiedzieć co mnie czeka… a może lepiej nie ? W końcu na tym polega zaufanie…

P1100774

Wczoraj przeżyłam dosyć trudny wieczór, nawet bardzo trudny… Dlatego potrzebuję otulić się taką energią teraz… kobiecości, delikatności i czułości…

Pomijam już, że moje ciało oczyszczało się wszystkimi możliwymi sposobami: katar, kaszel, biegunka i okres. To wszystko pikuś. Ale leżałam sobie spokojnie w łóżku i nagle poczułam, że rozrywa mi się serce. Ból stawał się nieznośny, spokojne, głębokie oddechy nic nie pomagały. Bezwiednie zaczęłam pukać palcami w mostek. Widziałam kiedyś taki filmik, facet coś tam gadał i jednocześnie cały czas opukiwał się palcami w różnych miejscach. To się chyba nazywa tapping, ale pojęcia nie mam czemu  służy. W każdym razie zaczęłam to instynktownie robić. Potem poczułam, że muszę położyć się na podłodze i poprosić męża, żeby nastawił mi kręgosłup w odcinku piersiowym. Nauczyłam go kiedyś jak to robić i super mu to wychodzi. Czułam, że pojawiła się jakaś blokada na wysokości serca i muszę tą energię przepchnąć jakoś wyżej. Mąż ponaciskał mi na kręgosłup, pochrupało trochę. Leżałam na brzuchu, potem poprosiłam, żeby złapał mnie za ręce i uniósł delikatnie mój tułów. Rozciągnęła mi się cała klatka piersiowa, pomału zaczęłam odczuwać jakąś zmianę. Zrobiłam sobie jeszcze pozycję kobry z jogi. Wyłączyłam całkowicie umysł, robiłam tylko to czego chciało ode mnie moje ciało. Zaufałam, że ono wie o co chodzi i wie co robi.

Uczyłam się tego w Peru, ale wtedy nie do końca to czułam, wykonywałam tylko ćwiczenia, nie bardzo wiedząc czemu to ma służyć. Teraz ciało pięknie mi pokazuje jak potrafi samo się oczyścić z energii, które utknęły gdzieś głęboko. Wiedziałam, że ta energia wypływa z mojego brzucha. Zmieniałam pozycje, wydawałam z siebie jakieś dziwne dźwięki, zaczęło mi się bardzo mocno odbijać, zbierało mi się na wymioty. Mąż przyniósł mi miskę i poprosiłam, żeby poszedł do dzieci. Oni wszyscy byli przerażeni, nie wiedzieli co się ze mną dzieje. Nie było to fajne, było cholernie męczące, ale wiedziałam że trzeba przez to przejść. W pewnym momencie zaczęłam nawet pluć krwią. Ale czułam, że to jest potrzebne, że tego potrzebuje moje ciało. W końcu wszystko się uspokoiło, dowlokłam się na łóżko, przytuliłam do męża i zaczęłam płakać żałośnie. Potem wszystko ucichło…

Zastanawiałam się jak to jest ? Przecież zmieniłam świadomość, zrozumiałam gdzie leżał mój „błąd”, czy to musi być aż tak trudne ? Wtedy usłyszałam bardzo wyraźnie:

Świadomość świadomością, ale ciało rządzi się swoimi prawami…

Muszę napisać jeszcze jedną rzecz. Wiem, że wiele osób czytając to, zadaje sobie pytanie: po co ona o tym pisze ? Przecież to za bardzo osobiste, niesmaczne wręcz momentami… Tak, wiem, zdaję sobie z tego DOSKONALE sprawę, że jest to za bardzo osobiste… Zdaję sobie sprawę, że dużo lepiej byłoby  dla mnie gdybym przechodziła przez to wszystko w swojej ciszy, w swoim intymnym świecie. Ale równolegle z tą świadomością istnieje we mnie bardzo silna potrzeba dzielenia się tym z Wami. Można powiedzieć, że to jest coś, do czego nieustannie pcha mnie moja Dusza. Mam podobno ten dar lekkiego pisania, więc nie zakopuję go, wykorzystuję go jak mogę. Nie robię tego po to, by zabłyszczeć, bo nie ma czym błyszczeć. Nie robię tego po to, by dostawać od Was energetyczne kopniaki, bo tak też już usłyszałam. Nie robię tego po to, żeby pokazać, jaka jestem wspaniała, bo sami widzicie, że nie jestem. Uczę się tak samo jak każdy z nas, uczę się cały czas na sobie.

Jeśli znajdzie się chociaż jedna osoba, która dzięki temu coś sobie uświadomi – wiem, że było warto. Jeśli znajdzie się chociaż jedna osoba, która dzięki temu zrozumie lepiej swoje ciało, swoją Duszę i to co się z nią teraz właśnie dzieje – wiem, że było warto. Jeśli znajdzie się chociaż jedna osoba, której to w jakikolwiek sposób pomoże – wiem, że było warto.

I głównie po to, to robię. Dla Was, bo mi kurna na Was zależy… Ale i dla siebie oczywiście. W ten sposób też się oczyszczam, właśnie dzisiaj zdałam sobie z tego sprawę 😉

I wiem jeszcze jedno: jeśli któryś z moich tekstów poruszy Cię głęboko – zajrzyj w siebie i spytaj czemu? Jeśli myślisz sobie, ale mnie wkurza ta baba ! Zadaj sobie pytanie, dlaczego ? 😛

Jeśli czytasz to beznamiętnie, to pewnie Ciebie akurat to nie dotyczy 🙂

uwolnienie

Po tym wszystkim, rozchorowałam się, moje ciało nie wytrzymało napływu tylu informacji, tych wszystkich energii i zaczęło się oczyszczać również na poziomie fizycznym. Dawno nie byłam w takiej rozsypce, pojawił się głęboki smutek, łzy płynęły same, tak po prostu… A w tym wszystkim cały czas pracował też umysł, próbował to ogarnąć, zrozumieć, przetworzyć. Czasem miałam już tego dosyć, mówiłam STOP, wystarczy, pomyślę o tym jutro – jak Scarlet O’Hara. Ale to było potrzebne, wszystko jest potrzebne, wszystko dzieje się w swoim czasie. Wreszcie przyszła świadomość o co w tym naprawdę chodziło. Najpierw moja kochana Dorcia zwróciła uwagę, że może człowiek, który tak skrzywdził tą małą dziewczynkę.. może on miał zwrócić mi uwagę na coś innego, na głębszy problem, który tkwił w mrokach przeszłości ?

Nagle wskoczyłam piętro wyżej, zobaczyłam to z innej perspektywy, umysł znowu pracował na najwyższych obrotach, mieląc bez końca nowe informacje i łącząc wszystkie znane mi fakty. Tak, musiałam to przyznać sama przed sobą, chociaż nienawidziłam tego słowa… byłam OFIARĄ, przez wiele wcieleń, byłam ofiarą. Pozwalałam się wykorzystywać, pozwalałam się krzywdzić, bo czułam się bezsilna… To się powtarzało ciągle, bez końca.

Aż wreszcie w tym życiu umówiłam się, że znowu będę miała prześladowcę. I teraz pojawia się kolejne olśnienie. Tu nie chodzi o to, żebym wybaczyła. To jest pułapka, jak pięknie zauważyła moja kochana Beatka. Ludzie, wybaczenie jest PUŁAPKĄ ! Wybaczenie tworzy podział. Dzieli nas na tych łaskawie wybaczających, tych dobrotliwych, dobrodusznych i na tych gorszych, tych grzeszników, tych złych, którym my, tacy miłościwi wspaniałomyślnie WYBACZAMY. No dobrze, idź w pokoju grzeszniku, źle zrobiłeś, ale zobacz jaka jestem oświecona – wybaczam ci. To jest pułapka. To tylko sprawi, że poczujemy się lepiej, ale nie dojdziemy w ten sposób do pełnego zrozumienia…

Kluczem jest wzniesienie się jeszcze wyżej, wejście na wyższe piętro, jak ja to nazywam. Kluczem jest odkrycie wzorca, który sprawił, że bez przerwy przyciągamy to samo doświadczenie w różnych wersjach. Kluczem jest ujrzenie swojego prześladowcy, swojego oprawcy w innym świetle. Nagle zrozumiałam jedną ważną rzecz, to co się stało w dzieciństwie, miało mną wstrząsnąć, miało obudzić moją pamięć, miało przełamać wzorzec BYCIA OFIARĄ. Czyli tak naprawdę, mój prześladowca zgodził się poświęcić jedno ze swoich wcieleń, by mi to pokazać. Zgodził się zrobić to z miłości, bym uświadamiając to sobie wreszcie, mogła zrobić krok naprzód… On tak naprawdę zrobił krok w tył. Moja nieświadomość bowiem przywiązała jego duszę do mojej na wiele długich lat.

Na czym więc polega prawdziwe UWOLNIENIE ? Nie na wybaczeniu, na WDZIĘCZNOŚCI… To są kompletnie inne energie. Czuję, że dopiero moja wdzięczność, za to co zrobił, uwolni i jego i mnie z tego koła iluzji w jakim tkwiłam przez wiele lat będąc kompletnie nieświadoma.

Dopiero teraz czuję ulgę, dopiero teraz czuję, że zbliżam się do celu…

002

Kilka dni temu miałam sen. Śniło mi się, że ktoś przyszedł i powiedział, że mam jeszcze jedno dziecko, dziewczynkę. Zdziwiłam się bardzo, nie było już niemowlakiem, później okazało się, że chodzi do przedszkola. Wzięłam ją na ręce i przystawiłam do piersi, chciałam nakarmić, ale mleko nie płynęło… Pomyślałam sobie, to nic, potrzebujemy trochę czasu…

Ta mała dziewczynka pojawiła się też wczoraj. Wojtek masażysta powiedział, zobacz, ona tu jest, wpuść ją do serca…

Po namalowaniu obrazu, po wykrzyczeniu tej całej złości, po wypłakaniu się, usiadłam żeby z nią porozmawiać. Siedziała skulona gdzieś w kącie, bała się. Przyszłam z orłem, pokazałam jej jaki jest piękny, jaki silny. Powiedziałam, że nic nam nie grozi, mamy obrońcę.

Dlaczego on mnie wtedy nie obronił !? Krzyknęła

Wtedy go jeszcze nie było, to ty go zrodziłaś, twoja siła i odwaga, to że w tak małym ciałku tyle było dzielności, żeby nikomu nie powiedzieć, żeby bronić mamę, żeby nie pozwolić jej skrzywdzić, to była twoja wielka odwaga… ona zrodziła tego pięknego orła. Tylko, że orzeł nie wiedział do końca na kogo ma być zły, bo wymazałaś wszystko z pamięci… więc złościł się często, na kogo popadło. Tym samym rósł w siłę, był coraz bardziej potężny, coraz bardziej niebezpieczny. Zobaczyłaś to, znowu ty, ta mała, mądra dziewczynka, zobaczyłaś, że on jest za bardzo niebezpieczny, więc zaczęłaś dawać mi sygnały, w snach, w ciele… Zaczęłaś popychać mnie żeby coś z tym wreszcie zrobić, zanim orzeł wymknie się spod kontroli, zanim zacznie niszczyć to, co kocha… Pokazałaś mi, że jesteś wreszcie gotowa się z tym zmierzyć, uwolnić to RAZ NA ZAWSZE. Jesteś taka mądra, moja mała Aniu… dziękuję ci za wszystko czego mnie uczysz. Przytulam Cię do serca…. ❤

P1200931

Byłam wczoraj na masażu. Chciałam podarować przyjemność swojemu ciału a pojawił się głównie ból… Czy spotkałaś się już ze swoim gniewem ? Spytał mnie masażysta

Zaśmiałam się głupkowato, tak, ciągle się z nim spotykam.

Ale czy spotkałaś się NAPRAWDĘ ? ……….

Nie, rzeczywiście, nie spotkałam się… on był ciągle w moim życiu, ranił mnie i innych, bo był nieuświadomiony, bo wypływał od małej dziewczynki, która była za bardzo przerażona żeby krzyczeć, od dziewczynki, którą ktoś trzymał za szyję i mówił że nie może pisnąć słówka, bo zabije jej matkę… Więc ona się bała, tylko się bała i płakała i bolało, ale nigdy nie wykrzyczała tego, nigdy wprost nie wykrzyczała swojej złości…

NIE MASZ PRAWA !!!! ROZUMIESZ, NIE MASZ PRAWA ! WYNOŚ SIĘ !!!!!!

Aż do teraz, aż do dzisiaj… Ten obraz to jest mój GNIEW, to jest moja FURIA. Ona mnie obroni, kiedy będę w niebezpieczeństwie. Zobaczyłam to podczas masażu, ale nie miałam pojęcia, że to TO. Wyglądał trochę inaczej, dopiero przy malowaniu pokazał pazury. Spojrzałam mu w oczy… Jest przecież piękny, to mój obrońca. Był ze mną zawsze… tylko nie miałam świadomości.

Naiwnie myślałam, że jak sobie poukładam wszystko w głowie, jak wybaczę, zrozumiem, to nie ma już na mnie wpływu. Gówno prawda. Ciało bezlitośnie pamięta i cały czas zmusza nas do uwolnienia tego, do zmierzenia się z najstraszniejszą, najbardziej mroczną, najboleśniejszą prawdą. Nie uciekniemy od tego. Chowając to głęboko w podświadomości, zakopując, nie mówiąc o tym nikomu ranimy TYLKO siebie. Cały czas pozwalamy, by prześladowca miał nad nami władzę.

Dzisiaj przełamuję tabu, porozmawiam o tym z moimi małymi dziewczynkami… żeby miały świadomość, że nie mogą się bać, nie mogą milczeć, nawet jeśli ktoś będzie wygadywał niestworzone historie… muszą wiedzieć, że to nieprawda.

torus

Pamiętam, że przeczytałam kiedyś jakiś stary chiński tekst, który mówił o roli kobiety w życiu mężczyzny. W skrócie chodziło o to, że jeśli mężczyzna wielbi swoją kobietę, dba o nią, troszczy się, ona w zamian zasila go swoją energią. Pamiętam, że oburzyłam się bardzo na ten tekst. Pamiętam nawet swój komentarz: Jak to, to mężczyzna tylko dlatego dba o kobietę, żeby nachapać się jej energii ?

I oto jakiś czas temu, zobaczyłam w energiach, że coś takiego naprawdę ma miejsce…

Zaintrygowało mnie to bardzo… jak to ? Pomyślałam sobie, więc to prawda ? Rzeczywiście kobieta ma w sobie coś, czego mężczyzna nie jest w stanie wytworzyć sam ? Przychodziło mi, że nasze łona są tak żyzne jak Ziemia, dają życie, są obfitością… ale nie dawało mi to spokoju.

Potem doświadczyłam czegoś ciekawego. Kochaliśmy się z mężem, byliśmy bardzo obecni, bardzo na siebie otwarci, szczególnie ja… długo to trwało zanim byłam w stanie w pełni mu zaufać, otworzyć się na niego, być w całości dla niego. Zobaczyłam jak przy orgazmie wybuchło wokół nas wielkie pole, obserwowałam je, gdy nagle ono podwoiło jeszcze swoją wielkość. Leżeliśmy przytuleni, a ja wiedziałam że niesamowicie ładujemy teraz swoje ciała.

Tak więc powróciło do mnie pytanie: czy rzeczywiście kobieta karmi mężczyznę swoją energią ? Czy zasilają się oboje ? Skoro najpierw zobaczyłam jedno pole, do którego potem dołączyło drugie, to domyślam się, że oboje maczaliśmy w tym palce 🙂 Tak więc rzeczywiście, jeśli mężczyzna jest w stanie pokazać swojej kobiecie jak bardzo jest dla niego droga, jeśli otworzy na nią swoje serce, jeśli kobieta w pełni zaufa swojemu mężczyźnie, jeśli czuje się przy nim całkowicie bezpieczna, jeśli jest mu oddana… oboje są w stanie zasilić swoje ciała, nie tylko fizyczne. Na tym założeniu opiera się cała tantra. I jest to rzeczywiście model, który istnieje od zawsze chyba… I muszę przyznać, że jest to model bardzo pociągający, przyjemny i ekscytujący 🙂

Ale mnie chodzi o coś innego. Czuję, że teraz każdy pomału musi przejść na własne źródło zasilania, każdy sam dla siebie musi się tego nauczyć, żeby nie być zmuszonym do wykradania różnymi sposobami tej energii komuś innemu. Nie znaczy to, że nie będziemy się wymieniali energią, cały czas to robimy, chodzi o to, żeby nie potrzebować jej z zewnątrz. Chodzi o to, by znaleźć to źródło w sobie… A czym ono jest ? Pasją ! Jeśli chce Ci się żyć, jeśli czujesz w sobie ogień radości budząc się każdego dnia, jeśli masz coś, co Cię napędza, to już to znalazłeś. Nie potrzebujesz brać tego z zewnątrz, nie potrzebujesz nikogo okradać, wystarczy tylko podsycać własną pasję. Wystarczy każdego dnia zrobić coś, co Cię uszczęśliwia, wystarczy robić to najczęściej jak tylko możesz. Wtedy okazuje się, że idziesz pod rękę z własną Duszą, że ona nie musi Cię już doświadczać ciężko, by zwrócić na siebie swoją uwagę, nie musi ciągnąć Cię na siłę… idziecie razem, zgodnie… I nagle wszystko staje się dużo prostsze, bo już się nie opierasz, nie walczysz, nie wiosłujesz pod prąd. Poddajesz się i płyniesz, a w zasadzie wszystko przypływa do Ciebie, samo, bez wysiłku, wtedy kiedy jesteś na to gotowy, wtedy kiedy pojawia się najlepszy moment.

P1130285

Zrobiłam sobie ostatnio znowu spotkanie w saunie… Było trochę inaczej niż ostatnio. Zaczęłam rozmawiać ze swoim łonem. Spytałam czego tak naprawdę pragnie, czego ode mnie oczekuje ? Usłyszałam: uwagi, szacunku, delikatnego dotyku… Chciałam, żeby dała mi trochę przyjemności i wtedy usłyszałam: nie, traktowałaś mnie do tej pory bardzo przedmiotowo, jak narzędzie do zaspokajania, sprawiania chwilowej przyjemności, potem o mnie zapominałaś, aż do następnego razu. Traktowałaś mnie jak jedną ze swoich zabawek, dlatego nie dam ci teraz tego, czego potrzebujesz… Musimy pomału odbudować zaufanie do siebie, wzajemną więź… To była gorzka pigułka, ale bardzo mi potrzebna. Uświadomiłam sobie, że rozmawiam z Aniołami, zwierzętami, kamieniami, Duszami innych ludzi…. a nie rozmawiałam nigdy ze swoim ciałem, ze swoim łonem, źródłem kobiecej siły i mądrości. Nie zdawałam sobie sprawy, jak ważne jest to miejsce, jak pełne tajemnic. Nie zdawałam sobie sprawy, że jest to źródło mojej mocy… Mimo, że pokazane mi to było w wizji, mimo że namalowałam to sobie, potrzebowałam czasu (jak zwykle) żeby dotarła do mnie w pełni świadomość tego, co do mnie przychodziło.

Czytam sobie teraz książkę „Womb wisdom” – Mądrość łona… Czytam ją po angielsku, a że nie jestem w tym dość dobra, czytam pomalutku, po kilka razy jeden fragment, żeby zrozumieć w pełni to, co czytam. Nawet mi się to podoba, bo czuję jak zagłębiam się w tą mądrość w takim leniwym, powolnym, skupionym rytmie. Pomału odkrywam wielką tajemnicę, czuję że przede mną jeszcze długa droga, ale jakże pasjonująca. Najważniejsze, że zaczęłam z nią rozmawiać, że ona mi odpowiada… Mało tego zaczęłam czuć coś dziwnego. Następnego dnia po naszej rozmowie, miałam takie wrażenie, jakby ona wychodziła z odrętwienia. Uczucie takiego delikatnego mrowienia, jakie często pojawia się po tym jak ścierpnie nam na przykład ręka. Nie ten ból, od razu, na początku, tylko ten ostatni moment, kiedy czujemy, że krew zaczyna już prawidłowo krążyć, a my to czujemy. To uczucie pojawia się co jakiś czas, delikatnie przypominając mi, że ona tam jest… Tak jakby zwracała na siebie swoją uwagę, jakby dawała mi delikatne znaki, że wraca pomału do życia…

Próbowałam opowiedzieć mężowi o tym czego się dowiedziałam, o tym dlaczego chodzę sama do sauny, o tym jak poznaję powoli swoje ciało, o tym jak uczę się czego ono pragnie, o tym że uczę się je kochać i akceptować. Słuchał uważnie a potem powiedział coś, co mnie zdumiało: Wiesz, ja w ogóle nie rozumiem co ty do mnie mówisz. Przekładam sobie to od razu na siebie i same narzucają mi się obrazy. Na przykład jak wczoraj wycinaliśmy szlifierką jakieś metalowe pręty i iskry sypały nam się na głowę. Wiesz jakie to uczucie ? Jakby ci ktoś wrzątek wylewał na głowę. Myślisz, że się tym przejmowaliśmy ? Myślisz, że któryś z nas zadał sobie pytanie, czy to jest w porządku ? Nie, musieliśmy to zrobić i koniec. Ale jak to ? Pytam go, nie można było założyć czegoś na głowę ? A po co ?

Dla mnie to przerażające. Widzę często jak on traktuje siebie i swoje ciało. Często mówię do niego, że to niemożliwe, że chyba jest cyborgiem. Pamiętam jeden cholernie mroźny dzień. Samochód zakopał nam się w śniegu, próbowaliśmy go wyciągnąć. Było minus 10 stopni plus do tego koszmarny wicher. Ja stałam skulona, próbując coś tam mu pomóc, a on gołymi rękami grzebał się prawie godzinę przy zamrożonym silniku. W końcu, żeby go odpalić zaciągnął ustami paliwo i zalał nim pompę paliwową ! Nie mieściło mi się w głowie, jak można coś takiego zrobić, a dla niego to jest normalne – bo facet musi być twardy !

I tak sobie myślę, jakież to niesamowite schematy nami rządzą ? Przecież nasze ciała niewiele się różnią od siebie, dlaczego więc kobietom przystoi otaczanie ich troską, jest to naturalne, a w przypadku faceta, jest to często uwłaczające ? Domyślam się, że męskie ciała potrzebują miłości i akceptacji w takim samym stopniu jak kobiece. Może dlatego kobiety żyją dłużej, bo potrafią jednak dawać sobie i swojemu ciału prawo do luksusu i przyjemności ? Bo nie katują ich tak, jak często mężczyźni to robią ?

Czy tak uwierzyliśmy w role, które gramy, że straciliśmy kompletnie połączenie ze swoim ciałem ? Przecież mój mąż tyra, dopóki ciało nie powie mu STOP ! Dopóki nie padnie, dopóki się nie rozchoruje. Wtedy pozwala sobie na jednodniowy odpoczynek. Toczę z nim batalie na ten temat, tłumaczę, wrzeszczę, ale to niewiele daje. On tak musi i koniec. Widzę jednak, że to o czym mu opowiedziałam w jakiś sposób wywarło na nim wrażenie, zdał sobie sprawę jak niewdzięcznie traktuje to ciało, które było nie było, nosi go po tym świecie…. Może udało mi się zasiać maleńkie ziarenko ? Może razem nauczymy się tego, co powinno być naturalne dla każdego ?

angel dragon

Nie wiem co tam Wszechświat dla mnie szykuje, ale po powrocie z Peru, dzieją się same cuda. Pokochałam siebie i wreszcie to poczułam, pokazałam sobie i swojemu ciału, że tak naprawdę jest. Mam teraz taki kontakt ze swoją Dusza, że składam jej zamówienie i następnego dnia dostaję odpowiedź w postaci odpowiedniej osoby, która się pojawia i jest dokładnie tym, o co prosiłam. Zrobiłam zabieg szamański mojemu mężowi, który wreszcie poczuł że jest gotowy uporać się z tym co go gniecie… a następnego dnia rano nie zdążyłam, a szczerze mówiąc nawet nie pozwoliłam sobie zamarzyć o pewnym magicznym wyjeździe, a on sam z siebie mówi do mnie: masz tam jechać, ja chcę ci zrobić taki prezent, za te wszystkie lata, poczułem jak bardzo tego pragniesz i będę szczęśliwy jak pojedziesz. Będę szczęśliwy, że mogę zrobić coś wreszcie dla ciebie, dla twojej duszy… a ja CZUŁAM, że mówi to szczerze i prosto z serca i autentycznie się cieszy. Mało tego, nawrzeszczał na mnie, że nie mogłam w to uwierzyć. Mówię do niego: ale ja nawet nie mam sumienia cię o to prosić, a on na to: co ty mówisz ? Stań przed lustrem, spójrz sobie w oczy, nie na cycki, w oczy ! I powtórz to co powiedziałaś…. Jak to nie masz sumienia ? To po co wypisujesz te wszystkie teksty ? Piszesz, że kochasz siebie więc co teraz gadasz ? Przecież widzę jakie to dla ciebie ważne, nie ma o czym mówić, jedziesz i koniec !

I w ten sposób dostałam prezent na 20 rocznicę naszego bycia razem: tydzień na jachcie, pływanie z delfinami i wielorybami w Australii, na morzu koralowym… Nie wierzę….

Znaczy już wierzę, już pozwoliłam sobie uchylić te drzwi i wpuścić troszeczkę tej magicznej energii stamtąd…

A to jeszcze nie wszystko… Dzisiaj byłam u Przyjaciółki, też mnie poprosiła żebym z nią popracowała. Cały zabieg trwał może 20 minut ? Na początku zobaczyła przed sobą Anioła i jaguara. Oczyściłyśmy jedną mocną rzecz i powiedziałam, żeby wypełniła puste miejsce swoją energią. Ja w tym czasie grałam na misie tybetańskiej, która leżała na jej ciele. Po kilku uderzeniach, dźwięk zaczął się zmieniać. Zdziwiło mnie to i powiedziałam: słyszysz ? Brzmi inaczej… i za każdym razem, za każdym uderzeniem, był coraz piękniejszy, coraz głębszy. Potem okazało się że w tym czasie ona czuła i widziała, jak wpływa w nią ten Anioł, jej Dusza. Jak zaczyna rozprostowywać skrzydła. Już były wielkie, złote i nagle, z kolejnym uderzeniem w misę, rozpostarły się jeszcze bardziej, były olbrzymie ! A obok niej leżał jaguar i lizał sobie łapę. Pilnował jej chyba… 😉

Zaciekawiło mnie to, może każdy z nas ma dwa główne aspekty Duszy, ziemski i kosmiczny ?

Ze mną w Peru też było podobnie. Podczas oczyszczania ciała z traum, emocji, poprzednich żyć, poczułam że to już chyba wszystko, już wszystko oczyściłam, ale zaniepokoiło mnie, że stoją nade mną Archaniołowie Rafał i Michał. Mówię, że chyba jest coś jeszcze, bo oni wyraźnie na coś czekają, a ja już nic nie czuję. Wtedy podeszła Lea, uśmiechnęła się i powiedziała: tak Ania, oni czekają, żeby wprowadzić twoją Duszę do ciała, jesteś gotowa ?

Czy jestem gotowa ? Tak, mój Boże, tak ! Jakie to były emocje. Powiedziałam, że muszą zrobić dużo miejsca, bo ona jest wielka. Lea się zaśmiała, ale za chwilę usłyszałam jak woła zdziwiona: O Boże, rzeczywiście, jaka wielka ! A to była moja Smoczyca. Jakże się poczułam wtedy potężna, jaka wielka i radosna. Śmiałam się jak wariatka, przytulałam siebie i powtarzałam w kółko: kocham cię, kocham cię….

Następnego dnia miałyśmy tańce z Olgą i temat: Odzyskiwanie Duszy. Pomyślałam, że mnie już to nie dotyczy, bo ja już mam swoją Duszę, ale potańczyć zawsze mogę 😀

Jakież było moje zdziwienie gdy na końcu zobaczyłam tłum Aniołów nad sobą i wiedziałam, czułam, że spływa na mnie moja anielska część Duszy… To było kolejne wielkie wzruszenie.. Śpiewałam i płakałam… (po anielsku oczywiście 😉 )

I tak mi dzisiaj przyszło do głowy, że może każdy ma takie dwie części siebie ? Może jest to kolejny stopień łączenia dualności ? Po zharmonizowaniu kobiecej i męskiej energii, po zaakceptowaniu w sobie zła i dobra, światła i ciemności, po połączeniu serca i rozumu, przychodzi w końcu czas na to by połączyć ziemską i kosmiczną cześć swojej Duszy i stać się Jednym ?

Wow !

Zaczyna mi się coraz bardziej podobać moja szamańska ścieżka… a dopiero na nią wdepnęłam 😀 znaczy w tym życiu 😉 

 

P1140108

Namalowałam ten obraz jakieś dwa lata temu, właśnie się zorientowałam że dokładnie w swoje urodziny ! krótko po tym jak weszłam w bardzo głęboki, odmienny stan świadomości. Pamiętam wtedy bardzo wyraźnie jedną rzecz… pamiętam, że przechodziłam, przedzierałam się wręcz przez jakieś strasznie zatęchłe, okropne miejsca. Takie, w które nikt nie chciałby się zapuścić, takie, które były odrażające, ale nie w takim sensie, że straszne czy mroczne. Raczej takie właśnie zapleśniałe, takie od których odwracamy głowę z obrzydzeniem. A ja czułam, że mimo obrzydzenia, muszę tam iść, muszę bo jakaś dziwna siła mnie tam pchała, więc szłam pokonując wstręt… I w końcu stało się coś niesamowitego, na samym końcu tej drogi, w najgorszym, zapleśniałym miejscu, w jakiejś ciemnej piwnicy, okazało się że kryje się tam prawdziwy skarb. Wtedy wszystko zrozumiałam, zrozumiałam dlaczego trzeba się było tak przedzierać… W tej piwnicy tętniła, pulsowała, tańczyła piękna rubinowa energia, pod postacią niesamowicie pięknej Bogini. Nigdy nie zapomnę wrażenia jakie na mnie wywarła. Stałam jak wryta i podziwiałam ją z otwartą buzią…

Wczoraj pomyślałam sobie, dosyć tego, to bez sensu, żeby ona siedziała w jakiejś zatęchłej norze, muszę ją stamtąd wyciągnąć. Spotkałam się z nią, zaczęłam jej tłumaczyć, że musi stamtąd wyjść, że musi pokazać się światu. Zaczęłam ją ciągnąć za rękę, ale ona krzyczy stój ! poczekaj… nie mogę z tobą iść, przyjrzyj mi się… Odwróciłam się i zobaczyłam, że ona nie ma nóg, jest połączona wspólnym takim jakby wirem z jądrem Ziemi. Zaczęłam kombinować, że można by jej przecież dorobić nogi, ale ona się tylko uśmiechnęła i powiedziała: no jak to ? Chcesz się pozbawić tego pięknego połączenia ? Chcesz się oddzielić od Ziemi ? Z niej czerpiesz siłę, mądrość, jej oddajesz wszystkie swoje troski i energie do przetransformowania… nie możemy tego zrobić i wcale nie musimy. Ja zostanę tu, a ty będziesz przejawiać mnie tam, w świecie… Jestem tu zawsze dla ciebie i zobacz, droga do mnie się oczyściła, jest jasna i czysta jak kryształ… nie musisz już przedzierać się przez te zatęchłe miejsca… tego już nie ma.

Popłakałam się z wdzięczności i ze wzruszenia…. czuję że to prawda, tak właśnie jest, mam w końcu do niej dostęp… jasny i czysty…

kobieta1

Wczoraj spędziłam cudowny wieczór, sama ze sobą, w swoim towarzystwie. Nigdy bym nie pomyślała, że to może być tak ekscytujące…

Poszłam pod prysznic i pomyślałam, że zrobię sobie peeling. Mam taki fajny peeling cukrowy z olejkiem orzechowym. Pachniał przepysznie. Zaczęłam masować swoje ciało tak jak zwykle to robię, czyli po prostu szybko i bezmyślnie… Ale w pewnym momencie skupiłam się dokładnie na tym co robię, skupiłam się na doznaniach, odczuciach, na przyjemności stąd płynącej. Zaczęłam dotykać swoje ciało z miłością, z zadziwieniem i zachwytem. Zaczęłam mu dziękować, za to że tak pięknie mi służy. Zaczęłam z nim rozmawiać. Potem pomyślałam, że przedłużę tą przyjemność i włączyłam sobie saunę. Kabina się rozgrzewała, a ja cały czas masowałam swoje ciało. Było mi tak dobrze, to było tak naturalne i jednocześnie tak zachwycające. Dziękowałam swoim stopom, za to, że niosą mnie po tej cudnej Ziemi, dziękowałam swoim łydkom, że są takie sprężyste, dziękowałam udom, że są takie smukłe i mocne, dziękowałam swojemu brzuchowi, że wykarmił i dał życie dwójce moich dzieci, a mimo tego pozostał gładki i pełen mocy, dziękowałam swoim piersiom, że są takie pełne, takie miękkie – uwielbiam je. Dziękowałam swoim ramionom, że są silne, dziękowałam swoim dłoniom, za to, że tworzą takie piękne rzeczy, dziękowałam swojej twarzy, za radość jakiej mi dostarcza każdego dnia… To było takie niezwykłe, takie głębokie i takie prawdziwe. Czułam to wszystko. Potem usiadłam na podłodze, było już bardzo gorąco, chciałam podziękować też mojej Joni, za to, że jest taka miękka, pełna zakamarków, pełna żaru i miłości, za to że daje mi tyle przyjemności, tyle słodkiej rozkoszy. Zaczęłam ją dotykać, pieścić, skupiając się tylko na niej i na sobie. Nie było żadnych obrazów, żadnych facetów w mojej głowie, tylko ja i ona. Było nam tak dobrze, tak słodko, tak cudownie. Moja Dusza to kocha, moje ciało to uwielbia… nie mogę się doczekać kolejnej takiej randki, świadomego i pełnego odczuwania bycia ZE SOBĄ.

A w nocy uświadomiłam sobie ciekawą rzecz… cały dzień szalałam z parą. Najpierw pół dnia czyściłam kuchnię moim nowym parownikiem, a wieczorem siedziałam w saunie, też parowej. Ciekawe… Para, to w sumie takie połączenie ognia i wody, moich ukochanych żywiołów 😀

P.S 1. Mam nadzieję, że nikogo nie zgorszyłam za bardzo 😉

P.S 2. Aha, zdjęcie nie moje niestety, ale może już niedługo i na to się skuszę 😛

P1200792

Jedziemy na Machu Picchu. Jest mglisto i pochmurno. Góry toną w kłębach chmur. Ja jednak wiem, że jak będziemy szły wyjdzie słońce i oczom naszym ukaże się oszałamiający widok. Wchodzimy z naszym przewodnikiem Julianem w ruiny. Szukam miejsca, które zobaczyłam dwa dni wcześniej w wizji. A było to tak:

Była piękna słoneczna pogoda i nagle zerwał się jakiś dziwny wiatr. Zapytałam go, czemu tak wieje ? Usłyszałam, że energia którą wytworzyłyśmy jest teraz przenoszona na Machu Picchu, że przygotowywane są dla nas energetyczne drzwi. Przejście przez te drzwi będzie pewnego rodzaju inicjacją dla każdej z nas, będzie Rytuałem Przejścia. Nie będziemy już takie same, narodzimy się na nowo. Chciałam zobaczyć gdzie są te drzwi ? Zobaczyłam tylko nas w szeregu, trawę i stopień. Za drzwiami ustawiły się Istoty z wyższych wymiarów by zharmonizować męską i żeńską energię w nas.

Wchodzimy z naszym przewodnikiem w ruiny. Po chwili wychodzimy na otwartą przestrzeń, zaczynają się schody – tarasy. Wiem, że to jest TO miejsce. Sprawdzam – wahadło mi to potwierdza. Czuję bardzo mocno, że jakaś energia otwiera mi głowę i serce, łzy wzruszenia płyną z oczu. Skupiłam się na lewej i prawej stronie jako energii męskiej i żeńskiej… ale przecież głowa jest męska a serce kobiece, dopiero Przyjaciółka zwróciła mi na to uwagę… Więc rzeczywiście była harmonizacja tych dwóch energii jak w mojej wizji.

P1200850

Przechodzimy przez część ruin i kierujemy się w stronę Waynapicchu – szczytu o kobiecej, młodej energii. Julian instruuje nas, że będziemy się wspinać powoli, że jest to proces harmonizujący naszą kobiecą energię, że jeśli robi się to świadomie, góra pomaga wejść na szczyt bez wysiłku. Trzeba iść spokojnie jak kot, jak jaguar. Skupiam się na tym i odnajduję swój własny rytm wspinania. Jestem zaskoczona, bo rzeczywiście nie mam nawet zadyszki. Góra mimo że miejscami bardzo stroma jest jednocześnie bardzo miękka i łagodna. Zastanawiałam się co też takiego mamy tutaj zrobić jako grupa, jednak po pewnym czasie porzuciłam te myśli i skupiłam się na wchodzeniu, oczyściłam umysł i cieszyłam się pięknem otaczającej mnie przyrody. Rzeczywiście im wyżej wchodziłyśmy, tym bardziej chmury się rozpraszały a naszym oczom ukazywał się zachwycający widok. W pewnym momencie przyszło do mnie, że mam połączyć dwie góry – tę peruwiańską z naszą polską Ślężą. Ok. pomyślałam, robiłam to już kiedyś. Łączyłam z Przyjacielem Ślężę i wulkan na Hawajach. Za jakiś czas pojawiła się jednak jeszcze Bogini Pele i okazało się, że trzeba połączyć trzy góry: wulkan na Hawajach, Waynapicchu i Ślężę. Zastanawiałam się jak też mam to niby zrobić ? Ale zostawiłam to i postanowiłam skupić się na znalezieniu odpowiedniego miejsca. W pewnym momencie doszliśmy do miejsca, które łączyło się linią prostą ze Świątynią Słońca. Nieopodal znalazłam kamień i wiedziałam, że to dobre miejsce. Była tam jakaś niesamowita energia bo tylko w tym miejscu latało pełno ciemnych i kolorowych motyli. Ktoś mi nawet zrobił zdjęcie, gdzie je widać 🙂

1752_10153960021289684_3156041717342108384_n

Usiadłam, zamknęłam oczy i zastanawiałam się co dalej ? Jak ja niby mam to zrobić ? Może sobie to wszystko wymyśliłam ? Otworzyłam oczy i zobaczyłam naprzeciwko 3 białe motyle latające razem. Uśmiechnęłam się do siebie bo poczułam, że to znak dla mnie, żebym nie wątpiła. Zamknęłam znowu oczy i usłyszałam, że mam być łącznikiem bo jestem fizycznie na górze pośrodku między górami na Hawajach i w Polsce. Ale co mam robić ? Dalej nie wiedziałam, siedziałam więc spokojnie i czekałam co się stanie. W pewnym momencie zobaczyłam trzy snopy białego światła wystrzeliwujące z trzech gór. Mój snop był jakby magnesem dla dwóch pozostałych. Przyciągnął je do siebie i splótł w jeden warkocz na wzór DNA. Potem z tej spirali wytworzył się torus oplatający, otulający całą Planetę i wracający w to samo miejsce, w którym się zaczął. Obwód został zamknięty.

Czyżby Ziemia też uczyła się jak wytwarzać własne źródło zasilania ?

Szczerze mówiąc to wszystko odbyło się tak spokojnie, że zastanawiam się czy sobie tego nie wymyśliłam ? Jak już było po wszystkim poczułam dłoń na plecach. To Julian mówił, że muszę zejść z tego miejsca bo przychodzi kolejna grupa. Zeszłam i usiadłam w pięknym miejscu. Półkolem otaczały mnie miękkie, zielone góry, w dole również półkolem wiła się święta rzeka Inków, harmonizująca cały czas męską i żeńską energię obu gór Machu Picchu i Waynapicchu.

P1200805

Wyjęłam wahadło i spytałam czy to naprawdę się wydarzyło ? Odpowiedziało mi, że tak i w tym samym momencie zobaczyłam małą jaszczurkę, która przycupnęła na skale i patrzyła na mnie na tyle długo, że mogłam zrobić jej zdjęcie. Jaszczurka uczy nas, żeby ufać sobie i nie wątpić w swoje zdolności… więc chyba dostałam podwójne potwierdzenie…

P1200811

Szczyt Waynapicchu wprowadził mnie w stan niebywałego spokoju, łagodności i miękkości. To była naprawdę piękna, kobieca energia.

Schodząc ze szczytu czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka. Na zboczu buszował wielki czarny niedźwiedź. Niedźwiedź jest dla mnie symbolem opieki i bezpieczeństwa. Jest niewzruszony jak góra, silny i mocny. Zna swoje cykle i podąża za nimi. Wie kiedy nadchodzi czas odpoczynku i zasymilowania tego, czego się nauczyliśmy w fazie aktywności. Czuję, że był dla nas wszystkich znakiem, że teraz nadszedł czas skupienia się na darach, które otrzymałyśmy, czas skupienia się na sobie, swoim ciele, swojej energii i swojej przestrzeni by wraz z zakotwiczeniem tej wiedzy w nas iść dalej przez świat niosąc tą energię wszędzie tam gdzie się pojawimy.

P1200832

A to jeszcze nie koniec naszych przygód na Machu Picchu. Najważniejsze dopiero miało się wydarzyć. Julian pożegnał się z nami a Lea poczuła, żeby podejść do Świątyni Słońca. Zbliżała się burza, obserwowałyśmy pioruny, powietrze było tak naelektryzowane, że niektórym włosy stawały dęba na głowie. Stałyśmy w rzędzie. Lea policzyła, że było nas 11, czyli mamy portal. Potrzebowałyśmy 12 kobiety. Pojawiła się nie wiadomo skąd w białej chuście na głowie, stanęła razem z nami i stała do końca. Ja zobaczyłam tylko, że my czekamy i ONI – Istoty z wyższych wymiarów – też czekają. Światło spływające na Ziemię w postaci błyskawic podane w 3 pakietach, aktywowało w nas to, co robiłyśmy przez całą podróż. Otworzył się portal , przez który dokonało się planetarne uzdrowienie na wielowymiarowym poziomie 😀

P1200872

Błyskawic nie udało mi się niestety sfotografować 😉

droga

Zanim napiszę coś więcej o mojej podróży, muszę Wam opowiedzieć o tym co mi się wczoraj przydarzyło, jest to bowiem to, o czym pisałam ostatnio: „czuję, że otwiera się przede mną całkiem nowa droga…” Napisałam te słowa tak lekko, one popłynęły same, nie wiedziałam nawet do końca co to oznacza… A nowa droga nie dała na siebie długo czekać, sama jestem niezmiernie ciekawa co z tego wyniknie i jak się to wszystko potoczy.

Otóż rozmawiałam wczoraj z Przyjaciółką przez telefon. W pewnym momencie zaczęła mi opowiadać o bardzo traumatycznym zdarzeniu ze swojej młodości. Opowiadała spokojnie, bez emocji w zasadzie, dużo pracowała z tym tematem i wydawałoby się, że wszystko jest zakończone. Ja jednak słuchając jej poczułam nagle straszny ciężar, kamień wręcz w swoim brzuchu, czułam że coś się dzieje, czułam że na poziomie umysłu prawdopodobnie miała wszystko przerobione, ale ciało nosiło w sobie cały czas pamięć tamtego wydarzenia i przez wszystkie te lata upominało się o zwrócenie na to uwagi. Przyjaciółka jest osobą bardzo świadomą, cały czas szuka przyczyny swoich problemów w sobie, ale wydawało jej się, że jeśli pracowała z tym tematem tak dużo, przyczyna musi tkwić gdzie indziej. To jest częsty błąd, który między innymi ja też robiłam. Wydawało mi się, że jeśli pracuję świadomie z jakimś tematem, uwalniam go, sprawa jest załatwiona. Ale jak się okazuje nasze ciało ma inne zdanie na ten temat i za cholerę nie da się go oszukać. Emocje, które utkwiły w nim silnie, siedzą, dopóki się do nich nie dokopiemy i nie uwolnimy. Duszą nas niewypowiedziane słowa, nie wykrzyczany ból, nie wypłakane łzy, czy nie utulony żal… To wszystko siedzi w naszym ciele i czeka, kiedy się nad nim zlitujemy i zrobimy z tym porządek. Miałam to szczęście, że spotkałam osobę, która pokazała mi jak to zrobić.

Wracając do naszej rozmowy z Przyjaciółką, czułam że przez telefon, będzie trudno jej to zrobić, skypa nie mogłyśmy odpalić, więc powiedziałam jej wszystko co wiedziałam, wytłumaczyłam co ma zrobić i zapowiedziałam, że będę z nią. Po czym odłożyłam słuchawkę i poszłam do sypialni powlekać pościel. Nagle poczułam, że muszę przerwać bo moje ciało czuło energię, która nie była moją energią. Wiedziałam, że dzieje się coś mocnego, ale zadziwiłam się, że JA czułam to tak cholernie mocno. I o ile na zajęciach wiele ruchów, czy odgłosów wydawałam z siebie bez przekonania, wykonując po prostu ćwiczenia, ale nie czując do końca takiej potrzeby, tak tutaj mój umysł został wycięty kompletnie, całą władzę przejęła nade mną mądrość ciała. Zaczęłam skakać, wytrząsać z siebie to co czułam, wydawać dziwne odgłosy, prawie zbierało mi się na wymioty. To było niesamowicie mocne i w pewnym sensie bardzo mnie zaskoczyło. Z drugiej strony szczęśliwa byłam, że tak mocno to odczuwam, że to się naprawdę dzieje, że zadziało się bardzo spontanicznie, jakby w odpowiedzi na moje nieme pytanie: czy będę potrafiła coś takiego powtórzyć sama, bez energii Peru, bez pomocy Leanne ? Odpowiedź jak widać przyszła bardzo szybko… Teraz tylko zadaję sobie kolejne pytanie: czy ja chcę to robić ? Z jednej strony czuję, że jest to bardzo potrzebne, ale z drugiej wiem ile wymaga energii i jaką niesie ze sobą odpowiedzialność… Jednak czuję też, że to pytanie nie może zostać „wymóżdżone”, to jest pytanie otwarte do mojej Duszy… w zasadzie znam już odpowiedź i otwieram się na to, co zechce się w związku z tym pojawić.

P1200561

Wiem, że trochę osób czeka na moje zapiski z magicznej wyprawy do krainy Inków… ale tym razem za dużo chyba nie napiszę. To była moja osobista podróż, podróż w głąb siebie, poznawanie swojego ciała, poznawanie blokad, ograniczeń, traum i zmierzenie się z nimi, ale jednocześnie poznawanie swoich ukrytych talentów i możliwości. Leanne Edwards, nasza Nauczycielka, zachęcała nas do dzielenia się tą wiedzą i umiejętnościami, które zdobyłyśmy, dlatego pozwolę sobie trochę napisać o tym co tam robiłyśmy. Głównie pracowałyśmy ze swoimi ciałami, oczyszczałyśmy je z tego wszystkiego co zebrało się w nich na przestrzeni lat i dziejów… Oczyszczałyśmy stare zasiedziałe, ukryte w ciele emocje, nieuświadomione często traumy z dzieciństwa, oczyszczałyśmy nasze ciała również z poprzednich żyć. Powiem tak, to była ciężka harówka i cieszyłam się, że wracam już do domu.. ale warto było. Lea pokazała nam niesamowite narzędzia do pracy ze sobą jak i do pracy z innymi ludźmi. Wszystko okazuje się naprawdę proste jeśli zastosujemy trzy podstawowe zasady w pracy z ciałem. Przy pojawiającej się trudnej emocji (bo z tym najprościej na początku), żeby nie pozwolić jej utknąć w ciele, trzeba pamiętać o 3 rzeczach: oddechu, ruchu i dźwięku. Oddech kieruje naszą świadomość, naszą uważność prosto do ciała, ruch ciała, jakikolwiek, najlepiej wytrząsanie – pomaga energii przesunąć się, przemieścić. I wreszcie dźwięk, wydajemy z siebie dźwięk, jaki ciało zachce z siebie wydobyć. Ciało jest mądre, trzeba mu zaufać, wie najlepiej… i nie należy tego oceniać, tylko się temu poddać… tak po prostu. Tyle się działo, że my na przykład chodziłyśmy i nagminnie bekałyśmy… hehehe i nikt się temu nie dziwił. Gwizdy, krzyki, płacze, głębokie pomruki z dna brzucha – to wszystko są dźwięki, które pomagają energii się uwolnić. Dzięki temu nie pozwolimy jej utknąć w naszym ciele, uwalniamy się od zatwardzenia energetycznego… tak mi genialnie przyszło 😀

Muszę teraz popiać trochę peanów na cześć Leanne Edwards. Niesamowita Nauczycielka, na miarę Nowej Ziemi. Zachwyciłam się jej wiedzą, głębokim czuciem wszystkiego o czym mówiła i niespotykanym wręcz szacunkiem do każdej Istoty. Jasno i wyraźnie komunikowała swoją prawdę nikogo przy tym nie raniąc. Pokazywała nam swój warsztat pracy po czym ze stoickim spokojem rzucała nas na głęboką i wodę i kazała robić to samo ufając, że my to potrafimy i doskonale damy sobie radę, przypomnimy sobie… i co najśmieszniejsze – dawałyśmy radę, przypominałyśmy sobie i robiłyśmy cuda. Ona w tym czasie pilnowała cały czas przestrzeni, a nie było to łatwe, bo w tym samym czasie swoje procesy, przeważnie dramatyczne i burzliwe, przeżywało jednocześnie 7 osób. Pozostała 7 starała się ze wszystkich sił sprostać zadaniu, przed którym została postawiona. A Lea dokładnie wiedziała kto utknął, kto potrzebuje pomocy i co ma zrobić. Podziwiałam ją za to. Lea jest Nauczycielką, która inspiruje, daje narzędzia i zachęca do samodzielnej pracy. Nie potrzebuje wyznawców, tylko pomocników. Cieszy się jak dziecko z naszych sukcesów i jest z nas dumna jak Matka. Szczerze mówiąc pokochałam ją całym sercem i wdzięczna jestem za to, czego mnie nauczyła. I czuję, że jeszcze nie raz się spotkamy 😉

Miałyśmy jeszcze dwie prowadzące – Olgę Mieszczanek, która cudownie prowadziła nas przez pracę z ciałem za pomocą tańca. Uwielbiam jej zajęcia i właśnie wczoraj uświadomiłam sobie, że najmocniej czuję swoje ciało w dwóch momentach – w czasie tańca i w czasie seksu, więc muszę chyba skupić się na pracy w tych dwóch obszarach 😀

Taniec również jest niesamowitym narzędziem by dowiedzieć się czego potrzebuje nasze ciało. W tańcu możemy połączyć się z żywiołami, tańcem możemy przywołać zagubione fragmenty swojej Duszy, możemy połączyć się z archetypami, możemy zrobić naprawdę wszystko. To były piękne chwile, pełne emocji i wzruszeń. Nie da się tego opowiedzieć, trzeba to przeżyć.

No i była jeszcze Cyndi Prakash…cudowna Istota wspierająca nas całym sercem i Duszą. Prowadziła z nami poranne zajęcia Kundalini Jogi. Zawsze uważałam, że joga to nie dla mnie, bo nudzę się jak mops, ale u Prakash zmieniłam zdanie. Czułam, że moje ciało właśnie tego potrzebuje, czułam poruszającą się energię, czułam ogień i wodę w kręgosłupie, czułam że moje ciało pragnie elastyczności, gibkości i codziennych rytuałów. Mam nadzieję, że odnajdę swoje własne ćwiczenia, swój własny sposób na codzienną rozmowę z ciałem.

Jestem wdzięczna za wszystko co spotkało mnie w Peru, za każdą poznaną Istotę. Stworzyłyśmy razem niezwykle silny krąg świadomych kobiet, poczułam mocno czym jest prawdziwa więź z Siostrami, z innymi kobietami. Jeszcze nigdy nie poczułam tego tak mocno, jeszcze nigdy nie czułam się z kobietami tak bezpiecznie, nigdy nie czułam tak ogromnego wsparcia i bezwarunkowej akceptacji od wszystkich i każdej z osobna. To było naprawdę piękne i niezwykle owocne dla mnie doświadczenie. Czuję, że otwiera się przede mną całkiem nowa droga…

Na razie czułam, że muszę to napisać, bo mój kiepski angielski znacząco ograniczył płynność moich wypowiedzi i trochę cierpiałam z tego powodu 😛 Za to skupiłam się na rozumieniu intuicyjnym no i mam niesamowitą motywację, żeby uczyć się dalej języka. Potem napiszę może jeszcze o kilku ciekawych rzeczach, które mi się tam przydarzyły, na przykład o tym co mi powiedział wodospad i o tym co się wydarzyło na Machu Pichcu 😉

P.S.1 Na zdjęciu nasza sala codziennych „tortur” 😀

P.S.2 Co ciekawe mój wpis przed wyjazdem był DOKŁADNIE o tym, co żeśmy tam robiły – byłyśmy przestrzenią dla siebie, w ten właśnie sposób wspierałyśmy się i dawałyśmy sobie radę wykonując niewykonalne wydawałoby się zadania… po prostu trzymałyśmy przestrzeń… to wszystko. Ja to jednak jestem genialna, zawsze będę to powtarzać 😀 😀

przestrzeń

Chodzi za mną ostatnio piosenka pt. Fight song…. Dziwiłam się czemu ? Piosenka o walce ? Przecież ja już nie walczę, nie mam z kim, nie mam po co… Więc czemu tak mnie poruszyła ? Rozmawialiśmy sobie o tym ze Zdzichem. Chodzi chyba o to, żeby oswoić słowo „walka”. Chodzi o to, by nadać mu inną formę, inną wibrację. Można by powiedzieć, że wszystko jest walką. Jeśli zmieniamy siebie, zmieniamy swoje wibracje, swoją energię, to idąc przez świat cały czas walczymy, bo nasza energia ściera się z energią o niższych na przykład wibracjach. Tylko, że teraz walka ma polegać na czymś zupełnie innym. To nie ma być walka sił światła z siłami ciemności… W moim rozumieniu, w moim poczuciu tego co się teraz dzieje, walka staje się przestrzenią. Czuję to tak, że człowiek oświecony, rozwinięty duchowo, człowiek ŚWIADOMY, ma być przestrzenią dla innych. Pisałam o tym przy Ciele bolesnym. Uświadomiłam sobie, że było coś, co najmocniej mnie poruszyło w tym krótkim filmiku, to stwierdzenie: „bądź przestrzenią dla kogoś, kto się miota, kto się zagubił, kto dał się pochłonąć przez swoje ciało bolesne… bądź przestrzenią”.

Co to znaczy „być przestrzenią”? Ja to zobaczyłam tak: miałam fajny przykład oczywiście w domu, z mężem. To jest zawsze najlepszy poligon doświadczalny 😀 Okazało się w sylwestra, że cieknie nam zasobnik na wodę, 300 litrów, niebagatelna usterka. Mąż zaczął naprawiać, ale okazało się, że to wcale nie jest takie łatwe. Więc chłop, jak to chłop – zaczął się trochę wściekać, burczeć, dogryzać mi, że źle trzymam lampę i takie tam różne. Wiem, że kiedyś skończyłoby się to karczemną awanturą. Ja bym nawrzeszczała na niego, darłabym się jak opętana, a w końcu rzuciłabym narzędzia i poszła obrażona prychając na niego tylko. Takiego byśmy mieli sylwestra. Ale pamiętając słowa Eckharta Tolla, pomyślałam że spróbuję być tą cholerną przestrzenią dla niego. No i byłam, nie odgryzałam się, nie brałam do siebie jego docinków… po prostu byłam tam i robiłam swoje. Można by powiedzieć: no ale jak to ? To mam pozwolić, żeby ktoś mi wchodził na głowę ? No nie, wiadomo, że pilnujemy swoich granic, ale jeśli zdamy sobie sprawę, że ten ktoś w tym akurat momencie, nie jest sobą, to możemy mu pomóc przez to przejść będąc po prostu w ciszy, blisko, obok niego. Nasz spokój, nasze poczucie humoru może rozładować sytuację w ciągu sekundy. Dlaczego ? Bo jeżeli ta druga osoba nie jest karmiona naszą emocjonalną reakcją, naszym gniewem, naszą złością, wtedy bardzo szybko zauważy, że tylko ona się miota, i że jest to trochę głupie. I tak rzeczywiście było. Mąż mi później podziękował, że się nie wściekałam na niego, że byłam cierpliwa, że byłam przy nim, byłam tą przestrzenią.

Energetycznie zobaczyłam to tak: ja jestem w swojej Świętej Przestrzeni, w swoim spokoju. Wpuszczam go do środka, do tej mojej bańki, otulam go nią. On jednocześnie jest w swojej bańce, w niej się miota, ale to nie ma wpływu na moją przestrzeń, natomiast mój spokój, moja energia wpływa na niego kojąco, działa jak balsam, wycisza…

Na tym chyba ma dzisiaj polegać „walka” dobra ze złem, światła z ciemnością.. Tak to czuję na dzień dzisiejszy, jak będzie jutro, nie wiem 😛 😀

P1200353

Ostatnio mam tyle zamówień, że nie mam czasu malować dla siebie, ale dzisiaj poczułam, że muszę. Chciałam namalować coś z intencją mojej podróży do Peru, chciałam namalować coś, co będzie mnie wspierać, ciekawa byłam co to będzie ? Wyszły mi Żywioły… 5 Żywiołów, w sumie niezła obstawa 😀

Jak ja je odczuwam ? Jaką niosą dla mnie informację i wsparcie ?

Ziemia pomaga mi stać mocno na moich nogach, daje mi oparcie i siłę do tego, by po niej kroczyć świadomie i z uważnością. Ziemia ukorzenia mnie tu, na tej Planecie, daje ukojenie w trudnych chwilach, łączy mnie z moimi Przodkami. Moje korzenie sięgają daleko wgłąb, z nich czerpię mądrość.

Natura jest tym, co mnie otacza, ja jestem Naturą. Od niej się uczę, w niej wyciszam, ona wnosi piękno i majestat w moje życie. Zachwyca mnie swoimi kolorami i różnorodnością. Jest bankiem informacji, szkołą życia. Jeśli szukam odpowiedzi, swe pytania kieruję do świata Natury. Rozmawiam ze zwierzętami, kamieniami, drzewami – one chętnie dzielą się swoją mądrością. Każdą odpowiedź możemy znaleźć w Naturze… trzeba tylko spytać i słuchać.

Woda uczy mnie jak płynąć przez życie lekko i bez oporów. Uczy jak łagodnie dostosowywać się do każdej sytuacji. Przynosi oczyszczenie wtedy, kiedy uświadomimy sobie, że coś już nam nie służy. Wymywa resztki splątanych energii. Sprawia, że wszystko staje się na powrót przejrzyste.

Powietrze daje życie, sprawia że możemy odetchnąć pełną piersią. Pokazuje czym jest tak naprawdę energia. Czasami nie zdajemy sobie sprawy z jego istnienia, a w następnym momencie może zburzyć wszystko. Jego siła jest ogromna. To potężny i piękny żywioł, który uczy mnie, że można połączyć łagodność z siłą oddziaływania. Wbrew pozorom im bardziej jestem łagodna, tym mocniej działam.

Ogień spaja wszystko, on jest siłą napędową, jest moją pasją i największym skarbem. On sprawia, że żyję NA MAXA. Dzięki niemu czuję radość istnienia. Czuję go w każdej komórce, w każdym punkcie swojego ciała. Jest wszędzie i będzie zawsze. On jest początkiem mojego Istnienia, a końca nie ma….

piękna i bestia

Obejrzałam ostatnio ciekawy filmik Eckharta Tolle na temat ciała bolesnego. I to był strzał w dziesiątkę, bo od dawna szukam odpowiedzi na pytanie: jak sobie radzić z emocjami, które silnie utkwiły w naszym ciele i nie mają zamiaru się z niego nigdzie ruszyć ? Często słyszymy: uuuuuu, masz nieprzerobiony temat, musisz to przerobić. Ja sama z tematem „przerabiania” różnych rzeczy, spotykam się od dawna. Ale ja drążę zagadnienie od wielu, naprawdę wielu lat i nawet mnie trudno jest czasem wytłumaczyć osobie, która kompletnie nie wie o co chodzi: co to znaczy „przerobić” daną emocję, traumę. Jak to ugryźć, jak się do tego dobrać ? Czy jesteśmy w stanie zrobić to sami, czy koniecznie musimy udać się do szamana, czarodzieja, hipnotyzera, który „to coś” usunie z nas raz na zawsze ? Szczerze mówiąc, ja nie lubię jak ktoś się grzebie w mojej energetyce, więc ciągle szukam sposobu, żeby wszystko co mogę, robić samodzielnie.

Ale od początku, powiem o co chodzi. Każdy z nas ma w sobie najprawdopodobniej z dzieciństwa jakąś bardzo silną emocję lub traumę, która w momencie gdy się pojawiła, była tak mocna, że zostawiła taką pieczęć, trwały ślad w naszym ciele, który kładzie się cieniem na całe nasze życie. Czasami pamiętamy co spowodowało ten ślad, ale często było to tak silne, że umysł po prostu wyciął jakąkolwiek pamięć o tym zdarzeniu, żeby za bardzo nie bolało. To, że wyciął, nie znaczy, że to zniknęło. To tylko schowało się w naszej podświadomości i stamtąd kąsa nas rzadziej lub częściej, w zależności od tego jakiego kalibru była to emocja. I teraz tak, w jaki sposób objawia się nam to w codziennym życiu ? Otóż przyciągamy do siebie doświadczenia, które przypomną nam o tamtej emocji, bo ona domaga się przepracowania właśnie, tego nieszczęsnego „przerobienia”, uwolnienia. Tylko, że jeśli reagujemy cały czas schematycznie, tak samo od lat, nie uświadamiamy sobie nawet, że coś puka do naszej świadomości: Halo ! Jestem tu ! Może coś z tym wreszcie zrobisz? I aż do tego momentu, w którym nie zauważymy wreszcie pewnego schematu naszych reakcji – do tego momentu jesteśmy bezsilni. Dlaczego ? Bo jesteśmy opanowani, opętani wręcz przez nasze ciało bolesne. Eckhart Tolle nazywa tak pewien twór energetyczny, który „urodził” się w momencie powstania bardzo silnej emocji lub traumy i który nieprzepracowany, ma wpływ na całe nasze życie, dlatego że to właśnie ono, ciało bolesne, przyciąga do nas te wszystkie doświadczenia, które mają na celu dokopać się do naszej podświadomości, do problemu, którego nie jesteśmy świadomi. Problem jest taki, że ciało bolesne potrzebuje pożywienia. A pożywieniem dla niego jest dramat, kłótnia, walka zewnętrzna czy wewnętrzna, nieważne. Ważne by było źle. Tym się karmi, pochłaniając całkowicie nasze myśli, zachowania i reakcje. Jest to byt żyjący niejako odrębnie od nas, ale to nie jesteśmy MY ! W momencie, w którym sobie to uświadomimy, mówimy mu STOP ! Nie będę cię karmił, wszystko co wygadujesz na mój temat, wszystkie te obelgi, krytyki, złośliwe komentarze, które słyszę w swojej głowie… to wszystko nieprawda, to nie jestem ja, to moje ciało bolesne, które karmi się smutkiem, żalem, nienawiścią, gniewem, poczuciem winy… wszystkim tym, co nie jest mi już do niczego potrzebne.

I wracając do konkretnej sytuacji: jak mam powiedzieć komuś, że ma w sobie emocję, którą musi przerobić ? On już wie co to za emocja, już się z tym skonfrontował, ale ciało bolesne ciągle domaga się karmienia. W związku z tym prowokuje sytuacje, w których będzie mogło się najeść. Prowokuje ciągle kłótnie, awantury, lub zadręcza samego siebie wyzywając siebie w myślach od najgorszych nieudaczników stąpających po tym świecie. Jak więc można się do tego dobrać ? Znowu moje ulubione słowo: świadomość. Trzeba to po prostu zauważyć i uświadomić sobie: aha ! Teraz odezwało się moje ciało bolesne i chce się nachapać. Czy ja chcę go dalej karmić ? Nie ! więc jeśli nie chcę, wracam do siebie, wracam do swojego ciała, oddychając chociażby głęboko. Świadomy oddech, przywraca naszą świadomość, skupia naszą uwagę na ciele. I to wystarczy…. To proste, trzeba to sobie uświadomić, zaobserwować i dać przestrzeń sobie lub partnerowi, który być może karmi właśnie swoje ciało bolesne. Zobacz, to ono, znowu próbuje przejąć nasze ciała, chcemy tego ? Pozwolimy mu ? Co wybieramy ?

Powiem Wam, że obejrzałam ten film z mężem, był niesamowicie poruszony, tak bardzo to wszystko zgadzało się z tym, co działo się w naszym życiu. Wystarczy sobie pewne rzeczy uświadomić i świadomie już z nimi pracować. Zmienia się wtedy diametralnie jakość naszego życia osobistego, zmienia się jakość naszych relacji w rodzinie, relacji z innymi ludźmi i z całym światem.

energia4

Grałam sobie dzisiaj na moim bębnie, staram się odnaleźć swój własny rytm, najlepszy dla mnie sposób. Gram i pałką i ręką, żeby poczuć jak jest mi lepiej. Jednak większa moc jest przy graniu pałką. Dźwięk jest taki mocny, głęboki…. Byłam ciekawa, czy JEJ to odpowiada ? Spytałam, czy nie przeszkadza jej to, że uderzam w nią ? Była zdziwiona. Odpowiedziała mi, że do tego służy bęben by wydobywać z siebie dźwięk, by dźwięk ten wibrował w przestrzeni, by dotykał tych, którzy go słuchają, by poruszał ich Dusze. Od tego jest, to jest jego natura. Brzmieć i pokazywać swoją moc.

Bardzo chciałam się dowiedzieć jak ona ma na imię. Myślałam, że mi się przedstawi, ale ona powiedziała do mnie: jak to ? To ty musisz nadać mi imię… będziesz wiedziała. Tak naprawdę to imię przyszło do mnie od razu, ale wiedziałam, że było moje, więc czekałam aż sama mi je wyjawi… Wtedy, gdy powiedziała, że ja mam nadać jej imię, od razu znowu się pojawiło… GAJA. Zagrałam i zaśpiewałam to. Nic dziwnego, że pierwszym dźwiękiem, który zaczęłam sobie ćwiczyć, było bicie serca..

Znalazłam wczoraj fajną stronę, na której bębniarz Toby Christensen opowiada o afrykańskim plemieniu, które żyje wolne od zachodniej cywilizacji od stuleci. Mają oni swój system życia i leczenia oparty na pięciu elementach, którymi są: ziemia, woda, ogień, natura i minerały. Jeśli człowiek żyje w harmonii z tymi elementami, połączony jest też ze swoim Duchem, doświadcza pełni zdrowia i obfitości w swoim życiu. Z każdym z tych elementów można się kontaktować i łączyć poprzez bęben właśnie. Wczoraj zaczęłam od Ziemi, którą symbolizuje oczywiście Gaja, energia żywienia i obfitości. Żeby skontaktować się z Ziemią, połączyć się z nią, gra się dwa rytmy: bicie serca, które kieruje nas do wnętrza i odgłos kroków, podczas gdy wędrujemy przez świat z wdzięcznością w sercu….

Takie to będę być może snuła teraz opowieści 😉

P1200227

Odkąd podjęłam decyzję, że jadę do Peru czuję niesamowicie mocne wołanie Gai… czuję jak mnie przywołuje, przyciąga, czuję tęsknotę za tym, żeby mocniej się z nią połączyć, żeby zwrócić na nią uwagę, żeby ją poczuć. Ta tęsknota, ta silna wręcz potrzeba idzie dwutorowo… z jednej strony wołanie Gai, z drugiej zwrócenie uwagi na Macierzyństwo, moje macierzyństwo, mój kontakt z dziećmi… tak jakbym miała teraz poczuć silnie archetyp Matki, tak jakby teraz był czas, żeby z nim popracować, żeby go poczuć, poczuć jego głębię, jego moc, poczuć jak jest ważny w moim życiu i życiu każdej kobiety. Przeczytałam takie piękne zdanie: Kobiety są ucieleśnieniem energii Matki Ziemi… Może dlatego te dwie rzeczy tak mocno łączą się teraz we mnie, integrują i nie odpuszczają… są wokół mnie, obok, we mnie cały czas.

Z drugiej strony widzę jak podążanie za głosem Duszy sprawia, że życie otwiera nagle przed nami wszystkie drzwi. Odkąd zagrałam pierwszy raz na bębnie, czułam że to jest tak bardzo moje… że robiłam to kiedyś, tylko zostało mi to odebrane, pamiętam jaki poczułam wtedy wielki smutek, wewnętrzny szloch, rozdarcie… Tęsknota za bębnem pozostała. I oto wczoraj, moje marzenie, wołanie Duszy, zostało znowu spełnione. Tańczyłam z pięknymi kobietami. Miałyśmy okazję podzielić się między sobą, tym co tworzymy. Były też bębny… patrzyłam na nie, wpatrywałam się, próbowałam poczuć, który mnie przywoła… Wreszcie zdjęłam jeden z nich ze ściany. Był zielonkawy, z namalowanym złotym listkiem miłorzębu japońskiego. Intuicyjnie wybrałam symbol odmładzania, długowieczności, starożytnej wiedzy… Zagrałam na nim i poczułam przepływ energii w całym ciele, raz, potem znowu i znowu… Umysł jeszcze kombinował, jeszcze próbował perswadować, że za drogo, że są inne wydatki, ale Dusza już wiedziała, że to bęben dla mnie… Wrócił ze mną do domu. W nocy mi się przyśnił, a właściwie przyśniła… bo to ONA. Powiedziała mi tak: ty nic nie kombinuj, nic nie czytaj, nie próbuj umysłem ogarnąć jak masz grać… masz sobie to przypomnieć, to przyjdzie samo, będziesz wiedziała. Będą wypływać różne rzeczy na powierzchnię, zauważaj je tylko i uwalniaj.

Dzisiaj pograłam trochę. Zdziwiłam się, bo mimo iż dźwięk przy graniu pałką jest głębszy, mocniejszy, ja bardziej czuję chyba granie ręką. Zobaczymy jak to się będzie rozwijać, sama jestem ciekawa dokąd mnie to zaprowadzi ?

kundalini

Zaciekawił mnie temat kundalini Ziemi. Czy ona śpi w jednym miejscu, czy się przemieszcza jednak po świecie ? Zadałam Gai takie pytanie. Oto co do mnie przyszło:

A jak TY myślisz ? Jak TY to czujesz ?

Spałam przez tyle lat razem z ludźmi na tej planecie. Pogrążeni byliśmy wszyscy w głębokim śnie, ale czas najwyższy się obudzić. Skoro budzą się ludzie, moja energia też się budzi i też się porusza. Nie może tkwić nieruchomo w jednym miejscu przez następne 13 tysięcy lat. Ja też chcę odczuwać, też chcę mieć większy wpływ na to, co się dzieje z moimi dziećmi. Chcę je pobudzać do rozwoju, chcę by zaczęły więcej czuć, by zdjęły klapki z oczu, by zaczęły widzieć i słyszeć. Chcę by poczuły rytm, który budzi się wewnątrz mojego ciała. Czasem pobudka może być gwałtowna, ale to wszystko zależy od waszej gotowości do tego, żeby wreszcie WSTAĆ. Moja energia będzie zatem przemieszczać się po całej Ziemi. Ja również uczę się siebie, będę więc podążać za swoją ziemską intuicją. Tam gdzie się pojawię, tam będzie się działo. Dla jednych będę katastrofą, dla innych zbawieniem. Od was zależy czego się spodziewacie, jak będziecie odbierać to, co się wydarzy. Moja energia jest potężna, mogę zatem objąć swoim zasięgiem ogromne obszary Ziemi. Wczuwajcie się w mój rytm, słuchajcie pulsu Ziemi – jestem waszą Matką, kocham wszystkie swoje dzieci.

Taką dostałam odpowiedź… Na ile ona jest prawdziwa ? Nie mam pojęcia 🙂 Ja ją poczułam i to mobilizuje mnie tylko do większego i pełniejszego wsłuchania się w ten rytm, do podążania za nim…

 

Tęczowa Kobieta

Przekaz od mojej Istoty

Jedziesz tam by przypomnieć sobie swoje dziedzictwo, by powrócić i odnaleźć część siebie, cześć swoich korzeni. To będzie twoje ostateczne przebudzenie, to będzie ostatnia kropka nad dopełnieniem całości. Tam objawisz sobie samej swoją prawdziwą moc, swoją potęgę i siłę. Nie zżymaj się, że nie będzie tam męskiej energii (bo się trochę zżymałam hihihihi). Tak ma być, bo właśnie kobieca energia ma teraz zadziałać bardzo mocno. Męska energia chce znowu zdominować świat, negatywny aspekt męskiej energii. Jedziecie tam, by to zrównoważyć, by swoją potęgą, swoją mocą a jednocześnie siłą delikatności wyciszyć to, co się teraz dzieje. Siła tego, co tam dokonacie, energia z tego świętego miejsca, rozprzestrzeni się po całej kuli ziemskiej, wyciszając zarzewia wojenne. Otulicie kojącą energią całą planetę, uwolnicie kobiecą moc i wreszcie właściwie ją wykorzystacie dla dobra całej planety, dla dobra wszystkich ludzi, którzy gotowi są przyjąć ten dar.Zobaczyłam też w wizji nas tańczące na Machu Picchu. Zobaczyłam, że wytworzona przez nas energia otula całą planetę. Skojarzyło mi się to z matką przykrywającą dziecko do snu…

Zaczęłam szukać w swojej biblioteczce książki „Orzeł I Kondor” bo pamiętałam, że były tam ważne informacje dla mnie. Ale nie mogę jej znaleźć, wpadła mi natomiast w ręce książka Drunvalo Melchizedeka „Świetlisty Wąż” o kundalini Gai i o tym, jak i dlaczego przemieszcza się ono po świecie.

Głęboko w brzuchu Matki Ziemi pradawna energia powoli budziła się, poruszając się na boki wężowym ruchem. Owa wężowa energia odczuwała silną potrzebę znalezienia nowego domu, nowej ekspansji życia w czasie, kiedy na Ziemi nastawała Era Wodnika. Pragnienie to budzi się w niej raz na 12.920 lat”.

Przeczytałam te słowa i poczułam bardzo mocno tą energię. Zamknęłam oczy, poczułam wewnętrzne kołysanie, nieuchwytne, niezauważalne na zewnątrz, ale bardzo mocne w środku… Zakręciło mi się aż od tego w głowie. Coś się budzi…

A potem przeczytałam kolejne słowa: Matka Ziemia wpisała mnie na listę członków Plemienia Tęczy, służącego wolności i oświeceniu”

Tu już zaparło mi dech w piersiach… Jakże ja czuję tą tęczową energię spływającą na Ziemię, ciągle ją maluję, czuję jak zalewa świat…Nawet zdjęcie Machu Pichcu wstawiłam sobie z tęczą ! Moja podświadomość znowu mnie wyprzedziła… wiedziała wcześniej niż ja.

Zadawałam sobie pytanie czy pisać znowu o tym wszystkim, czy ma to być jakaś tajemnicza wyprawa, o której nikt, nic nie może wiedzieć ? Nie dostawałam odpowiedzi. Po prostu wczoraj ją poczułam.

My kobiety mamy teraz wielką rolę do odegrania. Żeńska energia musi ZRÓWNOWAŻYĆ negatywny aspekt męskiej energii. Ta książka potwierdziła przekaz od mojej Istoty i jednocześnie odpowiedziała na moje wątpliwości.To nie jest aż tak ważne, w Peru czy we własne j kuchni… jeśli czytając te słowa, poczujesz drgnięcie w swojej Duszy, to znaczy że w Tobie też coś się budzi. Jeśli poczułaś dreszcz czytając o Plemieniu Tęczy, znaczy że jesteś gotowa… Gotowa do czego ? Do uwolnienia swojej mocy.. Jak to zrobić ? Nie mam jeszcze pojęcia…

Chciałabym być dobrze zrozumiana, nie chodzi tutaj o dominację kobiecej energii, nie chodzi o przejęcie władzy nad mężczyznami. Chodzi o to, żeby zrównoważyć nieharmonijne działania męskiej energii, co wcale nie musi oznaczać, że chodzi tylko o mężczyzn. Kobiety też mają w sobie męską energię. Ja na przykład mam jej bardzo dużo 😛 😀

Zacytuję jeszcze jedno zdanie z książki, o której pisałam: „ Kobiety na całym świecie przypomną sobie o swojej bezpośredniej łączności z Bogiem i dzięki temu będą wiedziały, co powinny zrobić, aby przywrócić równowagę w tym świecie i nie tylko tutaj…”

Wiem, że w każdej z nas budzi się teraz wiedza i mądrość, budzi się silne ODCZUWANIE. Będziemy wiedziały co robić, jeśli zaczniemy się nawzajem wspierać, jeśli będziemy dzieliły się ze sobą tym, co do nas przyjdzie… bez oceniania, bez zastanawiania się czy to mądre, czy głupie. Będziemy wiedziały, jeśli w pełni zaufamy swojej kobiecej energii…

Będę Wam pisać o wszystkim co do mnie przychodzi i proszę dzielcie się też swoimi darami ze mną i z innymi kobietami.

machu

Przeczytałam na FB o wydarzeniu Olgi Mieszczanek: Przebudzenie kapłanki w Peru. Zaczęłam czytać i dostałam dreszczy. Nagle poczułam, że muszę tam być, nie ma innej możliwości. Napisałam komentarz, na co Olga odpowiedziała: czułam cię na maksa jak przygotowywałyśmy wydarzenie. Zdziwiło mnie to jeszcze bardziej.

Podjęłam decyzję, puściłam silną intencję do Wszechświata: okay, jeśli naprawdę mam tam być, pieniądze się znajdą. Jak zaczną do mnie przypływać, będzie to znak, potwierdzenie, że mam jechać. Ale wewnętrznie wiedziałam już, że i tak pojadę. Pomyślałam sobie: nic to, najwyżej wezmę kredyt w banku, w końcu to tylko pieniądze, a tutaj woła mnie moja Istota…

Przyszedł czas, żeby powiedzieć mężowi o moich planach. Wyłuszczyłam mu wszystko z wielką pasją, po czym powiedziałam o tym kredycie. Wkurzył się, jak to ? Jaki kredyt, przecież są pieniądze, bierz i jedź, czuję jak mocno cię tam ciągnie, nie ma się nad czym zastanawiać. Zdębiałam… ale jak to ? Przecież ja chciałam sama, miałam dostać znak…. a tu tak prosto ?

A może właśnie tak ? Może niepotrzebnie wszystko komplikujemy utrudniając sobie życie i stawiając bezsensowne warunki ? Może związujemy Wszechświatowi ręce ograniczając się do jednej tylko możliwości, jednej drogi?

Nie znaczy to, że spoczywam teraz na laurach wyciągając rękę po pieniądze. Zbieram sobie własną kupkę, ale wdzięczna jestem mężowi za to, że mogę to robić z lekkością…

Potem wszystko zaczęło toczyć się błyskawicznie. Usłyszałam od swojej Istoty: to będzie twoje ostateczne przebudzenie i widziałam już, że mam założyć dziennik z podróży, ale założyć go JUŻ, teraz, bo to już się zaczęło. Wiem też, że jak najczęściej mam się łączyć z energią tego miejsca, by niejako przygotować się do tego co ma się wydarzyć oraz chyba po to, by zacząć odkodowywać moją wiedzę o tym miejscu….

 

kula1

Byłam na Targach Medycyny Naturalnej w Łodzi. Pojechałam pełna zapału, podekscytowania, pewna tego, że zdobędę kolejne ciekawe doświadczenia, pojechałam otwarta, pełna entuzjazmu. I wydarzyła się rzecz bardzo ciekawa… czułam się trochę jakbym była niewidzialna. Wydawało mi się, że ludzie w większości omijają mnie szerokim łukiem. Przesiedziałam piątek, nie tracąc jednak pogody ducha. W sobotę, ludzi było dużo więcej, ale sytuacja cały czas taka sama… Czułam się jakbym była samotną wyspą na oceanie. W pewnym momencie stało się coś, co kompletnie wytrąciło mnie z równowagi – z oczu zaczęły płynąć łzy, nie byłam w stanie ich zahamować, nie wiedziałam co się dzieje ? Zaczęłam prawie szlochać. Nie mogłam się uspokoić. Sąsiadka ze stoiska obok wysłała mnie do restauracji, żebym odzyskała równowagę. Co się stało ? Nie wiem… poczułam tylko bardzo mocno, że muszę się stamtąd wydostać, muszę wrócić do domu, do swojej przestrzeni. Czy uciekłam przed czymś co mnie przerosło ? Nie wiem, nie odczuwam tego tak. Zdałam sobie sprawę, że nie tędy droga. Nie potrafię być agresywnym sprzedawcą, nie potrafię i nie chcę nagabywać ludzi, namawiać ich do kupienia mojego albumu. Po prostu czekałam na osoby, które zostaną niejako przyciągnięte do mnie. Ale takich osób była zaledwie garstka.

Wiem czym jest ten album, wiem jakie niesie ze sobą wibracje, wiem jaką ma prawdziwą wartość. Wbrew pozorom, to wcale nie jest album z Aniołami… one są tylko przekaźnikiem energii, które mamy na nowo odkryć w sobie. One pokazują nam jak możemy na powrót stać się tym Kim Jesteśmy w Istocie. One pokazują nam drogę do domu, do Źródła, do samego centrum naszej Istoty. Ale żeby się z tym zmierzyć, trzeba przejść długa drogę… Nie jest to łatwy proces, wiem bo sama przez to przechodziłam i cały czas idę tą drogą. To codzienna, mozolna praca i kopanie, wciąż od nowa kopanie w sobie samym. To tropienie wszystkich tych rzeczy, które nas blokują, które sprawiają, że cały czas siedzimy w więzieniu własnych schematów i ograniczeń. To wreszcie konieczność wzięcia pełnej odpowiedzialności za swoje życie i za wszystko czego doświadczamy. A to nie jest łatwe i większość osób nie czuje się na siłach by to zrobić, nie jest jeszcze gotowa, to nie jest ich czas i ja to szanuję.

Usłyszałam od znajomego, że nie mam wibracji sprzedawcy i to był strzał w dziesiątkę – tak, nie mam, poczułam to bardzo mocno. Od zawsze powtarzałam, że sprzedawanie czegokolwiek to nie moja bajka. Nic się w tej kwestii nie zmieniło i szczerze mówiąc nie czuję, żebym akurat tu musiała coś na siłę w sobie zmieniać. Każdy robi to, do czego został stworzony. Wiem, że w taki czy inny sposób ten album trafi do tych osób, do których ma trafić. Trafi do tych, którzy będą gotowi na to, by z nim pracować, by zmierzyć się z prawdą o sobie. Trafi do tych, którzy będą gotowi ujrzeć i urzeczywistnić cały swój majestat.

P1200097

Namalowałam dzisiaj swoją Szmaragdową Kobietę. Bardzo dużo się od niej dowiedziałam… Okazało się, że kobiecość, miękkość, uległość kojarzyła mi się z bezsilnością. To wszystko echa poprzednich wcieleń. Pracowałam już z tym wzorcem, ale lęk pozostał… lęk przed byciem pokonaną, lęk przed poddaniem się, lek przed bezsilnością i poczuciem, że nic ode mnie nie zależy, że jestem bezwolna, zniewolona… To była przyczyna, dla której ciągle musiałam udowadniać, że jestem silna, że nikt mnie nie pokona, że nie pozwolę się znowu zniewolić. Ale tamtego już nie ma… to jakiś dramat rozgrywający się wiecznie w mojej głowie na poziomie podświadomości. Czy teraz jestem bezsilna ? Spytaj siebie, czy to prawda, że jesteś bezsilna ? – zapytał mój Przyjaciel od wyspy…. Zacisnęło mi się gardło, zaniemówiłam, ale musiałam przyznać, że NIE. Teraz nigdy już nie czuję się bezsilna. Znam swoją siłę i mogę pozwolić sobie na bycie po prostu kobietą… miękką, łagodną, uległą. Mogę wreszcie być kobietą, przez którą wszystko przepływa jak woda, która swoją miękkością, łagodnością, czułością wszystko przemienia, transformuje, uzdrawia w sobie. Mogę już przestać walczyć, mogę się położyć i płynąć… Jaka ulga…

szmaragd

Miałam ostatnio ciekawy sen z moim Przyjacielem. Mam z nim dosyć rzadki kontakt, niemniej jednak wystarcza mi świadomość, że on jest. Co ciekawe odzywa się do mnie w bardzo kluczowych dla mnie momentach. Nie wiem jak to robi i dlaczego, ale tak właśnie jest. Pojawia się, powie a w zasadzie napisze parę słów i sytuacja staje się zwykle bardziej klarowna, jaśniejsza… tak jakbym zyskiwała inną, szerszą perspektywę. Taki Przyjaciel to prawdziwy skarb 🙂

No więc pojawił się nagle w moim śnie i chciał mi pokazać szmaragdową wyspę. W zasadzie nie zdążył tego zrobić. Pokazał mi ją tylko z oddali.

Zaintrygowały mnie te szmaragdy i zaczęłam się zastanawiać o co chodzi ? W zasadzie dopiero jak rozmawialiśmy chwilę na ten temat, uświadomiłam sobie, że jest w tym jakaś ważna dla mnie informacja. Moja energia jest rubinowo-szmaragdowa. Wiem, że rubinowa właśnie się uaktywniła.

Odbieram ją jako bardzo silną energię, która oczyszcza, odcina wręcz mocno rzeczy, które mają być odcięte, napędza tworzenie, działanie. To mocno ekspansywna, męska energia we mnie.

Zaintrygowała mnie więc ta szmaragdowa. Jaka ona jest ? Co reprezentuje, co ma mi uświadomić ? I przyszło do mnie: przyjmowanie, wchłanianie, napełnianie, wyczekiwanie i zatrzymanie, ale z drugiej strony płynięcie, dopasowywanie się, miękkość… jednym słowem energia kobieca…

Kłania mi się pięknie harmonia, równowaga w operowaniu obu tymi energiami. Odebrałam to tak, że za mocno znowu pracuję męską energią i sen miał mi pokazać, żebym pozwoliła czasem dojść do głosu swojej kobiecej naturze. Pozwolić sobie na bycie miękką kobietą…

Nie pojmuję jeszcze czemu to dla mnie takie trudne ? Czemu organizuję sobie takie warunki, żeby być zmuszoną wręcz do udowadniania wiecznie sobie i innym, że jestem silna…
Namaluję sobie chyba tą moją Szmaragdową Kobietkę, może wtedy mi wyjdzie o co chodzi ?

błoto

Kolejna rzecz została uświadomiona, kolejny supeł, jak mawia moja Przyjaciółka – dostrzeżony… teraz trzeba się zabrać za rozplątywanie. Otóż okazało się, że zamiast być żoną, byłam matką. Organizowałam życie mojemu mężowi, tak jak mamuśka organizuje życie swoim dzieciom. Najgorsze jest to, że robiłam to przez 19 lat i nawet się nie zorientowałam.. Dopiero teraz. Ale nie zamierzam się biczować z tego powodu, tak musiało być, bo dzięki temu przerobiłam po drodze mnóstwo swoich rzeczy. Nic się nie dzieje bez powodu, wszystko ma swój czas i swoje miejsce. Grunt to wyciągać wnioski i mądrzejszym już iść dalej do przodu.

Więc tak naprawdę uświadomiłam sobie, że to moje matkowanie nie dotyczyło tylko męża, rozciągało się na więcej osób, szczególnie tych, które są mi bliskie. W końcu matka zawsze wie lepiej i chce dla swoich dzieci jak najlepiej więc jak ta kwoka trzęsie się i wkurza jak dzieci nie robią tego, co słodka mamusia każe, czy podpowiada, czy tłumaczy. Matka nie zdaje sobie sprawy, że w ten sposób odbiera samodzielność swoim dzieciom…. najlepsze, że jeśli chodzi o moje dzieci, to jestem zwolenniczką usamodzielniania od jak najmłodszych lat, właśnie sobie uświadomiłam. Jak gdzieś wyjeżdżamy, moje dzieci pakują się same… ale męża pakuję ja, bo on nigdy nie ma czasu, zawsze pracuje do ostatniej chwili.

Wiem, że brałam na siebie często emocje innych ludzi. Przepuszczałam przez swoje ciało to, z czym oni nie mogli sobie poradzić. Tak mi się kiedyś zachciało, taką puściłam intencję i tak się stało. Aż do czasu, kiedy okazało się, że to wcale nie jest takie fajne, wcale już tego nie chcę, to za bardzo boli… mało tego, to wcale nie jest takie miłosierne i dobre jak mi się zdawało. Bo tak naprawdę w ten sposób opóźniam tylko rozwój osoby, której odbieram jej własne emocje i odczuwanie. Zabierając jej to, przepuszczając przez siebie sprawiam, że nie jest ona w stanie odczuć na własnej skórze tego, co robi, jakie tworzy energie. Zrozumiałam też, że nie mogę brać odpowiedzialności za NIKOGO, nawet za moje dzieci. To było mi pokazywane we snach, nawet dzieci same chcą decydować o sobie. A jeśli nie mogę brać odpowiedzialności, nie mogę też wkurzać się, złościć czy denerwować jeśli popełniają błędy. W końcu to ich błędy i mają prawo je popełniać, bo człowiek ponoć najlepiej uczy się na własnych błędach, nie na czyichś … na własnych. Więc zabieranie mu jego doświadczeń, jego potknięć, jego pomyłek jest tylko przedłużaniem edukacji, przedłużaniem nauki.

Bardzo dosadnie miałam to pokazane ostatnio. Jechałam polskim busem. Było dużo ludzi, więc szłam szukając miejsca. Było jeszcze sporo wolnych, ale ja wybrałam sobie miejsce nad toaletą. Przez całe 5 godzin jazdy miałam wątpliwą przyjemność wąchania ludzkich gówien. Co jakiś czas zalatywał taki smród, że myślałam że się uduszę. Zaczęłam nerwowo główkować: no i po co żeś sobie to zafundowała ? Nie mogłaś wybrać innego miejsca ? Musiałaś usiąść nad kiblem ? Mało tego, ponieważ było ciemno, nie wyglądałam przez okno, czytałam coś. Wyjrzałam chyba z raz… i co zobaczyłam ? Kibel !

Wiem, że nieskładnie trochę piszę, ale dotarło wtedy do mnie bardzo wyraźnie, że od tej chwili skupiam się na sobie, nie biorę więcej na siebie odpowiedzialności za czyjeś życie. Mogę powiedzieć swoje zdanie, mogę pogadać, mogę zobaczyć jak to wygląda energetycznie, ale każdy sam sprząta wokół siebie. Takie są teraz energie, że każdy ma zrobić porządek ze sobą przede wszystkim. Koniec z uszczęśliwianiem na siłę, koniec z ciągnięciem za uszy, koniec z taplaniem się w nieswoim bagnie. Niech każdy wejdzie tam sam, zanurzy się po uszy i zdecyduje czy mu to odpowiada, czy nie.

kolory

Doświadczenia ostatnich dni uświadomiły mi bardzo mocno jak istotną cechą jest OTWARTOŚĆ. Słynny Matrix robi wszystko, żeby oddalić ludzi od siebie, żeby wtłoczyć ich na siłę do wirtualnego świata, żeby odgrodzić ich od siebie ekranami komputerów, czy telewizorów. Daje nam coraz więcej elektronicznych zabawek i gadżetów, żebyśmy pozbyli się potrzeby obcowania, prawdziwego obcowania, z żywym człowiekiem. Widać to w kawiarniach, restauracjach, metrze… ludzie są niby razem, ale każdy i tak jest wpatrzony w ekran swojej komórki. Uświadomiłam sobie jak bardzo jest to zgubne, jak wielką robi nam krzywdę, bo odcina nas od prawdziwego, pełnego życia. Zamykamy się w domach, bo tu mamy bezpieczną strefę komfortu, jesteśmy odcięci od tego złowrogiego świata, od energii, które nie daj Boże mogłyby nam zaszkodzić. Bardzo fajnie, tylko tym samym pozbawiamy się całego wachlarza obfitości i doświadczeń, które Wszechświat ofiaruje tym, którzy są na to gotowi i otwarci. Każdy z nas jest unikalną Istotą, każdy z nas ma pewien dar, którym powinien się dzielić z innymi… jak może tego dokonać jeśli zamknie się w czterech ścianach, odgradzając się od ludzi i świata ? Uświadomiłam sobie, że najwięcej możemy zdziałać, jeśli odważymy się wyjść z domu i spróbować podoświadczać różnych rzeczy będąc między ludźmi.

Wydając album ruszyłam całą machinę, która doprowadziła mnie do momentu, w którym musiałam wreszcie wyjść ze swojej strefy komfortu. Pierwszym krokiem było pojechanie na Targi Medycyny Naturalnej. Dało mi to możliwość zetknięcia się z innymi ludźmi, zaobserwowanie jakie są reakcje na album, na moje obrazy. Spotkałam się z różnymi pytaniami ludzi, na które sama sobie musiałam odpowiedzieć, sama sobie musiałam uświadomić co tak naprawdę robię. Byłam na koncercie Devy Premal i tu również niesamowicie odczułam jak cudowną energię potrafią wytworzyć ludzie skupieni na chłonięciu całym sobą tego co się dzieje, jakie uruchamiają pokłady swojego wewnętrznego piękna. I wreszcie wzięłam udział w światowym eksperymencie dzielenia kontaktu wzrokowego z obcymi osobami. To doświadczenie pokazało mi jak prosto możemy nawiązać bardzo silne, osobiste połączenie z osobą, o której nic nie wiemy. Głębokie patrzenie sobie w oczy jest rozmową bez słów, tańcem Dusz, połączeniem dwóch serc. Patrząc w ten sposób dowiadujemy się więcej niż gdybyśmy przegadali razem kilka godzin. Patrząc głęboko w oczy widzimy całe piękno drugiej osoby, widzimy jej zranienia, ból, zamknięcie, wycofanie, smutek, rozpacz czy otwartość, radość życia, miłość… widzimy mnóstwo, jeśli otworzymy się na odczuwanie w ten sposób drugiego człowieka, jeśli sami, bez lęku otworzymy przed nim swoją Duszę.

Czemu o tym wszystkim piszę ? To było kilka wyjść z domu, a zaobserwowałam jak wielkie miało dla mnie znaczenie. Nagle otworzył się przede mną cały świat, nagle spływać zaczęła cała obfitość Wszechświata… Często o tym czytałam, że energia jest nieskończona, jej zasoby są niewyczerpane, każdy kto jest na Ziemi może czerpać z tych zapasów, każdy dostanie tyle, ile mu potrzeba. Czuję, że teraz jeszcze mocniej zaczęło to do mnie płynąć. Obfitość pojawia się w każdym aspekcie, nie dotyczy to tylko pieniędzy, pieniądze są niejako skutkiem ubocznym, dotyczy to przede wszystkim obfitości kontaktów międzyludzkich, przyjaźni, obfitości doświadczeń, radości z tego płynącej, obfitości energii która rozsadza mnie od środka i popycha do dalszych działań, obfitości pomysłów i planów, obfitości podróży. Wszystko to sprawia, że moje życie cały czas wchodzi na coraz wyższy poziom doświadczania, jest coraz bardziej fascynujące i ekscytujące… A wszystko dlatego, że otworzyłam się na świat.

P1190332

Energia Harmonii i Łagodności

Spływam do Waszego świata subtelnie, ale i nieubłaganie. Ogarniam sobą coraz większe przestrzenie byście poczuli ten spokój i ciszę, którą ze sobą niosę. Byście poczuli ten stan, w którym nie ma miejsca na ocenianie, krytykowanie, zazdrość czy złość. Jest tylko zachwyt, radość, błogi spokój i wytchnienie. Jest odwaga by rozwinąć swobodnie własne skrzydła, bo nie ma już nikogo, kto by próbował je podciąć. Jestem energią Nowego Świata i coraz mocniej pukam do Waszych drzwi i do Waszych serc. Otwórzcie się na to co napływa, otwórzcie się na piękno Waszych Istot, otwórzcie się sami na siebie. Niech wielobarwność Waszego istnienia rozpłynie się po całej Ziemi.

Czasem rzeczy nie są tym czym wydają się być…Ten obraz i to przesłanie powstało pod wpływem wydarzeń, których byłam świadkiem. Miałam okazję poobserwować zupełnie z boku energie jakie tworzą się w większym skupisku ludzi. Ludzi, którzy spotkali się po to by budować Nowy Świat, ludzi wydawałoby się czujących i wiedzących o co chodzi. To co zobaczyłam poraziło mnie… i sprawiło, że na chwilę zwątpiłam czy energia harmonii ma w ogóle szansę rozgościć się na dobre na Ziemi. Zwątpiłam, czy w tym tyglu ras, osobowości i charakterów możliwe jest jakiekolwiek porozumienie czy jedność. I doszłam do jednego wniosku…nie ma żadnego sensu tworzenie większych grup, nie ma sensu zbieranie się, wspólne medytowanie przy takim jeszcze braku świadomości i odczuwania CO tak naprawdę tworzymy. Jedyne dla mnie w tym momencie wyjście z sytuacji, to skupienie się tylko i wyłącznie na robieniu porządku w swojej energetyce, skupienie się na pracowaniu ze sobą, swoimi blokadami, słabościami i energiami. Jeśli nie wiemy co się dzieje, jeśli cały czas szukamy, jeśli nie czujemy energii, to spotykając się w grupie wzmacniamy tylko nasze zwątpienie, wzmacniamy zagubienie, tworzymy chaos.

Wielką różnicą jest mówić o czymś, a BYĆ tym o czym mówimy. Jeśli mamy w głowie tylko teorie, tylko serduszka, tylko tysiące uśmieszków, a w zderzeniu z rzeczywistością okazuje się, że przeszkadza nam ktoś, kto jest obok nas i robi to co czuje… gdzież jest ta miłość i akceptacja, o której tak często mówimy ? Jak mamy zamiar budować Nową Ziemię, jeśli nie dajemy prawa do życia i przejawiania się innym istotom, myślącym inaczej ?

Nie najeżajmy się na innych ludzi, bo wydaje nam się, że nas zakłócają…oni mają takie samo prawo jak my do bycia tutaj, takie samo prawo jak my, do wyrażania siebie. Jeśli chcemy wolności, dajmy ją też innym. Jeśli chcemy akceptacji – akceptujmy odmienność. Inaczej jedyne co będziemy w stanie stworzyć to kolce rozcinające i raniące naszą wspólną przestrzeń…podczas, gdy ci których nie akceptujemy, ci wyśmiewani przez nas, w tym samym czasie tworzą piękną, harmonijną energię wznoszącą się prosto do nieba…

rozum

Wrócę dzisiaj jeszcze do potencjałów, do tych baniek, które nie wiem jak u Was, ale u mnie pojawiają się „z tyłu głowy”, tak je jakoś tam wyczuwam. Co z nimi robić ? Jak z tym pracować ? Otóż doszłam do takich wniosków obserwując siebie, i to co się u mnie dzieje. Pierwsza i najważniejsza rzecz: trzeba wiedzieć czego się chce. Niby proste, ale jak się temu przyjrzeć, to zwykle nie do końca wiemy, czego tak naprawdę chcemy. A jeśli już wydaje nam się, że wiemy, to szybko porzucamy nasze wizje w obliczu najmniejszych problemów.

Ale jeśli już NAPRAWDĘ jesteśmy pewni czego chcemy, pojawia się kolejny punkt: działanie. I tutaj właśnie z pomocą przychodzi nam Dusza, i wysyła do nas te swoje podszepty, które są potencjałami. Krąży wokół nas mnóstwo takich potencjałów, od nas zależy czy je zauważymy, wychwycimy z przestrzeni i odważymy wprowadzić w życie. Bo pomyślcie, jeśli nagle pojawia Wam się szalona myśl, tak jak mnie na przykład: ze swoim albumem będziesz jeździć po całym świecie…to co robi normalny człowiek ? Ja, po świecie ? No jak to ? Nie ma szans, kim ja jestem ? I takie tam różne dyrdymały 😛 Ale jak wiecie, ja do normalnych nie należę, więc ochoczo uchwyciłam się tej myśli i pakuję w nią całą swoją energię, pasję i radość, zasilając ją cały czas i sprawiając, że potencjał zaczyna w końcu żyć własnym życiem, przyciągając do mnie takie sytuacje, które spowodują, że ta myśl się w końcu urzeczywistni 🙂 Taki mam chytry plan. Hahahaha, najlepsze jest to, że pewnie za jakieś dwa lata, czytając sobie moje zapiski, natknę się na to i powiem znowu: o kurcze ! Sprawdziło się 😀

Tak więc, cholernie istotnym jest wg mnie, wyczulić się na te szalone myśli, które pojawiają się w naszej głowie. Można wtedy wziąć taką bańkę „na warsztat”, pooglądać sobie siebie w takiej właśnie sytuacji, która nam się narzuciła, poobserwować jak ciało się z tym czuje i jeśli taka wizja nam pasuje – tchnąć w nią całą swoją energię i radość. Ale punkt najważniejszy: nie spinać się, nie oczekiwać tego rezultatu w napięciu. Puścić energię, dać zgodę i dalej działać, robić swoje i obserwować tylko jak energie pięknie nam służą. Powiem wam, że mam niesamowity poligon doświadczalny jeśli chodzi o to tworzenie właśnie, w związku z moim albumem. Całe to działanie, wymyślanie, wyłapywanie z przestrzeni kolejnych pomysłów, realizowanie ich, jest dla mnie tak niesamowicie ekscytujące, tak energetyczne, że czuję się jakbym była ciągle i od nowa naładowywana potężną dawką energii. Widzę, obserwuję co się dzieje, jakie są „zbiegi okoliczności”, jaka pomoc przychodzi nagle i zupełnie niespodziewanie. I przypomina mi się zdanie, które kiedyś przeczytałam: energie są po to, żeby ci służyć i robią to z wielką radością. To się naprawdę dzieje !

Aha i teraz wniosek najważniejszy wg mnie. Żeby to zadziałało, potrzebne są dwa czynniki: rozum i serce. Nie zgadzam się z ogólnie przyjętym trendem, że umysł należy odrzucić, że trzeba się skupić tylko na sercu, bo ono wie najlepiej. Owszem wie, ale musi mieć kogoś, kto to wszystko uporządkuje i zadziała właśnie. I do tego potrzebne jest nam to, demonizowane przez wszystkich Ego, ten nasz umysł. I znowu kłania się równowaga, czy harmonia. Musimy pogodzić ze sobą oba te elementy. Nie możemy jednego z nich odrzucić, bo odrzucimy część siebie. I nie ma co pytać siebie bez przerwy: czy to jest z umysłu, czy to jest z serca ? Matko, ileż ja się nagłowiłam nad tym, ile zarzutów sobie stawiałam: no tak, to jest z umysłu, więc jest nic nie warte. No jak to ? Przecież to też ja…Trzeba pozbierać wszystkie możliwe dane, wszystkie myśli, wszystkie odczucia i na ich podstawie podejmować decyzje.

Wychodzi mi tak teraz, że równowaga po kolei puka do wszystkich moich aspektów, domagając się uporządkowania. Najpierw kobieca kontra męska energia. Potem światło i ciemność. Teraz umysł kontra serce… A to nie ma być żadna kontra, ma być znak równości, równowagi przechodzącej powoli w HARMONIĘ.

samir

Obudził mnie w nocy deszcz walący z wielką siłą w okna, potem zapłakała przestraszona Milenka. Było przed trzecią, nie mogłam już zasnąć, leżałam więc zastanawiając się czemu nie mam świadomości, że pracuję z energiami TAM…

I nagle zaczęła przychodzić do mnie odpowiedź, była tak natarczywa, że musiałam wstać, żeby zapisać przekaz.

Bo ty masz pracować TU, na Ziemi, z ziemskimi energiami. Masz je przez siebie przepuszczać. Jesteś jak naczynie, jak taka oczyszczalnia ścieków (!) – wpływa w ciebie syf, brutalnie mówiąc, a wypływa piękna, oczyszczona, jasna energia. Działasz na planie ziemskim i dla Ziemi. Pogódź się z tym i zaakceptuj to. Tak wybrałaś, tak zadecydowałaś, taka była twoja wola. Masz pamięć i wiedzę tego co robiłaś TAM, po to by wykorzystać i przenieść to TU.

Tak, wiem oczyszczalnia ścieków – to nie jest fajne. To cholernie trudne i niewdzięczne zadanie, ale bez tego, bez twojej pracy TU, nie da się zbudować Nowej Ziemi. Dlatego jest to tak bardzo ważne, dlatego jesteś tak cenna i chroniona. Nikt cię nie ruszy, nikt nie ma prawa cię tknąć i wszyscy o tym wiedzą.

Pracując z pojedynczymi ludźmi, pracujesz jednocześnie z każdym, kto spotkał się z tym samym problemem. Hurtowo załatwiasz to dla innych, bo pracujesz na schematach, kodach, blokadach powszczepianych i zainstalowanych ludziom. Skup się więc na tym, do czego sama się powołałaś.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że takich Istot jak ja, jest dużo więcej. Ale co najważniejsze chyba teraz najbardziej…przestać się krygować, przestać się umniejszać…jeśli przychodzą do nas takie informacje, trzeba wziąć się z tym za bary, trzeba poczuć się odpowiedzialnym za to co się tworzy i trzeba wreszcie zacząć robić to, do czego zostaliśmy powołani. Czuję bardzo mocno od jakiegoś czasu, że odnajdujemy się po to, by razem, wspólnie działać…Są chyba różne „specjalizacje” wśród Dusz, wśród Istot… grunt to odnaleźć, odkryć swoją i świadomie w to wkroczyć.

cierń

W sierpniu 2011 roku spytałam co mam zrobić, żeby zacząć widzieć energie ?
Saint Germain odpowiedział mi wtedy tak:
Żeby widzieć energię, musisz zacząć ją sobie uświadamiać w każdej sytuacji. Potem zacznij ją sobie wyobrażać, jakiego koloru i kształtu energia tworzy się w danej chwili. Potem zaczniesz ją widzieć naprawdę. To cudowne doświadczenie i bardzo pouczające. Dąż do tego codziennie, pracuj nad tym – a osiągniesz wreszcie swój cel. Wtedy wreszcie zaczniesz pracować z energią. To jest twoje powołanie – PRACA Z ENERGIAMI. Będziesz je harmonizować, przywracać im piękną, krystaliczną formę, będziesz je nasycała Miłością i Światłem. Będziesz je oczyszczała. Praca z energiami jest twoją właściwą misją tu, na Ziemi. Do tego celu zostałaś stworzona. Taki kontrakt zawarłaś ze swoją Duszą….

Przypadkiem” wpadłam ostatnio na ten przekaz. 3 lata temu coś takiego usłyszałam, zapisałam…i nie powiem, wytrwale dążyłam do tego, żeby się to zadziało…. Kurcze, a zawsze myślałam o sobie, że jestem „słomiany ogień”. Ależ ja siebie umniejszałam…nie jestem żaden słomiany ogień. Po prostu próbowałam różnych rzeczy, żeby znaleźć to, co mnie pasjonuje, fascynuje i okazuje się, że niezmiennie, od ponad 20 lat fascynuję się ENERGIĄ. Uff…jak fajnie pozbyć się pewnej łatki, którą się samemu sobie nakleiło 😛

Po co to zacytowałam ? Temat jest poważny… Bardzo mocno poczułam w niedzielę, co tak naprawdę robię z tymi energiami, wiem że wtedy zrobiłam to naprawdę świadomie…

Ale od początku….poszliśmy sobie z mężem na spacer. Wcześniejsze zdarzenia i rozmowy doprowadziły do tego, że po 19 latach znajomości, po 19 latach bycia ze mną powiedział, co dokładnie działo się z nim w czasie jego dzieciństwa. Szliśmy sobie za rękę, a on opowiadał o swoich przeżyciach w szkole, ze swoją klasą. Opowiedział mi jedną sytuację, jedną koszmarną sytuację…taką, że zrobiło mi się słabo i musiałam usiąść. Wiedziałam wtedy, że „zassałam” tamtą energię, znalazłam się tam, wtedy z nim i POCZUŁAM to, co on wtedy czuł…Łzy płynęły mi z oczu, na sercu osiadł ciężki kamień. Musiałam oddychać, dużo oddychać i puszczać, puszczać to za siebie i za niego… Zmieniałam, uwalniałam, transformowałam tamtą energię.

Wtedy nagle, z całą mocą zobaczyłam dlaczego te 19 lat naszego małżeństwa wyglądały tak, jak wyglądały. Wtedy nagle znalazłam się na 10 piętrze naszego życia i z tego poziomu zobaczyłam wszystko co się działo i dlaczego tak się działo. Nagle wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce. Straszne jest to, jak dzieciństwo, czy traumatyczne przeżycia determinują nasze życie.

Schemat jest prosty – ciało zapamiętuje uczucie… To uczucie porażki, które on wtedy czuł miało nawet swój słono-gorzki smak. Ten smak „zapisał” się trwale w jego ciele i tam utkwił jak cierń paląc go, uwierając cały czas jak niewygodny but… Co więc robi ciało ? Ciało chce się go pozbyć, bo jest to ciało obce, jest to coś, co przeszkadza nam normalnie funkcjonować. Jak najprościej się tego pozbyć ? Trzeba przyciągać do siebie sytuacje, które wywołają znowu to uczucie, pozwolą nam znowu poczuć ten słono-gorzki smak… Ale po co ? No po to, żeby w końcu coś z tym zrobić. Ciało czeka, aż człowiek swoją świadomością uwolni się od tego ciernia… Ale człowiek nie rozumie tego schematu, więc zabawa trwa latami. Często nigdy się nie dowiaduje o co chodzi i z cierniem w Duszy już wtedy, umiera, przenosząc cierń na następne życie… I zabawa zaczyna się od nowa… Przerąbane…

I nagle zjawia się ktoś, kto nie odpuszcza, kto drąży, drąży tak długo aż w końcu ten cierń odnajdzie… To ci, którzy potrafią zobaczyć piękną istotę w kimś, kto kłuje wszystkich wokół. Mój mąż był kiedyś taki kłujący, ostry, agresywny…on się cały czas bronił, cały czas był tym małym chłopcem. Jak się poznaliśmy, bałam się go, omijałam go szerokim łukiem…ale pewnego dnia, przez chwilę, pokazał mi co ma w środku, pokazał mi swoje miękkie i czułe serce, pokazał mi całą swoją wrażliwość…i ja się tego uczepiłam. Poczułam wtedy bardzo mocno, że TO jest jego prawdziwa twarz, którą z jakiegoś powodu chował przed całym światem i postanowiłam wtedy tą twarz pokazać światu, udowodnić wszystkim, że taka jest prawda…

Dużo czasu mi to zajęło, dużo łez mnie to kosztowało, dużo energii i wytrwałości chyba przede wszystkim… ale wiem, że było warto. Teraz już to wiem, bo mam pełen obraz, którego wtedy nie miałam, dlatego być może szło mi tak ciężko. Zresztą…ja miałam swoje własne ciernie, które próbowałam odkryć i zlokalizować. Teraz widzę, że byliśmy jak rozbitkowie na tratwie, rzuceni w rozszalałe fale naszych emocji. Co i rusz zrzucaliśmy się z tratwy, by chwilę potem podać sobie dłoń i płynąć dalej na wzburzonych falach życia… Cudem jest żeśmy się nie potopili 🙂

Przeczytałam kiedyś takie zdanie: ci, którzy najgłośniej krzyczą, najbardziej potrzebują naszej miłości… Wielką sztuką jest zauważyć w kimś takim piękno i miękkość…ale warto próbować, naprawdę warto. I znowu, świadomość tych schematów jest tu kluczem. Zawsze ŚWIADOMOŚĆ i zawsze będę to powtarzać. Strach uświadomiony nie ma już na nas tak wielkiego wpływu…rozpływa się w oceanie naszej świadomości.

mgła

Zaczynam pomału wychodzić z mgły, świat wewnętrzny się rozjaśnia…Potrzebny jest nam jednak umysł, który to wszystko poukłada, ogarnie swoją mądrością podszepty Duszy… Wiem, być może zaprzeczam sobie teraz, ale tak to już jest z rozszerzaniem świadomości, że każdy kolejny dzień, może być zupełnym zaprzeczeniem poprzedniego, lub pięknym uzupełnieniem i rozwinięciem tego, co już wiemy.

Pytanie, które nurtuje mnie od dłuższego czasu: po co spotkałam drugiego mężczyznę, czemu go pokochałam, co mam z tym zrobić, po co się spotkaliśmy, jeśli nie możemy być razem ? Zdecydowałam się przecież być z mężem, którego kocham równie mocno… Po co mi takie doświadczenia, po co takie rozdarcie serca ?

Dzisiaj już wiem…z pomocą przyszła mi Dusza, która dawała znaki, z pomocą przyszedł mi umysł, który to wszystko poukładał i zdecydował co wybiera. Może to serce powinno wybrać ? Ale serce kocha obu, kogo ma wybrać ? A to podszepty naszych Dusz naprowadziły mnie na właściwy, wydaje mi się trop.

Najważniejsze pytanie: po co się spotkaliśmy ? Oboje mieliśmy względem siebie misje do wykonania. Oboje daliśmy sobie bardzo wiele. Jako bratnie Dusze czujemy się doskonale, jesteśmy połączeni, dlatego mamy na siebie ogromny wpływ. Wielką mądrością jest przekroczyć pewien schemat,wsłuchać się w siebie i pójść za tym co się nam pomału objawia…

Ja, pisząc pod wpływem Duszy dowiedziałam się, że pojawiłam się w jego życiu by: zburzyć stagnację i zastój. Sprawiłam, że pojawiła się energia, która zaczęła krążyć, rozsadzając go od środka. Zaczęła burzyć jego spokój, który tak naprawdę był powolnym umieraniem, rezygnacją z życia i swojego szczęścia. Pokazałam mu co traci, czego tak naprawdę pragnie i dałam mu impuls do tego by coś zmienił. By zebrał się na odwagę i wziął życie w swoje ręce, by odważył się podążać za swoimi marzeniami….

On pisząc pod wpływem Duszy napisał mi piękne słowa:

To co stworzyliśmy razem wyszło poza poziom miłości i pasji. To poszło wyżej niż miłość. We Wszechświecie jesteśmy dwoma połączonymi duszami. Nikt nie może nas rozdzielić, kimkolwiek by był… Nasze dusze wiedzą, że miłość nie może przetrwać przy tak wielkim dystansie jaki nas dzieli, więc poszły wyżej i wyżej. Wyżej niż miłość… Wyżej niż Wszechświat…tam gdzie jest sama energia i czyste dusze, które komunikują się bez powodu, bez miłości, bez seksu…. One łączą się bo tego chcą…nie ma żadnych praw, żadnych zasad…nic….tylko my… Jesteśmy dwoma nieśmiertelnymi duszami w przestrzeni… w samym środku pustki….

Tak naprawdę on zrobił dla mnie dużo więcej…a może to samo co ja ? Pokazał mi, czego pragnę, pokazał mi czego do tej pory tak zawzięcie szukałam…Nie zdawałam sobie z tego do końca sprawy, ale szukałam kogoś, kto wejdzie do mojego świata, kto zrozumie moją Duszę, kto będzie chciał o tej Duszy ze mną rozmawiać…nie musi się zawsze z nią zgadzać, nie musi wszystkiego rozumieć, ale niech chociaż spróbuje, niech poświęci mi swoją uwagę, niech poczuje kim naprawdę jestem i czego pragnę… a pragnęłam właśnie tego…nie ciała, nie seksu, nie komplementów czy zachwytu…pragnęłam tej bliskości Dusz…i on mi to dał.

Ale co najważniejsze, dał mi jeszcze więcej, uświadomił mi, że jeśli tego chcę, jeśli tego pragnę, muszę o tym powiedzieć osobie, którą wybrałam na to życie, mojemu mężowi. Muszę dać mu szansę, żeby on jeśli zechce, spróbował wejść do tego mojego świata, spróbował poczuć i zrozumieć moją Duszę. Uświadomiłam sobie, że muszę się o to upomnieć, bo mam do tego prawo. Że nie mogę się godzić z takim stanem rzeczy, że nie mogę uważać, że tak jest i koniec, i nic się nie da zrobić, bo on „taki już jest”. Nic bardziej mylnego… I nieważne, czy potrzebowałam czasu, żeby to zrozumieć, czy mój mąż potrzebował czasu, żeby do tego dorosnąć…ważne jest to, że nam się udało. Nagle okazało się, że ten mój świat, mimo że dużo bardziej skomplikowany, zagmatwany i zasupłany niż jego świat, wcale nie jest taki straszny. Zaczął czytać to, co piszę, zaczęliśmy sobie o tym rozmawiać. Bardzo cenię sobie jego mądrość, jego argumenty, często tak różne od moich, ale tak bardzo trafne, dające do myślenia. Nagle okazało się, że poruszamy tematy, które dotykają głęboko ukrytych w nas strun, które muszą być poruszone, jeśli chcemy tworzyć świadomą relację opartą na zaufaniu, miłości i bliskości.

Tym samym uświadomiłam sobie jak wielkim skarbem było dla mnie spotkanie tego drugiego mężczyzny… Uświadomiłam sobie, że czas najwyższy przejść wyżej, z pracy na poziomie czakry seksu, przejść na pracę z poziomu czakry serca… Już dawno miałam takie sygnały, dawno czułam, że trzeba to wreszcie zrobić… Może właśnie teraz mam szansę tego dokonać ?

bańki

Od jakiegoś czasu takie rzeczy się dzieją, że nie jestem w stanie ogarnąć ich umysłem….mam wrażenie, że jestem przygotowywana na zupełnie inny tor porozumiewania się ze sobą… Myślenie mam pozostawić, by pilnowało czy mi dobrze resztę wydają w sklepie. Sprawy wyższej wagi rozwiązywane są w trybie POZA moim umysłem. Mam porzucić argumentowanie, wyliczanie wszystkich „za i przeciw”… mam czekać na znaki, mam być uważna na podpowiedzi Wszechświata, mam czekać aż odpowiedź sama się pojawi… Pasjonujące, ale i deprymujące mnie jeszcze z lekka..

Potrzebuję to rozszerzyć, uchwycić to, co nieuchwytne…O co w tym chodzi ? Jestem przyzwyczajona do pracy z moim umysłem, do zadawania sobie pytań, do szukania odpowiedzi…one przychodzą w różny sposób i zwykle nie miałam z tym problemów. Siadałam, skupiałam się, wyciszałam i odpowiedź płynęła, sunęła lekko w formie myśli pojawiających się znikąd w mojej głowie. To było fajne, to mi odpowiadało, było takie moje, takie znajome… Teraz coś się zaczyna zmieniać. Nagle dostaję tyle „danych”, tyle informacji, tyle synchronicznych zdarzeń, że umysł tego nie ogarnia. Staje zdziwiony i nie wie co ma z tym zrobić ? Jak to ugryźć ? Mam wrażenie, że się „przegrzewa”, tryby mu stają, obwody się palą. Miałam nawet fizycznie to pokazane. Czytałam Przyjacielowi, to co napisałam z Duszy dla kogoś innego… to było tak mocne, tak głębokie, że w trakcie czytania czułam, że coś dziwnego dzieje się z moim mózgiem. Miałam wrażenie jakby mnóstwa mikro wybuchów w mojej głowie. Nigdy wcześniej nic takiego nie czułam. Z jednej strony wiedziałam, że to co czytam jest cholernie prawdziwe i w jakimś sensie cholernie dla mnie ważne… a z drugiej strony wszystkie „fakty” i racjonalizm zdaje się temu zaprzeczać. Doszłam do momentu, w którym utknęłam… Nie jestem w stanie znaleźć odpowiedzi, nic nie pasuje, błądzę we mgle… I dlatego czuję, że jedyne co mi pozostaje, to zostawić to, pozwolić by moja Dusza mną pokierowała w sobie tylko wiadomy sposób. Ja mam być uważna i mam chyba spokojnie czekać na rozwój wypadków…

Tak myślałam do wczoraj… Ale dzisiaj coś się zmieniło. Pisałam kiedyś już o wychodzeniu z umysłu, o takich momentach, kiedy w naszej głowie nie wiadomo skąd pojawia się jakaś szalona zwykle myśl. Pojawia się jak błyskawica i jeszcze szybciej ucieka. Jeśli jej nie wychwycimy, w ogóle nie zwrócimy na nią uwagi. A to są chyba te przebłyski „wiedzenia”, te niesamowite podszepty naszej Duszy. Dzisiaj ten temat trochę mi się chyba rozjaśnił. Te przebłyski są takim bańkami, w których zawarty jest potencjał dla danej sytuacji. Tych potencjałów jest całe mnóstwo, tak naprawdę, to są wszystkie możliwe warianty i scenariusze. Nasz umysł działa jednak zwykle jak kotwica, jak taki spowalniacz. Dlaczego ? Bo zwykle do danej sytuacji, choćby nie wiem jak fajnie zapowiadającej się, wymyślamy sobie mnóstwo utrudnień, które mogą się zdarzyć, a które w większości w ogóle nie będą miały miejsca. Jednak my wkładamy mnóstwo swojej energii w czepianie się negatywnych scenariuszy, zamiast skupić się na wychwytywaniu tych właśnie baniek z potencjałami. To są takie prezenty od naszych Dusz, takie podpowiedzi, które krążą i czekają tylko na urzeczywistnienie. One są na wyciągnięcie ręki, tylko my często w ogóle nie mamy o tym pojęcia. A nawet jeśli mamy, to umysł spowalniacz, skutecznie nam te bańki pomoże roztrzaskać…Umysł jest mistrzem w wynajdowaniu problemów.

A tymczasem bańki z potencjałami krążą sobie w naszej przestrzeni i czekają, żebyśmy po nie sięgnęli… Jak to zrobić ? Jak wychwycić, czy taki potencjał jest rzeczywisty, czy jest tylko naszą mrzonką, pobożnym życzeniem ? Kurde, nie wiem…ale wydaje mi się, że te najbardziej szalone pomysły i rozwiązania, pojawiające się nagle i niespodziewanie, to właśnie te podpowiedzi naszej Duszy, te potencjały, które są w zasięgu ręki, ale które odrzucamy od razu, wyrzucamy je do kosza, skazujemy z miejsca na śmierć, bo są za bardzo nieprawdopodobne. A teraz gdyby je tak uchwycić, zacząć zasilać swoją uwagą, rozwijać i pozwolić im działać w naszym imieniu ? Gdyby tak zamiast zamartwiania się i stwarzania sztucznych problemów, skupić się na tych właśnie najbardziej nieprawdopodobnych scenariuszach ? Czy to nie byłoby ekscytujące ? Gdyby najbardziej lotne z naszych pomysłów ujrzały światło dzienne i zamanifestowały się ? Czy nie czulibyśmy się wtedy jak prawdziwi Twórcy ?

serce1

Kiedyś, jakiś czas temu, ktoś bardzo skrzywdził moje serce… Kochałam bardzo mocno, otworzyłam je na oścież, wpuściłam go tam, gościłam, dawałam wszystko co miałam najlepszego…a potem on odwrócił się i nie chciał już mnie znać, wykreślił mnie ze swojego życia, wymazał, zapomniał. I nie chodzi teraz o to, że ja to do siebie przyciągnęłam – oczywiście. Nie chodzi o to, że to była dla mnie lekcja – wiadomo.

Chciałam napisać o moim sercu… Po tym wszystkim, pewnego dnia pomyślałam, że muszę zobaczyć co się z nim dzieje, jak się czuje, jak wygląda… To co zobaczyłam przeraziło mnie. Leżało sobie w kącie, zwinięte, skurczone, zasuszone, pokopane…leżało tak i najgorsze było to, że wstydziło się…wstydziło się tego, że dało się tak oszukać. Patrzyło na mnie takie zagubione i niemo pytało: Jak to się mogło stać ? Jak mogło się tak pomylić ? Mój Boże, pomyślałam… mój Boże ! Przecież ty jesteś po to, żeby kochać…nic innego nie potrafisz serce moje, do tego jesteś stworzone, czyż nie ? Jak mogę cię winić za to, że tak mocno kochałeś ? Jak mogę cię za to winić ? Jeśli pokopało cię inne serce, to tylko dlatego, że samo było pewnie jeszcze mocniej skopane…Tamto serce widocznie zaczęło się otwierać, ale nie było gotowe przyjąć tyle miłości, przestraszyło się więc, pokopało cię i uciekło do swojej klatki, uciekło w zamknięcie, żeby nie czuć bólu, który mógłby się pojawić… Ale to przecież nie jest wina mojego serca, że kochało najmocniej jak potrafiło…

Zaczęłam mu to tłumaczyć łykając łzy i pozwalając sobie poczuć ten ból do końca, do samej głębi…bolało naprawdę mocno, szlochałam jak dziecko razem z nim, ale wiedziałam, że oboje musimy przez to przejść, musimy to wypłakać, by móc to puścić. Bo zrozumiałam wtedy bardzo dokładnie, że nie pozwolę mu na to, żeby się zamknęło, nie pozwolę mojemu sercu na skurczenie się, zasuszenie. Serce bez miłości umiera, a ja nie chciałam, żeby umarło…nie mogłam na to pozwolić. Ten ból wcale nie był taki straszny, można go było przeżyć, trzeba to było zrobić, żeby uzdrowić moje kochane, pełne miłości serce. Chciałam odzyskać je z powrotem, chciałam by znowu było ufne, otwarte, pełne miłości, gotowe do tego by znowu pokochać całą swoją mocą… Wiedziałam, że znowu może się spotkać ze zranieniem, ale teraz to już nie było takie straszne, bo zrozumiałam że to się może zawsze zdarzyć. Zawsze możemy spotkać zranione serce, które nie jest gotowe na miłość, ale być może dzięki nam, to serce zacznie się otwierać i następnym razem, z inną osobą będzie mu już łatwiej ?

Dzisiaj zrozumiałam, że to co czuję teraz, to że kocham jednocześnie dwóch mężczyzn, jest wynikiem tego, że ono jest tak właśnie ufne i otwarte. Robi to, do czego zostało stworzone, jak mogę go za to winić ? Muszę sobie z tym jakoś poradzić, bo ono chyba wie co robi ? Otulam je więc swoją wdzięcznością, za to że jest takie jakie jest… i bardzo kocham to moje serce ❤

natura

Dostałam dzisiaj piękny przekaz dla pewnej dziewczyny. Jest tak uniwersalny, że postanowiłam go opublikować…myślę, że wielu z Was poczuje, że jest on skierowany właśnie do niego…

Jestem Duchem Natury, jestem wszędzie, ogarniam sobą wszystko. Jestem w każdym przejawie, w każdym istnieniu – od najmniejszej drobinki pisaku po bezkresne oceany. Jestem tu po to by poznać siebie i wszystko co sama stworzyłam. By tego dotknąć, posmakować, by bawić się tym i podziwiać. Jestem tu by czcić i chronić. Jestem każdym ptakiem, zwierzęciem, rośliną a zapragnęłam też być człowiekiem… I nagle utknęłam…człowiek nie wie kim jest, nie pamięta o swojej wielkości, nie pamięta nic. Zakłada, że nic nie może. Nie czuje swojej potęgi, wielkości swojego ISTNIENIA.

Obudź się ! Otwórz oczy i poczuj kim naprawdę jesteś. Mówi do ciebie Twoja ogromna Dusza. Poczuj swoją potęgę i poczuj połączenie ze wszystkim co jest. W tym tkwi Twoja siła i moc. Skup się na Naturze. Zacznij z nią rozmawiać, wyczuwać ją. Jeśli chcesz rozmawiać ze mną zwracaj się ku przyrodzie. Zacznij wsłuchiwać się w szum drzew, śpiew ptaków, usłysz co chcę do Ciebie powiedzieć. Obserwuj chmury, słuchaj wiatru, poczuj deszcz – to wszystko Ty… jesteś tym, poczuj to. Znajdziesz tu odpowiedzi na każde swoje pytanie. Obserwuj i bądź uważna. Wszystko jest w Tobie i wokół Ciebie. Wystarczy otworzyć oczy, wystarczy słuchać, wystarczy BYĆ.

lwy

Od 3 dni śni mi się ten sam sen. Moja Dusza coś mi zapamiętale tłumaczy, ja wszystko rozumiem i wiem, że mam o tym napisać, ale jak się budzę nie pamiętam już nic. Jedyne co pamiętam to: żeby się nie spinać, ale nic więcej…No i tak się złożyło, że rozmawiałam dzisiaj z dwoma osobami i opowiadałam im o tym i nagle uświadomiłam sobie, że tak czy inaczej muszę napisać ten tekst „na żywo”.

O co tu chodzi ? No, o energię znowu. O to, co sobie robimy jak się SPINAMY, a zwykle jak czegoś bardzo chcemy to się napinamy. Tylko, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, że im bardziej się spinamy, tym bardziej nasz cel się oddala. Dlaczego ? Bo wytwarzamy opór, budujemy mur, zaporę z naszego oczekiwania, spinania się, dlatego paradoksalnie to czego chcemy stoi być może i puka do naszych drzwi, ale my nie możemy tego do siebie dopuścić, bo za bardzo się napięliśmy.

Ciało na przykład pięknie nam to pokazuje. Będę niesmaczna, ale wiecie co się dzieje jak nie możemy puścić bąka ? Ciało się spina, brzuch zaczyna boleć i jak trwa to za długo, dostajemy prawie skrętu kiszek…Kurde, zaczynam rozumieć mojego męża 😛 To jest właśnie to, spięliśmy się, zatrzymaliśmy energię…tylko, że ciało upomni się o swoje prawa, a energia postoi, postoi za tymi drzwiami i sobie pójdzie… a my nie będziemy nawet wiedzieli, że tam była.

Znacie na pewno przypadki małżeństw, które starały się o dziecko. To też jest nagminne, że jak wreszcie odpuszczą, zdecydują się na adopcję, kobieta bardzo szybko zachodzi w ciążę… Dlaczego ? Bo odpuściła, przestała się spinać, przestała oczekiwać.

Bardzo podobnie jest jak się gdzieś spieszymy, szalejemy, wsiadamy w samochód, pędzimy…korek ! No i koniec, stop…to też energia, która nam pokazuje co wyprawiamy. Wiem, wiem na korki nie ma mocnych, ale wiecie że to nieprawda ? Jak tylko się uspokoję, rozluźnię stojąc w korku, on dziwnym trafem nagle zaczyna się przemieszczać i dojeżdżam na czas, tam gdzie mam dojechać. No i zdrowsza jestem, bo się nie wściekam 😀

Takich przykładów można by mnożyć w nieskończoność. Wypróbujcie na sobie… Zaobserwujcie swoje spięcie, zniecierpliwienie i postarajcie się spuścić powietrze…zobaczycie, że zadziała.

Nie chodzi o to, żeby się położyć i nic nie robić. Nie chodzi o to, żeby nie mieć pragnień…chodzi o to, by działać z godnością Lwa, spokojnie i majestatycznie, będąc pewnym, że wszystko jest w zasięgu naszych możliwości.

Dawno nie pisałam o Nowe Energii, ale to jest właśnie to…jej nie da się kontrolować, ona ma płynąć sobie swobodnie tam gdzie chce i jeśli odpuścicie, dopłynie dokładnie tam, gdzie ma dopłynąć, zadziwiając Was rezultatem jaki stworzyła.

ręce

Czasem w naszym życiu dzieją się rzeczy, których nie możemy rozgryźć…po co i dlaczego ? Czemu ma to służyć ? Zawsze powtarzam, że najważniejsza jest świadomość, ale co wtedy, kiedy mimo pytań nie znajdujemy odpowiedzi? Ok. może boję się zadać pytanie ? Też tak może być…może nie jestem jeszcze gotowa, żeby usłyszeć odpowiedź ? Szczerze mówiąc, to raczej tak… bo aż do dzisiaj nie zadałam na poważnie tego pytania…

Dlaczego poznałam pewnego mężczyznę ? Dlaczego musiałam przelecieć pół świata, żeby go poznać, żeby się z nim zaprzyjaźnić, żeby go pokochać, żeby on pokochał mnie ? Dlaczego, skoro jesteśmy jak te dwie linie, które nigdy się nie przetną ? Taką piosenkę mi kiedyś puścił, jakby napisaną o nas i tak przejmująco prawdziwą… Przed całym światem musimy ukrywać swój sekret, to że się kochamy i to, że nie możemy być razem. Ja wybrałam swoją rodzinę, wybrałam męża…jestem z nim i chcę z nim być. To jest mój wybór…ale co zrobić z sercem ? Sercem, które nie potrafi sobie jeszcze poradzić z takim uczuciem ?

Zaczynam pomału dostrzegać po co to wszystko….On mnie pięknie tego uczy, zadziwiając mnie ogromem swojej miłości. Wiedział o mnie bardzo dużo, wszystko, wiedział co się dzieje, jak trudne momenty przeżywaliśmy z Jankiem i nie zacierał rąk z uciechy, że może od niego odejdę…cały czas wspierał mnie w tym, żebym w każdy możliwy sposób walczyła o męża, o rodzinę. Zmuszał mnie wręcz bym zrobiła to, czy tamto, bo chciał pomóc zlepić to, co się prawie rozpadało… Udało się, wszystko się ułożyło tak, jak zawsze sobie to wyobrażałam. Teraz z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że mam doskonałą rodzinę, jestem szczęśliwa, mam cudownego męża i wspaniałe dzieci. A gdzie w tym wszystkim jest On ?

Powiedział mi, że miłość ma różne oblicza… jesteśmy Bratnimi Duszami, zawsze będziemy się kochać, rozumieć, zawsze będziemy się czuć…możemy być przecież dla siebie jak brat i siostra… Jest szczęśliwy, bo ja jestem szczęśliwa… ale czy można żyć czyimś szczęściem ? Coś głęboko we mnie buntuje się przeciwko temu… Tak bardzo chciałabym zobaczyć też jego szczęście… Czy swoim pojawieniem się nie zburzyłam czegoś w jego życiu ? Moja Dusza twierdzi, że owszem, zburzyłam…zburzyłam stagnację i zastój. Sprawiłam, że pojawiła się energia, która zaczęła krążyć, rozsadzając go od środka. Zaczęła burzyć jego spokój, który tak naprawdę był powolnym umieraniem, rezygnacją z życia i swojego szczęścia. Pokazałam mu co traci, czego tak naprawdę pragnie i dałam mu impuls do tego by coś zmienił. By zebrał się na odwagę i wziął życie w swoje ręce, by odważył się podążać za swoimi marzeniami….

Nie możemy żyć czyimś szczęściem…tak samo jak nie możemy wziąć na siebie odpowiedzialności za czyjeś życie… mimo że bardzo byśmy chcieli…

Co mogę zrobić ? Mogę tylko widzieć go tak szczęśliwego jak ja, mogę puścić go wolno, tak jak on puścił mnie…bez rozpaczy, bez bólu, bez ciężaru w sercu, bez łez, które teraz lecą… Tak kochać, by cieszyć się szczęściem, które nie jest naszym udziałem…

Czyż to nie jest właśnie Prawdziwa Miłość ?

energia2

Miałam chyba fajny sen…nic nie pamiętam kompletnie, ale pamiętam uczucie z jakim się obudziłam, a ponoć uczucia w snach są najważniejsze… Było to uczucie szczęścia, wynikające z pewności, że moje ciało jest połączone z Duszą… Nie wiem jak to wytłumaczyć, wiem po prostu, że z takim uczuciem i z taką pewnością się obudziłam.

Ktoś mnie spytał ostatnio, jak to jest z tym połączeniem ? Przecież ciało nie może istnieć bez Duszy, więc zawsze jesteśmy połączeni. Nie będę się zagłębiać w temat ciał bez Dusz, bo niewiele wiem na ten temat, a ponoć takie też istnieją, chciałam natomiast napisać o tym połączeniu.

Jak ja to czuję…tak, Dusza mieszka sobie w tym naszym ciele, jednak najczęściej nasza osobowość, nasze tzw. ego jest tak mądre, tak wszechwiedzące, tak ekspansywne, tak dominujące, że Dusza siedzi sobie cichutko gdzieś w środku i nie ma szansy się przebić przez ten jazgot toczący się bez przerwy w naszej głowie. Cały czas mówimy, myślimy, rozmawiamy, planujemy, rozpamiętujemy, wygrażamy sobie i innym, tyle się dzieje w tej naszej głowie, że nie ma szans, żebyśmy usłyszeli coś tak cichego jak ten wewnętrzny głosik… Do tego trzeba się naprawdę zatrzymać, uciszyć ten niekończący się strumień myśli.

Oczyść umysł – usłyszałam kiedyś w medytacji, oczyść umysł. Tylko tak można nastawić się na odbiór tej wewnętrznej mądrości. Mówimy wtedy, że udało nam się usłyszeć własne serce… dla mnie to jedno i to samo, słuchając serca, słuchamy wreszcie własnej Duszy. I tutaj pojawia się temat tej wewnętrznej wiedzy. Zawsze mi się wydawało, że niewiele wiem, że moja wiedza jest bardzo ogólnikowa, taka płytka powiedziałabym. To było coś, co w pewnym sensie mnie hamowało. Takie miałam przekonanie. Fascynowały mnie przekazy z chanelingów, w których podana była bardzo konkretna, bardzo szczegółowa wiedza, dla mnie niedostępna, wydawało mi się. I wreszcie kiedyś zrozumiałam o co chodzi. Ja mam tak, że nie oddaję nikomu swojego ciała, by stało się kanałem dla przekazującego, nie mam typowych channelingów. To co piszę czerpię tylko i wyłącznie ze swojego środka. To co przeze mnie przepływa jest w pełni ze mną zintegrowane…tak to czuję, dlatego wydaje mi się to tak oczywiste. Jest to po prostu zakorzeniona we mnie gdzieś głęboko, moja wewnętrzna prawda, która pomału, dzień po dniu, miesiąc po miesiącu jest mi objawiana przez moją Duszę właśnie.

Na początku mojej podróży po Świątyniach Światła było powiedziane, że Izyda będzie mi przekazywać uczucia, energię danego miejsca, zaś Thot zgromadzoną tam wiedzę. Przeraziło mnie to, co wtedy usłyszałam, bo od razu pomyślałam sobie: no dobra, a co będzie jak nie dostanę żadnej wiedzy? Wyjdę na głupka, tak ? Ludzie będą czekali na jakieś niesamowite mądrości, a ja ich nie dostanę bo u mnie to nie działa… Dlatego między innymi wstrzymywałam się jakiś czas z publikowaniem pierwszych odcinków. Chciałam mieć pewność, że COŚ jednak dostanę… W końcu postanowiłam się rzucić na głęboką wodę i zaczęłam je publikować. W tej chwili chyba mało kto pamięta o co chodziło z tym Thotem 🙂 To już przestało być ważne, bo kiedyś usłyszałam od niego coś, co dopiero teraz zaczynam rozumieć: nie będę ci podawał mojej wiedzy, ty będziesz tą wiedzę odkodowywać w sobie. Rozumiem to tak, że jeśli w pełni zaufam sobie (a z tym się już chyba uporałam), to wchodząc coraz dalej w głąb siebie, w głąb swojej wiedzy, swojej mądrości, odkrywam dla siebie swoją wewnętrzną prawdę. Odkrywam tak naprawdę KIM jest moja Dusza, kim ja jestem…

góra

Rozmawiałam wczoraj przez telefon z mężczyzną, który chciał się skomunikować ze swoją Duszą. Był gotowy, bardzo otwarty, zdesperowany, żeby zrobić coś ze swoim życiem. Opowiadał trochę o sobie, o trudnym dzieciństwie, o tym, że jako niemowlę został porzucony przez matkę, o tym że całe życie ktoś go opuszcza, zostawia i odchodzi, a on znowu czuje się jak to małe, bezbronne dziecko. Wtedy wkroczyła jego Dusza i powiedziała: STOP, tu się musisz zatrzymać, do tego musisz dotrzeć, do początku, do pierwotnego ziarenka bólu, do tej emocji, która sprawiła, że zacząłeś budować w swoim ciele mur…mur dzielący cię na dwie części, mur który sprawia, że twoja energia życiowa nie może się przebić, nie może się wydostać i zamanifestować.

Jak to zrobić Aniu – zapytał ? Matka i to co ona zrobiła jest powodem tego, co dalej działo się w twoim życiu, trzeba wrócić do tego uczucia, do tej emocji, trzeba wrócić do tego bólu i go rozpuścić, uwolnić, żeby nie miał już na ciebie wpływu. Ten pierwotny ból, nieważne z tego czy z poprzednich żyć, tworzy takie ziarenko, cegiełkę, wokół której dobudowujemy kolejne cegły tak, że w końcu powstaje mur. Dokładamy te cegły, jeśli przyciągamy do siebie kolejne, podobne doświadczenia i w dalszym ciągu nie konfrontujemy się z tym bólem, tylko go zasilamy kolejnymi przykrymi wydarzeniami. Wydaje nam się, że to świat się na nas uwziął, ludzie są podli, że wszystko jest przeciwko nam, użalamy się nad sobą, zamiast zmierzyć się z tym bólem, zamiast pozwolić sobie go poczuć, głęboko i intensywnie, a potem z ulgą podziękować mu i uwolnić się od niego. Ego uwielbia cierpieć, ale jeśli w końcu nam się to znudzi, jeśli już tak bardzo nas to zmęczy, możemy powiedzieć: ok. wystarczy, teraz wybieram lekkie, łatwe życie, bez bólu i cierpienia.

Ale jak to zrobić Aniu ? Znowu spytał mężczyzna. Byłem już na radykalnym wybaczaniu, już to robiłem, wybaczyłem chyba już matce. Gdyby tak było, nie przyciągnął by do siebie kolejnego doświadczenia związanego z odrzuceniem. Często nam się wydaje, że komuś wybaczyliśmy, sama bardzo długo tak myślałam, ale zwykle wybaczamy w głowie, tłumaczymy sobie, tak, tak, już jej/jemu wybaczyłam. Bardzo często jednak mija się to z prawdą. Dopóki tego nie POCZUJEMY, dopóki nie poczujemy tej lekkości w środku, tylko się łudzimy że wybaczyliśmy…

Mężczyzna gra na fortepianie, tworzy muzykę Duszy, od razu do mnie przyszło, żeby spróbował to zrobić poprzez muzykę właśnie. Niech podczas gry wejdzie w tą emocję, w ten ból, niech go przeżyje, popłacze, pooddycha i uwolni… Bardzo mu się spodobał ten pomysł, ale stało się zupełnie inaczej.. i tu zaczyna się prawdziwa historia…

Zrobił sobie medytację, w której spotkał swoją mamę (ona nie żyje od dwóch lat). Wzięli się pod rękę i poszli do jakiegoś ogrodu. Doszli do studni, do której mężczyzna wrzucił kamyk. Patrzył jak rozchodzą się kręgi i zaczął słuchać opowieści matki o tym, że urodziła się w Niemczech podczas wojny, jak zaczęła dojrzewać jej ojczym wykorzystywał ją seksualnie, więc musiała uciekać z domu. Nie poradziła sobie z tym pierwotnym uczuciem wykorzystania, bezsilności, więc szukając całe życie miłości i akceptacji spotykała tylko mężczyzn, którzy ja wykorzystywali. Jak zaszła w ciążę, dostała pieniądze na usunięcie dziecka, ale nigdy nawet o tym nie pomyślała… dziecko, które porzuciła w szpitalu, zawsze było jej ukochanym maleństwem. Nosiła w portfelu zdjęcie dorosłego już syna z koncertu, była z niego dumna, czasami wyciągała to zdjęcie i pokazywała kompanom, ale nikt jej nie chciał wierzyć, śmiali się z niej, i mówili że wymyśla niestworzone historie…

Tak się zastanawiam jak często widzimy tylko czubek góry lodowej, który wydaje nam się jedyną możliwą prawdą… a jakże często ta prawda jest zupełnie inna od naszych wyobrażeń ?

Za zgodą mojego rozmówcy pozwoliłam sobie napisać ten tekst, po to, by pokazać, że naprawdę każdy może sobie pomóc sam, jeśli ma odwagę zmienić swoje życie.

Każdy może sam wytropić tą pierwszą cegiełkę, pierwsze ziarenko, zranienie które sprawia, że przyciąga do swojego życia cały czas takie same sytuacje. Jeśli jest w Waszym życiu schemat, który się powtarza, możecie być pewni, że Dusza chce Wam coś przekazać. W ten sposób pokazuje Wam gdzie leży błąd, gdzie należy szukać…ale wrócić trzeba do początku, do pierwotnej emocji… Czasami może to być trudne, bo pierwotna emocja kryje się w mrokach naszej przeszłości, może dotyczyć poprzednich żyć. Tak było u mnie, ale jakoś też do tego w końcu dotarłam. Trzeba być chyba uważnym i zdesperowanym 🙂

silna

Ja też dziękuję za to, czego mnie nauczyłaś. Poznałam swoją siłę. Nigdy bym jej w sobie nie odkryła, gdybym nie spotkała na swej drodze pięknej, silnej kobiety”

Przeczytałam wczoraj to zdanie. Ono sprawiło, że łzy zakręciły mi się w oczach… Zdziwiłam się, bo nie wiedziałam o co chodzi ? Skąd ta reakcja ?

Dzisiaj już chyba zaczynam pojmować. Wydaje mi się, że wytropiłam w czym rzecz. Diabeł tkwi w szczegółach – powiedział do kogoś mój mąż, też mnie to uderzyło. Układanka zaczęła się pomału układać w zrozumiały wzór.

Miałam dzisiaj rozmowę z Duszą „na żywo”, tzn. miałam mieć, ale nic nie wychodziło, nie było tego charakterystycznego pstryknięcia, nie było podpowiedzi, czułam że to co mówię, mówię z głowy, że to kompletnie nie to. Czułam się przyparta do muru, chciałam jak najszybciej zakończyć rozmowę, żeby się nie pogrążać dalej, ale obserwowałam co się będzie działo. Obserwowałam siebie. W końcu najzwyczajniej w świecie przyznałam, że nie mogę się skontaktować z jej Duszą, jest tylko jej osoba, jej słowa…Dusza nic do mnie nie mówi, jest jakby w cieniu, nie ma siły przebicia…tak, nie może się przebić. Ciekawe dla mnie doświadczenie.

Próbowałam potem wymóżdżyć o co chodziło ? Dlaczego czułam się tak ciężko rozmawiając z nią ? Dlaczego było mi tak trudno ? I kurcze, wreszcie zrozumiałam – mąż zaczął narzekać, że jest zmęczony, Milena popłakiwała, jęczała sobie jak to dziecko…A do mnie dotarło, jak mnie to wkurzało, zawsze mówiłam: nie jęcz ! Jak się zawsze denerwowałam gdy Janek przychodził zmęczony i niezadowolony, taki jęczący właśnie. Och jak mi to działało na nerwy. I teraz nagle to zrozumiałam. Wszystko się w jednej chwili poukładało. Wymagałam od innych by byli silni, bo ja zawsze chciałam być taka silna, byłam cholernie silna i taką chciałam być postrzegana. Nie dopuszczałam do siebie myśli o chorobie, słabości, o tym, że nie dam rady, mnie to nie dotyczyło. I nagle zrozumiałam, że mam prawo być czasem słaba i mam prawo tą słabość pokazać. Mało tego, inni też mają do tego prawo… i to jest chyba dla mnie najważniejsze odkrycie…

Moja rozmówczyni pięknie mi to pokazała, bo była tak samo silna jak ja i tak samo jak ja kiedyś, nie miała zamiaru pokazywać swojej słabości.

Dumna jestem tylko z siebie, że w rozmowie byłam jednak w stanie przyznać się do porażki, że nie próbowałam walczyć, że się nie obraziłam, nie zacięłam, nie straciłam zaufania do siebie. Kolejna lekcja pokory, za którą jestem niezmiernie wdzięczna. Czuję, że przy okazji tych rozmów, dowiem się jeszcze o sobie wiele ciekawych rzeczy 😀

P1110635-001

Niezliczona ilość tematów do obgadania ciśnie mi się do głowy. Zaczęłam je zapisywać, żeby mi nie uleciały. Przyszły do mnie wczoraj dwa słowa: Uniwersalna Dusza… To tak, jakby poprzez rozmowy z Duszami innych ludzi mówiła do mnie właśnie ona…Uniwersalna Dusza… to dlatego te przekazy zawsze wydawały mi się tak istotne i ważne nie tylko dla osoby, do której są skierowane ale do nas wszystkich właśnie…

Pierwszy temat, który nie daje mi spokoju, i który chciałabym zgłębić: Pragnienia Duszy.

Jak do nich dotrzeć, jak je odkryć, jak usłyszeć ten cichy głos Duszy, jak odnaleźć swój cel, swoją misję na tej Ziemi ? A może nie ma żadnej misji ? Jak to jest ?

Namalowałam kiedyś Anioła Rodzących się Pragnień. Przekaz jaki od niego wtedy otrzymałam, nie wiedzieć czemu bardzo mnie wzruszył…

Czekam cichutko i spokojnie, aż to co wam w Duszy gra wykiełkuje i zobaczy światło dzienne. Rodzę się we łzach radości. Jeśli coś tak mocno poruszy waszą Duszę, że po policzkach spłynie łza, wiedzcie, że to Ja. I idźcie za tym głosem, nie ustając nigdy w swych marzeniach i pragnieniach.

Wiem po sobie, że to prawda. Anioły zaczęłam malować po przeczytaniu książki Anielska medycyna. Czytałam ją i płakałam, bo wcześniej zadawałam sobie pytanie: co ja mam dalej robić ze sobą ? Odpowiedź przyszła właśnie poprzez książkę. Tak mocno mnie poruszyła, tak potrząsnęła moją Duszą, że nie zastanawiałam się jak ja to zrobię, jak będę pracować z Aniołami ? Po prostu już wiedziałam i ufałam, że sposób wkrótce się znajdzie… Podobnie było z książką Odważne Dusze, wiedziałam, że moim przeznaczeniem jest rozmawiać z Duszami innych ludzi, bo od dawna miałam w głowie marzenie: chciałam być lekarzem Dusz.

Tak więc punkt najważniejszy to odnaleźć swoje przeznaczenie, odnaleźć coś, co kochamy robić, odkurzyć swoje marzenia z dzieciństwa, zajrzeć tam i poczuć, czy one dalej są naszymi marzeniami ? Dlaczego z nich zrezygnowaliśmy i czy nie za szybko żeśmy to zrobili ? Może to wcale nie było takie głupie jak nam się wydawało ?

Największa kłoda jaką sobie rzucamy pod nogi myśląc o realizowaniu pragnień Duszy, to: a co ja z tego będę miał ? A ile na tym można zarobić, a czy komuś to jest potrzebne ? Czy ktoś to w ogóle kupi, doceni…itd. I to jest coś, co na starcie podcina nam skrzydła. Rezygnujemy z wyrażania siebie, bo sami dla siebie jesteśmy najbardziej surowymi krytykami. Rezygnujemy ze swoich marzeń i pragnień bo zakładamy, że na tym się nie da zarobić. I to jest nasz podstawowy błąd. A co, gdyby tak zrobić coś szalonego, coś o czym zawsze marzyliśmy, nie myśląc o pieniądzach ? A co wtedy, jeśli zrobimy to dla samej frajdy tworzenia, po prostu dlatego, że tego właśnie chce nasza Dusza ? Co, jeśli w ogóle w tym całym tworzeniu nie będziemy myśleli o korzyściach dla nas ? Po prostu to zrobimy, bawiąc się przy tym jak dziecko ? Jak myślicie, nie warto spróbować ?

Oddaję teraz głos Uniwersalnej Duszy:

Zaufanie do siebie to jedna z podstawowych lekcji tu, na Ziemie. To najtrudniejsze dla was zadanie, bo w pewnym sensie musicie oddać prowadzenie, musicie oddać kontrolę, musicie zaufać. I nagle okazuje się, że jeśli naprawdę zaufacie, jeśli pozwolicie się prowadzić własnej Duszy, jeśli przestaniecie z nią walczyć a zaczniecie iść ręka w rękę, okaże się, że wasze życie nabiera rozpędu, że pojawia się mnóstwo pomysłów, że otwierają się przed wami kolejne drzwi, a za nimi następne i jeszcze następne. Dostajecie zawrotów głowy, tak szybko zaczyna się to wszystko dziać, niby to samo, a jednak tak różne, tak kolorowe, tak fascynujące staje się wasze życie. Jak myślicie, czy jesteśmy aż tak nierozgarnięte, że byle spełnić swoje pragnienia narazimy was na śmierć głodową, pozbawimy was podstawowych środków do życia, bo chcemy się zabawić ? Nie, my też mamy  trochę oleju w głowie i znamy doskonale wasze ziemskie realia. Jednak żebyśmy mogły działać w pełni naszych sił, z całą mocą na jaką nas stać, musimy mieć jedno: wasze pełne zaufanie, bez tego nigdzie nie możemy ruszyć, bez tego nawet najbardziej fantastyczny plan może legnąć w gruzach. Strach was paraliżuje, strach nie pozwala wam rozwinąć skrzydeł, strach zamyka wam drogę do szczęścia, strach ma zawsze wielkie oczy. Ale jeśli odważycie się w nie spojrzeć, jeśli odważycie się nam zaufać, okaże się że wszystkie obawy, wszystkie przeciwności znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie jest to łatwe, zdajemy sobie z tego sprawę, dlatego zawsze jesteśmy z wami, mimo że często nie macie pojęcia o naszym istnieniu, o tym że obserwujemy was i czekamy, o tym że cały czas, na wszystkie możliwe sposoby próbujemy do was przemawiać. Rzadko słyszycie ten głos, a jeszcze rzadziej za nim podążacie.. Ale popatrzcie na tych, którzy zaufali, popatrzcie na ich życie i zastanówcie się czy przypadkiem nie warto spróbować ?

Teraz jeszcze ode mnie kilka słów: nie daje mi spokoju jedna rzecz. O ile obraz jest czymś konkretnym, realnym, fizycznym, nie mam problemu żeby je sprzedawać, bo wiadomo, że potrzebuję do tego płótna, farb, czasu, są to moje koszty. Dlatego tutaj cenę można łatwo ustalić. Natomiast nie daje mi spokoju, jak to jest z tymi rozmowami z Duszami innych ludzi. To jest takie nieuchwytne, takie ulotne, nie można tego zmierzyć, zważyć, jak więc można wycenić taką pracę. I czy w ogóle należy ją wyceniać ? Odwieczny problem ludzi, zajmujących się duchowością. Czy można brać za to pieniądze ? Nie czuję się jakoś specjalnie naznaczona, nie urodziłam się z takimi umiejętnościami, ja po prostu byłam tak zdeterminowana, tak tym zafascynowana, że udało mi się tego nauczyć. Każdy z nas może to zrobić, i to staram się ludziom cały czas przekazywać, uświadamiać. Każdy z nas ma takie same umiejętności, tylko zwyczajnie o tym nie wiemy lub nie ćwiczymy się w tym, nie dajemy sobie nawet szansy, żeby spróbować. A jak wiadomo, praktyka dopiero czyni mistrza. Chcę to robić, chcę rozmawiać z Duszami, ale wiem też, że każdy, dosłownie każdy powinien mieć możliwość skorzystania z takiej możliwości, jeśli jego Dusza da mu sygnał, żeby spróbował. Z drugiej strony nie chcę się zamykać myśleniem, że muszę na tym zarobić. Dlatego jedyne co mi przychodzi teraz do głowy, to zaufać sobie i ludziom. Nie określam żadnych stawek, porozmawiam z każdym, kto się do mnie zgłosi, a jeśli uzna, że było to dla niego ważne i istotne, zapłaci mi tyle, ile będzie mógł.

Czuję, że jest to właściwe, bo energia ma się dobrze wtedy, kiedy płynie w obie strony. Wtedy jest równowaga, jest harmonia i balans, wtedy obie strony czują się z tym dobrze.

manawa

W związku z tym co się stało 2 dni temu pojawia się w mojej głowie mnóstwo pytań. Czuję bardzo mocno, że tym razem moja Dusza naciska na to bym się nią na poważnie zajęła, bym zaczęła z nią regularnie rozmawiać, by ten dialog trwał już między nami nieprzerwanie. Tylko wtedy bowiem mam szansę robić to, do czego zostałam stworzona. Pojawia się w mojej głowie mnóstwo obrazów, myśli, pytań. Pojawiają się nagle i znikają jeszcze szybciej. Czuję, że muszę je chwytać, muszę tropić, muszę zapisywać, bo to są właśnie strzępki tego, co mówi do mnie moja Dusza. Gdyby nie to, że zapisałam dwa lata temu to przesłanie od niej, w ogóle bym o tym nie pamiętała, nie miałabym pojęcia ile udało mi się dokonać przez ten czas. Jest to też dla mnie potwierdzenie, że idę w dobrym kierunku, a przy budowaniu zaufania do samej siebie jest to niezmiernie istotne.

Chodzi mi po głowie od wczoraj, żeby napisać o wiedzy, wiedzy i mądrości, którą nosimy w sobie. Wiem, że to bardzo istotne dla mnie…ale czuję, że nie tylko dla mnie.

W jaki sposób zawsze umniejszałam siebie, to co do mnie przychodzi ? To było tak, że wydawało mi się, że to o czym piszę jest tak naturalne, tak oczywiste, takie zwykłe, proste, nic nie wnoszące, każdy o tym wie, takie banalne… A dlaczego ? Bo to wypływało ze mnie tak prosto, tak łatwo, bez żadnego wysiłku… W związku z tym nic nie znaczyło… Widzicie co my wyprawiamy ? Co ja sobie robiłam ? Skoro przychodzi łatwo – nic nie znaczy. Jaki to program głupi w tej głowie ? Łatwo przyszło, łatwo poszło… Nie doceniamy rzeczy, które dostajemy ot tak…Przyzwyczajeni jesteśmy, że za czymś wartościowym trzeba się nieźle nabiegać, napocić, napracować. Nie dajemy sobie pozwolenia na lekkość. Powszechne jest też przekonanie, że rozwijamy się tylko wtedy jeśli cierpimy. Widzicie co my sobie robimy cały czas? Jak się programujemy ? Do czego zmuszamy te nasze biedne Dusze ? Jak mam inaczej do niej dotrzeć, skoro ona nie zauważa mnie gdy jest szczęśliwa, nie docenia ile radości i szczęścia ma na co dzień, woła mnie tylko wtedy kiedy cierpi ? Więc może dlatego cierpimy ? Może dlatego przyciągamy do siebie ból, bo uważamy, że inaczej nigdy nie usłyszymy tej naszej Duszy ? A przecież ona jest z nami zawsze, a najbardziej szczęśliwa jest wtedy, kiedy się do niej uśmiechamy, kiedy zaglądamy głęboko w swoje oczy i mówimy KOCHAM CIĘ.

Miałam pisać o wiedzy, a wyszło kompletnie co innego. To nie ja, to moja kochana Dusza… Dziękuję Ci Manawo – tak mi się kiedyś przedstawiła…nawet to imię mi się nie spodobało… Manawa ? A co to za głupie imię ? Nie, może wymyśl coś innego, może się pomyliłaś ? Ale ona uparcie powtarzała to jedno imię. W końcu spytałam wujka Googla co ono oznacza. Okazało się, że to jedna z zasad Huny i znaczy: Cała moc jest teraz. Fajne, nie ? Spodobało mi się bardzo. A jeszcze bardziej spodobało mi się, jak znalazłam obrazek, który był graficznym jej zapisem… bo zobaczyłam go kiedyś na ułamek sekundy w medytacji, ale nie miałam pojęcia czym jest. A to tak pięknie ktoś wymalował moją Duszę.

dusza

Marzenia się jednak spełniają. Potrzeba tylko spełnić trzy warunki: trzeba być pewnym czego się chce, trzeba wysłać w świat mocną intencję, najlepiej ją wypowiedzieć lub napisać, i wreszcie ostatni: trzeba być gotowym…

Trzy lata temu przeczytałam książkę Odważne Dusze. Poczułam ją wtedy bardzo mocno, moja Dusza ją poczuła, wiem to, by wywarła na mnie niesamowite wrażenie. Po roku odważyłam się wreszcie wypowiedzieć to marzenie głośno, dostałam przekaz od swojej Duszy i z wewnętrzną odwagą i determinacją zdecydowałam się o tym napisać. Założyłam wtedy stronę Przesłania Duszy, na której między innymi umieściłam ten przekaz. Było to dokładnie 14 sierpnia 2013 roku:

Twoja Dusza zaplanowała sobie wiele celów do przerobienia na Ziemi. Wiele z nich już przerobiłaś, takie jak szacunek do samej siebie, poczucie własnej wartości, pokochanie siebie, zaufanie sobie. Cele wyższe dopiero przed tobą i od twojego rozwoju zależeć będzie czy zdołasz je „przerobić” Chciałaś oczywiście pomagać ludziom i ta pomoc, jak wiesz będzie się przejawiać w różny sposób. Przez twoją pracę, przez rozmowę, malowanie obrazów. Masz już potwierdzenie, od wielu osób, że pomagasz. Jeżeli odpowiednio podniesiesz swoje wibracje, będziesz również mogła pomagać rozmawiając z Duszą danej osoby i będąc łącznikiem między nią, a osobą która tego kontaktu nie ma. Nie jest to dla ciebie jakiś problem. Możesz to robić. Więc do dzieła. Ochotnicy sami się pojawią, jak przyjdzie czas.

Czuję, że potrzeba mi jeszcze trochę czasu, ale wiem też, że moje marzenie kiedyś się spełni.

I czuję, że właśnie wczoraj nastąpił przełom. Pewna kobieta znalazła mojego bloga i skontaktowała się ze mną, pytając czy mogę porozmawiać z jej Duszą. Powiedziałam jej jak to zwykle u mnie wygląda, że jeśli mi się uda mogę jej wysłać takie przesłanie od jej Duszy. Ale ona chciała z nią porozmawiać „na żywo”. Chciała się ze mną spotkać, bo miała dużo pytań. W pierwszym momencie się przestraszyłam: O matko, jak to ? Tak na żywo ? A jak nic do mnie nie przyjdzie, nic nie poczuję, nie będę wiedziała co mówić ? Ale szybko jakoś pokonałam w sobie ten brak zaufania i powiedziałam jej, że jeszcze tego nie robiłam, ale jeśli ona jest otwarta i chciałaby, możemy spróbować i zobaczymy co z tego wyjdzie. Spotkałyśmy się więc w kawiarni. Zaczęłyśmy rozmawiać, zadawała takie ogólne pytania, opowiadałam o tym jak ja to widzę, ale w pewnym momencie poczułam, że już czas. Skupiłam się na niej, na tym z czym do mnie przyszła. To było pierwszy raz, więc nie jestem jeszcze na to wyczulona, ale teraz jak to analizuję, dociera do mnie, że w pewnym momencie zmieniła mi się energia, nie wiem jak to nazwać… Nagle stałam się bardzo konkretna, zadawałam ważne pytania, w pewnym sensie zmuszałam ją do odpowiadania sobie samej na pytania dotyczące jej życia. Docierałyśmy coraz głębiej do sedna, do samego środka. Opowiedziała mi sen, a ja od razu miałam podaną interpretację, chociaż nigdy nie uważałam siebie za kogoś, kto rozumie sny… Doszłyśmy w końcu do bardzo ważnego momentu, wiedziałam już, że dzieje się coś bardzo istotnego. Powiedziałam jej wprost, że Dusza przemawia do nas na wiele sposobów, powiedziałam: jak myślisz, z kim teraz rozmawiasz ? No jak to z kim, z tobą… Nie, rozmawiasz ze swoją Duszą… Zaskoczyło ją to i wtedy usłyszałam nagle bardzo wyraźnie: powiedz jej, żeby popatrzyła w twoje oczy… Zawahałam się, ale to było cholernie silne, więc powiedziałam: popatrz teraz w moje oczy… Zaczęłyśmy na siebie patrzeć, długo… jej twarz zaczęła znikać, zamazywać się, przez moje oczy płynęły do niej wszystkie emocje i uczucia jej własnej Duszy. W pewnym momencie popłynęły łzy…

Wtedy ona powiedziała: może to głupie, ale mogę cię przytulić ? Nie zwracając uwagi na ludzi wokoło wstałyśmy i przytuliłyśmy się bardzo mocno… To co ona później powiedziała, zaskoczyło mnie jeszcze bardziej. Powiedziała, że zmienił mi się kolor oczu. Miałaś niebieskie oczy, a teraz widzę, że twoje oczy są zielone, to niesamowite co się działo…zmieniała ci się twarz, widziałam na niej wszystkie emocje i widziałam też straszny smutek, smutek z tego powodu, że byłam na nią zła, że jej nie rozumiałam, że buntowałam się przeciwko temu co mi zgotowała… Wiesz, zniknął także ten olbrzymi ciężar, który czułam w piersi, nie ma go, naprawdę nie ma, czuję się taka lekka…

To było dla mnie niesamowite doświadczenie, nie wiem jak potoczy się dalej jej życie, ale dostała od swojej Duszy gotową receptę na wszystko co ją trapiło. Niesamowite było dla mnie, że przekaz był tak jasny, tak klarowny, tak prosty, nic tylko działać… Teraz wszystko zależy od niej, ale czuję że bardzo wiele się zmieni. Obiecała, że mi o tym napisze…

Jestem bardzo wdzięczna za to doświadczenie. Wszechświat pokazał mi, że jestem już gotowa, zatem marzenie może się zamanifestować… Otwieram na to szeroko swoje ramiona 😀

Profiles of angry employees with papers looking at each other strictly

Profiles of angry employees with papers looking at each other strictly

Tak sobie myślę, jak to jest z tą racją ?…Jak wiele tracimy a ile zyskujemy, gdy chcemy udowodnić komuś swoją rację, gdy robimy wszystko by w dyskusji mieć ostatnie słowo ?Jaki to ma na nas wpływ ?

Miałam piękny obraz tego, dostałam dokładnie to, co wysyłałam. A wszystko zaczęło się od momentu, kiedy czytając pewną dyskusję poczułam w brzuchu emocje walki i postanowiłam w to nie wchodzić, bo dotarło do mnie że to nie ma sensu. Po prostu dorzuciłabym swoje emocje do wrzącego kotła… po co? Nic by to nie dało a zupa prawdopodobnie by wykipiała. Co bym zyskała ? Nic. Zatem, zadowolona z siebie, bardzo nawet zadowolona, wycofałam się i uznałam świadomie, że nie będę w to wchodzić bo jest mi to do niczego nie potrzebne. Ale Wszechświat na tym nie poprzestał. Ok., powiedział do siebie, ona już złapała haczyk, teraz trzeba rzucić jej jeszcze kilka takich sytuacji by ta energia się w niej zakotwiczyła.

Kolejna sytuacja – męska wymiana zdań, dosyć agresywna jak dla mnie, udowadnianie na siłę, kto ma rację, kto się myli i kto jest gdzie w swoim rozwoju. Czytam, czytam i oczom nie wierzę. Po co to wszystko, skoro każdy ma tak naprawdę swoją prawdę i ta prawda jest dla niego święta, więc broni jej do ostatniej kropli krwi. Atmosfera zrobiła się ciężka i duszna. Wtedy pomyślałam, dobra napiszę coś. I zaczęłam się wydurniać, humorem i śmiechem rozwiałyśmy ze znajomą te gęste chmury, ten dym zrobiony przez facetów. Ciekawe, że wszyscy panowie wtedy nagle zniknęli, został tylko jeden, który idealnie wyczuł co chcemy zrobić i robił to razem z nami. Te nasze wygłupy trwały chyba z godzinę i co najciekawsze, jak skończyłyśmy, panowie znowu wkroczyli do akcji, znowu wytoczyli swoje działa… Ręce mi opadły.

I wreszcie ostatnia sytuacja, która była kontynuacją tamtych. Poczułam wreszcie, żeby napisać: tak naprawdę robicie to samo, tylko każdy z Was na swoim własnym poziomie świadomości. Pozwólmy przejawić się w nas tej bezwarunkowości. Napisałam to, co poczułam że mam napisać, zrobiłam tylko jeden mały błąd…skierowałam te słowa bezpośrednio do kogoś, oceniając go tym samym i próbując mu pokazać, że to ja mam rację… No i dostałam pięknie po dupie. Usłyszałam, że go zaatakowałam i tak naprawdę problem jest we mnie. Piękna lekcja, ucząca pokory… Dziękuję Nauczycielu.

Wiem już jedno, po raz kolejny zostało mi pokazane, jak ważne jest słuchanie własnego ciała. Poczułam znowu te same emocje walki i nie słuchając tego, nie wczuwając się w siebie, napisałam komentarz. Teraz wiem jedno, czujesz nieprzyjemne ściskanie w brzuchu – usiądź, pooddychaj i jak będziesz zupełnie spokojna – wtedy działaj, ze swojej Świętej Przestrzeni. Ta lekcja pokazała mi, że walka i udowadnianie swoich racji komukolwiek nic dobrego nie wnosi do tego świata. A dlaczego ? Bo każdy jest dokładnie tam, gdzie ma być i to co robi, robi ze swojego poziomu świadomości właśnie. Nie nam to oceniać, nie nam to komentować, nie nam go pouczać. Jedyne co możemy zrobić, to pokazywać mu swoim przykładem naszą prawdę…jeśli to poczuje, być może zechce by stało się to też jego prawdą, być może wtedy wyruszy na poszukiwanie swojej własnej prawdy, która będzie w wibracji bardzo zbliżona do naszej… A jeśli nie, to też dobrze, bo gdyby wszyscy byli tacy sami jakiż nudny byłby ten świat…

baby

Chodzi mi po głowie pewien szalony pomysł. Siedzi w mojej głowie już od dłuższego czasu, ale dopiero dzisiaj dojrzałam do tego by puścić intencję w świat.

Wiadomo co poniektórym, że na Ziemi dochodzi do głosu coraz mocniej energia żeńska, budzi się Bogini, jak to się pięknie nazywa. W związku z tym kobiety wychodzą spod buta i zaczynają dostrzegać kim naprawdę są. Zaczynają rozwijać skrzydła, zaczynają odczuwać swoją moc i co najważniejsze zaczynają z niej korzystać. Powstaje mnóstwo kobiecych kręgów, siostrzanych kółek i tym podobnych rzeczy. Wszystko ładnie pięknie, tylko dotarła do mnie jedna ważna rzecz:

Po pierwsze oby kobiety nie zachłystnęły się za bardzo swoją mocą, i nie próbowały teraz odwrócić ról (bo to już kiedyś było i jak ktoś oglądał Seksmisję to wie, jak to się kończy 😉 )

A po drugie i najważniejsze… co z mężczyznami ? Mam wrażenie, że większość z nich kompletnie nie wie co się dzieje z ich kobietami, bo najzwyczajniej w świecie nikt ich o tym nie informuje, a sami nie chcą bądź nie wiedzą jak zapytać.

Do czego zmierzam.. chodzi mi po głowie praca z mężczyznami właśnie. Czuję że to jest coś, co mam robić, więc dzisiaj odważyłam się wreszcie o tym napisać. Nie wiem kompletnie jak taka praca miałaby wyglądać. Ufam, że Wszechświat podsunie mi najlepszy sposób. Nie chcę prowadzić warsztatów, nie chcę Wam mówić co macie robić, bo Wy nie lubicie tego słuchać. Chciałabym przy piwie może 😛 😀 pomóc Wam zrozumieć, co się dzieje z Waszymi żonami czy partnerkami. Chciałabym pomóc Wam zajrzeć do ich świata…bo sama jestem taką Boginią 😉

Ciekawa jestem, czy jesteście gotowi zmierzyć się ze swoim największym Demonem…. nie ze swoją kobietą, z sobą samym ?

Mam w domu 100% faceta, który jeździ terenówkami, przeklina i puszcza bąki przy stole i przy gościach 😛 Cholernie ciężkie było z nim życie przez 19 lat. Większość, mówiła mi nie raz, że powinnam żywcem pójść do nieba (kurna jakoś nie poszłam, no). Dalej mam 100% faceta, dalej puszcza bąki…ale życie z nim teraz to bajka…tylko tyle powiem.Na tej samej zasadzie wiem, że życie z nowo narodzoną Boginią też do łatwych nie należy. Pewnie chwilami on też powinien iść żywcem do nieba, ale jakoś musimy sobie tutaj radzić, by się nie pozabijać. Na nim trenuję codziennie i widzę, że to działa, dlatego jeśli ktoś z Was poczuje, że chciałby spróbować, zachęcam do kontaktu ze mną. Prywatnie, mailowo, telefonicznie, obojętnie jak.

Taką puszczam intencję 🙂 (dobrze, że nie bąka 😛 )

Aha, i oczywiście nie będę tego robić za darmo, a w naturze nie biorę 😛

jezus

Komentarze w pewnej grupie zmusiły mnie do zadania sobie pytania: czy to co czuję jest prawdziwe ? Poprosiłam Joszuę, by pokazał mi prawdę, by powiedział, czy to co do mnie przychodzi jest słuszne, czy jestem w jakiś sposób jednak manipulowana ? Chodzi i Światło i Ciemność. Czy Ciemność należy odgrodzić od siebie żelaznym murem, czy należy traktować ją jak zarazę, z która trzeba walczyć ?

Takie słowa do mnie przyszły… nie oceniam tego, niech każdy sam dla siebie poczuje…

Zło pozostanie złem jeśli nie wpuści w siebie światła. Zło zniszczy samo siebie, jeśli nie pojmie siły miłości, ale wszyscy, absolutnie wszyscy pochodzimy z tego samego Źródła, z tej samej energii i wszyscy mamy prawo i wolę zmienić swoją świadomość. Czas się zmienia, energia się zmienia. Podróżujemy przez czas i przestrzeń w poszukiwaniu samego siebie. Podróżujemy by doświadczać tego, kim jesteśmy i kim tak naprawdę chcemy być. Wybieramy w każdej chwili, w każdym momencie życia. Po to są wam dane doświadczenia, byście nauczyli się świadomie wybierać. Każdy ma równe szanse w przejawianiu tego kim chce być. Ciemność musi zatem mieć takie same szanse jak światło. Ale wybór należy tylko i wyłącznie do nich, podobnie jak do was. W każdej chwili wybieracie na nowo i w każdej chwili możecie zdecydować w jakim świecie chcecie żyć.

Nie można jednak odrzucić części siebie, nie można odrzucić swego cienia, bo bez niego nie istniejesz również ty.

Wtedy, kiedy byłem na Ziemi, energie były za mocno spolaryzowane, za duże było odpychanie, dlatego moja energia, zbyt silna energia, paliła ciemność, sprawiała że nie mieli szansy się do mnie zbliżyć, na tyle by nie zniszczyć samych siebie. Oni też potrzebowali doświadczeń, by zdecydować kim są. Teraz energie za waszą sprawą się wymieszały. Światło przeplata się z ciemnością, ciemność ze światłem. Nie ma już jednoznacznego podziału. Dlatego łatwiej jest przyjąć i pokochać obie te części w sobie. One nie muszą już walczyć ze sobą, bo zrozumiały że są tym samym. Są odbiciem lustra, są swoim cieniem, są dokładnie tym samym. Nie wszyscy to zrozumieją, nie wszyscy to pojmą, nie wszyscy będą chcieli to zobaczyć i zrozumieć, nie wszyscy to poczują, dlatego oni dalej będą szybować przez swoje własne doświadczenia, dalej będą trwali w cierpieniu, bólu i walce, ale już nie tu, nie na Ziemi…

lina

Przeciąganie liny cały czas trwa…Obserwuję to u siebie w domu niestety, a może stety…sama nie wiem. Od momentu kiedy po raz pierwszy i kompletny udało mi się wejść w moją Świętą Przestrzeń, jestem cały czas konfrontowana z rzeczywistością, cały czas balansuję na linie i cały czas ktoś mnie z tej przestrzeni próbuje wyciągnąć. Tylko, że mam wrażenie że udało mi się już przejść za ten murek, stanąć z boku i w tej chwili jestem już tylko obserwatorem gierek toczących się cały czas w matriksie. Zrozumiałam jedno: jeśli poczuję, że ktoś chce mnie sprowokować do wejścia w jego grę, jeśli poczuję w brzuchu nieprzyjemne napięcie, sygnał budzących się właśnie emocji walki… odpuszczam. Po prostu w to nie wchodzę, nie walczę, obserwuję.

Każdy dokonuje teraz wyboru sam dla siebie, każdy z nas musi odnaleźć siebie samego i musi zdecydować, którędy chce podążać. Jeśli cały czas chce tkwić w swoich programach, nawet jeśli ma nas to wiele kosztować, musimy mu na to pozwolić. Nawet jeśli tak wiele się po nim spodziewaliśmy, nawet jeśli byliśmy pewni, że zrozumiał o co w tym wszystkim chodzi…jeśli nawet on zdecyduje jednak pójść własną drogą – musimy mu na to pozwolić, bo o to w tym wszystkim chodzi… o to, by być sobą. Piszę enigmatycznie, wiem…ale wiem też, że nic już nie wiem i jedyne co mi pozostaje to spokój w obliczu tego co się dzieje…

ziemia

Znowu mi chodzi po głowie pewien tekst, jak tak sobie czytam te wszystkie komentarze na fejsbuku. Ludzie biorą się za łby i każdy chce udowodnić drugiemu, że to on wie najlepiej , czuje i widzi najwięcej i jego zawsze musi być na wierzchu… Po co to wszystko ?

Minęła data 2012, którą wszyscy tak się podniecali. Teraz czytam ciągle o jakimś tajemniczym „Wydarzeniu”, które prawdopodobnie ma zmienić nasz świat jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki… Może czegoś nie wiem, może nie rozumiem, może jestem głupia albo niedoinformowana, ale dla mnie to w ogóle nie o to chodzi…

Dla mnie to całe wzniesienie, oświecenie, czy jak go tam nazwać, to nic innego jak zmiana tylko i wyłącznie naszej świadomości. Ktoś kto karmi się papką podawaną przez media, ktoś kto wierzy i ufa ślepo schematom zakodowanym w nas od wieków, żyje po prostu oglądając świat przez ciemne okulary, żyje w dolinie, którą zasnuwa smog i dym spalin. Nie zdaje sobie sprawy, że ponad nim, ponad tym smogiem, ponad chmurami zawsze świeci słońce, wystarczy tylko unieść wyżej głowę… To nazywam wzniesieniem. Tak poukładać sobie w głowie, tak pracować nad sobą, nad swoimi słabościami by dostrzegać to piękno, które nas otacza. Chodzi o to, by tworzyć i kreować swoje życie codziennie i na nowo, każdego dnia dokonując wyborów z pełną odpowiedzialnością i świadomością tego co tworzymy.

Nasza Ziemia porusza się teraz dwutorowo, są na niej dwie rzeczywistości. Jedna jest wirtualna, stworzona teoretycznie przez Ciemnych a zasilana tylko i wyłącznie przez ludzi, którzy nie rozumieją kim są, zasilana przez nasze tendencje do zła, do myślenia tylko o sobie, bez liczenia się z tymi, którzy są wokół nas.

Druga rzeczywistość, to Ziemia zmierzająca swoim rytmem wprost do Raju, do tego miejsca gdzie zostawimy już ból, cierpienie, smutek i wybierzemy życie pełne radości, lekkości i szacunku dla wszystkich Istot.

Teraz istniejemy w obu tych rzeczywistościach jednocześnie, przeskakujemy między jedną i drugą a zależy to tylko i wyłącznie od naszych emocji i stanu umysłu. Tylko my tym sterujemy, tylko my decydujemy, w której rzeczywistości właśnie funkcjonujemy.

Warto więc może w końcu zdecydować się na to, co wybieramy bo mam wrażenie, że ten stan nie będzie trwał wiecznie…

przekaz

Wiem, że to co teraz napiszę jest ważne, cholernie ważne. Napiszę to od siebie, z samego centrum swojej Istoty, z całą mocą jaką tylko posiadam.

Koniec walki, koniec ściemniania, jest wyjście z tej matni w jaką się sami wpakowaliśmy. Przestańcie wierzyć, że przylecą Anioły i Was uratują, przestańcie opluwać Ciemnych, że niszczą Wasze życie, to nie tak, to wszystko nie tak !

Jesteśmy małą planetą, z której jedni i drudzy zrobili sobie poligon. Jesteśmy królikami doświadczalnymi na których Jaśni i Ciemni przeprowadzają doświadczenia od milionów lat. Tylko, że coś się właśnie zmieniło. Króliki wymknęły się spod kontroli i postanowiły stworzyć swój własny, wolny świat. Mamy takie powiedzenie: jeśli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze. Tam, na górze, czy na dole chodzi o to samo: o energię. Wszyscy o nią walczą. Zasilacie energią Istoty Świetliste jak się do nich modlicie, jak medytujecie wysyłając miłość. Ktoś z tej energii, pięknej skądinąd, korzysta. Zasilacie energią Ciemnych, wtedy gdy cierpicie, kiedy się złościcie, kiedy zazdrościcie , jesteście łatwym łupem. Jedni i drudzy nie wiedzą, że Źródło jest w nich samych, że sami dla siebie mogą produkować swoją własną energię. Człowiek, ten królik doświadczalny właśnie tego dokonał. Nam się udało, rozumiecie to ? Dlatego toczy się tu taka walka. Dlatego oczy całego Wszechświata skierowane są na nas. I jedni i drudzy nie mają pojęcia co z tego wyniknie ? Tak zwana Nowa Energia, jest tym czego oni nie znają, a co my, jako ludzie stworzyliśmy mimo eksperymentów jakie na nas przeprowadzano. Człowiek jest nieskończenie potężną Istotą, bo mimo koszmarnych warunków panujących na tej planecie stworzył coś, co zadziwiło jego dotychczasowych „dobroczyńców” i „prześladowców”. Czy rozumiecie już, że nie ma pojęcia dobra i zła ? Czy rozumiecie, że jedno i drugie jest dokładnie tym samym ? Jedyna rzecz, którą możemy zrobić w tej chwili, jeśli chcemy zacząć tworzyć swoje życie w pełnej odpowiedzialności, z pełnym szacunkiem dla siebie i każdej innej Istoty, to wejść w swój środek, w swoje centrum i z tego miejsca przyjąć do siebie, przytulić i zaakceptować, pokochać obie strony tego samego medalu – Ciemną i Jasną. Wiadomo, że to Światło bardzo łatwo pokochamy, przytulimy, ale co z Ciemnością ? Oni są tam gdzieś, odgrywając dla nas tą straszną rolę surowego, okrutnego Nauczyciela. Są tam, z boku i czekają kiedy to wreszcie pojmiemy ? Kiedy zwolnimy ich z tego przykrego obowiązku, kiedy UZNAMY ich wielką służbę dla nas… Oni na to czekają i będą nam wdzięczni jeśli w końcu to uczynimy. Jeśli przestaniemy z nimi walczyć, a wyciągniemy do nich rękę i ze łzami w oczach podziękujemy im za tą cholernie trudną pracę jaką dla nas wykonali. Oni po drodze też się pogubili, nie wiedzą jak z tego wyjść. My możemy im pokazać, że wszyscy możemy istnieć na tej planecie w harmonii i zgodzie.

Jedyne co musimy zrobić to wejść do SWOJEGO CENTRUM i tam już pozostać.

pies

Tak sobie myślę, że jesteśmy dla siebie jednak niesamowitymi lustrami – ja i mój mąż. Tak długo dopóki we mnie była złość, tak długo on mi to pokazywał. Tak długo dopóki w nim było ocenianie i krytykowanie, tak długo ja mu pokazywałam jak bardzo nie kocha siebie. Dużo czasu nam to zajęło – 19 lat, ta wspólna praca, to umęczanie się, to przygryzanie sobie, te małe złośliwości, które tak bardzo uprzykrzają życie… Długo to trwało, ale w końcu udało się.

We wtorek, tydzień temu mieliśmy bardzo trudny, najtrudniejszy chyba moment. Była rozmowa przy ognisku, która mogła zniszczyć wszystko, a przede wszystkim mogła zniszczyć naszą rodzinę. I wtedy zrozumiałam po co były te wszystkie lata… wtedy wreszcie, w tym kluczowym momencie zrozumiałam, co to znaczy być w swojej przestrzeni, w tej Świętej Przestrzeni, jak ja to nazywam. Trudne słowa płynęły do mnie nie raniąc mnie kompletnie. Czułam się jakbym była na innej planecie, cicha i spokojna. Gdybym wyszła wtedy z tej ciszy, byłaby tragedia. Pozostając w niej uratowałam to, co dla mnie najcenniejsze – rodzinę. Oboje uratowaliśmy, bo Janek tak bardzo do tego dążył i tak bardzo tego pragnął, że był w stanie wznieść się ponad swoje urażone, zranione ego.

Oboje wyszliśmy wtedy poza swoje ludzkie ograniczenia. Mnie udało się pokonać swoją złość, coś co od dawna niszczyło mnie od środka i sprawiało, że tak często czułam się przegrana, czułam że znowu zrobiłam coś źle, że znowu dałam się sprowokować i nie udało mi się zachować spokoju. I tak jak w moim śnie, kiedy chciałam zatrzymać pędzące tornado, ochronić przed nim dzieci a Zdzichu krzyknął do mnie: puść, zostaw to ! Tak ja wtedy, przy ognisku, po prostu pozwoliłam by ta burza przewaliła się przeze mnie, nie zatrzymywałam jej, nie broniłam się, po prostu zachowałam spokój. Ale nie taki przez zaciśnięte zęby, taki wymuszony… to był prawdziwy spokój. I to zadziałało bezbłędnie. Podobnie mam pokazywane w snach, tylko spokój i pewność, że jestem bezpieczna, daje mi to prawdziwe bezpieczeństwo.

Mieliśmy wczoraj ciekawą sytuację. Wracaliśmy do domu, wszyscy, cała rodzinka my i dwie nasze córcie. Wjechaliśmy w straszną burzę, deszcz lał tak, że wycieraczki nie nadążały zbierać wody. Janek jechał szybko, jak to on. W pewnym momencie samochody przed nami zaczęły gwałtownie hamować. Nie było gdzie zjechać, samochód zaczął tańczyć na szosie… W pierwszym momencie poczułam strach, takie spięcie, ale chyba tylko po to by w kolejnej sekundzie poczuć całkowity spokój i pewność że nic nam nie grozi… Janek spokojnie wyhamował… Może to przypadek, może i tak by się zatrzymał… ale ja czułam, że ten spokój bardzo nam pomógł.

fala

Dziwne sny mam ostatnio. W jednym z nich zobaczyłam dziwną, czarną chmurę. Pokazałam Jankowi i poleciałam po aparat zrobić zdjęcie. Na zbliżeniu zobaczyłam, że to nie jest zwykła chmura, coś przerażającego się w niej kłębiło. W końcu uderzyła na ziemię z całą swoją ciemną siłą. Ludzie uciekali przerażeni, ja stałam i obserwowałam to tylko…

Kolejny sen jestem gdzieś na morzu, płyniemy z Jankiem. Nagle zaczynają nas zalewać, atakować wręcz, jakieś czarne fale. Mówię do męża, uważaj na te fale, nie podtapiaj mnie, musimy wracać do brzegu. Jak wszystko się uspokoiło weszliśmy znowu, ale ja jakoś za szybko odpłynęłam, zorientowałam się, że go nie ma i musiałam wracać. Nie wiem tylko czemu wracałam na plecach, tyłem, nic nie widząc przed sobą.

Kolejny sen, znowu woda, ale tym razem jakaś zarośnięta, gęsta jak zupa. Musiałam w tym płynąć, znowu byłam sama. Tak ciężko się płynie w takiej gęstej wodzie…

pani

Obiecałam sobie, że tego na pewno nie opiszę, bo to za bardzo osobiste, za bardzo bolesne… Ale wiem już, że niewiele mam do powiedzenia. Moja Dusza czuje inaczej. Naciska mnie, żebym to jednak w jakiś sposób wypowiedziała, bo to ważne nie tylko dla mnie… Ulegam więc pod naporem, pogodziłam się już z tym jakiś czas temu…

Nie wiem od czego zacząć… Pisałam o tym już jakiś czas temu, pisałam o moim marzeniu by poczuć z mężczyzną połączenie na poziomie Ciała i Duszy. By poczuć energię, która zaczyna się w moim brzuchu, porusza ku górze, biegnie przez serce, gardło, by w końcu wybuchnąć w mojej głowie… Czytałam o tym, ale nigdy nie udało mi się tego doświadczyć. Do tej pory energia zatrzymywała się w okolicy splotu słonecznego. Czułam gdzieś w głębi Duszy, że przyczyna tkwi we mnie, w środku, ale ponieważ nic nie mogłam z tym zrobić, szukałam mężczyzny, który pomógłby mi to poczuć. Wydawało mi się, że z moim mężem nie jestem w stanie tego zrobić, bo on nie czuje energii. Ale on czuje więcej niż mi się wydaje…

Wreszcie stało się coś, co zmieniło wszystko. Rozmawiałam o tym z moim Przyjacielem Zdzisiem: co sprawia, że ta energia się zatrzymuje ? Czemu nie może się przebić ? Wtedy u niego, czułam jakby coś od środka waliło mnie w splot słoneczny pięścią… czułam że tam jest jakaś ściana nie do ruszenia, co to jest ? Powiedzieć ci co to jest ? – spytał Zdzichu. No pewnie, mów !

Nie zaakceptowałaś do końca tej dziwki w sobie… Jak to ? Przecież tyle już z tym pracowałam, zaakceptowałam to…Nie, nie do końca.

Zaczęło mi z lekka brakować powietrza, więc wiedziałam że ma rację. Dobrze już, wiem co mam zrobić w takim razie. Dawno chciałam to zrobić, ale rzeczywiście nie miałam jeszcze odwagi. Wstawiłam piosenkę: „Jestem dziwką, jestem kochanką, jestem dzieckiem, jestem matką, jestem grzesznicą, jestem świętą i nie wstydzę się tego… – pisząc, że kocham tę piosenkę bo jest o mnie.

Potem rozmawialiśmy z mężem o tym, mówiłam o moich fantazjach, o których nigdy nie miałam odwagi mu powiedzieć. Bardzo mi pomagał bo widziałam w jego oczach, w głosie, w zachowaniu zachwyt i totalną akceptację…

Byłam więc gotowa by uwolnić do końca coś, o czym nie miałam pojęcia. Wieczorem kochaliśmy się… trochę inaczej niż zwykle, mocno, bardzo mocno…

Gdy skończyliśmy odepchnęłam go prawie i zaczęłam kasłać, strasznie kasłać, miałam wrażenie, że zaraz zwymiotuję. Nie widziałam na szczęście obrazów, ale przyszły do mnie wszystkie emocje z czasów kiedy byłam gwałcona. Nie w tym życiu, gdzieś, kiedyś…Pojawiła się straszliwa bezsilność, wstyd, rozpacz. Płakałam, szlochałam, nie mogłam sobie poradzić z tym bólem, który się pojawił, to było za dużo… Nie mogłam się uspokoić. Janek nie wiedział co się dzieje, ale . głaskał mnie delikatnie. Przez dłuższy czas nie mogłam nawet na niego spojrzeć. Odegrał dla mnie rolę tych wszystkich mężczyzn, którzy na przestrzeni wieków coś takiego robili mnie i wszystkim innym kobietom. Wiedziałam o tym, ale mimo tego nie mogłam zmusić się by na niego popatrzeć. Musiałam się uspokoić, wyciszyć. Wtedy dopiero mogłam powiedzieć cicho: wybaczam sobie, wybaczam tobie i wszystkim mężczyznom, którzy brali w tym udział. Jestem już wolna od tej energii…

Każda z kobiet ma w sobie, w swoim ciele tą pamięć, zakopaną głęboko, głęboko. Ona sprawia, że nie jesteśmy w stanie doświadczać tego, czego chcemy. Ona sprawia, że idziemy przez życie ze spętanymi nogami, z zawiązanymi oczami, do połowy znieczulone. Nie wiem tak naprawdę jak do tego dotrzeć. U mnie zadziałało to, że przyjęłam tą prawdę najpierw w swoim umyśle. Wtedy chyba ciało uznało: okay, ona jest już gotowa, możemy już pozbyć się tego balastu, który nosimy od wieków, możemy już pozwolić jej skruszyć ten mur… I mur runął… Ciało cały czas się jeszcze oczyszcza, ale wiem że na to potrzeba czasu i daję sobie ten czas.

spi

Poczułam, że najwyższy czas powrócić do Świątyń. Kolejny mój przystanek to Sakkara, Świątynia symboli. Medytacja miała się odbyć w piramidzie Tetiego, gdzie znajdują się Teksty Piramid. Płynęłam łodzią z Izydą i Thotem. Gdy dopłynęliśmy do piramidy pokazali mi, żebym weszła do środka. Spytałam jeszcze czy dobrze robię ? Czy to nie jest za szybko ?

Idź swoim tempem, wszystko jest tak, jak ma być, reszta się dopasuje. Poszłam więc nie odwracając się już za siebie. W piramidzie na suficie było pełno symboli pięcioramiennej gwiazdy. W medytacji prowadzonej miałam najpierw rozjaśnić swoją szyszynkę, rozszerzać jej światło tak, by połączyć się z gwiazdami na suficie. Ale jak to zwykle u mnie bywa, wszystko potoczyło się kompletnie inaczej. Te gwiazdy z sufitu wszystkie naraz zaświeciły i swoje promienie skierowały na mnie. To sprawiło, że całe moje ciało, nie tylko szyszynka zaświeciło jak gwiazda. Gdy tak sobie stałam i świeciłam hehehehhe 😀 żeby się nie rozpęknąć jak balonik, skupiłam się na symbolach namalowanych na ścianach. Było ich oczywiście mnóstwo, nic mi nie mówiących, ale pomyślałam sobie, że chcę teraz wejść w symbol, który w tym momencie życia jest dla mnie najważniejszy, ma największe znaczenie. I czekałam co się „zaświeci”. Co ciekawe pokazało się coś, czego nie było na fotografii w książce, mam go natomiast na kubku, który przywiozłam sobie z Egiptu 🙂 Pojawiła mi się spirala…

Pozwoliłam sobie być z tym symbolem do końca dnia, pozwoliłam by jego mądrość spływała powoli do mojego wnętrza. Tak poczułam jego sens, jego głębię:

Pojawiając się na Ziemi, czy gdziekolwiek indziej, jesteśmy ziarenkiem świadomości. Nie mamy żadnych doświadczeń, nie wiemy nic, nic nie znamy, jesteśmy zagęszczeni na maxa. Trzeba więc zacząć się ruszać, trzeba coś zrobić by nie tkwić w miejscu. Zaczynamy więc wirować, wprowadzamy energię, ruch. Wtedy pojawiają się pierwsze doświadczenia. Początkowo ich zrozumienie jest zerowe. Popełniamy mnóstwo błędów, cierpimy i uczymy się: nie to nie tak, następnym razem trzeba to zrobić inaczej… Jesteśmy jak dziecko, które uczy się chodzić. Początki są trudne i bolesne, ale dziecko się nie poddaje. Nie mówi przecież: to bez sensu, znowu się przewróciłem, nigdy nie nauczę się chodzić ! Nie, dziecko wstaje i zaczyna od nowa. Tak samo jest z nami, z naszą świadomością. Niezależnie czy bierzemy pod uwagę reinkarnację, czy tylko jedno życie kręcimy się w kółko przyciągając do siebie określone doświadczenia. I przyciągamy je tak długo, dopóki nie dojdziemy do mistrzostwa w tym konkretnym temacie. Zataczając kręgi, rozszerzamy cały czas swoją świadomość. Przerabiamy być może te same schematy, ale nasze zrozumienie za każdym razem jest coraz głębsze, odkrywają się przed nami coraz to nowe pokłady prawdy. I tak to trwa całe życie, przez setki wcieleń, przez tysiące lat…Cały czas poszerzamy swoją świadomość… aż pewnego razu zmieniamy kierunek. Uświadamiamy sobie, że może trzeba przestać szukać na zewnątrz, może trzeba zrobić „w tył zwrot” i zacząć czerpać z tej wiedzy, którą nagromadziliśmy przez te wszystkie lata ? Wtedy właśnie zaczynamy wędrówkę do środka, do wewnątrz spirali, poprzez wszystkie lata, wszystkie wcielenia, tysiące doświadczeń… I uświadamiamy sobie, że mamy w sobie wszystko, wszystkie pytania i wszystkie odpowiedzi. Powracamy do swojego rdzenia, do swojej Istoty, do samego początku… ale co najważniejsze już teraz – pamiętamy, że jesteśmy i w środku tej pajęczyny, którą żeśmy usnuli i na najdalszych jej końcach. Jesteśmy w obu tych „miejscach” jednocześnie….

I tu pojawia się coś, co jeszcze mi umyka. Jak to połączyć ? Pajęczyna o której pisałam wcześniej stwarzała dystans między pająkiem a najdalej sięgającymi nićmi. Egipcjanie nie malowali wirów, spirala jest spłaszczona. Tak jakby pokazywali nam, że ta „przestrzeń” między początkiem i końcem nie istnieje. Przestrzeń między człowiekiem a Bogiem to iluzja. Wszystko dzieje się równocześnie, na tej samej płaszczyźnie. Mamy to zrozumieć i urzeczywistnić…

Tylko jak to zrobić ? Czuję, że kluczem jest znowu ŚWIADOMOŚĆ.

równowaga

Mam już ten tekst w głowie, więc musi wypłynąć bo uleci… 😀 Temat, który jest teraz „w przestrzeni” tak czuję – RÓWNOWAGA.

Wszystko ma dwa bieguny, wiemy o tym i jesteśmy do tego przyzwyczajeni: światło i ciemność, dobro i zło, kobieta i mężczyzna, żeby wymienić te najważniejsze. Powiedziałam kiedyś mężowi: bo wiesz, w każdym z nas jest zarówno kobieta jak i mężczyzna. W tobie też jest kobieta, musisz ją zaakceptować.

Jak to? Popatrzył na mnie wielkimi oczami, o co ci chodzi kobieto? Co to znaczy? Mają mi teraz cycki wyrosnąć? Mam zacząć być miękki jak baba ?

A no właśnie… mało kto rozumie tak naprawdę o co w tym wszystkim chodzi. W jaki sposób będąc kobietą mam pozwolić ujawnić się swojemu mężczyźnie? I na odwrót. A okazuje się, że to wcale nie jest takie trudne. Chodzi o to, by pozwolić zagościć się obu tym energiom w swoim ciele. By nie wypierać żadnej z nich. Często jest tak, że będąc kobietą przejawiamy cechy typowo męskie. Czyli jesteśmy dominujące, pełne działania, energii, ekspresji, szybko podejmujemy decyzje i śmiało kroczymy do przodu. To typowo męska energia, bardzo potrzebna. Jeśli brakuje tego kobiecie, może mieć mnóstwo pomysłów na życie, ale nic nie potrafi zrealizować. Pozostaje to tylko w sferze wyobrażeń. Nie ma energii, która pchnie ją do działania. Dlatego, trzeba ją w sobie obudzić, trzeba pielęgnować. Trzeba zaakceptować tego wewnętrznego mężczyznę, wtedy prawdopodobnie przestaniemy mieć problemy z tymi na zewnątrz.

A co się tyczy Panów ? Jak myślicie, dlaczego kobiety często mają przyjaciół gejów ? Dlaczego tak dobrze czują się w ich towarzystwie ? Bo oni mają w sobie bardzo dużo kobiecej energii, co sprawia, że rozumieją czego potrzebują kobiety. Kiedy mam jakiś problem emocjonalny, jestem smutna, rozdrażniona, chce mi się płakać, próbuję o tym powiedzieć mężowi, to na litość boską nie potrzebuję tekstów: weź się w garść, zrób tak i tak, komu mam przywalić w mordę ? Potrzebuję być przede wszystkim wysłuchana, może też pokiwać głową ze zrozumieniem i pomruczeć: tak, wiem co czujesz, rozumiem cię… Zapewniam Was, że to często w zupełności wystarczy. A nie jest to takie trudne. Wystarczy trochę chęci i zaangażowania. Trochę cierpliwości, troski i dużo uwagi. Kobiety mają często swój świat, starajcie się chociaż trochę go zrozumieć, chociaż trochę poznać, wykazać zainteresowanie… To dla nas znak, że jesteśmy dla Was ważne, że kochacie nie tylko nasze ciała ale i dusze.

To sama działa oczywiście w drugą stronę. Pasją mojego męża są off road’y i samochody terenowe. Nie przepadam za jazdą, w czasie której obijam się głową o sufit, nie kręci mnie to aż tak bardzo (no chyba że sama mogę usiąść za kierownicą, włączając w tym momencie swoją męską energię 😛 ), ale mimo tego kibicuję mu, słucham opowieści, oglądam tysiące zdjęć, wspieram go całym sercem w jego pasji.

Z tą równowagą to jest tak: kiedy trzeba zadziałać z męską energią, niezależnie kobieta, czy mężczyzna, wtedy trzeba ją z siebie wykrzesać. Kiedy jest potrzebna kobieca energia – pozwólmy jej również dojść do głosu.

Dam prosty przykład: siedzieliśmy sobie z Przyjaciółmi popijając Kadarkę. W pewnym momencie zobaczyłam, że mam już pusty kieliszek. Odruchowo chciałam sięgnąć i sobie nalać, ale poczułam nagle, że nie, mam ochotę poczuć się jak kobietka. Poprosiłam więc jednego z Panów, żeby mi nalał. Pokazałam kobiecą energię i poczułam się jak kobieta. A za jakiś czas (co ciekawe siedziałam po drugiej stronie stołu) zobaczyłam, że tym razem Panowie mają puste kieliszki. Niewiele myśląc nalałam im obu. Wtedy uderzyło mnie, że to jest takie proste ! Dobrze czułam się i w jednej i w drugiej sytuacji, dlaczego więc nie korzystać z tego na co dzień ?

Są sytuacje, w których mężczyźni powinni na chwilę pokazać swoją kobietę. Tak samo są sytuacje, w których kobiety muszą zadziałać po męsku. Najważniejsza jest w tym wszystkim RÓWNOWAGA. Znaleźć ten słynny złoty środek 🙂

zwolnij

W nocy po napisaniu ostatniego szokującego dla większości odcinka, miałam sen. Śniło mi się, że jadę po swojej ulicy na rowerze. W połowie drogi zorientowałam się, że jadę na jakimś dziecinnym rowerku, z takimi małymi kółkami. I myślę sobie, kurna, czy ja zwariowałam ? Dlaczego wzięłam taki mały rowerek ? Przecież mam swój rower, taki fajny, szybki, czy mnie pogięło ? Ale nic, jadę dalej, dojechałam do końca drogi, patrzę a tam stoją dwie kobiety. Ja je znam, ale one udają że mnie nie znają. Pokazują mi: zobacz, jaka straszna burza idzie. Popatrzyłam za siebie, no rzeczywiście. W takim razie wrócę do domu. Zaczęłam jechać z powrotem i nagle zaczął padać deszcz. To nie była jakaś straszna burza z piorunami. To był taki ciepły, orzeźwiający deszczyk. Wystawiłam twarz i pozwoliłam, żeby spływał po mnie. Czułam się tak cudownie, byłam szczęśliwa, że mnie tak fajnie obmył, oczyścił…Weszłam do swojego ogrodu i zobaczyłam, że wszędzie jest pełno kwiatów. Zastanawiałam się skąd się wzięły te wszystkie kwiaty ? Przecież ja mam głównie krzaki, skąd te kwiaty wszędzie ?

Analizowałam sobie później ten sen… jest dosyć klarowny. Intrygował mnie tylko ten śmieszny rowerek. Puk, puk, puk, dobiło się do mojej pustej głowy…zwolnij trochę, za szybko chcesz jechać. W poprzednim śnie też przecież dotarło do mnie: to ta energia, ona była za silna, to jeszcze za wcześnie !!

I tu mam niezły orzech do zgryzienia. Z jednej strony, czuję że ze mną jest tak, jak trafnie zauważyła Ania Burakowska: ludziom się wydaje, że przechodzą transformację jak stoją nad rzeką i zanurzają w niej stopę… a to nie tak, do tej rzeki trzeba wskoczyć, wtedy można mówić o prawdziwej transformacji… Ja już płynę tą rzeką od jakiegoś czasu, jak mam się nagle zatrzymać ? Czuję, że robię to, na co jestem gotowa, dlatego to się dzieje. Dlaczego w takim razie sny mówią mi żebym zwolniła ? Kto mi to mówi ?

Fajnie, bo pisząc ten tekst w tył głowy wpadła mi myśl:

Nie musisz wychodzić z rzeki… po prostu spraw, żeby przez jakiś odcinek drogi, rzeka stała się spokojniejsza, żeby płynęła leniwie, delektuj się tym, podziwiaj widoki, chłoń to co się dzieje, daj odsapnąć sobie i innym…. Jak powiedział Sławcio: Ania popisz sobie trochę o tych pajęczynkach, o kwiatkach, zwolnij kobieto…

No dobra, zwalniam, jadę z rodzinką na urlop. Dam Wam trochę odsapnąć. Mam nadzieję, że się za mną stęsknicie trochę 😛 😀

Cholera, a taki piękny tekst kolejny już mi się ukleja…. Hihihihhihi 😀

P1180975

Energia, którą poczułam u Przyjaciół, ta mocna, rozsadzająca od środka, transformująca…nie odpuszcza, działa dalej. Malowałam wczoraj obraz Anioł Odwagi Bycia Sobą…malowałam go po tym, jak rano po raz kolejny rozmawiałam z mężem o trudnych tematach wolności, zdrady, prawdziwej miłości bezwarunkowej i akceptacji tej drugiej osoby. Uświadomiłam sobie, że takie rozmowy prowadzimy z przerwami mniej więcej od 2-3 lat. Za każdym razem wskakują one na coraz wyższy poziom zrozumienia i odczuwania tych trudnych spraw. Wczoraj, po raz kolejny próbowałam opisać mężowi jak ja to czuję, czym to jest dla mnie. Podałam mu taki przykład: zobacz, gdybyś przyszedł do mnie i powiedział: wiesz, kurcze poznałem super dziewczynę, była piękna, poszedłem z nią, byłem taki szczęśliwy…nie ważne ile to trwało godzinę, czy noc..byłem taki szczęśliwy…Jeśli go kocham, naprawdę kocham, dlaczego miałoby mnie to zranić ? Dlaczego miałabym być zła ? Dlaczego ? Czemu miłość łączymy z prawem własności ? Czemu uważamy, że jeśli kogoś kochamy on należy tylko i wyłącznie do nas ? Przecież im bardziej go trzymamy, tym mocniej on się wyrywa… Największa wartość dla mnie jest wtedy, gdy mimo wolności, którą mam cały czas jestem z tą osobą… jestem bo wiem i czuję, że chcę z nią być. Jestem bo wiem, że przy niej jest moje miejsce. Jestem bo kocham ją całym sercem. Jestem dlatego, że ona akceptuje w pełni to kim jestem, nawet moje potknięcia, błędy, czy szaleństwa…

Tak więc po tak obrazowym opisaniu czym jest dla mnie tzw. „zdrada”, mąż zadał mi pytanie, które musiało paść: tak barwnie to opisałaś, z takim żarem i pasją… czy ty przeżyłaś już takie „szczęście” ? Nie zadawaj mi takich pytań – odpowiedziałam przerażona z lekka. I tak się zadziało, że musieliśmy na tym zakończyć. Mąż z tą świadomością, z tym strasznym przypuszczeniem musiał iść do pracy i być z tym cały dzień.

Ja zaczęłam malować a w głowie mimo obaw i lęków miałam myśl: on sobie z tym poradzi, nic się nie dzieje bez powodu, jeśli tak się zadziało, to znaczy że jest już gotowy… Wiedziałam oczywiście jak bardzo to przeżywał. Przyszedł do domu, a ja wiedziałam że lawina już ruszyła i nie można jej zatrzymać. Zaczęłam drążyć temat pytając go jak się z tym czuje i co tam sobie wymyślił ? Myślałam, że może uda się to jeszcze jakoś odkręcić.. Ale nie udało się, z bijącym sercem zdecydowałam się powiedzieć w końcu prawdę.

Tak, spałam z innym mężczyzną….

Czas zatrzymał się w miejscu… To co czuł od dawna dotarło do świadomości… Nie wiem co się działo w nim, w środku. Mogę opisać tylko co czułam od niego. Wielka gula ścisnęła mu gardło, oddech się prawie zatrzymał…Z jednej strony niedowierzanie a z drugiej chyba ulga, że wreszcie potwierdziłam to co i tak czuł… Masz pięć minut żeby zacząć mówić, inaczej wyjdę i zniszczysz wszystko – powiedział. Zaczęłam więc mówić… Potem powiedział coś, czego się kompletnie nie spodziewałam… No i czego tak siedzisz głupku ? Chodź i przytul mnie…

Nie mogłam w to uwierzyć, nie mogłam uwierzyć w to, że tak szybko sobie z tym poradził, że mnie nie odrzuca, że mnie nie znienawidził, że chce żebym mimo wszystko była przy nim, była blisko… Powiedział coś, co jeszcze bardziej mnie zaskoczyło…teraz będę jeszcze mocniej pokazywał ci jak mi na tobie zależy, po to żebyś nie musiała szukać tego gdzie indziej….Jeśli mam do wyboru: mieć ciebie, szczęśliwą u boku czy podpalić cały świat… to wybieram to pierwsze. Jestem szczęśliwy, że mam taką żoneczkę, z takim żarem, z takim seksapilem i nie zamieniłbym cię na żadną inną…

I kto tu dla kogo jest Mistrzem ?

pajęczyna

Zobaczyłam w swoim ogrodzie coś, co mnie zaskoczyło. Mianowicie pajęczynę…ale nie taką zwykłą, dwuwymiarową, płaską. Miała kształt leja, była wielowymiarowa. Nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi, że są takie pajęczyny. Zaintrygowała mnie z jednego ważnego powodu. Pomyślałam sobie, że ona odzwierciedla nasz świat, te wymiary, o których wszyscy piszą. Nie zgadzało mi się tylko jedno…Centrum, środek był najbardziej zagęszczony. Pomyślałam sobie, że to dziwne, bo przecież początkiem wszystkiego jest energia, a idąc poprzez wymiary ona zagęszcza się, coraz bardziej zagęszcza i na końcu tej nitki jesteśmy my, świat materialny, Ziemia, ludzie…I nagle w nocy mnie oświeciło – no tak ! Przecież nastąpiło odwrócenie. Naszym centrum nie jest ten Bóg, gdzieś daleko, daleko od nas, hen, nieosiągalny, niewidoczny… My sami dla siebie jesteśmy środkiem, Źródłem. Od nas biegną w światy, galaktyki, wszechświaty nici naszej świadomości. Rozciągamy je tak daleko jak zapragniemy. Ale niezależnie od tego jak olbrzymia, czy jak mała będzie nasza sieć my i tak pozostajemy w jej centrum, w Źródle. Przyroda pięknie nam to pokazuje, zwraca naszą uwagę byśmy to wreszcie pojęli…

C2N1XD Wake Vortex Study, aircraft Wake Vortex Study

Świątynie nie puszczają mnie dalej…znowu coś się wydarzyło. Spotkałam się z Przyjaciółmi, siedzieliśmy, rozmawialiśmy o wszystkim, sprawach „duchowych”, ważniejszych i mniej ważnych, o wszystkim, jak to z Przyjaciółmi. Siedziałam obok energetycznego giganta… i nagle poczułam, że coś mnie zaczyna świdrować. Nie wierzę, pomyślałam – co się dzieje ? Przecież nie gadamy o seksie, nawet o tym nie myślałam, a tu nagle budzi się moja energia. Zamknęłam oczy i myślę sobie: spokojnie, spokojnie, zaraz się uspokoi, ale nie – idzie do góry i nie zamierza się zatrzymać i jest coraz mocniej, zaczyna mną telepać. Obok siedzi trzech facetów, a mnie telepie…Zamknęłam oczy i myślę, dobra uspokój się, zaraz przejdzie – nic, jest coraz gorzej. Kiedy drgawki się nasiliły jeszcze bardziej, mówię do siebie: no nie, muszę stąd wyjść, przecież nie będę przeżywać orgazmu przy takim audytorium, a ku temu to zmierzało nie wiedzieć czemu…Wyszłam więc potykając się o własne nogi. Położyłam się, zaczęłam oddychać głęboko i wydawało mi się, że udało mi się uspokoić. Wróciłam do kuchni, tam gdzie siedzieliśmy…nikogo nie było, za to sprawca zamieszania, wsiadł na rower i pojechał po papierosy. Czułam, że to jeszcze nie koniec. Energia znowu zaczęła się podnosić rozsadzając mnie od środka. Nigdy w życiu nie czułam czegoś takiego, to była taka potęga, to było tak silne, że nie mogłam ustać na nogach.. Jedyne czego pragnęłam to przytulić się do niego i pozwolić temu płynąć…Błagałam w myślach, żeby mnie objął…zrobił to w końcu, ale świadomie wyciszył cały proces…energia doszła tylko do serca i od tego miejsca zaczęła się wygaszać…

Wyzwoliło się we mnie coś ogromnego, potężnego… wiedziałam, że mój mąż w jakiś sposób to odczuje, nie wiedziałam tylko jeszcze jak…

Wróciłam do domu, rozmawialiśmy, bo oboje byliśmy wcześniej na swoich wyjazdach. Pytałam go o wszystko, słuchałam, starałam się w jakiś sposób poprawić jego nastrój, okazywałam mu swoje zainteresowanie, dawałam energię i uwagę. Trwało to około godziny. Potem poszliśmy spać. Wtedy spokojnie, bez nerwów, bez żalu powiedziałam mu tylko, że przykro mi jest, że on zapomniał o moich imieninach i ani słowem nie zapytał jak ja się czuję, co robiłam i jak mi było… To był zapalnik, który zapoczątkował lawinę żalu i pretensji do mnie… Nie wiedziałam co robić, jak z nim rozmawiać, spokojne tłumaczenie nic nie dawało. W końcu poddałam się i poszłam spać do innego pokoju. Wtedy przyśnił mi się bardzo mocny sen:

Byłam w swoim domu, moją uwagę zwrócił jakiś hałas, wyjrzałam przez okno i zobaczyłam samolot pasażerski, który odlatywał, obserwowałam go i nagle zobaczyłam, że on zawraca i na bardzo małej wysokości leci prosto na mój dom. Wydobywał się z niego czarny dym. Wiedziałam, że zaraz w nas uderzy. Pobiegłam do drugiego pokoju i zgarnęłam moje dzieci. Nie było czasu uciekać, więc stanęłam, zamknęłam oczy i powiedziałam do siebie w myślach: jesteśmy całkowicie bezpieczne, nic nam nie grozi… Czekałam, nic się nie stało. Zdziwiona zostawiłam dzieci i poszłam wyjrzeć przez okno z drugiej strony domu. W moim ogrodzie leżał roztrzaskany samolot. Zbiegałam po schodach myśląc z przerażeniem, to ta energia, ona była za silna, to jeszcze za wcześnie !! Za drzwiami stała moja mama z jakimś mężczyzną. Usłyszałam tylko jak mówi: zamknęła się, no… I obudziłam się.

Poczułam jak moje serce pracuje mocno, spytałam się go: co mam robić ? Mam iść do męża ? Usłyszałam odpowiedź: nie, nie idź, on chce tego doświadczyć, pozwól mu poczuć konsekwencje swoich czynów. Robi wszystko, żeby cię odrzucić bo chce doświadczyć odrzucenia. Pozwól mu na to…Nie zrobiłam więc nic, zostałam w tym drugim pokoju. Rano przyszedł do mnie i znowu zaczęliśmy rozmawiać. Zarzucał mi, że nie pozwalam mu być sobą, powiedział, że chce się wyprowadzić, bo nie może znieść myśli, że ciągle robi coś źle. Próbowałam mu tłumaczyć, że to nie ode mnie zależy… każdy z nas podejmuje decyzję o tym, czy ma w sobie wewnętrzną odwagę na bycie sobą czy nie. Każdy z nas SAM musi się zmierzyć ze swoimi lękami i obawami przed tym jak naprawdę odbiorą nas ludzie, jeśli pozwolimy sobie BYĆ SOBĄ. Ja to zrobiłam, znalazłam swój własny sposób, więc tłumaczyłam mu: ty musisz znaleźć swój sposób. Mogę ci podpowiadać, ale moja droga wcale nie musi być dobra dla ciebie. Raczej na pewno nie będzie, bo jest to moja ścieżka, mój sposób, który sprawdził się w moim przypadku. W twoim może być zupełnie inaczej i to ty sam musisz to odkryć dla siebie.

Czemu o tym piszę ? Bo w pewnym momencie powiedział: wiesz, ta energia jest tak silna, że wgniotła mnie w ten stołek. Nie mogę wstać, nie wiem dlaczego.. Wtedy wiedziałam, że mój sen może stać się proroczy… może ale nie musi. Łzy napłynęły mi do oczu i spytałam: jak ci mogę pomóc ? Uśmiechnij się do mnie… Wstałam i przytuliłam go mocno…

Po raz kolejny udało nam się uniknąć najgorszego, po raz kolejny udało nam się przełamać schemat, wyrwać z kolein, którymi uparcie kroczymy… Co mnie zaskoczyło tym razem ? Czułam, że jeśli mi się nie uda, jeśli pozwolę mu odejść, wiele małżeństw rozpadnie się w podobny sposób, nie wiem czemu ale czułam na sobie ciężar odpowiedzialności za to co się dzieje. Wiedziałam, że muszę patrzeć szerzej, nie tylko na czubek własnego nosa…bo wszystko jest połączone i wszystko co robimy wpływa na innych. Pierwszy raz czułam to tak wyraźnie.

kasa

Zaiste zadziwia mnie mądrość tej książki. Niby wszystko było ok., niby zrobiłam medytację, czułam obfitość, doświadczam jej w życiu na każdym poziomie a jednak…Nie mogę iść dalej. Okoliczności tak się układają, że stanęłam w miejscu. I dopiero do mnie dotarło dlaczego ? Zatrzymałam się po to, by uświadomić sobie w jaki sposób kieruję w swoim życiu strumieniem pieniędzy. Uświadomiłam sobie jakie osoby przyciągam i co ma mi to pokazać.

Otóż odkryłam ciekawą rzecz – w zależności od tego na czym skupiam swoją uwagę – tam płynie strumień pieniędzy. Zatrzymam się na tym, bo pieniądze są w naszej rzeczywistości czynnikiem jeszcze decydującym. Zdałam sobie sprawę jak to działa. Otóż jak dotąd głównie kierowałam strumień swojej uwagi, energii, na firmę męża. To ja namówiłam go by ją założył, pomagałam mu w załatwianiu wszystkich formalności a potem kierunkowałam tak jego myśleniem, żeby miał z tej pracy jak najwięcej satysfakcji, żeby przysporzyła mu jak najwięcej wyzwań i radości. I tak się zadziało i dzieje cały czas. Oczywiście jego wkład jest ogromny, bo to on wszystko dźwiga i zapewnia nam obfite życie. Charakterystyczne jest jednak to (i to mnie uderzyło), że w momencie napięć między nami, kiedy emocjonalnie i uczuciowo odsuwam się od niego (czyli nie zasilam go energetycznie) – on albo traci ochotę do pracy, albo praca, mimo że wykonywana normalnym trybem – przestaje generować zyski.

Z drugiej strony, postanowiłam parę lat temu pójść do pracy w nowo otwieranym salonie Spa. Pracowałam wtedy jeszcze jako masażystka. Skupiłam więc tym razem uwagę na sobie, na tym by MOJA praca przyniosła mi określony dochód. Wymyśliłam sobie ile konkretnie mam zarabiać i uparcie się tego trzymałam, mimo że wszyscy pukali się w czoło, mówiąc że to niemożliwe. A jednak udało mi się to osiągnąć bez większych problemów. Po roku założyłam własną działalność i z dużo mniejszym nakładem pracy utrzymałam się z dochodami na tym samym poziomie. A potem zaszłam w ciążę więc znowu swoją uwagę musiałam skierować na firmę męża i na to by to on stał się znowu osobą, która zapewnia nam stały dopływ źródła utrzymania.

I teraz, w momencie, w którym dotarło do mnie to wszystko, kiedy przypomniałam sobie, jak cudownym uczuciem jest być osobą niezależną finansowo, podejmuję świadomą decyzję o ponownym przekierowaniu swojej uwagi na to, bym to ja stała się dla siebie swoim własnym ŹRÓDŁEM ZASILANIA również na poziomie energii materialnej przejawiającej się tu, na Ziemi jako pieniądz.

A bodźcem do tych całych rozmyślań było zwrócenie uwagi na osoby, które przyciągam, a które są mi szczególnie bliskie. Większość z tych osób ma problem z finansami co pokazało mi tym samym, żebym zwróciła uwagę NA SIEBIE i na to jak i gdzie kierunkuję swoją energię. I nie chodzi o to, by stać się teraz pępkiem świata myślącym wyłącznie o sobie. Chodzi o to, by tak kierować swoją energią, w tak świadomy sposób, który sprawi, że stanę się źródłem sama dla siebie… a wtedy ta obfitość będzie promieniować na innych, inspirując ich do tego by zrobili to samo…

ogień1

Czuję niemoc, bezwład, brak chęci do robienia czegokolwiek. Przeczytałam dziś fragment o odżywianiu swojego ciała ka. Chodzi o oddechy do pępka i przesyłanie miłości w jedną i drugą stronę – ode mnie do niego i od niego do mnie… Położyłam się i pomyślałam, że zrobię chociaż to. Nie wiem czy mi się udało, ale zobaczyłam dokładnie CZYM jest moje ciało ka… ja jestem ogniem, on jest wodą. Te dwa żywioły niezmiennie mnie fascynują, maluję je i ciągle staram się znaleźć sposób, żeby je „pogodzić”. Teraz zrozumiałam już czemu… staram się połączyć siebie w jedną całość. Jest tęsknota we mnie, która pcha mnie stale do poszukiwań. Teraz zrozumiałam czemu. Moim marzeniem jest znaleźć kogoś z kim poczuję pełne połączenie na poziomie ciała i duszy. Dlatego ciągnie mnie do mężczyzn, którzy są spokojni, delikatni, płyną jak woda…bo w domu też mam ogień, mój mąż jest ogniem, tak samo jak ja…stąd te ciągłe spięcia, ciągła walka. Oboje staramy się odnaleźć swoje brakujące części, oboje poszukujemy swojego spokoju…

Dlatego płakałam malując obraz Harmonia, czułam że jestem blisko, że udało mi się pogodzić ogień z wodą, połączyć swoje ciało ze swoim duchem. Dlatego ten obraz wywarł na mnie tak silne wrażenie.

P1180682

Chciałam, żeby ON coś do mnie powiedział, żebym już była pewna, że będzie ze mną i że już mnie nie opuści…

Nic nie powiedział….czułam tylko otulające mnie zewsząd ciepło… i spokój.

złoto

Dzisiaj udałam się do drugiej ze świątyń w Sakkarze:

W czasach starożytnych ludzie traktowali świątynię w Sakkarze jako miejsce życzeń, w którym prosili o błogosławieństwo i spełnienie pragnień. Krocząc po ziemi, starożytni zawsze pamiętali, że są błogosławieni, wspierani, kochani, odżywiani i obdarowywani obfitością na wszystkich poziomach”.

Gdy przypominasz sobie, że twoim prawem z urodzenia jest obfitość, rozpuszczasz iluzję, że musisz zarobić na swoje miejsce na planecie. Prawo do obfitości przenika przez iluzję oddzielenia i braku. W swej naturze jest to przekonanie, że samo urodzenie, samo bycie na planecie, stanowi twoje prawo do tego, by mieć wszystko, czego potrzebujesz i pragniesz w obfitych ilościach. Wszechświat cię wspiera.”

Korzyści płynące z przejścia ze strony przetrwania na stronę rozkwitania są takie, że stajesz się wolny, by skupić się na tęsknotach, darach i talentach swojej duszy. Zostajesz podniesiony znów do poziomu swej boskości, zaś atrybutem Boskości jest nieograniczona obfitość. Przypomnienie sobie tego prawa z urodzenia wprowadza cię w rezonans z twoją boskością i naturalną obfitością”.

Medytacja w Sakkarze

Płynęłam łodzią po Nilu obserwując oba brzegi, jeden pustynny, drugi pełen życia i obfitości. Z tyłu za mną siedzieli moi przewodnicy Thot i Izyda. Dopłynęliśmy w końcu do świątyni mieniącej się wszystkimi kolorami tęczy. Utkana była ze światła i dźwięku. Przewodnicy pozostali przy łodzi a Izyda powiedziała mi tylko:

Skup się na odczuciach, to w tej świątyni jest najważniejsze. Chodzi o to, byś poczuła jak obfitość wnika w każdą twoją komórkę, jak dociera do każdego pozioma ciała i Duszy.

Weszłam do środka i po kryształowych schodach zeszłam na dół. W podziemnej komnacie był basen z ogromnym kryształem cytrynu pośrodku. Emanowała z niego złocisto-żółta energia. Chodziło o to, żeby uaktywnić czakry w stopach odpowiedzialne za łączenie nas z prawem obfitości. Zaczęłam koncentrować się na stopach, które stopniowo zaczęły robić się coraz cieplejsze. Nie czułam mrowienia, tylko ciepło, które delikatnie rozlewało się po całym moim ciele. Widziałam jednocześnie złote światło, które rozpływało się coraz wyżej.

W tej medytacji miałam też połączyć się ze swoim energetycznym bliźniakiem, ciałem ka. To nasze dopełnienie istniejące cały czas w formie energetycznej. Ka ma płeć przeciwną niż nasza tu, na ziemi. Istotną rzeczą jest uświadomić sobie, że istniejemy też w energetycznej formie i że możemy się z tą formą połączyć. U mnie nastąpiło to w zasadzie błyskawicznie. Stanęliśmy naprzeciwko siebie, wyciągnęliśmy do siebie ramiona i w tym samym momencie poczułam, że moje ciało ka wnika w moje ciało fizyczne, stapiając się z nim, ale jednocześnie obejmując dużo większą przestrzeń niż ciało fizyczne. Było więc we mnie, ale sięgało dużo, dużo dalej.

Oprócz towarzyszącego mi cały czas odczucia ciepła, docierała też do mnie świadomość tego, że tak oto otwieram się całkowicie na obfitość w moim życiu. Obfitość na każdym możliwym poziomie, obfitość zdrowia, radości, cudownych relacji i przyjaźni, obfitość miłości, bogactwa, podróży i wszystkiego czegokolwiek zapragnę. Ta świadomość towarzyszy mi już od dłuższego czasu, dlatego nie miałam oporów by poczuć to w ciele. Wiem tylko, że warto do tej świadomości wracać jak najczęściej by zakotwiczyć tą energię w ciele, by nią oddychać, stać się nią, tak by żadna iluzja rozdzielenia nie zakłócała już nigdy więcej naszego wrodzonego prawa do obfitości.

kobieta

Post scriptum do „Rozbijania skorupy”. Wiem, że odbiegam może nieco od świątyń, ale czuję że to co się teraz ze mną dzieje jest wynikiem tych podróży, dlatego utrzymuję ciągłość odcinków.

Czasami jest tak, że choćbyśmy nie wiem jak się starali to i tak się nie udaje…

Od wczoraj jakiś mały ptaszek wyśpiewuje mi przepiękną pieśń pod moim domem. Nigdy go tu nie słyszałam, więc mnie zaintrygował. Zastanawiałam się czemu właśnie teraz i co chce mi powiedzieć ? Dzisiaj rano słyszałam go przez sen…

Powiedział mi, że każdy samodzielnie wyśpiewuje swoją pieśń życia, ktoś inny nie może tego za niego zrobić. Albo to poczujesz i zaczniesz śpiewać, albo będziesz żył, nie wiedząc że w ogóle możesz… Uświadomiłam sobie, że im bardziej się staram tym gorszy jest skutek. I staram się odkryć myśl pierwotną jaka się za tym kryje. Nasapałam się dzisiaj od rana i odkryłam dwie pokrewne myśli, które mam o sobie: NIE JESTEŚ DOŚĆ DOBRA, ZNOWU COŚ ZROBIŁAŚ ŹLE…To myśli, które podcinają mi skrzydła, odbierając radość życia. To myśli, które nie pozwalają mi śpiewać. Ale myśl pierwotna, która się za nimi kryje to: jestem bezsilna. Czy możemy dać sobie prawo do tego, że jesteśmy bezsilni ? Czy ja jestem w stanie dać sobie takie prawo, skoro uważam, że jestem świadomym Twórcą swojego życia ?

Wiem skąd się wzięła u mnie ta myśl. Pojawiła się wtedy, kiedy mój tata umierał na raka a ja nie mogłam mu pomóc, byłam kompletnie bezsilna. Czułam że powinnam coś zrobić, czułam że tylko ja mogę go uratować, ale nie mogłam, nie potrafiłam… Widziałam przyczynę, ale on nie chciał jej zobaczyć. Wydawało mi się, że wiem co trzeba zrobić, ale on miał swój plan… Dzisiaj zrozumiałam to w pełni… to była dla mnie piękna lekcja pokory. Nie jestem wszechmocna, mogę pracować nad własnym wnętrzem, własnym szczęściem, ale każdy sam dla siebie wyśpiewuje swoją pieśń. Jeśli nie chce śpiewać, jeśli z jego gardła wydobywa się nieprzyjemny skrzek, trzeba to też zaakceptować, bo może inaczej nie potrafi, albo zwyczajnie nie chce. Mogę go wspierać, ale nie zrobię tego za niego…

Tym samym daję sobie dzisiaj prawo do bezsilności. Nie jest to łatwe, bo coś się jeszcze we mnie buntuje, ale odpuszczam, pomału odpuszczam…

Chmurka tagów